Lwowska kołysankaTekst

Z serii: Dwa miasta #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Szkoda, Julko, żeś mnie nie uprzedziła o wizycie – mówiła szybko Marynia. – Odkąd się Staś na świecie pojawił, nasze życie przewróciło się do góry nogami. Ja wszystko teraz planować muszę. No cóż, zaraz śniadanie podam. A ty się może pójdziesz odświeżyć? Pokażę ci, gdzie.

Weszły po schodach na górę. U ich szczytu był mały pokoik o spadzistych ścianach.

– Tutaj możesz się na razie zatrzymać – mówiła siostra. – Ale tylko na kilka dni. Jan jest... Jan uważa, że to nie wypada, żebyś u nas mieszkała. Bo on przecież ciebie miał brać za żonę, zanim mnie wziął.

Julia uśmiechnęła się mimowolnie. Czyżby szwagier myślał, że ona na niego jakieś sidła chciała zastawić?

– Tu masz miednicę i wodę, tu ręczniki. Odśwież się i zejdź. Siądziemy do stołu razem. Potem Jan jedzie do dyrekcji, do Stasia przyjdzie piastunka, a my będziemy mogły spokojnie porozmawiać.

Piętnaście minut później Julia schodziła na dół. Usłyszała rozmowę, która toczyła się przy stole.

– Niech sobie Julia szuka innego lokum – żądał stanowczym tonem Jan. – Ja jej utrzymywać nie mam zamiaru.

– Janku, to przecież rodzina. Najbliższa mi siostra – prosiła Marynia.

– Rodzina, rodzina... Dużą masz przecież rodzinę, niechże się do innych sióstr zwróci o pomoc. Źle jej było u niepokalanek? Zachciało się wielkiego świata, a ja na tym stracę...

Julia weszła do jadalnego i rozmowa ucichła. Jan smarował chleb masłem.

– Witaj, szwagierko – przywitał ją bez uśmiechu. – Jakże niespodziewana wizyta!

– Mnie też cię miło zobaczyć – odparła, siadając przy stole. – Nie nakładaj mi, Maryniu, nie jestem głodna. Bardziej śpiąca. Chciałam ci tylko, Janie, podziękować za miłą gościnę i zapewnić, że zniknę, jak tylko znajdę sobie coś innego.

Słysząc to, Jan uśmiechnął się szeroko i humor od razu mu się poprawił. Julia posiedziała jeszcze chwilę, po czym resztkami sił wdrapała się po schodach na górę, w ubraniu położyła się na łóżku i zasnęła jak kamień.

W szwalni Katarzyny Meyerowej zatrudniano dwanaście kobiet. Julia już od tygodnia przychodziła do pracy na siódmą i szyła z jedną krótką przerwą aż do piętnastej trzydzieści. Roboty było moc, pani Meyerowa zaopatrywała w stroje liturgiczne lwowskie i podlwowskie parafie. Takich pięknych materiałów Podhorecka w życiu nie dotykała: fioletowe, złote i zielone brokaty na ornaty, gładkie jedwabie na stuły, delikatny adamaszek na komże... Zdawało jej się, że szyje królewskie stroje, a nie kapłańskie szaty.

Jak na razie dość jej się we Lwowie szczęściło. Okazało się, że przyjaciółka Maryni nie tylko odstąpiła Julii pokój, ale również znalazła jej posadę. Meyerowa była bowiem jej szwagierką. Tak więc miała kąt do spania i pracę, aby na ten kąt zarobić.

Marynię bardzo taki stan rzeczy ucieszył, bo trochę jej ciążyła ta sytuacja. W dodatku od matki przełożonej przyszedł list, w którym opisywała nieprzyjemną historię z panią Stecką i nagłe zniknięcie Podhoreckiej. Marynia te wieści zatrzymała dla siebie, bała się dzielić nimi z Janem. Gdyby szanowny małżonek się dowiedział, że Julia miała romans, zabroniłby jej utrzymywać z siostrą kontakt.

Julia cieszyła się Lwowem. Po pracy, by nie siedzieć samotnie w ciemnym pokoju, chodziła na długie spacery. Była już na Wałach Hetmańskich, na szerokiej jak rzeka ulicy Legionów, na Rynku, a przede wszystkim zwiedzała kościoły, owe perły lwowskie. Bawiło ją, że chodzi w tłumie ludzi anonimowa i nieznajoma. Zaczepiana przez lwowskich uliczników już się nie bała, ucinała krótko i zdecydowanie wszelkie propozycje podrywu. Kilka razy odważyła się przejechać tramwajem, spodobało jej się.

