WiedmaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Monika Maciewicz

Wiedma


ISBN 978-83-8202-329-9


Copyright © by Monika Maciewicz, 2021

Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021

All rights reserved Redakcja Julia Młodzińska Korekta Daria Kozierska, Katarzyna Marcisz Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Ręce boga


Las wokół jeziora Lędo jeszcze się nie przebudził do nocnego życia. Trwał w bezruchu i ciszy, jakby nasłuchując z niepokojem, czy nie powróci burza, która niczym despotyczny władca panoszyła się, przygniatając do ziemi niepokorne drzewa i roztrzaskując w pył każdego, kto ośmielił się unieść czoło w jej obliczu. Ręce boga Peruna raz po raz miotały błyskawicami i nie sposób było przewidzieć, z której strony uderzą. Przyroda zamarła więc w trwodze, czekając, aż gniew boga bogów minie. Ptaki pochowały się między konarami drzew, w dziuplach, inne zwierzęta w norach i gęstych zaroślach.

Złowrogą ciszę przerywał tylko cichy, rytmiczny plusk wody. To ludzie. To oni są najmniej pokorni wobec potęgi Natury. Niewielkie czółno przemykało po spokojnej już tafli ciemnej wody. W jego wnętrzu siedziało dwoje ludzi. Szeroki w ramionach mężczyzna, z wprawą przecinający wiosłem czarną wodę, i młodziutka dziewczyna, odwrócona od przewoźnika, spoglądająca w kierunku, w którym podążała łódź.

Dziewica była odświętnie ubrana w beżową, lnianą, długą suknię, spod której wystawał płowy fragment spodniej części odzieży. Na stopach miała ciżmy z cielęcej skórki z rzemykiem owiniętym wokół kostki. Buty były nowe, jeszcze trochę uciskały nieprzyzwyczajone nogi. Włosy, rozpuszczone na znak żałoby, ujarzmiała kolorowa krajka. Podobna opasywała jej biodra. Tuż przy nogach leżał skrupulatnie związany worek wypełniony niewielkim dobytkiem.

Dwoje ludzi płynących czółnem nie zamieniło ze sobą ani słowa. Mężczyzna nie chciał rozmawiać z młodą kobietą, która nocą udaje się TAM. To miejsce zawsze budziło jego lęk. Często przybijał do tej wyspy, bo mieszkał w pobliżu jeziora, więc wynajmowano go jako przewoźnika. Nigdy jednak nie wysiadał z czółna i z ulgą oddalał się, wypełniwszy swoje zadanie.

Ona też nie próbowała nawiązać rozmowy. Zamyślona trzymała w dłoni przewieszony na szyi święty kamyk. Zastanawiała się, jaki los ją czeka. Przypominała sobie pierwsze spotkanie z wiedźmą, panią Ostrowia. Już kilka wiosen temu właścicielka wyspy wydawała jej się bardzo stara. Pamiętała, że energia i siła staruchy nie pasowały do jej pochylonej sylwetki. Czarownica budziła powszechny strach i respekt. Ludzie bali się jej, a jednocześnie mieli świadomość, jak bardzo jest im potrzebna. Nazywano ją Wiedmą, bo dużo wiedziała: jak leczyć zwierzęta, ludzi, jak przyjmować porody, jak zapewnić ziemi urodzaj. Mówiono, że ma magiczną moc. Pamiętała jej przenikliwe, siwe oczy. Nigdy wcześniej ani później takich nie widziała. Było w nich życie i była w nich śmierć.

Młoda kobieta zanurzyła dłoń w zimnej toni. Chłód jeziora przeniknął do jej serca. „Może wskoczyć do wody?” – pomyślała. „Gdybym zrobiła to szybko i niespodziewanie, nie zdążyłby mnie wyłowić” – rozważała. Mocniejszy plusk wody, uderzonej przez wiosło, otrzeźwił ją i szybko wyjęła rękę z toni. „O czym ja myślę?” – uzmysłowiła sobie z przerażeniem.

