Lwowska kołysankaTekst

Z serii: Dwa miasta #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mama znowu pali? – usłyszała za plecami pełen pretensji głos Ady. Zawsze, gdy córka była niezadowolona, zwracała się do niej w trzeciej osobie. – Przecież można to na korytarzu robić albo przed domem, a nie w mieszkaniu! Duszę się od dymu!

– Na ulicy palą tylko ulicznice – odparła Julia, gasząc papieros i wyrzucając go przez okno. – A gdzie „dzień dobry”, córeczko?

– Dzień dobry – burknęła Ada.

Julia zamknęła okiennice i przyjrzała się najstarszej córce, która była już ubrana w swoją najlepszą sukienkę i starannie uczesana, słowem – gotowa do wyjścia.

– A gdzie ty się wybierasz? Przecież msza dopiero o dziewiątej? – zapytała.

– Idę dziś do jezuitów na siódmą – odparła. – Chcę się wyspowiadać jak człowiek przy porządnym konfesjonale, a nie klękając przy krześle księdza w przedsionku. Zdaje mi się wtedy, że wszyscy słuchają moich grzechów. Spowiedzi powszechnej robić nie zamierzam. I organów porządnych chcę posłuchać.

Julia uśmiechnęła się pod nosem. Znała upodobanie najstarszej córki do kościelnych przepychów, śmieszyło ją ono. Adela lubiła patos podczas mszy, zapach kadzidła i błysk złotych nici w ornatach. A na Zniesieniu kościół dopiero się budował, nabożeństwa odbywały się w skromnym drewnianym budyneczku obok, a ostatnio w ledwie zaczętej, niezadaszonej bocznej nawie tego nowego budynku. Może i brakowało w nim podniosłej atmosfery, ale przecież nie brakowało Boga...

– Och, Ada – westchnęła. – Ty do teatru się wybierasz czy na modlitwę?

– Co też mama wygaduje? – Dziewczyna spłonęła rumieńcem i widać było, że nie posiada się z oburzenia, że matka posądza ją o tak niskie pobudki.

– Dobrze już, dobrze... – Julia ugodowo poklepała córkę po ramieniu. – Módl się, gdzie chcesz i jak chcesz. Tylko narzuć coś jeszcze na siebie, bo się chyba za bardzo wyletniłaś. Pamiętaj, że już wrzesień.

Dziewczyna popatrzyła niechętnie na wełnianą chustę przerzuconą przez oparcie krzesła. Tkanina była sprana, nijakiego koloru i pocerowana w dwóch miejscach. Choć matka upierała się, że wciąż daje okrycie, gdy zimno, i nie trzeba jej wyrzucać, Ada miała inne zdanie na ten temat.

– Mnie zawsze gorąco, proszę mamy – powiedziała i wybiegła na korytarz.

Julia o czymś sobie przypomniała. Otworzyła okno, wyciągnęła z kieszeni podomki kilka monet i wychyliwszy się, krzyknęła do najstarszej córki:

– Adela! Chleb u Żyda kup, jak będziesz wracać! – To mówiąc, rzuciła córce pieniądze.

Dziewczyna pozbierała je z chodnika i ruszyła w tę samą stronę, co kilka minut wcześniej jej ojciec.

Julia postała jeszcze chwilę przy oknie. Już chciała je zamknąć, gdy zobaczyła szczupłego chłopaka wybiegającego z bramy obok. Rozpoznała w nim Kacpra. „Pewnie też poczuł, że musi do Piotra i Pawła na mszę pójść, jak moja Ada...” – stwierdziła w duchu, uśmiechając się pod nosem.

Chowali się razem z Adelką, od dzieciństwa lubili się bardzo. Kacper dorosły już, dwa lata od Ady starszy, teraz cholewki do niej smalił. Na mechanika się uczył, ostatnio podobno dostał stałą posadę, Antonina chwaliła się, że przynosi do domu regularnie pensję. Miły chłopak, ale przecież dziecko jeszcze! Tacy z Adelą młodzi...

Julia wpadła w zadumę, myśląc o swojej młodości. Gdzie ona? Przepadły jej najlepsze lata i nie powrócą... Nie mogła ich nawet ofiarować Pawłowi, bo poznała go później, dużo później...