Zachęcona dobrą passą pewnego dnia kupiła kruche ciastka z cukrem i postanowiła pójść na dworzec, by podziękować swojemu wybawicielowi.

Teraz już dworzec jej nie przerażał. Nie ze strachem, a z ciekawością przyglądała się nieprzebranym tłumom na peronach. Były tam dobrze ubrane kobiety niosące eleganckie skórzane walizki, baby dźwigające kosze, z których kaczki czy gęsi ciekawie wystawiały główki, rodziny z dziećmi, uczniowie gimnazjów...

Z niemałym trudem odszukała Pawła. Lecz kiedy już jej się to udało, była tak zadowolona, że prawie rzuciła mu się na szyję.

– Sama pana znalazłam! – pochwaliła się. – Chciałam podziękować... Taka byłam wtedy zagubiona...

– Bardzo się cieszę, że panią widzę – powiedział poważnie. – I mam nadzieję, że już mi się pani nie zgubi.

Cisza, która zapadła między nimi, wcale nie była kłopotliwa. Każde z nich zastanawiało się, czy będzie jakiś ciąg dalszy. I co powiedzieć, żeby nie popsuć tej chwili.

– Może przejdziemy na ty – zaproponowała w końcu. – Julia jestem.

Uśmiechnął się.

– Paweł. Julia i Paweł – powiedział powoli. – Ładnie.

Potem Podhorecka wręczyła mu paczkę ciastek, a on musiał wracać do pracy. Umówili się w następną niedzielę pod fontanną z nimfą na lwowskim Rynku.

Od tamtej niedzieli spacerowała już tylko z nim. Pokazał jej miasto, ale też udzielał bardzo praktycznych rad, na przykład gdzie najtaniej zjeść, podzelować buty, gdzie u handełesa kupować ubrania z drugiej ręki.

Pewnego razu powiedział jej wprost, że wciąż o niej myśli, że śnią mu się jej zielone oczy i że życia sobie bez niej nie wyobraża. I choć nie próbował jej całować, nawet dotykać, pożąda jej. I czuje, że kiedyś będą razem. I co by powiedziała na to, żeby wzięli ślub.

A ona posmutniała.

– Jestem od ciebie dwanaście lat starsza – wyszeptała. – Za chwilę zwiędnę. Ja stara, ty młody. Co z nas za para? Śmieszna...

– Lepiej śmieszna niż smutna. – Wziął ostrożnie jej dłoń. Wskazujący palec prawej ręki miała szorstki od materiału przesuwającego się pod igłą maszyny do szycia. – Sama jesteś, ja też sam. Razem raźniej. Mam dobrą pracę, a jak się ożenię, dadzą nam mieszkanie. Pomyśl o tym, proszę. Dziś nie odpowiadaj.

Miło jej było, że się podoba akurat temu mężczyźnie. Schlebiało jej to. Ale czy go kochała? Lubiła, ot co. Na pewno go nie pożądała, bo chyba tego rodzaju uniesień na razie była syta. Może właśnie dlatego obiecała, że się zastanowi. Bez pośpiechu, bez tej gorączki, która kochankom miesza zmysły ze zdrowym rozsądkiem.

Następnej niedzieli już była pewna, że tego chce. Była tylko jedna rzecz, o której Paweł wiedzieć musiał.

– Ja... Ja już nie mam wianka – wyznała mu, gdy stali obok ruin Wysokiego Zamku.

Popatrzył na nią zdumiony.

– Ja ci nie uplotę, bo i nie umiem...

– Ech, nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi, Paweł! Nie jestem już... panienką – dokończyła nieco ciszej, gdyż rodzina z dwójką dzieci oglądająca panoramę Lwowa zainteresowała się ich rozmową i chłopcy przyglądali się im bez skrępowania.

– Nie jesteś dziewicą, tak? – upewnił się. – No, ja myślę! W twoim wieku...

– Paweł! Jak możesz? – Była bliska płaczu.

– Julko, dziewicą to może sobie być Maryja. A taka kobieta z krwi i kości jak ty jest... Jest... – szukał słowa – ...no, prawdziwą kobietą z krwi i kości. Moją kobietą. Bo rozumiem, że się na moją propozycję zgadzasz?

Kiwnęła głową.

Podskoczył do góry i wydarł się jak wariat.

– A teraz ja też ci wyznam swoją tajemnicę. Też nie jestem... panienką. Już ci powiem, jak tak sobie szczerze rozmawiamy. Na wojnie mi się zdarzyło... Kilka razy. Wiesz, jak się nie wie, czy się jutra dożyje, to się korzysta z tych paru godzin, które być może człowiekowi jeszcze zostały. Ale jestem zdrowy! Przysięgam. – Położył rękę na sercu.