Łódź mknęła dalej. Księżyc powoli przegrywał w walce z ciemnością. Mgły, unoszące się nad wodą i lasem, pochłaniały jego blask. „Za chwilę nic nie będzie widać” – pomyślała ze smutkiem. Zauważyła jednak, że łódź zaczyna kierować się w stronę brzegu. Ostrowie – rozpoznała to miejsce, choć nigdy tu nie była. Słyszała jednak opowieści tych, którzy je odwiedzali. Ojciec też opowiadał matce, gdy myśleli, że ona już śpi.

Wyspa nie miała łagodnie schodzących ku wodzie brzegów, ale ostre, kamieniste skarpy. Rosnące na klifach drzewa pochylały się, rozpościerając rozczapierzone konary i sprawiając wrażenie, jakby chciały pochwycić w swe szponiaste ramiona śmiałków, którzy odważyli się zbliżyć.

Przewoźnik wiedział, że jest jedno miejsce, do którego można podpłynąć łodzią. Dziewczyna wkrótce też je ujrzała. Był to niewielki cypel wcinający się w wodę. Stała tam słusznej postury, ciemna postać. „Jestem oczekiwana” – uzmysłowiła sobie młoda niewiasta i poczuła lekki zawrót głowy.

Mężczyzna, którego rysów dobrze nie widziała, pomógł jej wysiąść z łodzi, gestem ręki pokazał, że ma iść za nim, i od tej pory ani się nie odwrócił, ani nie przemówił. Kolejna wędrówka, tym razem piesza, również odbywała się w milczeniu. Człowiek szedł powoli i pewnie, jakby znał drogę na pamięć. Dziewczyna starała się dorównać mu kroku i choć czuła, że idą po wydeptanej ścieżce, co chwila o coś się potykała.

Wokół rosły drzewa. Miała wrażenie, jakby zagajnik był pełen żywych istot. Nie widziała ich, ale wydawało jej się, że je słyszy. „To tylko krople deszczu spadają z drzew” – przekonywała się w duchu. Po chwili ujrzała małe światełko, unoszące się między drzewami. Potem drugie, trzecie. Było ich coraz więcej. „Świetliki” – uśmiechnęła się w duchu. „Skąd tu one? Przecież jeszcze chłodne noce” – zdziwiła się. Świetliste robaczki wyraźnie były nią zainteresowane. Otaczały ją wokół, kłębiły się, towarzysząc przez chwilę. Nagle zawirowały koliście i tłumnie odleciały w kierunku, w którym podążali.

Szli blisko stromych brzegów, gdyż dziewczyna słyszała od czasu do czasu plusk wody dochodzący gdzieś z dołu. Po chwili ujrzała drewnianą chatę, z której wydobywała się smużka dymu. Gdy zbliżali się, wokół domostwa wszczął się niewielki ruch, jakiś ptak poderwał się z zarośli z głuchym krzykiem, po nim usłyszała tupot kopyt, szum w zaroślach, jakby coś się pospiesznie w nich chowało.

Mężczyzna pchnął uchylone drzwi, za którymi pełgało światło. Nie wszedł jednak, tylko przytrzymał je, przepuszczając gościa. Dziewczyna, drżąc nieco ze strachu i zimna, wsunęła się do środka. W pomieszczeniu unosiła się woń wrotycza. Na legowisku pod miękkim, futrzanym nakryciem leżała właścicielka chaty oraz całej wyspy.

„Zmieniła się” – pomyślała dziewczyna, przyglądając się kobiecie, która budziła we wszystkich taki strach. Leżała z przymkniętymi oczami, włosy niegdyś srebrzyste stały się białe, twarz i nos wyostrzyły się, przybyło zmarszczek, oddech miała ciężki, świszczący, głowa jej lekko drżała.

– Jestem – powiedziała cicho, niepewna, czy staruszka śpi, czy tylko odpoczywa. Wiedźma otworzyła oczy. Dziewczynę przeszedł dreszcz. Prawie przezroczyste tęczówki przypominały niebo po burzy.

