Lwowska kołysankaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

ANNA SLOTORSZ / ARTNOVO.PL

Fotografie na okładce:

© Alekss/Adobe Stock

© Vlad Ivantcov/Adobe Stock

© tansy/Adobe Stock

© Taras/Adobe Stock

Domena publiczna (polona.pl)

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

ANNA KURZYCA

Skład

LOREM IPSUM - RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Monika Kowalska, Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-8479-6

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Zakończenie

Tamtym pokoleniom

Wstęp

„Pamiętaj, dziecko, sklep Barabasza był tuż za rogiem. Po chleb kulikowski chodziło się do piekarni »Kłos«, rano można było kupić jeszcze gorący, posypany czarnuszką. Za sztreką, na wzgórzach, rósł krzak dzikiej róży. W czerwcu obsypywał się bladoróżowym kwieciem. Widzieliśmy ten krzew z okna naszego domu. Mieszkaliśmy przy samych torach na Nowym Zniesieniu. Na Nowym, pamiętaj. Bo Stare Zniesienie znajdowało się dalej, za torami, za Górką Baczewskiego, tam gdzie stara cerkiew. Chodziłam do szkoły przy kinie »Wanda«, na początku wojny spadła na nią bomba...”

Takich i podobnych babcinych opowieści wysłuchiwałam przez całe dzieciństwo. To była bajka o Lwowie, mieście jej młodości, mieście początku, ale i końca.

Lwów wydawał mi się wówczas równie niedostępny jak Księżyc. Wysoki Zamek bardziej czarodziejski niż Szklana Góra. Hotel George elegantszy niż pałac księcia. Właściwie nie do końca byłam pewna, czy to miasto z opowieści babci i jej dwóch młodszych sióstr kiedykolwiek istniało naprawdę.

Bardzo wcześnie przyswoiłam sobie topografię północno-wschodnich krańców Lwowa, układ ulic, adresy sąsiadów. Szóstym zmysłem odbierałam senną atmosferę tamtych peryferyjnych terenów. Ze zdjęć znałam twarze koleżanek i kolegów babci, czarno-białe portrety uśmiechniętych ludzi pozujących na tle zieleni zniesieńskich ogródków. „Pamiętaj – mówiła babcia – to jest Helka – bardzośmy się koleżankowały, to Marysia, to ksiądz Józek. Tutaj jest w mundurze, bo go powołali do wojska, wiesz, wojna... Zapamiętasz?”

Pamiętałam. Długo pamiętałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Ale kiedy dorosłam i postanowiłam napisać o nich wszystkich, nagle imiona i zdarzenia zatarły się... Wpadłam w rozpacz. Co z tego, że miałam zdjęcia, skoro w większości nie potrafiłam rozpoznać, kogo one uwieczniają? Która to Helka, która Marysia? Czy to kościół na Nowozniesieńskiej, czy może ten na Podzamczu? Nie zapytałam, kiedy jeszcze był na to czas. A może i pytałam, tylko odpowiedzi ulotniły się z pamięci?

Obiecałam sobie, że jednak wydobędę tych ludzi i tamte miejsca z niebytu pożółkłych fotografii, nadam imiona bezimiennym twarzom, dodam kolorów odświętnym sukienkom i kapeluszom. Ofiaruję im drugie życie, na chwilę wrócę im ich Lwów, ich przedmieście, ich domy. Przecież pamiętam, jak się żyło na Zniesieniu. Tam zawsze świeciło słońce. Tam najpiękniej kwitły czereśnie, tam się najlepiej bawiono, najgłośniej śpiewano. Przecież Lwów jest częścią mnie. Przecież ja też jestem jego częścią. Tęsknota za dawnym Lwowem jest moją tęsknotą.

I oto są. Lwowianie. Znowu młodzi, piękni, pełni marzeń i nadziei. Powrócili do miasta na wzgórzach tylko na moment. Zaraz nastąpi koniec ich świata. Ale jeszcze nie w tej chwili...

