Lwowska kołysankaTekst

Z serii: Dwa miasta #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A będziesz ty cicho, grajku utrapiony, dziecko dopiero co uśpiłam! – W oknie na parterze obserwowanej kamienicy pojawiła się głowa przyozdobiona papilotami poskręcanymi z gazety. Widocznie znużona matka stroiła się już na niedzielę. – Żydowina przeklęta...

Abel podszedł do okna i zamknął okiennice.

– Dziękuję ci bardzo, raszplo niewydarzona – wymruczała pod nosem Ada, ruszając przed siebie.

Sobota rozgościła się już na Żółkiewskiej na całego. Mijając kawiarniany ogródek lokalu prowadzonego przez Abrahama Fleischmana, Adela zauważyła eleganckich panów, którzy, inaugurując wolne popołudnie, zasiedli przy stolikach, licytując się przy brydżu i rozpijając butelczyny. Małżonki szanownych panów zapewne w pocie czoła pastowały w mieszkaniach parkiety i piekły marmoladniki, przygotowując się na niedzielę. Jutro i one, umęczone, ale szczęśliwe i wystrojone, zaznają świątecznej rekreacji, paradując w swoich najlepszych toaletach u boku mężów po lwowskiej promenadzie, zwanej z włoska corso. „Może i mnie uda się jutro gdzieś wyskoczyć?” – rozmarzyła się. Postanowiła w drodze powrotnej zajść do Poldy i Otylki, swoich przyjaciółek, i omówić plany na niedzielę.

– Adela! Adela, czekaj! – usłyszała nagle za sobą.

Odwróciła się i zobaczyła, że od skrzyżowania z Wołoską na białej, zdezelowanej kozie pędzi do niej Józka. Rower dostała od taty. Przywiózł go pociągiem z rodzinnego Obroszyna, podreperował i ofiarował średniej córce, która postanowiła nim jeździć do szkoły, we własnym mniemaniu zadając tym szyku.

– Czemu się tak drzesz? – skarciła siostrę Adela. Kilka osób przyglądało się im ciekawie.

Zasapana Józia zeskoczyła z damki niemalże w biegu.

– Idziesz do domu? – zapytała rozgorączkowana.

– Tak, i tobie proponuję to samo – odparła Adela. – Matka powidła smaży, może coś nam skapnie? Jeszcze do piekarni zajdę...

– Adunia, muszę ci coś pokazać – wysapała Józia. – Ale nie tutaj. Za dużo ludzi...

– Dwóję dostałaś czy jak?

– To coś gorszego niż głupia dwója – wyszeptała dziewczyna łamiącym się głosem.

Zaniepokojona Ada spojrzała na siostrę i zauważyła, że ta z trudem powstrzymuje łzy. Przyspieszyła więc kroku. Kiedy obie znalazły się u końca Nowozniesieńskiej, Józia oparła rower o ogrodzenie i z koszyka przy kierownicy wyciągnęła puszkę po czekoladkach z Branki. Podała ją siostrze.

– Co ty mi tu dajesz? Cuksy? – Adela zdjęła wieko puszki i zajrzała do środka.

Po czym elegancko zemdlała.

Posterunek policji na Zniesieniu mieścił się w małym budyneczku z drewnianym gankiem. Okolica była wiejska, to i posterunek wiejski. Posterunkowy Feliks Wnuk nie mógł się nadziwić, jak spokojny trafił mu się dyżur. Od rana zgłoszono tylko jedną kradzież. Takie chwile w tej dzielnicy zdarzały się bardzo rzadko. Co prawda gorszą robotę mieli na pewno policjanci z Kleparowa, bo tam bandycka batiarnia działała regularnie, ale Zniesienie też do spokojnych dzielnic nie należało. Przyłączone do Wielkiego Lwowa zaledwie osiem lat wcześniej, gromadziło mieszkańców ubogich – ciężko pracujących robotników, kolejarzy, sklepikarzy czy urzędników niższego szczebla. Naród przeważnie był napływowy, ludzie pochodzili spod miasta albo i z dalszych rejonów, co można było poznać po mowie. Obywatele zamieszkujący tereny na północ od sztreki nie bałakali, w przeciwieństwie do rdzennych lwowiaków. Choć prawdziwe grandy na Zniesieniu zdarzały się rzadko, jednak policja też miała tu co robić. Najczęściej wzywano posterunkowego do drobnych kradzieży, na przykład bielizny ze sznurka na podwórzu, czasem ktoś komuś wyrwał torebkę, ktoś kogoś pobił... Raz zdarzył się fałszerz monet. Zabójstwa popełniano tu nieczęsto, jak już to samobójstwa. Młode kobiety, z biedy lub z powodu złamanego serca, truły się gazem, czadem, wieszały, łykały luminal... Mężczyźni wykazywali się mniejszą inicjatywą, przeważnie wybierali sznur. Choć pamiętał jednego, który położył się na sztrece i przejechała po nim luxtorpeda do Tarnopola. Nie było co zbierać...

