Zachowaj to dla siebieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mamie.

Twoje marzenie stało się moim.

Prolog

26 lat wcześniej

Powiewające na wietrze pasy kolorowego wzorzystego płótna dzieliły plażę na dziesiątki małych autonomii. Wyjątkowo upalna końcówka sierpnia przyciągnęła nad Bałtyk wszystkich, których czasu nie ograniczał rozpoczynający się wkrótce rok szkolny, gdyż prognozy zapowiadały wydłużenie sezonu o najbliższe tygodnie. Korzystające z okazyjnych cen rodziny obładowane kocami, prowiantem i zabawkami z kolorowego plastiku jak co rano rozpoczęły walkę o zajęcie dogodnego terenu, którego granice wyznaczano wbijanymi w ziemię palikami parawanów. Dla tych, którzy zbyt długo zabawili przy śniadaniu, pozostały miejsca w głębi plaży, zacienione przez rosnące na jej skraju wysokie sosny.

– Jutro musimy przyjść wcześniej. – Młoda kobieta próbowała oczyścić piasek z zaścielających go sosnowych igieł. – Stąd prawie nie widać morza.

– Przynajmniej już pierwszego dnia nie upodobnisz się do rdzennej mieszkanki Ameryki Północnej – odparł jej towarzysz ze śmiechem, pomagając w rozłożeniu szerokiego koca. – Nie jestem pewny, czy byłoby ci do twarzy w czerwieni.

– Wiesz, że nie zależy mi na nadmorskiej opaleniźnie, którą za dwa tygodnie będę musiała ukryć pod swetrem – odpowiedziała ponuro i westchnęła. – Martwię się tylko, że dzieci nie będą się tu chciały bawić, bo wolałyby być bliżej wody.

– To nie problem. Zabiorę je na brzeg i popilnuję – uspokoił ją, gestem przywołując do siebie parę biegających wokół koca czterolatków. – Ty spróbuj złapać trochę słońca. Z naciskiem na trochę.

Zadowolony z szybkiego rozwiązania małego kryzysu upewnił się, że dzieci wzięły zabawki, i poprowadził je za ręce w kierunku morza, na bieżąco wyszukując drogę pomiędzy parawanami. Pomyślał, że żona miała rację i jutro zarządzi wcześniejszą pobudkę, ale pierwszego dnia urlopu nie chciał psuć sobie nastroju takimi błahostkami. To były ich pierwsze wakacje z dziećmi i planował wyłącznie cieszyć się chwilami spędzonymi z rodziną. Nic innego nie miało teraz znaczenia. Manewrowanie między plażowiczami wydłużyło im drogę, a chodzenie po miękkim piasku wyraźnie zmęczyło oboje dzieci, ale na widok obmywanego przez fale brzegu wstąpiła w nie nowa energia. Przez ostatnie metry niemal ciągnęły za sobą ojca, żeby jak najszybciej zacząć zabawę w płytkiej wodzie. Dawno nie widział ich tak podekscytowanych, ale zanim pozwolił im dołączyć do innych kilkulatków, zatrzymał się parę metrów od powstającego nieopodal zamku i nie puszczając obu rączek, przykucnął, żeby znaleźć się na poziomie ich twarzy. Zwykle oznaczało to, że ma im coś ważnego do powiedzenia, więc chłopiec i dziewczynka jednocześnie odwrócili się do niego, a na ich buziach odmalował się wyraz zdziwienia połączonego z dziecięcą niecierpliwością. Za każdym razem, gdy na nich patrzył, uderzało go, że wyglądają niemal identycznie.

– Zaraz pójdziecie się pobawić, ale najpierw parę zasad – zaczął. Musiał podnieść głos, by przekrzyczeć fale oraz piski chlapiących się malców. – Woda jest niebezpieczna, więc nie wolno wam do niej wchodzić dalej niż do kostek. Pamiętacie, co zawsze mówię wam na basenie?