Monika Kowalska

Rozdział I

Przepełniona dziewiątka z piskiem i zgrzytem zatrzymała się na przystanku przy Wołyńskiej, wypuszczając ze swego wnętrza zmęczonych urzędników, sklepikarzy, nauczycieli i innych drobnych ciułaczy zamieszkujących tę część Lwowa. Robotnicze przedmieście Żółkiewskie stopniowo wypełniało się ludźmi wracającymi z pracy. Radość z wolnego sobotniego popołudnia powoli przenikała do świadomości ludzi, a ciepłe wrześniowe słońce kładące się na chodniku pomarańczowobrązowymi plamami obiecywało nazajutrz piękną niedzielę. Koniec tygodnia oznaczał spacer Wałami Hetmańskimi albo piknik na stokach Kajzerwaldu. Jeśli pogoda pozwalała, lwowianie chętnie spędzali też czas wolny w którymś z kawiarnianych ogródków, przy kufelku piwa słuchając, jak jakiś pajac za pieniądze lwowską gwarą bałaka dla śmiechu monologi przed publiką. Miasto kochało zabawy na wolnym powietrzu. Okazji do tańca nie brakowało, w parkach i lokalach organizowano chętnie zabawy taneczne, na których muzykanci wygrywali sztajery, a różne panny Manie i Franie wywijały do nich z kawalerami. Potańcówki odbywały się w restauracjach i kawiarniach w okolicach Rynku, ale również na peryferiach – w zamarstynowskich czy kleparowskich mordowniach. Imprezy różniły się od siebie tym, że w sercu miasta bawiono się spokojnie i z klasą, a na obrzeżach... No cóż, bawiono się „po batiarsku” i często do pierwszej krwi. Zależy, co kto lubił i gdzie kto mieszkał.

W każdym razie lwowiacy uwielbiali się spotykać i spędzać razem czas. Sobotnie popołudnie zawsze zapowiadało święto. W każdą pogodną niedzielę czy dzień świąteczny centrum miasta tętniło życiem. Wystrojone rodziny przechadzały się po Wałach, spacerowały w parku Stryjskim, po stokach Cytadeli lub wdrapywały się na Wysoki Zamek, ewentualnie, jak pan Dulski, na kopiec Unii Lubelskiej usypany z inicjatywy Franciszka Smolki tuż obok.

Adela Szuba o tej porze też miała już wolne. Dziś skończyła wcześniej pracę w ochronce na Żółkiewskiej i wróciła do domu w samo południe. Z rodzicami i dwiema młodszymi siostrami mieszkała w dwupiętrowej kamienicy na Szczepanowskiego, ulicy biegnącej tuż przy kolejowej sztrece, jak lwowiacy nazywali kilkutorową linię kolejową przecinającą miasto od jego północno-wschodnich krańców aż do dworca Lwów-Podzamcze. Przed kilku laty, zanim jeszcze Zniesienie dołączono do Lwowa, ulica ta nazywała się Słoneczna.

Matka przywitała ją z roztargnieniem, wkładając jej do ręki puste metalowe wiadro.

– Dobrze, że jesteś, polecisz do Bułgarów i węgierek przyniesiesz, powidła na zimę trzeba smażyć – zakomenderowała. – Iwan obiecał dać całe wiadro.

– A pieniądze?

– Zapłacimy, jak będzie pensja ojca. Iwan o tym wie, ugadałam się z nim dziś rano.

– A Józka nie może polecieć? – Adela spróbowała negocjować, choć wiedziała, że z matką dyskusji nie ma. – Głodna jestem...

Julia przerwała na chwilę wyparzanie słoików i odwróciła się od kotła ustawionego na gorącej blasze pieca. Spojrzała na najstarszą córkę z surowością.

– Józka jest w szkole, Nelka zresztą też. Obiadu jeszcze nie ma, a chleba już nie ma, skończył się. Pomóż mi trochę, chyba o wiele nie proszę? Po co te dyskusje? I nie wzdychaj mi tu! – dodała na koniec, choć Ada nie zdążyła jeszcze westchnąć.

 

Wobec takiego postawienia sprawy dziewczyna wzięła niechętnie wiadro i wyszła na korytarz. Zzuła z nóg wyjściowe (i jedyne) trzewiki, zamieniając je na rozczłapane chodaki, a potem ruszyła wolno po schodach w dół, specjalnie tłukąc wiadrem o poręcz. Na złość matce, a co! I z głodu, bo matka nawet suchej skórki od chleba jej nie dała, a przecież zawsze suszyła resztki w bratrurze, żeby przerobić na panierkę do sznycli.

Ada miała żal do matki za zimne traktowanie. Julia rzadko się śmiała i prawie nigdy nie żartowała, a córki chowała surowo. W młodości uczyła gospodarstwa w szkole w okolicach rodzinnego Jazłowca i do dziś nie wyzbyła się nauczycielskiego tonu. Adela nie miała wątpliwości, że panienki jej nie cierpiały. Pewnie niejednej postawiła niską notę za to, że krzywo obrzuciła obrus albo zaplanowała złe menu na proszony obiad...