Posterunkowy zabił muchę, która już od dłuższej chwili łaziła po księdze raportów, przeciągnął się i zaczął rozpinać mundur, bo upał dawał mu się we znaki. Ułożył nogi na biurku, rozparł się na drewnianym krześle i zamknął oczy. Postanowił się zdrzemnąć. Jednak już po chwili z tego błogiego stanu wyrwały go odgłosy skrzypiącej furtki. Przez brudne okna zobaczył dwie dziewczyny wchodzące po schodach. Rozpoznał starszą z nich, Adelę Szubównę, córkę kolejarza ze stacji Lwów-Podzamcze. Błyskawicznie wstał i zapiął mundur, wyprostował się i wygładził ubranie. Ta mała zawsze mu się podobała, lubił dziewczyny o zielonych oczach, a w dodatku wygadane i inteligentne. A ta druga to chyba jej młodsza siostra, Józka, zdaje się. Adela, gdy była młodsza, często zachodziła na posterunek zapytać o to czy owo... Miała dziwne zainteresowania jak na dziewczynę, bo zajmowały ją zbrodnie. Im bardziej krwawe, tym lepsze. A we Lwowie takich nie brakowało... Pamiętał, jak kilka lat temu przynosiła „Ilustrowany Kurier” czy „Tajnego Detektywa”, gdy jeszcze wychodził, i wskazując zdjęcia poćwiartowanych ciał czy stołów sekcyjnych ze zwłokami zadawała pytania o szczegóły. Jakby Feliks mógł je znać po półrocznym kursie przeszkalającym... Ale odpowiadał cierpliwie, często zmyślając, by zrobić na niej wrażenie.

Tym razem jednak, ledwo spojrzał na nią, wiedział, że stało się coś złego. Szubówna była blada i przerażona, choć spokojna. Za to jej siostra rozpłakała się, kiedy tylko przekroczyła próg posterunku.

– Niech pan patrzy – odezwała się starsza z dziewcząt lekko ochrypłym głosem. – Niech pan patrzy, co mojej siostrze podrzucono dziś w szkole.

To mówiąc, położyła na stole puszkę po słodyczach. Obie dziewczyny przyglądały się Feliksowi wyczekująco. Młodsza łkała cicho, skubiąc pasek od sukienki.

Policjant zdjął wieczko i zajrzał do środka.

– Jasny gwint! – zaklął.

W środku na śmierdzącej słomie leżała kupka zakrwawionego, sinawego mięsa. Dopiero kiedy posterunkowy dostrzegł małe paluszki, zdał sobie sprawę, na co patrzy. Dziewczyny przyniosły mu szczątki ludzkie. Niemowlęce, mówiąc precyzyjnie.

– Skąd to macie? – zapytał groźnie, przez co Józka znowu zaniosła się płaczem. – Będę musiał was przesłuchać, rozumiecie?

Starsza kiwnęła głową.

Feliks przystawił do biurka dwa zydle dla dziewczyn, a sam zasiadł po drugiej stronie. Westchnął i wyjął z szuflady pusty druk zgłoszenia. Zanim przystąpił do jego wypełniania, jego wzrok padł na puszkę czekoladek z fabryki Branka. Nałożył na nią wieczko i szybkim ruchem schował do szafki.

– Podać nazwisko, imię, adres zamieszkania, imię ojca, rok i miejsce urodzenia... – zażądał służbowym tonem.

– Szuba Adela, Szczepanowskiego dwanaście, urodzona we Lwowie czternastego kwietnia tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku, z ojca Pawła. – Odpowiedziała tak szybko, że policjant nie zdążył zapisać.

– A to niepełnoletnia jeszcze... – podsumował. Jeśli tak, nie mógł do niej smalić cholewek, bo to przecież nie licowało z powagą urzędu...

Adela popatrzyła na niego nieco zdziwiona, więc szybko się zreflektował.

– A siostra? Dane poproszę...

– Szuba Józefa... – dukała Józia, zanosząc się szlochem. – Adres ten sam... Urodzona ósmego maja tysiąc dziewięćset dwudziestego piątego z ojca tego samego... Też we Lwowie...

– Przebieg zdarzenia?

Siostry popatrzyły na siebie. Zaczęła mówić Adela, jako że była już teraz bardziej opanowana.