***

Julia z domu Podhorecka, szósta i najmłodsza córka Ludwika i Pauliny, urodziła się w majątku ziemskim pod Jazłowcem. Paulina rodziła mężowi córki rok za rokiem i wyczerpana tym zmarła, zanim Julia skończyła trzy lata. Ojciec, który samotnie stanął przed koniecznością wychowania i wydania za mąż sześciu córek, popadł w rozpacz i z tej rozpaczy zaczął pić i hulać. Przynajmniej taki powód stoczenia się podawał swoim dzieciom. Więcej czasu zresztą spędzał we Lwowie w słynnym hotelu George, grając w karty i topiąc smutki w alkoholu, niż przebywając w rodzinnych dobrach. Dziewczynkami zajęły się bliższe i dalsze ciotki, którym podjęcie takich kroków dyktowało poczucie obowiązku. Rozdzieliły między siebie małe Podhoreckie według możliwości zapewnienia im bytu. Julia trafiła pod skrzydła Jadwigi, kuzynki ojca, która miała kamienicę w Jazłowcu.

– Nowoczesna panna musi dbać sama o siebie i tego musisz się nauczyć w tych niepewnych czasach – powtarzała Julce ciocia Jadzia. I miała rację.

Julia zresztą głęboko w to wierzyła. Nauczyła się przede wszystkim, że nie należy ufać mężczyznom. Ani ojcu, który przyjeżdżał tylko wtedy, gdy go sumienie bardzo gryzło, i zasypywał córkę prezentami: wstążkami do włosów, sukienkami, lalkami oraz owocami w cukrze, ani wujaszkowi Bernardowi, który, gdy ciotki nie było w domu, brał Julcię na kolana. Trzymał ją i przyciskał do siebie, mimo że się wyrywała z całych sił, aż się spocił i dostawał zadyszki. Kiedy zorientowała się, co właściwie jej robi, znienawidziła go z całego serca i gdy tylko zanosiło się, że cioci nie będzie, zaszywała się gdzieś w ogrodzie albo na strychu. Potem zaczęła uciekać do miasteczka. Snuła się po wąskich uliczkach, zaglądała do ogródków otaczających domki na peryferiach. Z każdą taką wyprawą posuwała się dalej i dalej, aż pewnego razu dotarła na kraniec Jazłowca, w miejsce, gdzie łączył się z wsią Browary. Tu było już biednie, że hej. Płoty krzywe, kałuże na drodze, niskie domki kryte strzechą opadającą na malutkie okienka jak przydługa grzywka na oczy.

W jednym z ogródków stała dziewczynka w jej wieku. Miała na głowie czerwoną chusteczkę zawiązaną pod brodą, ubrana była w spraną i pocerowaną sukienczynę.

– Czego się gapisz? Chcesz dostać? – zaczepiła ją nieznajoma zza płotu.

Mała Podhorecka dostać nie chciała, ale nie wiedziała też, co odpowiedzieć. Pogapiła się więc trochę, aż w końcu postanowiła zawrócić do miasta. Odwróciła się i zrobiła kilka kroków. Wtedy silny kopniak w plecy powalił ją na ziemię.

– Myślisz, żeś lepsza, bo masz krajkę w warkoczach? – krzyknęła tamta, szarpiąc ją za włosy i zrywając z nich seledynową kokardę, najnowszy upominek od ojca. – O, patrz! Już nie masz!

Julia wypluła piach, który dostał się jej do ust, gdy niespodziewanie upadła. A potem wstała, zacisnęła pięść i wymierzyła cios prosto w szczękę obdartej dziewuchy. Tamta ze zdziwieniem dotknęła ust, w których kąciku pokazała się krew.

– Dośka! Dośka! A żeby cię! Coś panience zrobiła?

Na progu chaty pojawiła się kobiecina w fartuchu, z rozsznurowaną na piersi koszulą i zakutanym w płótno oseskiem. Najwyraźniej karmiła właśnie dziecko i czynność tę przerwała, bo niemowlak z wściekłości darł się wniebogłosy. Kobieta, nie przejmując się tym głośnym protestem, wyskoczyła na drogę i złapała obdartuskę za ucho. Dziewczynka syknęła z bólu, ale nie próbowała się wyrywać.

– Najmocniej przepraszam, jakieś dydko w nią wstąpiło. – Kobieta przemawiała do Julii tonem pełnym skruchy, nie wypuszczając ucha córki z żelaznego uścisku. – Nic się panience nie stało? Stokrotnie przepraszam, stokrotnie...

Ponieważ kolano Julii mocno krwawiło, kobiecina uparła się, że je opatrzy. Chwilę później dziewczynka siedziała przy stole w ubogiej, ale czystej izbie. Naprzeciwko niej zajęła miejsce jej prześladowczyni, a dosłownie z każdego kąta przyglądało się jej jakieś dziecko. Przynajmniej jedno.

Kiedy krwotok został zatamowany, kobieta na nowo przystawiła noworodka do piersi. Julię natomiast napoiła mlekiem prosto od krowy.