Podhoreckiej łzy pociekły po policzkach. Od śmiechu rozbolał ją brzuch.

***

Wieczorem Ada zostawiła siostry przy radiu, które nadawało jak zwykle w niedzielę wieczorem Wesołą Lwowską Falę, i wymknęła się chyłkiem z domu. Postanowiła wyjść na spotkanie ojcu, który o tej porze wracał z dniówki na Podzamczu. Chciała się przed nim wygadać, pożalić na matkę i niesprawiedliwość tego świata.

Zawsze miała z nim dobry kontakt, może dlatego, że jego obecność w domu była dla nich świętem. Paweł wciąż pracował, czasem Szubówny śmiały się, że dworzec jest jego drugim domem, a może nawet i pierwszym. Ojciec odzywał się rzadko, ale jak już coś powiedział, Adela czuła, że nie na darmo otwierał usta. Szanowała go.

Wieczór był wietrzny, chmury gromadzące się na niebie sprawiały, że zmierzch zapadał bardzo szybko. Czuło się, że pogoda się zmienia, że to już koniec lata.

Dziewczyna tym razem zabrała z domu ciepłą chustę, więc mogła się nią otulić, broniąc się przed zimnymi podmuchami. Szła wzdłuż sztreki w stronę rogatki Żółkiewskiej, do przystanku tramwajowego. Okolica była wyludniona, ludzie kryli się w domach, przy ciepłych piecach, w których podpalali na wieczór pierwszy raz po lecie.

Na pustej Żółkiewskiej paliły się już latarnie. Gdzieś na granicy mroku i światła rzucanego przez jedną z nich Adela spostrzegła kobietę i mężczyznę. Ich sylwetki wydały jej się znajome. Stali blisko siebie, nie potrafiła stwierdzić, czy się przytulają. Na pewno rozmawiali, ona głaskała go po twarzy. Gdy zauważyli, że Ada zbliża się do przystanku, schronili się szybko w pobliskiej bramie. „Pewnie robią coś nieprzyzwoitego” – oceniła.

Nadjechał tramwaj, robiąc hałas, a potem odjechał. Wśród tych, którzy wysiedli, nie było jednak ojca. „Dziwne... – pomyślała. – Może spóźnił się na przystanek i idzie z Podzamcza pieszo?” Zastanowiła się, czy wyjść mu naprzeciw. Już prawie zdecydowała, że tak zrobi, gdy nagle z bramy, w której przed chwilą znikła para, wyszedł mężczyzna i ruszył w stronę sztreki. Adela zmartwiała. To był przecież ojciec... Boże, to ojciec!

Nie zauważył jej, pochylił głowę, postawił kołnierz kolejarskiej marynarki i powolnym, miarowym, tak dla niego charakterystycznym krokiem minął bramę fabryki Baczewskiego i skręcił w mrok Szczepanowskiego.

 

Adeli zrobiło się słabo. Co ojciec robił z tą kobietą? Kim ona była? Choć roztrzęsiona, zdecydowała się opuścić plamę mroku, w której się skryła, i przejść na oświetloną stronę ulicy Żółkiewskiej.

Postanowiła wrócić do domu. Najdłuższą drogą, jaką się dało, przez Nowozniesieńską. Ze strachem myślała o chwili, gdy wejdzie do mieszkania, w którym przy stole ojciec będzie jadł kolację. Matka na pewno siądzie przy nim, patrząc mu wiernie w oczy i podsuwając z czułością najlepsze kawałki, jak to ona. A łakoma Nelka jak zwykle spróbuje się wcisnąć na ojcowskie kolana i wydębić choć parę kęsów. Ojciec zrobi srogą minę i uda, że się na nią gniewa, a potem wybuchnie śmiechem. Znała scenariusz na pamięć. Rodzinna sielanka... Nie, nie chciała tego oglądać, nie teraz! Teraz potrzebowała spokoju, potrzebowała iść przed siebie, przyzwyczaić się do myśli, że jej ojciec... Jej nieskazitelny ojciec jest kłamcą.

Rozdział II

Kamienica na rogu Żółkiewskiej i Kąpielnej na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie solidnej. Jednak gdy nacisnęło się żeliwną secesyjną klamkę i pchnęło ciężkie, malowane brązową farbą drzwi, by wkroczyć do ciemnego korytarza, wrażenia były mniej przyjemne. Jasnobrązowa lamperia pokrywająca ścianę wzdłuż schodów wiodących na piętro odłaziła płatami, demaskując czarne od wilgoci mury. Żarówka wisząca nad drzwiami, mająca rozjaśnić mroczny korytarz, co chwilę gasła i rozbłyskiwała, potęgując nieprzyjemne wrażenie, którego nie był w stanie rozwiać nawet kolorowy witrażyk z roślinnym motywem umieszczony nad wejściem.