– Józka dziś pod koniec lekcji pakowała zeszyty i znalazła pod blatem ławki tę puszkę... Ucieszyła się, bo myślała, że to prezent od Wincentego, w którym się ko... Znaczy od kolegi. Schowała czekoladki do teczki, żeby koleżanki nie widziały... Bo nie chciała się z nimi dzielić, tak? – upewniła się Ada, a Józia kiwnęła głową.

– Dlaczego Józefa pomyślała, że... – Feliks spojrzał w notatki – że to Wincenty podrzucił?

– Bo jego ojciec pracuje w Brance... – odparła Józka. – Już kiedyś przynosił czekoladki.

– Co było dalej?

– No... Wsiadłam na rower i odjechałam spod szkoły...

– Gdzie ta szkoła? – chciał wiedzieć posterunkowy.

– Na Świętego Marcina... Za rogiem zatrzymałam się i zajrzałam do środka i... i... – Przerwała i zacisnęła mocno powieki, jakby to mogło pomóc w wymazaniu z pamięci tego, co zobaczyła.

– Dlaczego świadek nie zaniosła dowodu rzeczowego na najbliższy komisariat, tylko przyjechała z nim aż na Zniesienie? Przecież Świętego Marcina to nie mój rejon! – Feliks Wnuk postanowił wykazać się profesjonalizmem i przybrał ton godny wnikliwego śledczego.

Chyba zrobił odpowiednie wrażenie, bo dziewczynka znowu się rozpłakała.

– Ja... Ja... Nic nie zrobiłam... Przestraszyłam się... – szlochała. – Chciałam do domu, nie wiedziałam, co robić!

Adela wstała poirytowana i wzięła siostrę za rękę.

– A pan wiedziałby na jej miejscu, jak postąpić? – zapytała ostro. – Dobrze widziałam pana minę, gdy pan zobaczył tę rączkę... A co dopiero dziewczynka? Przecież miała chyba prawo stracić głowę!

Posterunkowy zmieszał się nieco. Puścił uwagę Adeli mimo uszu i badał sprawę dalej. Dowiedział się jeszcze, że Józka po drodze do domu wypatrzyła Adelę i w ustronnym miejscu zaprezentowała jej zawartość puszki.

– I Adelcia zemdlała... Ale na sekundę... A potem przyszłyśmy do pana...

Wnuk skończył pisać protokół, kazał dziewczynom przeczytać go i podpisać.

– Co teraz będzie? – Starsza z sióstr spojrzała na niego poważnie. – Kto robi takie rzeczy?

Feliks nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, tym bardziej że dziewczyna nie sprecyzowała, czy chodzi jej o to, kto takie rzeczy podrzuca dzieciom, czy kto zabija noworodki.

 

– Wróćcie teraz do domu – rzucił wymijająco. – I dziś się już nigdzie nie oddalajcie, bo możecie być jeszcze potrzebne. A ja podejmę czynności...

W tym samym momencie drzwi posterunku otworzyły się z trzaskiem i do środka wpadł wysoki i chudy jak szczapa chłopak.

– Ada, co z tobą? – Przypadł do dziewczyny. – Polda przyleciała do twojej matki, podobno ktoś widział, że zasłabłaś na ulicy... Szukałem cię po całym Zniesieniu, wreszcie na policję postanowiłem...

– Uspokój się, Kacper. Już wszystko dobrze.

– Co się stało?

– Chodźmy już. Zaraz wszystko ci opowiem.

Wnuk przyjrzał się młodemu i rozpoznał w nim syna Ukraińca, który kilka lat temu został zamordowany na Zamarstynowie. Pamiętał tę sprawę. Młodzieniaszek najwyraźniej czuł do Adeli miętę, co policjant skonstatował z niezadowoleniem.

– Odprowadź, synu, te panienki do rodziców – zwrócił się do Kacpra, choć ze względu na kilka zaledwie lat różnicy między nimi na pewno nie mógłby być jego ojcem. – Jak się czegoś dowiem, zajdę do was na... – zerknął do protokołu – ...Szczepanowskiego.

W drodze powrotnej do domu Józia wciąż szlochała, a Adela próbowała znaleźć słowa, by opisać przyjacielowi potworność, która spotkała dziś jej siostrę. Gdy zbliżali się do sztreki, spostrzegli w oddali postać stojącą na drodze. Dziewczyny rozpoznały w niej matkę, Ada zdziwiła się, jak bezradnie wyglądała... Zauważywszy ich wreszcie, Julia Szubowa puściła się biegiem w ich kierunku.

– Jesteście zdrowe? Całe? Gdzie rower? – dopytywała, dopadłszy do nich. – Ada, dlaczego Józka płacze? Na litość boską, odezwijcie się któraś...