– Dotrzymałaś obietnicy – powiedziała zachrypniętym głosem. Dziewczyna nic nie odrzekła.

W izbie zrobiło się jaśniej, ogień w palenisku zachłannie obejmował świeże drewno, które przed chwilą dołożył mężczyzna. Dwa koty – jeden o srebrzystej sierści, drugi o złocistej – leniwie odsunęły się od zbyt gorącego żaru. Staruszka z trudem usiadła.

– Wyrosłaś na piękną niewiastę, Biwio – stwierdziła, mierząc wzrokiem gościa. – Usiądź – wskazała drżącą ręką swoje posłanie.

Dziewczyna posłusznie usiadła. Staruszka chwyciła jej gładką dłoń i zajrzała w oczy.

– Przeliczyłam się. Mój czas się zbliża. Nie zdążę cię nauczyć – mówiła z trudem.

„Nauczyć?” – dziewczyna nie bardzo rozumiała, o czym mówi stara kobieta.

– Tak. Nauczyć – powiedziała wiedźma, jakby czytała w jej myślach. – Nie potrzebowałam niewiasty do posług. Chciałam ci przekazać wiedzę.

Staruszka opadła na posłanie. Mówienie ją męczyło. Oddech stawał się przyspieszony i coraz bardziej świszczący.

– Moje ciało staje się nieposłuszne – powiedziała, przymykając oczy. Odwróciła głowę do ściany.

– Aczli zostaniesz, wyrzekniesz się stadła, będziesz budzić strach, bo ludzie nie lubią inszości. Nauczę cię, ile zdołam, ale nie zdążę przekazać wszytkiego. Przeto masz prawo odejść. Miłosz cię jutro o świcie odwiezie.

Zapadło milczenie. Biwia rozejrzała się, nie wiedząc, co robić ani jak się zachować. Koty podniosły się z podłogi i wskoczyły na posłanie swojej pani. Mężczyzna siedział przy palenisku, z napięciem spoglądając w jej stronę.

Pomyślała o rodzinnym domu, ojcu, matce, siostrach oraz ukochanym bracie, który nigdy nie pogodził się z jej decyzją. Przypomniała sobie jego prośby, błagania, nawet łzy. Odgrażał się, pragnął płynąć zamiast niej. Nie chciał słuchać żadnych argumentów. Biwia obiecała mu, że wróci.

– Zostanę z tobą – zwróciła się do wiedźmy.

Wiedziała, że postępuje słusznie. „To dla ciebie, bracie” – pomyślała.

Bliźni brat


Ogień w palenisku powoli skrywał się w drobinach żaru. W izbie zrobiło się ciemno. Mężczyzna zniknął na stryszku i słychać było, jak układa się do snu. Biwia, leżąc na włochatym, szorstkim posłaniu, wsłuchiwała się w świszczący, nierówny oddech wiedźmy. Nie mogła zasnąć. Przymknęła oczy, znów powracając do wspomnień, do ostatniego z nią spotkania. Zaczęła sobie przypominać zrozpaczonych, bezradnych rodziców: zapłakaną matkę i trzęsące się ręce ojca. Nikt nie zwracał zbytniej uwagi na krzyczące w kołysce niemowlę. Rodzice z niepokojem spoglądali na posłanie, gdzie leżał Bartus. Dusza jej duszy, powiernik wszystkich myśli, uczuć, pragnień, lustrzane odbicie – bliźni brat. Chłopiec miał przymknięte oczy, na twarzy zlanej potem, pokrytej czerwonymi plamami widoczne były rezygnacja i ból. Ciałem, upstrzonym wybroczynami, wstrząsały dziwne dreszcze.

 

– Wyruszam jeszcze dziś – Biwia usłyszała stłumioną rozmowę rodziców.

– Pamiętasz? Wtedy nam pomogła – indagował ojciec, a matka tylko nerwowo usiłowała stłumić drżenie własnych ramion.