Cóż matce szkodziło uśmiechnąć się od czasu do czasu? Albo powiedzieć coś miłego? Wciąż najeżona, twarda, jakby... jakby gotowa odeprzeć cios, którego ciągle się spodziewała. Wciąż napięta. Tylko dla ojca miała dobre słowo. Gdy znajdował się w pobliżu, łagodniała, nawet głos jej się zmieniał – cichł, stawał się melodyjny. Patrzyła na niego z miłością, co do tego Ada nie miała wątpliwości. I z oddaniem. Głównie z oddaniem...

– Jak jakiś wierny pies... – powiedziała na głos Adela i aż przystanęła na drewnianym stopniu, zdziwiona swoim nagłym odkryciem.

– Nie pies, tylko kot! Kot tu naszczał, nie czuje czy co?! – wydarła się dozorczyni Teresa Oblatowa, stając w drzwiach swojego mieszkania na parterze. – Śmierdzi, aż się rzygać chce! To pewnie jakieś parchate cudo, co to wasza Nelka dokarmia. Jej sierściuchy sikają po kątach i pchły roznoszą... Powiedz swojej siostrze, że ja te cholerne kocury potruję w końcu! Potruję! I rumoru nie rób tym wiadrem, bo mi głowa pęknie! Tu jest porządna kamienica...

Adela nie wytrzymała jazgotu sąsiadki i w bramie odwróciła się do niej, wywalając język.

– No nie, do matki na skargę pójdę, jak Boga kocham! – oburzyła się Oblatowa. – Bo ty z tych wszystkich Szubów najgorsza, nosa zadzierasz, jakbyś jaki powód miała... Królewna przeklęta! – I nie bacząc na to, że bruka własną robotę, dozorczyni charknęła potężnie i splunęła z mocą w ślad za wychodzącą Adelą, a potem poczłapała na poddasze zdać relację Julii.

Tymczasem z drugiego mieszkania na parterze wybiegł młody chłopak, jasnowłosy, przeraźliwie chudy i wysoki.

– Ada, poczekaj! – Dogonił dziewczynę i złapał ją za łokieć. – Idę z tobą. Wolne już masz?

– Nie mam. Mam – odpowiedziała z roztargnieniem, zdenerwowana tym, co się przed chwilą stało. – To znaczy mam wolne od berbeciów w ochronce, ale od matki wolnego nikt mi dać nie chce... Kacper, jak ja już mam wszystkiego dosyć!

Blondyn wsunął kciuki pod brązowe szelki, strzelił z nich i wyprostował się, przez co wyglądał na jeszcze wyższego, niż był w rzeczywistości. Przyjrzał się ukradkiem Adzie. Nie mógł zrozumieć, jak to się stało, że ta chuda dziewuszka, z którą jeszcze niedawno buszował w krzakach porastających trawiaste wzgórza za wiaduktem, w ostatnim roku tak wypiękniała, nabrała kobiecych kształtów.

– Mam na to radę, Adunia, tę samą, co zawsze – oznajmił. – Wyjdź za mnie, a wszystko się zmieni... Oferta wciąż aktualna.

Dziewczyna spojrzała na niego z drwiną.

– Niby co się zmieni? Wyprowadzę się z poddasza na parter i będziemy mieszkać we trójkę z twoją matulą, która mnie nienawidzi?

– Ale przynajmniej pani Julia się od ciebie odczepi. I pracować nie będziesz musiała, nie pozwolę na to. Z pensyjki mechanika jakoś wyżyjem, zobaczysz... A może nawet dostaniemy własny lokal w kolejarskich domkach na Gródeckiej?

– Ooo, ofertę rozszerzasz? – zadrwiła. – I co? Matulę byś zostawił? W to wiary nie dam, Kacper. A jak pilnie żony potrzebujesz, daj ogłoszenie do „Ilustrowanego Kuriera”. Ze zdjęciem. Albo lepiej nie.

– I znowu kosz – zasępił się komicznie chłopak. – Jak ręki nie chcesz dać, to chociaż wiadro daj, poniosę...