W skromnym mieszkaniu przy Szczepanowskiego panowała atmosfera podszyta nerwowością. Wydarzenia dzisiejszego dnia sprawiły, że Szubowie poczuli się zagrożeni. Widmo niepewności zawisło nad szczęściem rodzinnym tym straszniejsze, że nienazwane. Czy coś im groziło? Czy ktoś im groził? Nie wiedzieli. Ale wszystko było możliwe. Takie przecież czasy... W mieście niby panował spokój, niby nacje żyły w symbiozie, ale przecież wszyscy pamiętali, kto z kim walczył o Lwów niespełna dwadzieścia lat temu. Zgoda między Ukraińcami i Polakami wydawała się krucha jak tafla stawu zamarzniętego podczas pierwszych zimowych mrozów. A w mieście żyły przecież i inne nacje: Żydzi, Białorusini, Ormianie, Rosjanie... Ludzie nienawidzili się z powodów narodowościowych, religijnych i tych zwykłych, codziennych. Szubowie nikomu na odcisk nie nastąpili, żyli w zgodzie z sąsiadami, cieszyli się ich szacunkiem. Dobrze im było we Lwowie. Aż do teraz.

Julia zdjęła z pieca biały emaliowany dzbanek, w którym z szumem zagotowała się woda. Wsypała do wrzątku dwie kopiaste łyżeczki herbaty, zamieszała i przykryła napar pokrywką z niebieskim uchwytem. Postawiła dzbanek na stole, na ukruszonym żółtym kaflu, który służył za podstawkę.

– Zaraz się zaparzy – powiedziała, lecz jej słowa nie wzbudziły żadnej reakcji w osobach zebranych w pomieszczeniu.

Na skrzyni przy drzwiach do sypialni siedziała Józia. Już nie płakała, ale jej wzrok był pusty, a ona sama jakby zastygła w oczekiwaniu. Ada zajęła krzesło najbliżej młodszej siostry. Ze zmarszczonym czołem wpatrywała się w okno ponad głową Kacpra, który przycupnął przy niej na niskim zydelku, za swoją matką i siostrą siedzącymi bliżej stołu. Julia wiedziała, że Adela zastanawia się nad całą tą sprawą. Nie lubiła, gdy coś nie szło po jej myśli lub wymykało się jej spod kontroli... Nie reagowała wtedy złością, nie płakała z bezsilności czy strachu. Nie Ada. Ona robiła wszystko, by zapanować nad sytuacją.

Tylko Nelka zdawała się nie całkiem świadoma potworności, która zdarzyła się ich rodzinie. Przyniosła warcaby i rozłożywszy je na szerokim parapecie, ogrywała raz po raz ojca.

Paweł z roztargnieniem popatrywał na czarno-białą planszę i przesuwał pionki bez zaangażowania. Zastanawiał się, co zrobiłby temu gnojkowi, który tak przestraszył Józkę, gdyby go dorwał. Wincenty... Jak mu tam? Jaremko chyba, zasłużył na baty. I jeśli rodzony ojciec mu ich nie zafunduje, to on chętnie go wyręczy...

Julia spojrzała z niepokojem na zacięty wyraz twarzy męża, a potem na puste słoiki ustawione równo na kredensie. Pomyślała, że powinna dokończyć drylowanie węgierek i choćby kompotów narobić, bo szybciej się z nimi uwinie niż z powidłami. I mniej cukru pójdzie. Chętnie zajęłaby ręce robotą, może umysł zmęczony gonitwą myśli też by trochę odpoczął. Ale jak się teraz za to brać?

– Ja się napiję, jeśli można. – Suczajowa przysunęła swoje krzesło bliżej stołu. – Chodź, Melka, czaju dostaniesz – zwróciła się do córki.

– A cukru nie ma? – upomniała się dziewczyna.

– Już daję, oczywiście. – Julia rzuciła się w stronę kredensu i wyjęła z niego cukiernicę na wysokiej nóżce.

Wdzięczna była sąsiadce, że się odezwała, bo dłużej już nie zniosłaby tej napiętej ciszy panującej w pełnej ludzi kuchni.

– Dwie łyżeczki Julia pozwoli? – zapytała Mela, przechylając głowę z wdziękiem godnym pięciolatki.

– A osłodź sobie, dziecko, ile chcesz... – odparła Julia, przemawiając łagodnie.

Od tamtego dnia, kiedy znalazła Melanię w wychodku, czuła się za nią odpowiedzialna. Zawsze zwracała się do niej głosem pełnym czułości lub łagodnie napominała, jakby córka sąsiadki była jej czwartym dzieckiem. Choć właściwie, szczerze mówiąc, dla własnych dziewcząt nie zawsze tę czułość w sercu znajdowała...

Szubowa włączyła radio, z którego popłynęła muzyka zupełnie nieodpowiednia do panującego w mieszkaniu nastroju. Adela zamrugała ze zdziwieniem oczami, jakby rzewna, miłosna pieśń z głośnika obudziła ją z głębokiego snu.