Bieda w chacie aż piszczała. Jednak wszystko lśniło czystością, w oknach wisiały wykrochmalone zazdrostki, podłogę z desek ktoś niedawno wyszorował piaskiem, bo lśniła bielą drewna. W kącie izby stał piec chlebowy, od którego biło gorąco, widocznie piekły się w nim pachnące bochenki. Julia wiedziała, że piec chlebowy jest w tej okolicy wyznacznikiem statusu społecznego – jego brak oznaczał skrajne ubóstwo. A więc tutaj nie było jeszcze tak tragicznie.

Kobieta bez przerwy mówiła, poprawiała najmłodsze dziecko przy piersi, wolną ręką rozdawała starszym gotowane kartofle w mundurkach, wycierała nosy, podciągała gacie, jeśli trzeba było.

Kiedy Julia podniosła się i powiedziała, że musi już iść, kobieta spojrzała w stronę okna.

– Zmierzcha się, gdzie panienka będzie po ćmoku sama iść. Dośka odprowadzi! – Uparła się, choć Julia protestowała.

Długo szły w ciszy po piaszczystej drodze.

– Przepraszam – bąknęła w końcu tamta. – Nerwa mnie złapała. Potrzebowałam komuś przylać. Bazyl zawsze ode mnie dostaje w takich razach, bo i tak mu się należy, ale gdzieś się akurat pędrak zawieruszył... Wtedy tyś się nawinęła...

– A czemu cię nerwa wzięła? – zaciekawiła się Julia.

Tamta długo nie odpowiadała. Kopnęła wściekle kamyk, który leżał na drodze, a potem pożałowała, bo szła na bosaka.

– Bo matka mi rzekła, że znowu za pół roku legnie w połogu! Siedmioro nas będzie miała! A ja chciałam nowe buty na zimę dostać. Teraz już nic z tego...

Szły w ciszy.

– Ja też mam sporo rodzeństwa – wyznała w końcu Julia. – Jestem szósta, najmłodsza.

– Ale pewnie paninych rodziców stać na dzieci, a moich ni cholery!

Wtedy Podhorecka opowiedziała jej o swojej sytuacji. Nowej znajomej humor się trochę poprawił. Powiedziała, że nazywa się Eudoksja, ale wszyscy mówią na nią Dośka, bo nikt chyba spamiętać nie może tego imienia. Matka ma zasadę, że dziecko dostaje miano po świętym, który narodzinom patronuje. Na swoje nieszczęście urodziła się w dniu, któremu patronowała Eudoksja, i tyle.

– Zobaczymy się jutro? – zapytała z nadzieją Julia, gdy doszły do rynku.

– Jak chcesz, możemy.

Od tamtego dnia Eudoksja z Browarów stała się najbliższą przyjaciółką Julii, a uboga chata jej drugim domem. A może i pierwszym.

 

Gdy Julia skończyła dwanaście lat, ciocia Jadwiga oznajmiła jej ze łzami w oczach, że ojciec zadłużył majątek i decyzją sądu trzeba go sprzedać, by spłacić wierzycieli.

– A w dodatku – kontynuowała ze smutkiem – z rozpaczy Ludwik postanowił sobie odebrać życie i powiesił się na bramie stajni w waszym majątku...

Julka nie płakała, gdy usłyszała tę smutną wiadomość. Bo czy jej życie po śmierci ojca miało się zmienić? I tak nigdy nie dbał ani o nią, ani o pozostałe siostry u innych krewnych. Nawet wiadomości od nich miewała rzadko, bo rodzina nie pilnowała, żeby między dziewczynkami wytworzyły się jakieś silniejsze więzi... Jednak cały czas do pogrzebu Julka zastanawiała się, w jaki sposób ojciec mógł się obwiesić na bramie? Zrozumiałaby jeszcze, gdyby na żyrandolu albo na jabłoni w ogrodzie, ale na bramie?

Po skromnej uroczystości pogrzebowej, która odbyła się w rodzinnym majątku, dziewczynka wraz ze starszą siostrą Marią pobiegła obejrzeć ową bramę stajenną.

– Patrz, Maryniu! – powiedziała, wskazując palcem na zaokrągloną futrynę. – Tam jest wbity hak! A więc to tak...

– Ktoś miał na ojca haka... I w ten sposób skończył – podsumowała chłodno Maria, która też nie pałała do ojca uczuciem.

– Ale po co to żelastwo ktoś wbił w sam środek bramy? – drążyła sprawę Julia. – Przecież teraz wrota się nie mogą zawrzeć...