Oboje jednocześnie pokiwali głowami, ale widać było, że nie są do końca pewni, o co mu chodzi, więc szybko powtórzył ogólne zasady bezpiecznej zabawy nad wodą i ku ich widocznej uldze pozwolił im iść. Z uśmiechem obserwował, jak córka i syn włączają się we wspólne stawianie piaskowej fortecy, współpracując ramię w ramię z rozkrzyczaną zgrają rówieśników. Przez chwilę żałował, że nie wziął ze sobą ręcznika, na którym mógłby usiąść, choć z drugiej strony na stojąco widział ich doskonale, jako że mierzył dwa metry.

– Gdyby był pan ratownikiem, to nie potrzebowałby pan wieżyczki – usłyszał obok siebie rozbawiony męski głos. – Które jest pańskie?

– Swego czasu byłem – odparł, notując zdziwienie na twarzy rozmówcy, którym okazał się jeden z ojców patrolujących tę część plaży. – Ale teraz wystarczy mi, że muszę mieć oko na tamtą dwójkę.

– Bliźniaki. – Nieznajomy pokiwał głową ze współczuciem. – Jak pan nad tym panuje?

– Zwykle to żona musi poskramiać żywioł. – Wzruszył ramionami, obracając się w stronę mężczyzny. – A które pan musi upilnować?

– Ja na szczęście mam tylko jednego urwisa – odparł tamten, wskazując na najgłośniej krzyczącego chłopca. Nie zauważył cienia, który przemknął po twarzy ojca bliźniąt. – Starcza nam za całe stado.

– Nie wątpię – mruknął w odpowiedzi i nakazał sobie w myślach zachowanie spokoju. Nie miał zamiaru wdawać się w trudną dyskusję z tym przypadkowym facetem, bo nie doprowadziłoby to do niczego z wyjątkiem zachwiania równowagi odzyskiwanej z takim trudem dzień po dniu. Wiedział, że nie wygrałby tej batalii bez przyznania się do faktów, o których wolałby zapomnieć, a którymi za żadną cenę nie zamierzał się z nikim dzielić. Obiecał to przecież żonie.

– Coś jest chyba nie tak z tą małą. – Zaniepokojony głos drugiego mężczyzny wyrwał go z zamyślenia. – To nie jest przypadkiem pańska córka?

Zanim facet skończył mówić, on już rzucił się na pomoc klęczącej na piasku dziewczynce, która toczyła wokół przerażonym wzrokiem, spazmatycznie łapiąc powietrze. Przywołał z pamięci dawno wyuczone umiejętności i szybko ocenił, że córka nie jest ranna, niczym się też nie zachłysnęła, a mimo to oddycha coraz ciężej, jakby łapczywie wciągane powietrze nie mogło wypełnić jej małych płuc. Wokół nich natychmiast zebrał się spory tłum zwabionych zamieszaniem plażowiczów. Zewsząd zaczęły dobiegać pytania wykrzykiwane na zmianę z dobrymi radami, ale żaden z gapiów nie odważył się zainterweniować, mimo że dziecko potrzebowało fachowej pomocy. Nie wiedząc, co dalej robić, wziął córkę na ręce i wtedy uświadomił sobie, że od dobrej chwili nigdzie nie zauważył syna.

– Adam! – zawołał głośno.

Czując narastającą panikę, kilkakrotnie próbował go przywołać i jednocześnie lustrował wzrokiem pozostałe bawiące się na brzegu dzieci, ale jego wysiłki okazały się bezowocne. Trzymana na rękach dziewczynka miała natomiast coraz większe problemy z oddychaniem, ale nie mógł ruszyć po pomoc, zanim nie znajdzie syna.

– Skarbie, słyszysz mnie? – zwrócił się do córki. Próbował mówić spokojnie, choć w środku aż szalał z niepokoju. – Wiesz, gdzie jest Adaś? Dokąd on poszedł, kochanie?

Mała podniosła na niego rozszerzone z bólu i strachu oczy. Nie potrafiła wydobyć z siebie głosu, jedynie uniosła rączkę i wskazała palcem jakiś punkt za jego plecami. Błyskawicznie odwrócił się w stronę falującej powierzchni Bałtyku i choć w pierwszej chwili niczego nie zauważył, był już boleśnie świadomy, gdzie będzie mógł znaleźć swojego syna.