Smutnej brzydoty miejsca Adela nie zauważała już od kilku dobrych tygodni. Przyzwyczaiła się, zresztą bywała w dużo bardziej zaniedbanych kamienicach, choćby na Krakidałach. Gdy z obskurnego korytarza dziewczyna przechodziła szybko na prawo, do pomieszczeń ochronki dla dzieci z rodzin robotniczych, robiło się jej trochę raźniej. Tu było przynajmniej jasno i ciepło, wielkie okna, wychodzące na skromne podwórko na tyłach posesji z piaskownicą i dwiema huśtawkami, rozświetlały dwie pomalowane na biało sale, w których na co dzień przebywały dzieci. Teraz, przed szóstą rano, było tu jeszcze pusto.

Ada przez kuchnię przeszła do pomieszczenia dla pracowników, przywitała się z pucułowatą kucharką, panią Władysławą zwaną przez wszystkich Dziunią, zdjęła podniszczone palto, którego założenie wymusiła dzisiejsza prawdziwie jesienna aura, i przebrała się szybko w roboczy granatowy fartuch. Rozcierając zmarznięte dłonie, spojrzała w kwadratową taflę lusterka zawieszonego nad stołem i stwierdziła z niezadowoleniem, że ma dziś wyjątkowo niestaranną fryzurę. No tak, wychodziła z domu w pośpiechu, nie chcąc pobudzić sióstr i rodziców. W szczególności nie miała ochoty natknąć się na ojca. Westchnęła, z torebki wyjęła kościany grzebyk, który w sierpniu Kacper kupił jej na odpuście w Winnikach, i zaczęła układać nad czołem czarne niesforne kosmyki, spinając je szpilkami do włosów.

– Kawę parzę, napijesz się? – zapytała kucharka, wkładając grzałkę elektryczną do blaszanego kubeczka z wodą.

– Joj, poproszę – odparła z ochotą Ada, kończąc toaletę. Możliwość popijania prawdziwej kawy za miejskie pieniądze była jednym z przywilejów, którymi cieszył się personel tej instytucji. – Lato się skończyło, co, pani Dziuniu? Ciepłe rzeczy trzeba z szafy wyciągnąć...

– Nawet mi, dziecko, nie przypominaj. – Władysława zalała wrzątkiem kawę z „Prawdziwą Francka” w dwóch białych blaszanych kubkach i zamieszała łyżeczką. – Muszę moim chłopakom nowe buty na zimę obstalować, kapoty jakieś cieplejsze... Ja w swoim płaszczu czwartą zimę się jakoś przekatulam, łaty na łokcie ponaszywam, żeby jak człowiek wyglądać. Skąd na to wszystko brać? – Stroskana pokręciła głową. – Romkowi i Zdziszkowi u handełesa kupię używane, bo i tak za rok z nich wyrosną. Jak nie będzie pasować, to poprzerabiam, im i tak obojętne, jak wyglądają, byleby tyłki nie pomarzły... Ale sobie coś nowego chciałabym sprawić... Raz jak człowiek wyglądać i nie marznąć przy tym. Tak mi się marzy pójść na pasterkę do bernardynów w futrze, jak wielka pani... Tylko za co, za co? – wzdychała, załamując pulchne ręce.

Adela pociągnęła łyk kawy, myśląc, że zna dobrze te dylematy. Zmagała się z nimi przed zimą każda lwowska niezamożna rodzina. Ona na przykład nosiła płaszcze po matce lub po cioci Maryni, rzadko miała coś nowego. A jak już miała, musiała bardzo uważać, by ubrania nie zniszczyć, bo po niej w kolejce do noszenia były przecież jeszcze dwie młodsze siostry. Mama kupiła raz sobie prawdziwe futro, okazyjnie i zupełnym przypadkiem. Policjanci z komisariatu przy Zamarstynowskiej wyprzedawali złodziejskie łupy. Wyszło całkiem tanio. Ale to było prawie dziesięć lat temu i dziś już futro do niczego się nie nadawało.

– Czasem na tym targu przy rogatce Żółkiewskiej mają skórki z królików i lisów – przypomniało się Adeli. – Wiem, bo siostra ojca w zeszłym roku kupowała na kołnierz. Ci handlarze to prości ludzie ze wsi, chcą szybko się pozbyć towaru i wracać ostatnim pociągiem do domu, więc niedrogo sobie cenią, choć nie pamiętam już ile... Ale jakby tak kupić w tym roku kilka futerek i w przyszłym trochę, może kuśnierz uszyłby pani krótki płaszczyk...