Po latach jakiś życzliwy wyjaśnił siostrom, że panu Ludwikowi ktoś dopomógł się obwiesić na owym haku, i to prawdopodobnie nie jedna osoba, lecz kilka. I być może kawał żelaza wbity został w środek futryny specjalnie na tę okoliczność. To wyjaśniałoby także, dlaczego ksiądz bez słowa sprzeciwu pochował samobójcę na miejscowym cmentarzu. Rodzina wolała, by Ludwikowi śmierć z własnej ręki przypisywano, niż grzebano się w jego ciemnych sprawkach i szukano zabójców.

Na szczęście dla Julki ciocia oddała ją do szkoły przyklasztornej prowadzonej przez niepokalanki. Z dala od namolnego wuja Bernarda dziewczyna poczuła się pewniej. Tym bardziej, że rok później w tej samej instytucji umieszczono i Marynię. A w każde wakacje i wolne dni biegała do Browarów, do Dośki.

W szkole szybko mijał rok za rokiem. U niepokalanek panny uczyły się geografii, francuskiego, rachunków, historii, niemieckiego i religii oczywiście. Poza tym szycia, prowadzenia gospodarstwa i ogólnie życia. W krew weszła Julii codzienna modlitwa i uczestnictwo we mszy, choć wszystkie te obrzędy traktowała raczej jak obowiązek niż szczerą powinność. Gdy ukończyła szkołę, miała osiemnaście lat i zastanawiała się, co dalej ze sobą począć.

– Trzeba ci za mąż pójść – wymyśliła zapobiegliwa cioteczka. – Tylko za kogo? Młodzi szukają majętnych panien, starzy zajęci... Może wdowiec?... O tak, to jest myśl! Wdowiec o posag nie będzie dbał, i dobrze, bo go nie masz. Za to możesz ofiarować mężczyźnie swoją troskę i opiekę. Nad nim i nad jego dziećmi...

– Dziećmi? – przestraszyła się Julia. – Jakimi dziećmi, ciociu?

Ciotka Jadwiga machnęła ręką zniecierpliwiona.

– Jego dziećmi przecież – wyjaśniła ogólnie. – Zanim swoje urodzisz...

W ten sposób ciotka poinformowała Julię, co zamierza i jaki jest na tym świecie los panny bez majątku.

Kandydat na męża znalazł się aż we Lwowie, zwanym przez Austriaków Lembergiem. Był nim dość zamożny dyrektor na kolei, inwalida. Miał podobno własny domek z ogródkiem i jedną córkę, zamężną już.

Julia bardzo była ciekawa wielkiego miasta, bo dotąd nie podróżowała, więc całym jej światem był Jazłowiec i rodzinny majątek, obecnie znajdujący się w obcych rękach. Uznając, że małżeństwo to interes, postanowiła wyciągnąć z niego korzyści. Czyli cieszyć się Lwowem, kiedy się już w nim znajdzie.

– Ale ci zazdroszczę, miasto wielkie zobaczysz – mówiła Dośka. – Tam są tramwaje, ludzi mrowie, sklepy piękne... Jak mnie mateczka za mąż nie wyda, to do Lwowa ucieknę na służbę – marzyła.

W celu zapoznania „młodych” ze sobą cioteczka zaprosiła absztyfikanta na kilka dni do Jazłowca. Julia stwierdziła z ulgą, że nie jest on jeszcze całkiem stary, nawet szczupły i postawny, ale lekko kulejący, co trochę przeszkadzało w odbywaniu spacerów nad urokliwą rzeką Olchowiec. Dziewczynie na owych spacerach nie zależało, ale ciotce i owszem, gdyż twierdziła, że w cudnych okolicznościach podolskiej przyrody Julia zdoła skutecznie oczarować pana dyrektora konwersacją. Julka konwersowała chętnie, z tym że raczej bez udziału narzeczonego, bo pan Jan w odpowiedzi na pytania o Lwów przytakiwał lub zaprzeczał, ewentualnie zamyślał się i chrząkał znacząco. Jednak patrząc na nią, z zadowoleniem skubał wąsa, co być może było dobrym znakiem.

Dziewczyna głęboko zastanawiała się, czy pan dyrektor czuje do niej cokolwiek, bo wydawał się obojętny zarówno na jej przymioty fizyczne, jak i umysłowe. Na te ostatnie nawet bardziej, jeśli wziąć pod uwagę, że nie zdarzyło mu się chyba odpowiedzieć na żadne zadane przez nią pytanie.

Jednak wszystkie te niepokoje okazały się daremne. Ciocia Jadzia stwierdziła bowiem, że skoro Maria jest starsza od Julii, najpierw jej się należy mąż. Kandydatowi było najwyraźniej obojętne, kogo powiedzie przed ołtarz, bo przystał na tę zamianę.

Ślub, bardzo skromny, odbył się miesiąc później.