– Jak myślicie, ile czasu to jeszcze potrwa? – zapytała, patrząc na ojca.

– Co potrwa? – zdziwił się, odsuwając od siebie warcaby.

– No... Jak długo będą wszystko wyjaśniać?

– Obawiam się, że długo – skwitował Paweł ze zniecierpliwieniem. – Może do późnej nocy, a może kilka dni nawet...

Nie wypowiedział na głos swoich najgorszych obaw: że może do tego czasu lepiej, by Józia nie chodziła do szkoły... A oni wszyscy powinni na siebie bardzo uważać. Możliwe, że ktoś próbował ich zastraszyć, zniszczyć. Ktoś, kto pamiętał, co wydarzyło się niemal dwadzieścia lat temu, ktoś, kto wtedy płakał i cierpiał. Przez niego. Może teraz właśnie przyszedł czas, żeby zapłacić za tamto? Poczucie stabilizacji, które budowali z Julią od czasu przyjazdu do tego miasta, właśnie tego dnia legło w gruzach. Przy sobocie po robocie, psiakrew...

Spojrzał na żonę, która zaczęła zapalać lampę naftową, żeby przegonić panoszący się po kątach zmierzch. Mogła włączyć górne światło, ale w świetle żarówki wszyscy czuliby się bezbronni. Za to lampa pozwalała się otulić blaskiem jak ciepłym kocem. Dawała schronienie. Julia dobrze to rozumiała, potrafiła odczytywać uczucia z ludzkich dusz jak wytrawny psycholog. I za to ją kochał. Zapragnął nagle przytulić się do niej i zrobiłby to, gdyby nie obecni w mieszkaniu Suczajowie. Nagle poczuł zniecierpliwienie. Wcześniej była z nimi jeszcze koleżanka Ady, Helka, ale na szczęście już sobie poszła. A ci Suczajowie? Po cóż oni tu tak długo siedzą? Kacper, wiadomo, pilnuje Ady, bo on strasznie za nią... Ale Antonina? Pewnie pilnuje Kacpra. I cieszy się z ich nieszczęścia, bo taką ma naturę. Życie ją okropnie doświadczyło, więc miło jej, gdy komuś gorzej się wiedzie.

Szlagier wygrywany przez orkiestrę radiową przerwał gwizd lokomotywy i turkot pociągu przejeżdżającego po sztrece.

– Siódma piętnaście do Podwołoczysk – odezwał się machinalnie Paweł, bo jako kolejarz z Podzamcza rozkład jazdy pociągów miał we krwi. Zresztą każdy w tej części Nowego Zniesienia przylegającej niemal do torów orientował się w czasie głównie dzięki pędzącym w dal pociągom. – Późno już, a ja jutro mam pierwszą zmianę... – W ten zawoalowany sposób zachęcał sąsiadów do wyjścia.

– Ja też bym może skończyła zaprawy robić. Jutro niedziela, robotać nie wypada – podchwyciła Szubowa.

Suczajowa z niezadowoleniem odstawiła fajansową filiżankę na stół, oblewając resztką herbaty obrus w niebieską kratę. „Trzeba zaprać, jak tylko wyjdą” – przeleciało przez głowę Julii, bo gospodarność była jej drugą naturą.

– To my już pójdziem, chodźta, dzieci – burknęła sąsiadka, niezadowolona, że niczego ciekawego się już dziś nie dowie.

– Może śliwek chcecie trochę? – Julia próbowała udobruchać Antoninę, która z ociąganiem otwierała drzwi na korytarz. – Na kompot na niedzielę...

– Idzie! Idzie! Posterunkowy! – krzyknęła z przejęciem Nelka, wyglądając przez okno.

Paweł również spojrzał na ciemniejącą o zmierzchu ulicę. Mała miała rację, do bramy ich kamienicy zbliżał się Feliks Wnuk.

Suczajowa, wyczuwając szansę, zaczęła się ociągać z wychodzeniem. Aż drgnęła z radości, gdy na korytarzu dały się słyszeć zdecydowane kroki policjanta, a po chwili rozległo się pukanie do drzwi.

– Wejść! – odezwał się Paweł, wstając z miejsca.

Posterunkowy otworzył tak energicznie, że prawie potrącił Suczajową. Jednakże mimo to postanowiła zostać.

Poproszono policjanta, żeby usiadł, Ada nalała mu herbaty. Julia zajęła miejsce obok zdenerwowanej Józi.

– Właściwie nie macie się czym przejmować – odezwał się wreszcie Feliks. – Ta część sprawy, która was dotyczy, rozwiązana. Ja ją rozwiązałem – uściślił, prostując się na krześle.