Pani Dziunia z rozbawianiem klepnęła się po udzie.

– Dziecko, widzisz, ile ja mam w pasie? Ileż trzeba by tych skórek na futro dla mnie! Majątek by kosztowały! No, chyba że obstaluję sobie futro nie z króli, a z kotów, ha, ha, ha!

Skrzypnęły tylne drzwi wejściowe i po chwili do pokoiku weszła młodziutka nauczycielka, panna Jadwiga, otrząsając z wody czarny parasol z kościaną rączką, gdyż tymczasem pogoda się ustabilizowała i zaczęło lać. Ada westchnęła zazdrośnie, spoglądając na jej elegancki płaszczyk w kolorze karmelowym i dopasowane do niego skórzane buciki, pewnikiem kupione gdzieś na Akademickiej czy u Mikolascha. Jadwiga w czerwcu ukończyła seminarium dla nauczycielek ochronek, do tego była śliczna jak aktorka z filmowego afisza, a jej narzeczony, przystojny oficer pułku ułanów stacjonujących przy Kadeckiej, nie szczędził na nią pieniędzy.

– Dzień dobry – przywitała się z promiennym uśmiechem. – Co za paskudna aura...

– Dobry, dobry – burknęła Władka, patrząc zazdrośnie, jak dziewczyna ściąga świetnie uszyty płaszczyk z bufiastymi, najmodniejszymi tej jesieni rękawkami, i wiesza go w szafie. Rzuciła przy tym Adzie porozumiewawcze spojrzenie, mające mówić: „niektórym to się, cholera, powodzi”. – A czemu panna cała w skowronkach?

– A czemu by nie? – Jadwiga uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się dwa słodkie, rozbrajające dołeczki. – Jak paniom minęła niedziela? Bo mnie wspaniale! Piotr zabrał mnie autem za miasto, do Hołoska. Zostawiliśmy samochód pod lasem i przeszliśmy spacerkiem aż do Brzuchowic. A pani, pani Władysławo, odpoczywała wczoraj na łonie? – szczebiotała dziewczyna.

– Gdzie tam. Obrałam kartofli rano, śniadanie dałam moim nicponiom, potem poleciałam na sumę, potem dokończyłam obiad, pomyłam gary, a jak już nic do roboty nie było, wzięłam się za cerowanie gaci moich chłopaków. Dobrze, że dziś poniedziałek, w robocie se odpocznę! – Kucharka zaśmiała się, siadając do zeszytu zamówień i tym samym definitywnie kończąc poranną konwersację.

Wkrótce potem zaczęły się schodzić dzieci. Młodsze przyprowadzały matki lub starsze rodzeństwo, z kolei pięcio- i sześciolatki przychodziły często pojedynczo, często kupą. Nauczycielki, takie jak panna Jadzia czy mająca dziś na drugą zmianę panna Zosia, załamywały ręce nad niefrasobliwością rodziców tych dzieci. Lecz ani Adela, ani Dziunia z kuchni niczemu się nie dziwiły. Wiedziały, jak się żyje na biednych przedmieściach, z których pochodzili podopieczni ochronki. Bladym świtem ojcowie wychodzili do fabryk, a matki, jeśli też nie pracowały, zostawały w domu z całym natłokiem obowiązków. Musiały zakrzątnąć się w domu, przy kuchni, często przy kurach czy świniach, zrobić zakupy za grosze, oprać rodzinę, ponaprawiać bieliznę, a nawet zatroszczyć się o jakiś opał, bo na czymś trzeba było przecież posiłek ugotować – gaz na peryferiach Lwowa wciąż jeszcze był rzadkością. A jedynym obowiązkiem męża i ojca była praca zarobkowa, często tak wycieńczająca, że po robocie sił starczało już tylko na zjedzenie kolacji i spanie. Ada dobrze znała ten schemat z własnego życia. Gdy była berbeciem, matka też oddawała ją pod opiekę starszych dzieci, które ją prowadziły do ochronki. I kto by się tam takimi głupotami przejmował? Chyba tylko nieznające się na życiu wychuchane panienki z dobrych domów, takie jak Zosia i Jadzia mieszkające na Zofiówce w willach z ogrodami lub w sześciopokojowych mieszkaniach przy Legionów czy na Wałach Hetmańskich. Ada wiedziała dobrze, że one będą współczuć tym biednym, zaniedbanym dzieciom, głaskać je po główkach, litować się, widząc dziurawe zelówki w bucikach czy połatane zimowe płaszczyki maluchów, a przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjdą dobrze za mąż lub znajdą posadę w lepszej dzielnicy i uciekną, zwyczajnie od tej biedy uciekną. Odwrócą oczy. A ona zostanie, bo sama jest z tej biedy. Zostanie, bo posada pomocy w ochronce i tak nie jest najgorszą rzeczą, która mogła się jej przydarzyć. Ponieważ ukończyła jedynie szkołę powszechną – kogo to obchodzi, że na cenzurce miała same celujące – i nie było żadnych szans, by móc kształcić się dalej. Pawła Szubę, zapracowanego kolejarza, nie było stać, by posłać córkę do gimnazjum i umożliwić jej zdanie matury. Mimo najlepszych chęci.