Biwia domyślała się, o kim rozmawiali. Poprzedniej nocy słyszała podobną, prowadzoną szeptem, gorączkową dyskusję. Zrozumiała, że ojciec wybiera się na Ostrowie, wyspę Wiedmy.

O świcie już go nie było. Biwia na zmianę z matką nosiły ciężkie cebry wody, zanurzały w nich lniane prześcieradła, chusty i okrywały nimi rozpalone ciało Bartusa. W kołysce pod ścianą kwiliła niedawno urodzona siostrzyczka, dla której nikt teraz nie miał czasu.

Nagle w drzwiach stanęła… ona. Nozdrza mieszkańców podrażniła kamforowa woń wrotycza. Kobieta miała na sobie szarą suknię i długą wełnianą narzutkę w tym samym kolorze. Głowę skrywał głęboki kaptur. Wydawało się, że staruszka ma garb, dopiero, gdy rozsupłała pleciony sznurek na piersi i zdjęła pelerynę oraz kaptur, Biwia odkryła, że był to duży worek przewieszony na plecach. Talię wiedźmy opasywał jasnobeżowy sznur, na którym było zawieszonych mnóstwo mniejszych woreczków. Kobieta nie nosiła czepca. Dziewczynka przyglądała się jej długim, srebrzystym włosom, zaplecionym w koronę. Największe jednak wrażenie wywarły na niej oczy Wiedmy. Półprzezroczyste, przenikliwe spoczęły na Biwii, kołysce i w końcu na Bartusie. Staruszka podeszła do niego i dotknęła twarzy chłopca, z uwagą przyglądając się czerwonym plamom.

– Cały gorze – powiedziała wreszcie. – Przynieście jajec – zażądała.

Matka właśnie przystawiła do piersi płaczące całą siłą swych płucek niemowlę, więc Biwia prędko pobiegła do komory. Gdy wróciła z koszykiem jaj, zobaczyła, że wiedźma masuje stopy brata. Potem starucha sięgnęła do kobiałki, wyjęła dwa jajka, rozbiła je i rozlała na piersiach oraz brzuchu chorego.

– Zimnej wody przynieś. I dołóż do ognia, bo musi zawrzeć – wydawała kolejne polecenia.

Jeszcze nie skończyła mówić, a Biwia stała już z cebrzykiem u progu. Wracając do izby, zobaczyła Wiedmę pochyloną nad bratem. Stara dotykała jego czoła, szyi, piersi, szepcząc półgłosem zaklęcia. Kobieta, widząc zainteresowanie dziewczyny, zaczęła mówić głośniej:

– Idź precz, dziki gościu, tam, gdzie człek nie mieszka, gdzie wiatr nie wieje, gdzie kur nie pieje.

Potem splunęła. Najpierw na wschód, potem na południe i zachód.

Dziewczynka dołożyła do ognia i nastawiła w glinianym garncu wodę, przypatrując się bacznie poczynaniom wiedźmy. Stara kobieta wysupłała z woreczka wosk.

– Włóż to do miski i postaw na kamieniu przy ogniu – zwróciła się do dziewczyny. – Trza odczynić uroki.

Biwia pilnowała roztapiającego się w naczyniu wosku. Zastanawiała się, jak wygląda odczynianie uroków. Tymczasem Wiedma znów uciskała stopy Bartusa. Musiała bardzo mocno je ugniatać, gdyż chłopiec chwilami aż kurczył się z bólu. Siostra zaniepokojona stanęła tuż obok brata, obawiając się, że wiedźma zamiast mu pomóc, tylko wzmaga jego ból.

Kobieta obejrzała się. Dziewczyna twardo wytrzymała jej przenikliwe spojrzenie.

– Zetrzyj to z niego – powiedziała wiedźma, wskazując ręką na mokrą chustę w cebrzyku i na pół ścięte białko z jajek na ciele chłopca.

Wiedźma uważnie obserwowała Biwię.