Kacper chował się z siostrami Szubównymi na jednym podwórku. Lubili się od dziecka, spędzali razem całe dnie. Kradli jabłka z sadu u grekokatolickiego księdza Olega (bo u własnego katolickiego proboszcza przecież grzech) albo, stojąc na kładce nad sztreką, rzucali kamieniami w przejeżdżające w dole pociągi. Wspólnie włazili do mulistego stawu, pozwalając, by pijawki oblazły im łydki, a potem z piskiem i krzykiem odrywali je od skóry i wrzucali do szklanych flaszek. Sprzedawali potem to obrzydlistwo na Krakidałach lub na bazarku przy rogatce Żółkiewskiej, a zarobione groszówki równo dzielili między siebie. Każdy „dzień targowy” kończył się w geszefcie u Icka, gdzie Kacper kupował kawałek chałwy, Józka resztki gałganków, bo wiecznie obszywała swoją jedyną lalkę, a Adela gazetę, bo lubiła wiedzieć, co się dzieje na świecie i w mieście. Nelka z nimi nie chodziła, bo i chodzić jeszcze wtedy za bardzo nie umiała.

I wszystko było zupełnie zwyczajne i proste aż do czasu, kiedy Ada i Kacper skończyli szkołę powszechną. Wtedy dawny przyjaciel zaczął smalić do niej cholewki i zrobił się strasznie namolny. Każde spotkanie kończyło się próbą uzyskania od Ady całusa, a następnie irytacją, bo zamiast słodkiego „buzi” dostawał po buzi. Józka, czując, że jest w tym towarzystwie piątym kołem u wozu, dyskretnie acz zdecydowanie przestała uczestniczyć w spotkaniach. Adela próbowała jeszcze ratować przyjaźń, zabierając ze sobą na podwórko jako przyzwoitkę najmłodszą siostrę. Ale Nela miała jedną wadę: uwielbiała jeść i za kawałek wędzonej szpyrki czy kiszki gryczanej uczyniłaby wszystko. I w zamian za wałówkę robiła to, czego żądał Kacper, a mianowicie usuwała się chętnie w kąt podwórza, by wsuwać rzeczone specjały, którymi ją przekupywał sąsiad z parteru. Wszystko to irytowało Adę i w końcu poddała się, woląc rozluźnić przyjaźń niż dać się omamić Kacprowi, do którego nic nie czuła. Chłopak, widząc, że niewiele wskóra, przyjął inną taktykę: postanowił przeczekać niechęć przyjaciółki. Wierzył, że jeśli zawsze będzie krążył gdzieś w jej pobliżu, ona wreszcie ulegnie. I będzie jego, mówiąc melodramatycznie. Na razie jednak nic na to nie wskazywało.

Powietrze zapachniało dymem z ogniska. Młodzi, zatopieni we własnych myślach, nie zauważyli nawet, że doszli w końcu do ogrodów usytuowanych na wschód od ostatnich zabudowań Zniesienia. Owe rozległe zielone tereny zwane Pomiarkami kilkanaście lat temu zajęli prywatni ogrodnicy. Wielkie działki, z których uprawy można było wyżyć, wzięli we władanie również bułgarscy osadnicy, którzy przybyli tu po pierwszej wojnie, a także Ukraińcy i Polacy pochodzący przeważnie z okolicznych wsi, ale także z Podola, Polesia. Wielkie miasto, do którego przed laty przyjechali za chlebem, wchłonęło ich i przygarnęło, lecz zajęć dla chłopów z dziada pradziada oferowało niewiele. Własna działka stanowiła dla nich ratunek, a także namiastkę roli, do której przywykli, którą kochali i którą potrafili uprawiać. Niektórzy dorobili się słusznych pieniędzy i stać ich było na wybudowanie murowanych domów na Podzamczu, a nawet kupno kamienicy w mieście.

Nawiasem mówiąc, „sprawa bułgarska” wywołała we Lwowie i właściwie w całej Galicji mnóstwo kontrowersji. Cudzoziemcy znad Morza Czarnego zaczęli przybywać do Polski w końcu lat dwudziestych. Osiedlali się we Lwowie, ale również w Krakowie, Nowym Sączu i Przemyślu. Żyli z uprawy ziemi, bo ogrodnictwo jakby mieli we krwi. Początkowo nikomu nie przeszkadzali – osiedlali się w pobliżu ziemi, którą uprawiali, a grunty dzierżawili najgorsze, takie, jakich żaden Polak by nie chciał. Jakimiś sobie tylko znanymi sposobami przekształcali owe nieużytki w żyzne i plonujące obficie ogrody. Szczególnie udawały się im kalafiory, pomidory, kapusta i owoce. Bułgarzy, naród spokojny, żyli w swoim towarzystwie, w politykę się nie mieszali. Ale i tak zaczęli niektórym przeszkadzać. Stowarzyszenia i związki ogrodnicze zarzucały im nieuczciwe zaniżanie cen warzyw. Ludzie woleli kupować od Bułgarów, bo oferowali lepsze i tańsze towary. Polscy ogrodnicy zaczęli natomiast nawoływać do bojkotu Bułgarów, a nawet do wydalenia ich z kraju. Oskarżali ich o szerzenie komunistycznej propagandy, choć nikt im nie udowodnił niczego poza czytaniem bułgarskich gazet drukowanych cyrylicą. Może się to komuś skojarzyło z sowieckimi pismami, kto wie?