Posadę w ochronce Adela dostała dzięki wstawiennictwu księdza Maślanki, katechety ze szkoły i opiekuna Stowarzyszenia Dziewcząt Chrześcijańskich przy kościele NMP Królowej Korony Polskiej na Zniesieniu. Początkowo ksiądz Maślanka miał nadzieję, że uda się umieścić Szubównę w gimnazjum. Wraz z ojcem Adeli i księdzem proboszczem pisali podania do dyrektorów szkół średnich, prosił zamożnych parafian (choć na Zniesieniu policzyć takich można było na palcach jednej ręki) o ufundowanie stypendium, jednak nic wskórać nie zdołali. Julia co prawda mogła poprosić o pomoc Marynię, swoją siostrę, albo kogoś z dalszej rodziny, z którą już właściwie nie utrzymywała kontaktów, lecz na to Paweł nigdy by się nie zgodził, duma mu nie pozwalała. Adela poszła więc do pracy, właściwie na służbę. Akurat jedna z parafianek, żona inżyniera z fabryki lekarstw „Laokoon”, potrzebowała niani do swoich bliźniąt, gdyż bardzo źle znosiła trzecią ciążę. Młodzi państwo inżynierostwo wybudowali sobie dom na rogu Wniebowstąpienia i Nowozniesieńskiej, ale wybór miejsca nie do końca chyba był przemyślany. Sąsiedztwo prostych ludzi, zwykłych rzemieślników, maszynistów z Baczewskiego czy praczek nie zachęcało młodych do zawierania znajomości. Zuzanna, żona inżyniera, czuła się samotna i wyobcowana. Bardzo pobożna, z księdza Maślanki uczyniła sobie powiernika. I kiedy wyznała, że nie daje już rady z synami i potrzebuje dla nich bony, duchowny od razu zaproponował Szubównę.

– Energiczna, wesoła, a przede wszystkim uczciwa dziewczyna – zachęcał Zuzannę. – Matka z rodziny ziemiańskiej, wyuczona u panien z Jazłowca. Na skutek życiowych kolei majątek straciła... Szubowie są biedni, ale to dobrzy ludzie i dobrze najstarszą córkę wychowali. A jak ona pięknie śpiewa! Nasza najlepsza chórzystka. Ma dwie młodsze siostry, więc na dodatek wprawiona do opieki nad dziećmi.

Kiedy Adela po raz pierwszy przyszła do domu inżynierostwa, Zuzanna z żalem zauważyła, że ksiądz zapomniał dodać, że chórzystka, nie dość, że utalentowana, jest do tego bardzo ładna. Wysoka, postawna, może nawet za bardzo, o urokliwym, śmiałym spojrzeniu zielonych oczu, w których igrały złotawe błyski. Czarne, naturalnie poskręcane włosy ujarzmione spinkami i ułożone w zgrabne fale nad czołem kontrastowały z mleczną bielą cery. Usta, trochę za szerokie, co chwila rozciągały się w lekko kpiącym uśmiechu. Dziewczyna robiła nadspodziewanie dobre wrażenie, a co ważne, wysławiała się ładnie, nie używała też zupełnie bałaku, który Zuzannę, rodowitą warszawiankę, odrobinę irytował. Zadowalało ją także niewielkie wynagrodzenie, za które zawodowa bona od pośredniczki nigdy nie zgodziłaby się pracować. Ponieważ właściwie nie było się do czego przyczepić, inżynierowa postanowiła zatrudnić Szubównę, modląc się, by jej urok nie zadziałał na szanownego małżonka. Ślubny lubił bowiem spódniczki, o czym Zuzanna podczas małżeństwa trwającego zaledwie trzy lata miała okazję przekonać się nie raz.