Kacprowi wydało się, że policjant patrzy przy tym na Adelę, jakby szukając w jej oczach uznania. To go rozgniewało.

– Ten smarkacz z Podzamcza – funkcjonariusz spojrzał do notatek – Wincenty Jaremko chciał Józefie zrobić głupi kawał. Namówiła go do tego niejaka Krystyna Zielecka...

– Krycha?! Ta kwoka? – jęknęła Józia.

– ...która, znając łakomstwo koleżanki, czyli twoje – tu Feliks spojrzał na średnią Szubównę – i jej słabość do Jaremki, kazała mu zapakować do puszki po czekoladkach znaleziony, cytuję: „u świń”, szczątek noworodka...

– Matko Boska. – Julia przeżegnała się. – Jak to u świń?

– Jakiego noworodka? – równocześnie zapytała Adela.

– Ale co ja jej zrobiłam? Mamo... – Józia rozpłakała się, a z nią dla towarzystwa i Nelka.

– Z tej małej to dopiero świnia! – ekscytowała się Suczajowa. – Kto widział, żeby dziecko takie rzeczy wymyślało? Na miejscu jej matki ja bym ją...

Paweł, korzystając z zamieszania, usiadł w fotelu, wypuszczając z ulgą powietrze. „Więc to nie o tamto chodzi. Więc na razie jest dobrze. Jest bezpiecznie. Na razie...”

Policjant wyraźnie zaczął się niecierpliwić. Miał nadzieję na spokojną sobotę, a tu nie dość, że musiał babrać się w podmiejskim, nie przymierzając, gównie, to na koniec znalazł się wśród rozemocjonowanych i wrzeszczących bab.

– Cisza! – zażądał urzędowym tonem. – Zielecka mieszka przy Janowskiej, tam dużo ludzi trzyma tucznik – tłumaczył. – U nas zresztą też przecież... I mała znalazła tę... rączkę, jak szła z babką do chlewu nakarmić świnie pomyjami. Babce nic nie powiedziała.

– Ale skąd rączka w chlewie? – drążyła Ada, choć już się domyślała. Przecież nie od dziś czytała uważnie gazety, a w mieście niejedno się działo.

– Ano to właśnie ustalamy – rzucił posterunkowy, wstając. – Jakaś matka wyrodna pozbyła się kłopotu w ten sposób.

– Świnia – powiedział z mocą Kacper, patrząc policjantowi w oczy – wszystko zeżre.

Zabrzmiało to jak zaczepka. Wnuk poprawił mundur i odwzajemnił wrogie spojrzenie. Wiedział, że wyrostkowi chodzi o Adelę. I choć dziewczyna niezbyt go interesowała, odkąd poznał Manię od rzeźnika, postanowił trochę się z gówniarzem podroczyć. W końcu to w połowie Ukrainiec, na pewno coś ma na sumieniu...

– Pójdę już. Wincenty Jaremko manto dostał od ojca, więc już na pewno nie będzie ci dokuczać – zwrócił się do Józki. – Zielecka też na dupie przez całą niedzielę nie usiądzie... Nie przejmuj się, mała. A jakby co, przyjdź do mnie. – Wychodząc, mrugnął do Szubówny porozumiewawczo, co dodało jej poczucia bezpieczeństwa.

Gdy zamknął drzwi, wszyscy umilkli. Strach, napięcie i oczekiwanie złych wieści zmęczyły ich. Melka nie próbowała ukryć ziewania, ale Antonina najwidoczniej dopiero się rozkręcała.

– Znałam ja taką jedną, pracowała na Nowym Świecie, służącą była u państwa – zaczęła opowiadać. – Ze wsi do miasta przyjechała, spod Stanisławowa chyba. Brudas z niej był, kołtun jeden pod chustką nosiła... Ale i tak się panu spodobała. Chyba tylko po temu, że młoda była, jędrna. Rok nie minął, a brzuch jej urósł, więc wszyscy wiedzieli, że zaciążyła. I nagle się tego brzucha pozbyła. Pyta się jej kucharka, gdzie dzieciak? A ona, że oddała na wieś, swoim. Ale miesiąc później sumienie nie wytrzymało i powiedziała kuchcie, że świniom malca rzuciła, żeby się pozbyć kłopotu...

 

– Pani Suczajowa, późno już – przerwała jej Julia, patrząc na przerażenie malujące się na twarzyczce Melki. Dość już mieli łez, dość już mieli na dzisiaj strachu i nerwów.

– Idziemy. – Kacper wziął matkę pod rękę.

– A co to ja miałam jeszcze? A, wiem, Julia mi śliwek obiecała dać... – przypomniała sobie kobieta.