– Sprowadzę cię do nas, przyrzekam, kochana moja! – łkała przy pożegnaniu Marynia.

Julię życie nauczyło, że nie warto robić sobie nadziei, więc jej sobie nie robiła. Jak się okazało, całkiem słusznie, bo pan Jan ponoć nie chciał słyszeć, by zamieszkała przy nich. O czym donosiła Marynia w listach skrapianych obficie łzami.

Ponieważ czasy były naprawdę ciężkie, wdowców poszukujących młodych ubogich żon zdarzało się niewielu. Mówiąc prawdę, Julii nie przytrafił się już ani jeden. Skończywszy dwudziesty rok życia, poczęła się zastanawiać, czy nie pójść na służbę, tak jak to kiedyś planowała Eudoksja. Dośka już wtedy poszła za mąż za Kazka, co się z nim w stodole pokładała. I choć pola dużo nie miał, trzeba było ślub brać, bo z tego pokładania brzuch Dosi urósł.

Podhorecka wiedziała na pewno, że jeśli się na ten krok zdecyduje, poszuka pracy gdzieś we Lwowie lub dalej, w Krakowie. Jednak uczynne siostry niepokalanki zaproponowały jej wikt i zakwaterowanie w zamian za pracę w szkole. Miała prowadzić kurs szycia i gospodarstwa domowego w młodszych oddziałach, na co oczywiście chętnie przystała.

Powoli mijał rok za rokiem. Zakonnice namawiały Julię gorąco, by wstąpiła do niepokalanek. Proponowały pominięcie sprawy posagu ze względu na jej ciężką sytuację. Jednak Julia czuła, że życie zakonne nie jest dla niej. Wiedziała, że to jeszcze nie koniec. Że coś się jeszcze zdarzy... Wciąż przecież na coś czekała.

Dziewczęta przychodziły, dorastały i odchodziły do swoich rodzin, przyszłych mężów... A ona, „pani od szycia”, uważana przez uczennice za surową, lecz sprawiedliwą, tkwiła w miejscu. I starzała się, co czuła coraz dobitniej.

Brakowało jej bratniej duszy, przyjaciółki od serca. Dośka zajęta była przy swoim nowym gospodarstwie i mężu. A Julia, większość życia spędziwszy w klasztorze, nie miała żadnych znajomości w Jazłowcu. Rodzone siostry, prócz jednej tylko Marii, z którą była najbardziej związana, nie dbały o nią, ale i o siebie wzajemnie też raczej nie. Julia to rozumiała, każda z nich chciała przetrwać. Po prostu. Ona też.

Wielka Wojna, która ogarnęła Europę, przyniosła niepokoje również w rejonie Buczacza. O Podole walczyli Austriacy, Polacy i Ukraińcy. Okropne to były lata, pełne strachu o życie. W klasztorze podczas wojny utworzono szpital dla żołnierzy, a także sztab wojskowy. W 1916 roku, kiedy w wyniku działań wojennych Jazłowiec został mocno zniszczony, dom niepokalanek, w którym schroniło się sporo mieszkańców miasteczka, wyszedł z tego bez szwanku. Ludzie mówili, że widzieli Panią Jazłowiecką unoszącą się nad budynkiem, ręce rozkładającą nad nim, jakby chciała go ochronić...

W 1918 roku, kiedy odrodziła się Polska, na wschodzie wciąż jeszcze nie było spokojnie. Lwów wykrwawiał się w walkach o polskość, wysyłając na śmierć swoje Orlęta – młodych ochotników, wśród których byli studenci, robotnicy, urzędnicy, uczniowie, chłopcy i dziewczęta. Prowincja też się biła.

W lipcu 1919 roku Jazłowiec znalazł się nagle w samym środku krwawej zawieruchy. Oddziały ukraińskie walczące o niepodległość oblegały klasztor. Julia przeżyła w tamtych dniach chwile prawdziwej grozy. Godziny spędzone na modlitwie w towarzystwie sióstr zakonnych i uczennic przygotowały ją na najgorsze. Klęcząc w kaplicy przed figurą Matki Boskiej, zastanawiała się, czy to już naprawdę koniec? Czy tyle tylko miała na tym świecie do zrobienia? Ściegi pokazywać? Oczka od guzików obrzucać, fastrygę zakładać? Na pewno czeka ją coś jeszcze, jakiś dalszy ciąg...

Modląc się w ciemnej kaplicy, zastanawiała się, czy przeżyje, gdy Ukraińcy wedrą się do klasztoru? Słyszała o ich okrucieństwie i o tym, co robią z kobietami. Wiedziała, że ani ona, ani niepokalanki nie zdołają uratować dziewcząt przed zdziczałymi żołnierzami... Siebie również nie zdołają uratować... Bała się też o Dosię. Czy żyła ona i jej maleństwa? Julia prosiła o szybką śmierć dla siebie i dla innych.