Adela pracowała dobrze i z zapałem. Dzieci rzeczywiście lubiła i miała do nich dobre podejście. Chętnie zabierała chłopców na długie spacery, zapewniając tym samym ociężałej i zmęczonej swoim stanem Zuzannie błogie chwile samotności. Niania spacerowała z dziećmi po znanych z własnego dzieciństwa okolicach. Zabierała je na włóczęgę po przecinających Piaskową Górę ścieżkach, pod Wysoki Zamek albo po prostu wzdłuż sztreki, żeby chłopcy popatrzyli na przejeżdżające pociągi. A było na co popatrzeć, bo w najszerszym miejscu przy Szczepanowskiego sztreka rozgałęziała się aż na osiem torów. Zdarzało się, że równocześnie jechało kilka pociągów i robił się okropny hałas. Chłopcy piszczeli wtedy, zatykając sobie uszy niby ze strachu, a naprawdę tupiąc w szutrze ulicy z radości i wznosząc przy tym tumany kurzu. Na stoku wzniesienia, zwanego przez tutejszych Górką Baczewskiego, Ada rozkładała kocyk i urządzała pikniki. Opowiadała chłopcom, że kiedy chodziła do pobliskiej szkoły, nauczycielka, spolonizowana Ukrainka, wiosną zabierała ich klasę właśnie tutaj i organizowała zawody, kto nazbiera największy bukiet kwiatów. I że Ada zawsze wygrywała. A potem śpiewali piosenkę o tym, że gęsi za wodą, kaczki za wodą. I Ada musiała chłopcom śpiewać tę piosenkę i wiele innych także, a jej czysty głos niósł się nad wzgórzami przedmieścia.

 

Niestety, Zuzanna nie pomyliła się co do męża. Pan Erwin docenił urodę Ady i z czasem zaczął jej składać najpierw bardziej, potem mniej zawoalowane propozycje. Adela, która miała koleżanki pracujące w domach w mieście, wiedziała, że podszczypywanie służących to ulubiony sport chlebodawców i broniła się jak mogła. Początkowo udawała, że nie wie, o co inżynierowi chodzi, ale kiedy raz niedwuznacznie ujął ją za pośladek, nie wytrzymała i krótko mówiąc, dała panu w pysk. Miała nadzieję, że ją natychmiast zwolni i będzie po sprawie, lecz inżynier tylko się uśmiechnął i trzymając za policzek, z uznaniem wyszeptał:

– Twarda z ciebie sztuka, moja mała...

Tak zachęcony próbował kilka razy ją pocałować albo przycisnąć w kącie między stołem i kanapą. Pani nie widziała albo udawała, że nie widzi, zauważyli za to chłopcy. Nie minęło wiele czasu, a sami, tak jak ich ojciec, próbowali klepnąć ją w tylną część ciała lub złapać za pierś. Wkrótce Ada miała serdecznie dość unikania prześladowcy i wymówiła pracę. Zuzannie ulżyło, inżynierowi w sumie również. Tylko dzieci rozpaczały po odejściu ukochanej opiekunki.

Ksiądz, znając większość grzechów, które jego parafianie gromadzili w swoich sumieniach, zdziwiony nie był. Czuł się nawet winny całej tej sytuacji i za nią odpowiedzialny. Przykro mu było, że Adela znowu jest bez pracy. Kiedy więc jedna z pań wspierających datkami Stowarzyszenie zwierzyła mu się, że znajoma ma wakat w dzielnicowej ochronce, dobroduszny duchowny poręczył za Adę oraz za jej najlepszą przyjaciółkę. Urodziwa Leopolda, zwana przez wszystkich Poldą, córka byłego górnika, który po piętnastu latach wrócił do Lwowa z Belgii, miała tak samo słabe widoki na kontynuowanie nauki jak Adela, córka kolejarza. Po skończeniu powszechniaka uczyła się szycia, lecz jej zupełnie nie szło, a potem pracowała jako kasjerka w cukierni w Rynku. Jednak ją też nierzadko nagabywała natarczywie męska część klienteli i Polda miała już tego dość. Dlatego propozycja księdza spadła jej jak z nieba.

Adela dobrze pamiętała spotkanie, na które obie z koleżanką zostały zaproszone przez kierowniczkę ochronki, panią Sierakową. Pamiętała, jak ta poważna, wysoka kobieta długo i uważnie im się przyglądała, zanim zdecydowała, że warto zacząć z nimi rozmowę i poświęcić im kilka cennych chwil.

– Potrzebuję tu osób pracowitych – zaczęła. – Lubiących dzieci, wesołych, inteligentnych. Nie toleruję prostactwa, kradzieży, brutalności, a przede wszystkim nie znoszę, gdy się mnie okłamuje. Żądam bezwzględnego wykonywania obowiązków i posłuszeństwa, zrozumiano?

– Tak jest – odparła Polda.