Iwan Bolijczew, zasiedziały na Zniesieniu Bułgar, był szefem tutejszych terenów działkowych. Przybył do Polski jako jeden z pierwszych i zdążył już we Lwowie zapuścić korzenie. Decydował, kto dostanie ogród, a ludzie radzili się go również, co sadzić i siać oraz w jakiej ilości. Nikt nie wiedział, czy w rodzinnych stronach uczył się ogrodnictwa, czy pokończył jakieś szkoły. Wszyscy za to wiedzieli, że Iwanowi zbiory zawsze się udają. W przeciwieństwie do rodzonych dzieci: syn, również Iwan, siedział w ciupie za rozbój, a córka Agnieszka trudniła się najstarszym zawodem świata. I choć zarówno matka, jak i ojciec głośno na nią wyrzekali, wszyscy wiedzieli, że nie mieli nic przeciwko temu, by klientów przyjmowała w ich domu – Proświtna 9, wejście od podwórka.

– Szczęść Boże! – przywitała się Ada ze starszym mężczyzną. – Matka mówiła, że ma pan dla mnie śliwki.

– I nie kłamała. – Iwan zszedł kilka stopni niżej z drabiny, która stała oparta o powykręcaną ze starości jabłoń. – Idź, narwij sobie, ile chcesz. O, tamta śliwa najsłodsze ma owoce... – Wskazał konkretne drzewo.

– Zapłacimy jak...

Iwan podniósł spracowaną rękę do góry, uciszając tym samym dziewczynę.

– Już mi pani Julia powiedziała, kiedy zapłaci, i więcej na ten temat rozmawiać nie zamierzam – powiedział. – Weź no, panna, kawalera i rwijta, ile udźwigniecie.

– Jakbym wiedział, że tak będzie, tobym drugie wiadro zabrał – oznajmił z żalem Kacper, potrząsając drzewem. – Auć! – wrzasnął, gdy deszcz owoców w odcieniu czarnego fioletu posypał się na jego głowę.

– Dam ci słoik powideł, żebyś nie czuł się stratny – obiecała wielkodusznie Ada.

– Mnie nie chodzi o powidło. To dobre dla dzieciaków. Wino chciałem nastawić.

– Do Monopolu daleko nie masz – zaśmiała się, mając na myśli zakład znajdujący się za terenem szkoły. – Śliwowicę też tam pędzą.

– A skąd ty to niby wiesz?

– Ja wszystko wiem – odparła Ada, rzucając w Kacpra zgniłą śliwką.

– No i co zrobiłaś? Koszulę mi pobrudziłaś. Jedyną czystą. Matula mnie zabije. Do kościoła chciałem w niej jutro iść!

– Do kościoła? We wczorajszej koszuli?

– Przecież jest dzisiejsza!

– Ale jutro będzie już wczorajsza...

Kacper rwał dalej, zaciskając ze złości usta. Nie mógł powiedzieć Adelci, że po prawdzie to on tylko dwie koszule posiada, w tym jedna jest zacerowana na łokciu... Choć zarabiał nieźle jako młodszy mechanik taboru kolejowego, a zapowiadało się, że w przyszłym roku zostanie majstrem, to jednak był jedynym żywicielem rodziny. Matka Kacpra, milcząca, smutna wdowa po Ukraińcu, prała po ludziach, dostając za to grosze, a w domu miała jeszcze jedno dziecko, „małą” Melanię, jak ją wszyscy nazywali. Śliczna, eteryczna Melka, zgrabna i wiecznie uśmiechnięta, choć starsza od Kacpra, była jak dziecko, bo niedorozwinięta umysłowo. Matka całymi dniami trzymała ją w domu, bała się, że córka idiotka któregoś dnia wróci do domu z brzuchem. Kobietę o umyśle dziesięciolatki każdy mógł przecież wykorzystać. Kilka lat temu zdarzyło się już, że zaciążyła, nie wiadomo z kim, nie wiadomo gdzie. Matka wtedy do baby po zioła chciała iść, lamentując, że się przez Melę na wieczne potępienie wystawia, ale natura sama rozwiązała problem. Kilka tygodni później płód z Melki wypłynął. Rabanu przy tym narobiła w wychodku, przerażona ilością krwi dookoła. Pech chciał, że matki tego dnia w domu nie było, prała u państwa gdzieś na Kopernika. Zawodzącą i zbrukaną we krwi i ekskrementach Melanię znalazła wtedy Julia Szubowa, matka Adeli. Zabrała do siebie, obmyła, uspokoiła, a potem sprowadziła do niej położną, która mieszkała na Uciętej i przyjmowała na świat najpierw Józkę, a potem Petronelę. Ona Melę opatrzyła i powiedziała, jak postępować z nią dalej. Gdy córki i mąż Julii wrócili po południu do domu, zastali „małą” sąsiadów śpiącą na wyścielonej miękką kołdrą skrzyni przy piecu.