– Teraz zrób ze świeżymi jajcami to samo co ja – staruszka wydawała polecenia, nie przestając wpijać pazurów w stopy Bartusa. Dziewczyna bez słowa wykonywała wszystko, co nakazywała jej ta niezwykła kobieta.

Skrzypnęły drzwi. Ojciec wniósł gałęzie tarniny i zaczął układać przy palenisku.

– Czy będą dobre? – zapytał nieśmiało.

– Tak, Dagonie – wiedźma chwyciła przez zapaskę gorącą miskę z woskiem. –Wrzuć tarninę do ognia, niech złe przepędzi. A ty – zwróciła się do Biwii – weź czerpak i nabierz zimnej wody. Teraz podłóż, bo wosk lać będziem.

Biwia przytrzymała czerpak nad głową Bartusa, a wiedźma, lejąc do nabieraka wosk, zaczęła inkantację:

– Mocny, północny, wschodni i zachodni, gnębiący, życie odbierający, polewam cię wodą i odsyłam do suchego gaju, w złoty piach. Tam hulaj, dokazuj, ale jego zostaw. Czerwonej krwi nie spijaj, sinych żył nie wyciągaj. Mocny, północny, wschodni i zachodni, gnębiący, życie odbierający, polewam cię wodą…

Po trzykrotnym powtórzeniu zaklęcia Wiedma odstawiła misę. Wzięła czerpak i przyjrzała się plamie pływającego wosku.

– Dagonie, zabierz czerpak z woskiem i jajca odczyniające. Wynieś je het na rozstaje dróg poza sioło i tam zakop w piachu.

Biwia sprawnie zaczęła zbierać rozlane jajko z piersi i brzucha Bartusa, potem przemyła jego ciało szmatką. Podała to wszystko ojcu, który szybko wyszedł z chaty z nieczystym, by pozbyć się go jak najprędzej.

Gdy dziewczyna posprzątała wokół łóżka brata, wiedźma wyciągnęła jeden z woreczków.

– Zdejmij garniec z ognia. Wrzuć trzy garści ziela i przykryj.

– Może ja pomogę – podeszła usłużnie matka Biwii, której udało się wreszcie uśpić niemowlę.

– Nie – odezwała się oschle wiedźma. – Ona mi pomaga.

– Nastaw znowu wodę. Potrzebny jest drugi napar – rzuciła w stronę zwinnej pomocnicy.

Sama natomiast schłodziła mokrą chustą czoło i skronie chłopca, który otworzył już całkiem przytomnie oczy. Biwia zauważyła, że jego ciało już nie podrywało się w dziwnych wstrząsach. Leżał spokojnie, patrząc to na wiedźmę, to znów na Biwię.

Starucha wyjęła z worka niewielkie gliniane naczynie i nasmarowała chorego lepką, żółtawą mazią.

– Dajcie co ciepłego do okrycia.

Matka zdjęła z belki chustę. Gdy Bartus już leżał szczelnie owinięty, wiedźma poczęła z kolejnych woreczków wysupływać suche ziele, mrucząc coś pod nosem. Zdjęła garniec z ognia i powtarzając zaklęcia śpiewnym głosem, przyrządzała kolejny napar. Pierwszy, przygotowany przez Biwię, nie był już wrzący. Staruszka uniosła nieco ciało chłopca i podała mu miksturę. Chory pił chętnie, nawet łapczywie. Jednak po paru łykach wiedźma odsunęła od jego ust naczynie.

– Podawajcie mu ten napar o jutrzni, w południe, wieczorem i dwa razy w ciągu nocy. Jeśli dożyje rana, będzie zdrów – powiedziała, kładąc go ostrożnie na posłaniu.

– Ten drugi napar jest dla was. Pijcie go aż do nowiu, zanim zaczniecie śniadać i wieczerzać, to może was niemoc nie weźmie. Przyjdę, gdy Dadźbóg zacznie nowy dzień.