Ada również chciała potwierdzić, ale jednak nie potrafiła zrobić tego tak z marszu. Czuła, że kierowniczka przypisuje im wszystkie cechy wymienione przez nią jako te, które potępia. Były biedne, miała więc prawo sugerować im, co tylko chciała. Szubówna milczała dłuższą chwilę, wytrzymując badawczy i niechętny wzrok kobiety. Kątem oka pochwyciła spłoszone spojrzenie Poldy i wtedy opamiętała się.

– Rozumiem, oczywiście – wydusiła z siebie.

Następnie dziewczęta dowiedziały się, że do ich obowiązków będzie należało wycieranie nosów, buziek, rąk oraz pup małych podopiecznych, pomaganie przy posiłkach, przeglądanie głów pod kątem wszawicy, sprzątanie po dzieciach i oczywiście wykonywanie poleceń kierowniczki i nauczycielek, którym będą bezpośrednio podlegać.

– Możecie zacząć od pierwszego – oznajmiła kierowniczka. – Zostaniecie przyjęte na próbę na miesiąc. A potem się zobaczy...

– Mamy robotę, Ada, mamy robotę! – szczebiotała Polda, gdy już znalazły się na skąpanej w słońcu ulicy. – Posiłki za darmo dostaniemy, obuwie robocze dostaniemy, pensyjkę dostaniemy! Paniusiami będziemy, czy ty to rozumiesz? Za pierwsze pieniądze kupię sobie beżowe rękawiczki, będę miała na niedzielę na spacer... A ty na co wydasz pierwsze pieniądze?

– Ja? Hm... – zamyśliła się Ada. Było tyle rzeczy, które chciała mieć! I tyle, których tylko potrzebowała. Potrzebowała nowych pończoch, butów, halki, letniej sukienki... A marzyła o prawdziwych perfumach, takich, jakie kiedyś wąchała w pasażu Mikolascha, o szmince... O książkach, tych najnowszych, bo w wypożyczalni mieli same starocie... O tym, żeby chodzić regularnie do kina, mieć gramofon i płyty, i żeby ją było stać na lody w Wiedeńskiej i na precle w parku Stryjskim... I na bilet tramwajowy za każdym razem, gdy potrzebowała dojechać do śródmieścia...

– Pierwsze pieniądze zapewne wydam na węgiel – odparła trzeźwo. – Niedługo jesień, zaczniemy na całego w piecach palić.

Polda spojrzała na nią, marszcząc śmiesznie nosek.

– Ale z ciebie nudziara – podsumowała. – Chciałam, żebyś się dała ponieść marzeniom, wyobraźni...

– Po co mam się denerwować? Pewnie, że życzyłabym sobie pończoch ze szwem, torebki albo kapelusika. Ale wiem, że za moją pierwszą pensję matka będzie kazała ojcu kupić opał. I co ja poradzę, Poldziu złota? – Adela złapała koleżankę za rękę.

– Nic. – Polda ukłoniła się przechodzącej po drugiej stronie ulicy znajomej matki. – Ja też nie poradzę. Mnie też pewnie będą kazali kupić węgiel. Albo i ziemniaki...

Pomimo tych nie najweselszych refleksji dziewczęta czuły dumę, bo im się udało. Przy najbliższej okazji pobiegły podziękować księdzu za wsparcie. A on w modlitwie podziękował Bogu. I tak to było.

Po kilku miesiącach pracy w ochronce Adela nie miała wątpliwości, że jest to harówka. Szczególnie odczuła to pierwszego prawdziwie jesiennego dnia. Ciężkie chmury zawisły nad miastem, z nieba lały się potoki. Dzieci rozdrażnione pogodą marudziły i kłóciły się, zamiast bawić. W dodatku przed obiadem Stasia Włodarczykówna ze starszej grupy podeszła do Ady i, ciągnąc ją za fartuch, zapytała:

– Cy to pani siostruni te rąckie chabliniastą podrzucili? Te od bajbusa?

– Co takiego? – Adeli nagle serce zaczęło bić mocniej.

– No, grabe, rąckie, mówię przecie! – Słodka blondyneczka tupnęła nóżką. – W kościele wcoraj ludzie pytlowali o tem! Pani powie, jucha leciała? Cy jak to biło?

– Chcemy wiedzieć! Niech pani opowie! Tak, tak! – Nagle Adę obstąpiło sześcioro podopiecznych, wlepiających w nią z nadzieją słodkie, niewinne oczka.

– Nie, krwi nie było... – zaczęła zdezorientowana, lecz zaraz się opanowała. – A zresztą, co wam do tego? To nie dla waszych uszu opowieść! Wy się o swoje graby martwcie, bo brudne są, a zaraz pani Dziunia bałabuchy i mleko przyniesie. Kto nie umyje rąk, nie dostanie drugiego śniadania, zrozumiano?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?