– Dlaczego ona ma moją Arlettę? – zapytała Nela.

Rzeczywiście, dziewczyna przytulała do siebie lalkę zawiniętą w jakiś gałgan.

Julia przygarnęła najmłodszą do siebie i łagodnym głosem wytłumaczyła, że mała Melania teraz tej lali bardzo potrzebuje.

– A tobie uszyjemy nową, ładniejszą – obiecała. – Józia mi pomoże, prawda?

Córki Julii czuły, że stało się coś złego. Ada, początkowo zazdrosna o matkę i o uwagę, którą poświęca głupkowatej siostrze Kacpra, gdy później z grubsza dowiedziała się, o co chodzi, pierwszy raz poczuła dla Julii coś w rodzaju podziwu.

 

Tamtego dnia mieszkańcy Szczepanowskiego 12 załatwiali potrzeby fizjologiczne w sąsiednim podwórku, bo Paweł, mąż Julii, napisał kredą na drzwiach ubikacji, że się zapchała i jest nieczynna. W ten sposób nikt nie dowiedział się o wstydzie Melki.

– Pani Suczajowa, wychodek trzeba posprzątać po małej – oznajmiła Julia, gdy matka Kacpra wróciła wieczorem do domu. – I niech pani lepiej na przyszłość córki pilnuje, bo takich, co gotowi skrzywdzić to biedne dziecko, jest wielu.

Suczajowa w lot pojęła, co Julia ma na myśli. Zabrała Melę do domu, zakasała rękawy i, odmawiając w duchu dziękczynne modlitwy za taki obrót sprawy, dłońmi popękanymi od mydlin i gorącej wody wzięła się do porządkowania budki z serduszkiem. Od tamtej pory nie wypuszczała Melki samej za próg.

Kiedy wiadro zapełniło się po brzegi śliwkami, Ada z Kacprem poszli podziękować Bułgarowi. Iwan tymczasem znikł na chwilę w krzywej budzie, która służyła za składzik narzędzi, a latem także za daczę. Wyniósł stamtąd wielki kawon.

– To dla pani Julii. – Wręczył owoc Adzie. – Ostatni w tym roku, słodki pewnie, specjalnie pod szkłem go trzymałem. Matka będzie wiedziała, za co go jej daję.

– Dziękuję, ale wielki! – Adela oblizała się mimowolnie, bo uwielbiała kawony, a ich czerwony, słodki miąższ uważała za rarytas. Nieczęsto mogła sobie pozwolić na kawałek, bo owoce na bazarku były dość drogie. A tutaj, na wschodzie Polski, kawony udawały się wybornie dzięki gorącym i słonecznym latom. Kiedy Ada dawno temu usłyszała w szkole, że bogowie olimpijscy raczyli się nektarem i ambrozją, od razu pomyślała, że pokarmy te musiały mieć smak arbuza. To przekonanie zostało jej do dziś.

W drodze powrotnej Kacper uparł się, że będzie niósł i śliwki, i kawon. Ponieważ towar sporo ważył, na Szczepanowskiego dotarł krańcowo wyczerpany...

– Cóż tak długo? – Matka przywitała Adę wymówką.

Przy kuchennym stole siedziała już Nelka, zajadając ze smakiem ususzoną w piekarniku chlebową piętkę.

– A to co? – zapytała, wskazując na kawon.

– Prezent od Iwana dla mamy. Powiedział, że mama będzie wiedzieć, za co...

Julia zastygła w pół ruchu. Spojrzała na ogromny owoc z odrazą, po czym chwyciła go i jednym ruchem wyrzuciła przez otwarte na oścież okno. Nela i Ada spojrzały na nią ze zdziwieniem.

– Nie kazałam ci przyjmować prezentów. – Julia mówiła, nie patrząc na Adę, ale oczywiste było, że słowa skierowane były do niej.