Tymczasem w krwawej bitwie stoczonej u podnóża klasztoru polscy ułani odparli atak Ukraińców. Jazłowiec był uratowany.

Julia wciąż pamiętała, jak po bitwie na polach dookoła klasztoru zaroiło się od kruków zlatujących się do ciał poległych. Czerniejące od ptaków niebo śniło jej się jeszcze przez wiele lat...

Życie powoli wróciło do normy. Wdzięczne uczennice ufundowały ułanom sztandar, a pułk przyjął nazwę Ułanów Jazłowieckich. Gdy zapanował spokój, żołnierze przenieśli się do Lwowa. Do Jazłowca wróciła senna atmosfera. Julia wróciła do szycia. I do życia też.

Wielka Wojna pochłonęła wiele istnień. Przeważnie mężczyzn, co dotkliwie odczuły kobiety. Po 1918 roku, kiedy Polska znowu pojawiła się na mapach świata, zamieszkiwały ją głównie niezamężne kobiety. I w dodatku bez szans na zmianę stanu cywilnego z powodu braku żyjących kandydatów w odpowiednim wieku.

Ciotka i wuj pomarli, swojej podopiecznej nic nie zostawiając w spadku. Uważali zapewne, że dość już otrzymała od nich za ich życia. Julia została więc starą panną bez grosza przy duszy. W tamtych powojennych czasach, kiedy brakowało mężczyzn, bywało tak często. Jednak starsze Podhoreckie jakoś zdołały znaleźć mężów, tylko ona nie... „To wszystko dlatego, że siedzę w tym klasztorze” – piekliła się w duchu, obrębiając równiutko obrus na zajęciach z gospodarstwa domowego.

W końcu przyszła tamta wiosna 1920 roku. Kwitły czeremchy, potem bzy. Pachniały, otumaniały... Julia skończyła trzydzieści dwa lata.

I wtedy zdarzył się cud. Ten, na który tak czekała całe życie.

W soboty po południu wychowanki przeważnie rozjeżdżały się na niedziele do domów. Na dziedziniec klasztorny wjeżdżały powozy i bryczki, robiąc tumult i zamieszanie. Julia pomagała dziewczętom zapakować się z rzeczami do pojazdów, bo nierzadko zabierały z sobą bieliznę do wyprania. Narażała się przy tym na zaczepki woźniców, którzy wiedzieli, jaką poślednią funkcję pełni w klasztornej szkole i uważali, że mogą ją bezkarnie obrażać.

– Panna jesteś z każdym rokiem coraz piękniejsza! – śmiał się służący, który odwoził do domu czwartą z kolei uczącą się w klasztorze córkę swoich państwa. – A pupcia wciąż jędrna jak jabłuszko, choć tyś już niemłoda... – Mężczyzna wykorzystał moment nieuwagi i złapał Julię za rzeczoną część ciała.

– Zabieraj łapy! – krzyknęła oburzona, wymierzając mu siarczysty policzek.

Woźnica odskoczył, przeklinając.

– Nie lepszaś od zwykłej dziewki, a uważasz się za Bóg wie kogo! – wrzasnął.

I tak się rozsierdził, że zamachnął się na Julię batem. Ona odruchowo zasłoniła twarz ręką i zamknęła oczy.

– Odstąp, mówię ci! – krzyknął ktoś.

Atakujący znowu zaklął.

– Uciekaj, młokosie, i pozwól mi się z dziewką policzyć! – wydzierał się woźnica.

Ale młody człowiek trzymał go mocno za ramię.

– Przeproś, prostaku, panią, bo cię tym batogiem prześwięcę! – warknął.

Woźnica zmiarkował, że to nie przelewki, i przeprosił, a potem odjechał, wzniecając na dziedzińcu tumany kurzu. Julia zobaczyła w dali zdziwioną twarz swojej uczennicy siedzącej w powozie.

– Nic pani nie jest? – usłyszała.

Odwróciła się powoli. Przed nią stał młodzieniec ubrany w mundur wskazujący, że jest jeszcze studentem. Wysoki, postawny, przystojny, a przede wszystkim młody. I to bardzo.

– Dziękuję, już wszystko w porządku – odparła. – Bardzo dziękuję... Sama nie dałabym mu rady.

 

– Chamidło jakieś... Oj, przepraszam najmocniej za słowa – zreflektował się mężczyzna. – Na imię mi Aleksander. Aleksander Stecki – przedstawił się, wyciągając dłoń.