Pozbierała swoje worki, zarzuciła pelerynę, kaptur i ruszyła ku wyjściu. Przy drzwiach zatrzymała się na chwilę. Wzięła opartą o ścianę wiklinową miotłę. Biwia była przekonana, że zaraz zdarzy się coś niezwykłego, że zobaczy, jak czarownica poleci na niej. Ta jednak tylko odwróciła drapakę i postawiła wiechciem ku górze.

– I niech tak stoi, by złe odstraszało.

Zniknęła za drzwiami, a w chacie jeszcze długo unosiła się woń wrotycza.

Córka Dagona na zmianę z matką czuwały przy Bartusie całą noc. Słońce było już wysoko, gdy wiedźma po raz kolejny stanęła u progu, a za nią ojciec. Mężczyzna wyglądał, jakby minęło już parę lat, a nie godzin. Włosy stały się bielsze, oczy zapadły gdzieś głęboko za żółtawą opuchlizną twarzy. Nie przywitał się, o nic nie zapytał, tylko podszedł do śpiącego i chwycił go za rękę. Bartus drgnął, otworzył oczy i uśmiechnął się. Twarz ojca natychmiast się wypogodziła. Chłopiec wyglądał o wiele lepiej. Starucha zebrała z jego ciała lepką maź i nałożyła świeżą.

– Będzie żył – powiedziała krótko. – Dawajcie mu ten napar tak samo przez trzy dni i noce. A ten drugi pijcie świtaniem i przed nocą.

Starucha stanęła gotowa do wyjścia, ale nie wychodziła. Wyraźnie nad czymś się zastanawiała, na coś czekała.

– Jak możemy ci się odwdzięczyć? – spytał ojciec.

– Dobrze wiecie, czego chcę. Ale czy mi to dacie?

Rodzice spojrzeli na siebie zdziwieni. Matka nerwowo zaczęła kołysać na rękach niemowlę. Ojciec rozejrzał się po izbie, jakby zastanawiając się, czym mógłby obdarować wybawicielkę.

– Nie wiemy, Wiedmo – odparł cicho. – Czego od nas żądasz?

– Chcę… ją – odparła starucha, wskazując kosturem na Biwię.

– Co takiego?! – krzyknęła matka, kładąc szybko niemowlę do kołyski i osłaniając swoim ciałem starszą córkę.

– To, to niemożliwe – powiedział cicho ojciec.

– Życie jest dużo warte – powiedziała wiedźma i oparłszy się o kostur, czekała. – Macie bliźnie dziatki. A sami wiecie, że jedno dla ludzi, a drugie dla bogów przeznaczone. Syn was na starość będzie wspierał, drugiej córki też się doczekaliście – dodała, wskazując na kołyskę. – Pewnie jeszcze się i następne narodzi. A ja potrzebuję niewiasty do pomocy.

– Nie mogę ci jej oddać – zaszlochała matka, przytulając pierworodną.

– Ja pójdę do niej – powiedziała Biwia, wysuwając się delikatnie z roztrzęsionych ramion matki. Podeszła do wiedźmy i patrząc jej prosto w oczy, powiedziała krótko:

– Możesz mnie zabrać, Wiedmo. – Biwia mogłaby przysiąc, że na twarzy staruchy przemknął uśmiech.

– Wrychle przyjdziesz. Jeszcześ nie źrzała. Będę na ciebie czekać – powiedziała. Uniosła dłonie za głowę, rozsupłała rzemyk. Biwia ujrzała okrągły kamyk z wydrążonym przez wodę otworem. Nawęza1 należąca do Wiedmy spoczęła na jej piersiach.

– To święty kamień. Niechaj ci służy, zapewni dobry los i nie pozwoli zapomnieć o obietnicy.

Po chwili już jej nie było.