– Przecież za śliwki i tak nie zapłaciłam...

– Ale zapłacimy, jak będziemy mieli...

– Taki wielki kawon się zmarnował... – powiedziała Nela z żalem, wychylając się przez okno. – Dlaczego go mama wyrzuciła?

Ale nie doczekała się odpowiedzi, bo z podwórza dał się słyszeć gderliwy głos dozorczyni.

– Wariaty tu mieszkają! Te Szuby gorsze od Ukraińców! Co ja gadam, i od Żydów gorsze! Zabilibyście mnie przecie! Wariaty, powiadam...

Julia, nie zważając na krzyki, zamknęła okno i ponownie zakrzątnęła się przy piecu. Pogrzebaczem odsunęła fajerkę, postawiła na ogniu rynienkę i zamieszała w niej energicznie drewnianą warząchwią.

– Adela, siadaj, kartofle z cebulą zjesz. Zaraz dojdą. A potem po pościel polecisz migiem, zanim pralnię zamkną. Muszę przed wieczorem pooblekać kołdry... I kupisz chleb w Kłosie, bo tam na kredyt mamy.

Dziewczyna zgodziła się z taką chęcią, że matka spojrzała na nią podejrzliwie.

– A ja mogę z Adelcią? – Nelka odezwała się błagalnie, przełykając z trudem twarde resztki chleba i szykując się na pochłonięcie smażeniny.

– Nie możesz. My będziemy drylować węgierki.

Pulchna buzia dziesięciolatki wykrzywiła się w podkówkę.

– Nie rycz, patrz, mama już nakłada kartofli. – Adela wiedziała, czym zająć uwagę siostry.

Piętnaście minut później biegła piaszczystą drogą wzdłuż torów. Zwykle nadkładała drogi i chodziła do Żółkiewskiej wybrukowaną ulicą Nowozniesieńską, bo szanowała swoją jedyną parę trzewików, które służyły jej na każdą okazję. Tym razem jednak trochę się jej spieszyło. Po pierwsze, ale nie najważniejsze, musiała przecież odebrać pościel z pralni, a zamykali dziś o trzeciej. A po drugie... Po drugie, Adela chciała popatrzeć na swojego Abla. Tylko spojrzeć, bo na nic innego przecież nie miała nadziei. Po to nosiła bieliznę aż do pralni Zniesienczanka, choć do Błysku na Nowozniesieńskiej miała dużo bliżej, by mieć okazję do spotkania z tym młodym mężczyzną. I choć ono nigdy jeszcze nie nastąpiło, przecież nie było to niemożliwe. A Adela lubiła pomagać losowi.

Szła szybko. Po kilku minutach z ulgą dostrzegła w końcu mur okalający Fabrykę Baczewskiego, oznaczało to bowiem, że jest niemal u celu. Odbiła od torów i wyszła na ulicę. Ponieważ jezdnia była pusta, sprężystym krokiem przeszła przez sam środek skrzyżowania Żółkiewskiej i Wołoskiej, starając się na kocich łbach energicznie otrzepać buty z piachu. Obejrzała się na fabryczny zegar. „Dziesięć po pół do trzeciej... Może on jest już w domu?” – pomyślała, wchodząc do pachnącego mydlinami wnętrza pralni.

– Dzień dobry, pani Cieślakowa – przywitała się z rumianą żoną właściciela zakładu.

Spocona kobieta spojrzała na nią znad blatu, na którym prasowała śnieżnobiałe, sztywne od krochmalu gorsy koszul. Ich stos, idealnie poskładany, leżał obok, na nieczynnej prasie do maglowania.

– Zara podejdę. – Sapnęła w taki sposób, że Adela zdziwiła się, kiedy z jej ust nie wyleciał kłąb gorącej pary jak spod żelazka. – Muszę tylko migusiem tą koszulę dokończyć, bo już boraksem natarłam.

– Trochę mi się spieszy – rzuciła zniecierpliwiona Adela.

I wtedy ruchy Cieślakowej spowolniły się w widoczny sposób. Mrucząc pod nosem coś o niewychowanych młodych, ze złością rozprostowała mokrą bieliznę i ułożyła ją na roboczym blacie, tak by nie zrobiły się fałdki. Potem przyłożyła gorące żelazko i przesuwała je po materiale równo i uważnie. I bardzo powoli.