Julia uścisnęła jego rękę, wypowiadając swoje imię.

– Przyjechałem po siostrunię – wyjaśnił.

– Po Mariannę zapewne – domyśliła się, kojarząc nazwisko. – Zaraz ją przyprowadzę...

Odwróciła się i poszła w kierunku internatu, w którym mieszkały dziewczęta. Przemierzając mroczne korytarze budynku, uśmiechała się do siebie...

Jeszcze nigdy, tak jak tamtego roku, świat nie wydawał się Julii Podhoreckiej taki piękny. Ptaki śpiewały głośniej niż zwykle, kwiaty jabłoni i wiśni pachniały intensywniej, a trawiaste łąki nad toczącym leniwie swe wody Olchowcem były bardziej zielone niż w poprzednich latach. A może po prostu w poprzednich latach Julia nigdy tak często nie spacerowała nad brzegiem tej leniwej rzeczki. W dodatku z mężczyzną.

Aleksander zjawiał się u niepokalanek dość często. A to przywiózł siostrzyczkę po krótkich wakacjach w domu, a to dowiózł jej lżejsze ubrania, bo matka kazała, a to podręcznik do arytmetyki, bo zostawiła w domu przez roztargnienie. Zawsze starał się odszukać pannę, która się dziewczynkami zajmowała, i zamienić z nią kilka słów lub nawet jedynie uśmiechów. W końcu raz przyjechał bez pretekstu i zaprosił ją na spacer.

Julia mogła swobodnie wychodzić z klasztoru, ale robiła to nieczęsto, bo i nie miała ze światem zewnętrznym żadnych kontaktów i żadnych w nim interesów. Czasem zaszła do Browarów do Eudoksji, częściej, gdy ta powiła kolejną córeczkę. Julia trzymała ją do chrztu i czuła się w obowiązku czasem ją odwiedzić i sprawdzić, czy zdrowo rośnie.

Pierwszy spacer w towarzystwie młodego Steckiego właściwie minął w ciszy. Zamienili kilka zdań. On opowiadał, że studiuje we Lwowie na politechnice, ona, jak ją białe siostry przygarnęły. Choć mówić jej o tym było bardzo ciężko.

Julia była podekscytowana sytuacją, czuła przyspieszone bicie własnego serca i bała się, że i on je słyszy. Nigdy nie była sam na sam z mężczyzną, wyjąwszy te kilka razy, gdy się z nią miał pan Jan żenić. Ale wtedy była młodsza i miała nadzieję, że dzięki małżeństwu coś się w jej życiu zmieni. A teraz w spotkaniach z Aleksandrem żadnego interesu nie miała. Widywała go dla czystej przyjemności, dla tego uczucia przyspieszonego pulsu, ciepła powstającego w okolicach serca. Obserwowała siebie, myślała, że to całkiem przyjemne tak iść u boku mężczyzny, młodego i przystojnego. Dziwiła się, że nie jest onieśmielona, przecież gdyby ktoś spytał, z jakiego powodu się z Aleksandrem widuje, nie potrafiłaby podać racjonalnego wytłumaczenia.

Z czasem zaczęli rozmawiać więcej, szczerzej i śmielej. Coś się między nimi rodziło, jakaś więź, może przyjaźń. Julii znowu zachciało się żyć.

– Ja bardzo chciałam panu podziękować za tamto – pewnego razu zdobyła się na odwagę – za to, żeś się pan za mną wstawił, nie dał obrazić...

Przystanęła, spuszczając skromnie wzrok i nie wiedząc, co mogłaby jeszcze powiedzieć. On też się zatrzymał.

– Kobiecie zawsze należy się cześć i szacunek, ale prostactwo się tym nie przejmuje – odparł. – Nie mogłem przecież przejść obojętnie. Nie znoszę, gdy się kobiety obraża. A już najbardziej piękne kobiety...

Zaczerwieniła się jak bohaterka romansów, które czytywała w młodości. Jak pensjonarka. No cóż, nigdy nie przeżywała takich uniesień. Ale we własnych oczach nie czuła się śmieszna. Myślała sobie, że wreszcie przyszła kolej na nią i teraz jej się porcja tych przeżyć należy.

Poszli dalej, rozprawiając o tym, co się dzieje na świecie. Przynajmniej o tym jakieś zdanie miała, bo gazety czytywała z zainteresowaniem.