Święty Dąb


Obudziło ją ciepło i mruczenie. Bursztynowy kot leżał rozciągnięty tuż przy jej twarzy. Gdy się ruszyła, zabłysły jego złociste ślepia, miauknął krótko, jakby na przywitanie, i z powrotem położył głowę, wydobywając gdzieś ze swojego wnętrza przyjazne mruczenie. Biwia dotknęła delikatnie jego puszystego futra, potęgując hipnotyczne brzuchomówstwo towarzysza. Rozejrzała się. Nikogo w izbie nie było. Słońce przez szpary dostawało się do wnętrza chaty. Ogień znów wesoło tańczył żółtym płomieniem, obejmując duży garniec. Przy ścianie, obok przepierzenia, stał kamienny piec, a przy nim sążnista ława zastawiona glinianymi i drewnianymi naczyniami. Po drugiej stronie izby stała druga, nieco niższa, na której rozłożone było legowisko Wiedmy, a przy nim rzeźbiona, drewniana skrzynia. Drzwi, otwarte na oścież, skrzypiały poruszane wiatrem.

Dziewczyna, zawstydzona swoim lenistwem, pospiesznie złożyła posłanie, układając pled i skóry pod ścianą. Gdy się odwróciła, zobaczyła u wejścia chaty mężczyznę. Był to ten sam człowiek, który przyprowadził ją poprzedniego wieczoru. Poznała go po barczystych, choć już nieco pochylonych ramionach. Był stary. Miał siwe włosy, opadające bezładnie na plecy, twarz ogorzałą od słońca. Niby spoglądał na nią, uśmiechając się przyjaźnie, ale jednocześnie jego wzrok sięgał gdzieś dalej, jakby dostrzegał ją w innym miejscu, niż stała. Przytrzymywał dwa jesionowe kloce. Musiały być dość ciężkie, bo żyły na jego rękach nabrzmiały od wysiłku.

– Może w czymś pomóc? – zapytała pospiesznie. Mężczyzna zaprzeczył ruchem głowy, wtaczając się do wnętrza izby i zrzucając drewno przy palenisku.

Wyszła z chaty. Przed przestronną komorą siedziała Wiedma i przesypywała zioła, mrucząc śpiewnie pod nosem. Rzuciła szybkie spojrzenie na dziewczynę i nie przerywając monotonnego śpiewu, powróciła do swojego zajęcia. Biwia, czując wyrzuty sumienia, rozejrzała się i dojrzawszy wiklinową miotłę, chwyciła ją pospiesznie.

– To ja może pozamiatam – ofiarowała się, chcąc jak najszybciej zatrzeć złe wrażenie, i wzniosła brudnoszary pył zamaszystymi pociągnięciami drapaki.

 

– Ostaw to – Wiedma nawet nie podniosła wzroku. – Ty masz się uczyć, a nie tracić czas.

Młoda adeptka pokornie odstawiła miotłę wiechciem do góry. Chciała wytrzeć ręce w siebie, ale przypomniała sobie, że ma nowo uszyty strój, więc strąciła dłonią z dłoni niewidoczny pył.

– Jestem gotowa – oświadczyła z zapałem.

– Do czego? – starucha uniosła brwi i uważnie spojrzała na dziewczynę.

– Do nauki – odparła zdziwiona pytaniem.

– Pierwej musisz przebyć próbę, bych mogła cię wprowadzić – Wiedma perfekcyjnie maskowała wszelkie emocje na twarzy.

– Próbę? – Biwia spojrzała z lękiem na susz rozłożony na wyciosanym z drewna stole.

– Tako. Próbę – powtórzyła beznamiętnie czarownica. – Inicjację. Jeśli ją przebędziesz, odczytasz znaki i nimi się pokierujesz, staniesz się wiedźmą. Wtedy dopiero pojmiesz, czym jest magia.

– A jeśli nie zdołam?

– To już niczego nie pojmiesz. I nie polatasz na miotle – zaśmiała się, jak z dobrego żartu. – Nawet nią nie pozamiatasz.

– Jak ona będzie wyglądać? Ta inicjacja – Biwii humor staruchy jednak nie bardzo się udzielał.

– To, dziecino, wie tylko ten, kto ją przebył. Jutro ostatnia noc pełni. Musimy się spieszyć. A teraz chodźmy śniadać. Miłosz uwarzył nam kaszę.