Nie wiadomo, jak długo stałaby jeszcze Adela, przyglądając się skomplikowanym czynnościom wykonywanym przez Cieślakową, gdyby nie to, że u Baczewskiego skończyła się pierwsza zmiana i pracownicy tłumnie wylegli na ulicę. Kilka osób postanowiło odebrać bieliznę i w pralni utworzyła się kolejka. Na widok klientów żona właściciela odstawiła żelazko i podeszła do lady.

– Kwit – wycedziła przez zęby i Adela podała jej wysłużony kartonik z numerem zamówienia.

Cieślakowa wzięła go palcami białymi od mączki do krochmalenia i z półki za ladą zdjęła równo złożony stosik białej pościeli.

– Zrobiłam, co mogłam – oświadczyła, kładąc go przed Adelą. – Ale białe toto już nie będzie, moja panno – dodała na wypadek, gdyby reszta klientów w kolejce jeszcze się nie zorientowała, że krytykuje jakość pościeli Szubów.

Adela położyła na ladzie czterdzieści groszy, popatrzyła hardo na Cieślakową i zabrała pakunek.

– A w Błysku jakoś ostatnio doprali – odszczeknęła się na koniec, przyrzekając sobie w duchu, że więcej jej noga tu nie postanie. – Widocznie nie oszczędzają na mydle...

Wyszła z ulgą na ulicę. Dobrze wiedziała, że pościel miała swoje lata, sama łatała ją wielokrotnie pod czujnym okiem matki. W domu na wszystkim się oszczędzało, kupno płótna na nowe prześcieradła było sporym wydatkiem. Osobistej bielizny nie oddawało się u nich do pralni nigdy właśnie z powodu jej opłakanego stanu. Adela donaszała halki po matce, po Adeli donaszały Józka i Nelka. Cerowało się te rzeczy i niczego wstydliwego w tym nie było. Jeśli ubrania były czyste i w miarę całe, nadawały się przecież do użytku. Adela wolała myśleć, że powodem takiego stanu rzeczy nie była bieda, a gospodarność.

Westchnęła i przycisnęła pościel mocniej do siebie. Wolnym krokiem poszła w stronę Dojazdowej, choć przecież mogła wrócić krótszą drogą wzdłuż torów. Ale pragnęła przejść pod kamienicą, w której mieszkał on...

Do uszu Adeli dobiegła muzyka. A więc był w domu. Grał. Może komponował? Przeszła na drugą stronę Żółkiewskiej, stanęła przy rogatce i spojrzała w otwarte okno balkonowe mieszkania na pierwszym piętrze w domu naprzeciwko. Ciemnowłosy młody mężczyzna siedział przy pianinie i, nie patrząc na klawisze, grał. Nawet z takiej odległości potrafiła dostrzec jego silne ramiona, szczupłe, piękne dłonie, ciemne, lśniące od pomady włosy i zdecydowany profil...

Kochała się w nim jak dawniej Polda w Kiepurze. Tylko przyjaciółka była w lepszej sytuacji, bo miała fotos, na którym obiekt jej uczuć został uwieczniony. Oraz kilka innych podobizn wyciętych z gazety, jak choćby tę, na której tenor śpiewa dla lwowiaków zgromadzonych pod balkonem hotelu George. Ada fotografii swojego muzyka nie miała.

Pierwszy raz zobaczyła go kilka miesięcy temu w ochronce. Z okazji nocy świętojańskiej kierowniczka urządziła dla maluchów zabawę i jakimś cudem udało jej się ściągnąć na nią artystów z teatru. Abel akompaniował aktorom, grał na skrzypcach, potem siadł do fortepianu. Po pierwszych taktach Adela przepadła z kretesem... Uwielbiała muzykę, miała dobry słuch, śpiewała w chórze przy kościele na Zniesieniu. Ten przystojny mężczyzna o nieobecnym wyrazie twarzy, który wydobywał z instrumentów piękne dźwięki, wydał się jej ideałem. Przez całą zabawę wpatrywała się w niego i starała się ściągnąć go wzrokiem, jednak bezskutecznie. Nie zauważał jej, drobnej pomocnicy nauczycielki w granatowym, mało twarzowym fartuchu... Może to i lepiej, bo tamtego dnia miała we włosach resztki bułki maczanej w mleku, którą podczas podwieczorku wtarł jej Zenuś Zdobylak, trzylatek.

Ada szybko wywiedziała się, gdzie mieszka Abel. Przez całe lato nadkładała drogi, żeby znaleźć się w tej okolicy. W ciepłe, letnie dni muzyk, ćwicząc, otwierał okiennice balkonowe i kawałek ulicy napełniał się jego grą. Tak jak teraz...