Kiedy wreszcie Kacper z siostrą i matką sobie poszli, Szubowie odetchnęli z ulgą. Julia położyła najmłodszą spać, a dwie starsze córki zaprzęgła do pomocy przy robieniu przetworów. Józia wciąż na nowo przeżywała wydarzenia dzisiejszego dnia, na przemian to żałowała roweru, który zniknął z Nowozniesieńskiej, to żaliła się na koleżankę, narzekała i dziwiła się, że kobiety potrafią w taki okrutny sposób postąpić z własnymi dziećmi. Julia tłumaczyła jak umiała, choć jej serce też nie potrafiło zrozumieć zadawania tak okrutnej śmierci. Przecież są odpowiednie instytucje, które się niechcianym dzieckiem zaopiekują, tu, we Lwowie, sporo nawet, są bezdzietne małżeństwa... Zrozpaczone samotne matki nierzadko dawały nawet ogłoszenie do gazety: „Z powodu braku środków do życia oddam pod opiekę chłopca siedmioletniego...”. Ale ona też słyszała nieraz o takich tragicznych przypadkach. I choć bardzo dobrze rozumiała strach tych kobiet, dzieciobójstwa wytłumaczyć nie potrafiła.

– Musimy się spieszyć, bo nas północ zastanie – poganiała dziewczyny. – Cukru nie sypcie za dużo, bo drogi! Tylko tyle, żeby się kompot nie zepsuł.

– A Melce jakoś nie żałowałaś – zauważyła Adela sucho.

Paweł nie mógł sobie znaleźć miejsca w mieszkaniu. Chodził po kuchni, to pił wodę z czajnika, to pogryzał resztki smażonych kartofli z obiadu, snuł się z kąta w kąt, aż wreszcie oznajmił, że idzie się przejść.

– O tej porze? Dokąd? – wyrwało się Julii. – Po tym wszystkim mógłbyś zostać z nami... Do pracy rano idziesz.

– Muszę... Muszę się przewietrzyć – powiedział, nie patrząc żonie w oczy. – Właśnie po tym wszystkim. Zresztą jak tu spać, harmider jak w ulu...

Wyszedł szybko, a gdy Ada spojrzała w okno, zobaczyła jego sylwetkę w słabych światłach przy sztrece. Przeszedł przez tory w stronę Górki Baczewskiego. Wiedziała, że ojciec lubił samotność. Pewnie dlatego, że w domu nie miał bratniej męskiej duszy, tylko same baby...

– Może tata poszedł szukać roweru? Albo porachować się z Wincentym? – zastanawiała się Józka. – Ale by było! Należy mu się, durniowi, śmierdzielowi jednemu!

– Bzdury gadasz! Szybciej, dziewczyny – popędzała córki Julia. – Padam z nóg... Spać nam trzeba.

Szubowa zalewała słoiki gorącą wodą i z trudem powstrzymywała łzy. Domyślała się, dokąd poszedł mąż...

Zasypiając później we wspólnej z dziećmi sypialni, nasłuchiwała kroków Pawła. Ada jeszcze nie spała, zdradzał ją nierówny oddech.

– Mamo – szepnęła – czy ty się czasem boisz?

Julia podniosła się z łóżka, w którym spała z Petronelą, i podeszła do posłania dwóch najstarszych córek. Z trudem usiadła na podłodze i delikatnie ścisnęła dłoń Ady.

– Boję się – odparła cicho. – Taka moja natura. Dużo w życiu przeszłam i nie ufam losowi. Długie lata byłam sama... Przyzwyczaiłam się już do niepewności. Ale nie chciałabym, żebyście wy żyły w ciągłym strachu. Czemu pytasz?

– Bo... bo kiedy zobaczyłam tę... rączkę... Dziś bałam się chyba po raz pierwszy w życiu, mamo. Trudno żyć w świecie, w którym dzieją się takie rzeczy.

– Nie masz wyjścia. Nie mamy wyjścia. To jedyny świat. Najgorszy, ale i jedyny... A takie rzeczy działy się zawsze i zawsze dziać się będą.

Józka przeciągnęła się w pościeli i otworzyła oczy.

– A ja się najpierw bałam, a potem się wściekłam – oświadczyła szeptem. – I tak mi zostało. Nie wiem jeszcze, co zrobię tym... tym... A boję się tylko jednej rzeczy na świecie. Wiecie, czego? Krzaka dzikiej róży, tego powyginanego, który widać z okna za nasypem, na wzgórzu...

Ada zachichotała.

– Wiem, dlaczego... Pamiętam, jak mama nas nim straszyła, mówiąc, że to małpa, która przyjdzie i nas zabierze, gdy będziemy niegrzeczne – dokończyła. – Też się go zawsze bałam...