Stara z trudem się podniosła. Dziewczyna usłużnie pochwyciła ją pod ramię, pomagając wstać.

– Miłosz to twój mąż?

Intrygowała ją ta milcząca postać. Nigdy nie spotkała mężczyzny, który wbrew tradycji wykonuje tyle kobiecych prac.

– Brat – sapnęła wiedźma. – Pomaga mi. Prowadzi gospodarstwo, uprawia ziemię przy chacie, warzy jadło.

– Ani razu nic nie rzekł.

– Bo on nie mówi.

Dzień upłynął Biwii na poznawaniu wyspy. Starucha pokazała jej zbiory ziela, nasion, korzeni i kory złożone w specjalnie na nie przeznaczonej szopie, zwanej owinem. Weszły również do wkopanej głęboko ziemianki, w której przechowywali żywność. Biwia zauważyła, że tego mieszkańcom wyspy nie brakowało, bo ludzie odwdzięczali się, jak mogli, za pomoc w chorobach, odczynianiu uroków, zamawianiu Pogody i urodzaju Matki Ziemi Mokoszy. Oglądała też zioła przy chacie, które kwitły rozbujałe wiosennym słońcem, wykluwające się z ziemi jarzyny, zboża. Odwiedziła zwierzęta w zagrodzie, nakarmiła kozy. Życie z pozoru przebiegało tu zwyczajnie. Niepokoiło jednak Biwię zachowanie wiedźmy, która co pewien czas zwracała się do jakichś wyimaginowanych postaci, to pokrzykiwała na kogoś, kogo nie było, to znów uśmiechała się, potakiwała albo zaprzeczała. Dziewczyna słyszała, że ludzie przed śmiercią widzą jakieś osoby, rozmawiają z nimi, jednak ci, w których życie jeszcze mocno siedzi, nie dostrzegają ich. Bała się, czy aby Wiedma nie jest właśnie w takim stanie. Jednak z drugiej strony staruszka była bardzo ożywiona. Wyglądała znacznie lepiej niż poprzedniego wieczoru.

Potem udały się do Świętego Gaju. Położony był w zachodniej części wyspy. Ogrodzony żerdziami, składający się głównie z dębów, wśród których najważniejszą rolę odgrywał najstarszy, rozłożysty, częściowo zwęglony od uderzenia pioruna. Kobiety weszły na świętą ziemię w nabożnym skupieniu. Złożyły pod Perunowym drzewem ofiarę z koziego mleka i kurzych jaj. Dąb, osmolony ręką boga, przyjął łaskawie żertwę2. Kobiety trzykrotnie go obeszły, Wiedma rozpoczęła inkantację, prosząc o siłę i wytrzymałość dla młodej adeptki czarownictwa, o pomyślną inicjację i cierpliwość w zdobywaniu wiedzy. Kazała dziewczynie dotknąć dębowego pnia i czekać, aż spłynie na nią energia, która drzemie w sokach drzewa.

– To moc płynąca z jego korzeni, z Matki Ziemi, ale i z niebios, od Pana Nieba, który objawił swą siłę piorunem, przeorał korę pnia świętego drzewa, by złączyć się z Mokoszą – wyjaśniła Wiedma.

Biwia czuła tę energię, którą dąb się z nią dzielił. Część drzewa była uschnięta i zwęglona, ale reszta żyła, tworząc swoistą dychotomię. Drzewo scalało w sobie witalność i obumieranie. Dziewczyna wzruszona osunęła się na kolana i dotknęła czołem kory pnia.

– Dziękuję ci, Święty Dębie, łączniku Nieba i Ziemi, życia i śmierci. Panie, którego korona sięga chmur, a druga wrasta głęboko w ziemię. Dziękuję za moc, której mi udzieliłeś.

Modlitwa w ustach dziewczyny układała się sama. Stara Wiedma z zadowoleniem patrzyła, jak Wybrana jednoczy się z Naturą. Była dobrej myśli.