Wieczorami w swojej klitce przy klasztornym internacie przyglądała się własnemu odbiciu w lusterku. Ciepłe światło lampy naftowej było bardzo łaskawe dla kobiety – łagodziło rysy, zmiękczało cienie, ukrywało pierwsze małe zmarszczki. Stwierdzała z zadowoleniem, że jeszcze jej uroda nie przeminęła. Że teraz rozkwitła dojrzałą pełnią. Aleksander był jak słońce, w którego promieniach rozwinęła się jak róża. Podobało jej się to. Próbowała sprawić, by dla niego wyglądać jeszcze bardziej atrakcyjnie. Inaczej upinała gęste włosy, usta nacierała wonną maścią, by błyszczały i były pełniejsze.

Gdy na łąkach nad Olchowcem zaczęły kwitnąć maki, pocałował ją po raz pierwszy. Wysokie trawy kryły ich przed oczami innych, trzymały sekret. Oddała pocałunek, czując się naprawdę szczęśliwą. To było spełnienie jej marzeń, jej snów, które śniła tej wiosny każdej nocy. Chciała czuć to co inne kobiety, inne kochanki. I teraz czuła. Zaczynała romans, z premedytacją i rozmysłem.

Od tamtej pory całował ją coraz częściej, coraz śmielej. Dla niego rozpuszczała włosy, by mógł w nich zanurzać niecierpliwe palce. Dla niego rozpinała guziki wysoko zapinanych bluzek, by mógł gorącymi wargami wyznaczać nowe szlaki na jej szyi i dekolcie. Dla niego kładła się na wonnym zielu, zamykała oczy i pozwalała mu błądzić dłońmi po swoim ciele, budzić pragnienie... Dla niego to robiła i dla siebie.

Za pierwszym razem nie odczuła rozkoszy. Zbyt się bała, że ktoś ich podejrzy. Aleksander był niecierpliwy i sprawił jej ból. Potem przepraszał. Dla niego to też był pierwszy raz.

Tamtego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Zaznała pełni, której pragnęła, odkąd poznała Steckiego, ale czy było warto? Co teraz będzie? Czy będzie ją szanował po dzisiejszym razie? I właściwie – co dalej?

Nie miała złudzeń, że się z nią ożeni, o nie. Nie najmłodsza, bez grosza przy duszy, bez majątku, nie była dobrą partią dla młodego studenta, syna zarządcy majątku miejscowego ziemianina. Nawet nie zakładała, że Aleksander przedstawi ją rodzicom. Między nimi od początku wszystko było jasne – ona chciała poczuć się kobietą, on chciał kobiety. Żadne z nich nie udawało, że jest inaczej. Nic jej nie obiecywał, ona na obietnice nie czekała.

Jedno Julia wiedziała – w Jazłowcu zostać już nie może. Nawet nie o to chodziło, że siostry pewnie domyślały się, co się tam dzieje wśród traw nad Olchowcem – delikatnie każdej niedzieli sugerowały jej spowiedź – ale o to, że ona się dusiła w tych klasztornych murach. Już w tamtych strasznych chwilach podczas wojny, gdy Jazłowiec był oblegany przez wojsko, myślała ze smutkiem, że może umrzeć, nie zaznawszy nawet życia. Teraz go zakosztowała i poczuła apetyt na więcej. Chciała do miasta, do Lwowa. Pragnęła poznawać ludzi, coś zmienić, coś poczuć – ból, radość, cokolwiek. Czuła, że jeśli nie teraz, to nigdy.

Następne dni spędziła na obmyślaniu planu działania. Z prasy wycinała ogłoszenia o wolnych etatach dla służby, notowała adresy. Napisała do Maryni, zawiadamiając ją, że pewnie wkrótce się zobaczą i prosząc o udzielenie tymczasowego schronienia. Siostra, zraszając list obficie łzami, jak to miała w zwyczaju, odpisała, że Jan się nie zgadza jej przyjąć, ale jej przyjaciółka na kilka dni lub nawet tygodni ją może przygarnie. Ale żeby się Julia zastanowiła, czy to dobra decyzja, żeby opuszczać biały klasztor? I co siostrzyczki na to?

Siostrzyczki nie miały pojęcia, co Julia zamierza. Na razie nic im nie mówiła.

Aleksander przyjechał jeszcze kilka razy. Szli nad rzekę, kładli się w trawie. Oboje tego chcieli. Julia bała się, że źle się to dla niej skończy, ale pragnienie rozkoszy, którą w końcu od niego dostawała, było silniejsze. On zresztą nigdy nie kończył w niej, zawsze uważał. Była mu za to wdzięczna. Taki dobrze wychowany młody człowiek...

– Jesteś piękna – mówił jej, gdy już było po wszystkim.

Gładził jej mleczną skórę i patrzył pożądliwie na dwa dołeczki w dole pleców, które tak lubił, na pełne piersi, których jej rozpuszczone włosy nie zdołały zasłonić.