– Często w nocy wydawało mi się, że zaraz zobaczę długie ręce tej strasznej małpy, jak sięgają po mnie przez otwarte okno... – kontynuowała Józka.

– Mamo?

– Tak, Adelka?

– A właściwie dlaczego małpa?

Julia uśmiechnęła się.

– Jak miałam pięć lat – zaczęła opowiadać – miałyśmy nianię, która mówiła nam, że najstraszniejszym zwierzęciem na świecie jest małpa. Podobno widziała jedną w jakiejś objazdowej menażerii. Człowiek, który ją karmił, wszedł do klatki i niania widziała, jak małpa rzuca się i rozszarpuje mu gardło. A że niania więcej egzotycznych zwierząt w życiu swoim nie widziała, zostało jej przekonanie, że małpa to najstraszniejsza bestia, z którą i biblijny Dawid by sobie nie poradził...

– Mamo, a opowiedz coś ze swojego dzieciństwa – poprosiła Józia. – Bo ty przecież żyłaś w poprzednim wieku, prawda?

– Tak, i to całkiem długo w nim żyłam. Co wam opowiedzieć?

Kiedy godzinę później Szubówny spały ukołysane historiami matki, do domu wrócił Paweł. Julia słyszała, jak kładzie się w kuchni na amerykance, którą mu pościeliła. To dobrze. Dziś nie chciała, by ją dotykał, choćby nawet przez grubą pierzynę.

Niedzielny ranek rozpoczynał się leniwie i obiecywał ciepły ciąg dalszy dnia. Ulica Szczepanowskiego i pobliska Wniebowstąpienia budziły się powoli. Jeden po drugim odzywały się koguty w przydomowych kurnikach, w podwórkach niewysokich kamienic skrzypiały drewniane drzwi wygódek, stukały żeliwne ramiona pomp napełniających wiadra zimną wodą. Choć słońce wstało już dobrą godzinę temu, nad zielonymi wzgórzami okalającymi Lwów wciąż unosiła się przejrzysta mgiełka, która nadawała krajobrazowi lekko senny charakter.

W kamienicy pod numerem dwunastym było jeszcze cicho. Tylko w mieszkaniu na pierwszym piętrze otworzyły się drzwi. Na klatkę schodową wyszedł Paweł. Na krótkie jasne włosy wcisnął kolejarską czapkę, a następnie schował do teczki owiniętą w gazetę pajdę starego chleba ze smalcem. Świeżego nie było, bo Adela nie kupiła.

– Szkoda, że przy niedzieli nie możesz pospać – odezwała się cicho Julia, wysuwając się za nim na korytarz.

– Służba nie drużba – odparł. – Za to w następnym tygodniu będę miał wolne.

– Pojedziemy za miasto? – zapytała z nadzieją, bawiąc się warkoczem gdzieniegdzie przetykanym srebrnymi nitkami. – Dziewczynki się ucieszą... Ja też... Po tym wszystkim, co się stało, należy się nam rozrywka.

– To się jeszcze zobaczy – odparł, choć wiedział, że jak jego żona coś sobie umyśliła, to już raczej rzecz jest postanowiona.

Przez nasyp kolejowy przejechał pociąg.

– Szósta trzydzieści siedem do Tarnopola – stwierdził. – Idę, bo się spóźnię na zmianę. – To mówiąc, pocałował lekko żonę w policzek i zaczął schodzić po drewnianych schodach.

– Z Bogiem! – rzuciła za nim Julia.

Weszła do kuchni, zamykając cicho drzwi. Miała jeszcze trochę czasu, zanim obudzą się córki i trzeba będzie zająć się robieniem śniadania i szykowaniem do kościoła. Podeszła do kredensu i z drewnianej papierośnicy wyciągnęła skręcony przez męża papieros. Potem usiadła przy stole, otworzyła okno i zapaliła. Wydmuchując dym, zerknęła na pustą przedmiejską ulicę. W oddali zobaczyła sylwetkę męża znikającą za zakrętem. Szedł szybko, bo do dworca kolejowego, gdzie pracował, było daleko, a czasu rzeczywiście zostało niewiele. Lepiej nie narażać się kierownikowi, jeśli nie chciało się pracować w każdą niedzielę do końca miesiąca...

Poza tym na Szczepanowskiego nic się jeszcze o tej porze nie działo. Julia zapatrzyła się więc w stronę Wysokiego Zamku, gdzie wyłaniająca się spod rzednących mgieł zieleń stawała się coraz bardziej soczysta. Na zboczach żółciły się też kwitnące krzewy, chyba mimozy. Julii nagle zdało się, że czuje ich duszny zapach. „Wtedy, gdy poznałam Pawła, też już pachniało jesienią...” – pomyślała ze wzruszeniem.