Nie zastanawiając się nad tym, co robi, i nie tracąc czasu na jakiekolwiek wyjaśnienia, przekazał córkę stojącemu najbliżej plażowiczowi, a sam popędził do słonej wody. Rzucił się w jej odmęty i rozpoczął osobistą walkę z żywiołem, starając się nie stracić z oczu miotanego falami małego celu. Zaprogramowane przed laty ciało wykonywało wszystkie potrzebne ruchy niemal bez udziału świadomości, którą w tym momencie zaprzątała tylko jedna myśl, powtarzana jak mantra.

Nie może stracić również jego.

CZĘŚĆ I

1

Teraz

Ostatni łyk kawy pozostawił na białym kubku czerwony ślad szminki. Wysoka brunetka bezwiednie starła go palcem, po czym wstała z westchnieniem od stołu i pozbierała brudne naczynia, żeby przed wyjściem włożyć je do zlewu. Zawahała się przy nim chwilę, ale rzut oka na zegarek upewnił ją, że ma jeszcze dość czasu na zmywanie. Nie będzie musiała niczego wycierać, bo kilka godzin na suszarce wystarczy, żeby mogła schować wszystko do szafki.

Odwróciła się od zlewu, oparła o blat i rozejrzała po mieszkaniu. Widok wciąż był dla niej świeży, mimo że przez tak długi czas oglądała go oczami wyobraźni. Remont przeciągał się niemiłosiernie i nie posiadała się z radości, kiedy wreszcie się zakończył. To ukróciło złośliwe komentarze kierowane pod jej adresem przez niektórych członków rodziny. Szewc bez butów chodzi, a ona cztery lata nie potrafiła się zdecydować na przekształcenie nieustawnego mieszkania po dziadkach w swoje wymarzone cztery kąty, choć na co dzień zajmowała się tym zawodowo.

Myśl o pracy przywróciła ją do rzeczywistości, więc szybko zaczęła zbierać porozkładane po całym pokoju rzeczy i wrzucać je do obszernej torebki bez zachowania porządku. Niemal gotowa do wyjścia stanęła przed lustrem w korytarzu i szybko skontrolowała wygląd. Zwykle nie miała czasu na żmudne przygotowywanie codziennych stylizacji, czego zazdrościła popularnym youtuberkom, więc ciemne dżinsy, jasna koszula i szary żakiet przekształciły się w jej uniform do tego stopnia, że trzymała w szafie kilka kompletów takich samych ubrań. W sumie nie pamiętała już, kiedy ostatni raz udała się do galerii handlowej po coś poza bielizną lub brakującym elementem stałego zestawu. Pokrzepiała ją myśl, że miała okazję nacieszyć się modą w czasach studenckich.

Zadowolona z tego, co zobaczyła w lustrze, poprawiła krótko obcięte włosy i chwyciła o wiele w tej chwili za dużą i za ciężką torebkę, w której prawie nigdy nie udawało jej się nic znaleźć. Po raz ostatni pobieżnie skontrolowała jej zawartość, grzebiąc na oślep i próbując wyczuć, czy komórka, portfel i klucze są w środku. O resztę niespecjalnie dbała, w razie potrzeby zawsze mogła dokupić brakujące rzeczy. Gdy stwierdziła obecność wspomnianej trójcy, zatrzasnęła za sobą drzwi i pośpiesznie zbiegła po schodach z siódmego piętra na parter budynku. Tylko na tyle aktywności fizycznej mogła sobie pozwolić, a obawiając się wrodzonej skłonności do nadmiernych kilogramów, która mogła szybko wymusić konieczność zmiany garderoby, starała się omijać windy i ruchome schody.

 

Po chwili wycofywała już swoją toyotę aygo z ciasnego miejsca parkingowego, utwierdzając się w przekonaniu, że zamiłowanie do pojazdów niewielkich rozmiarów ma swoje zalety. Chętnie zamieniłaby cztery koła na fikuśny miejski rower, ale słabo rozwinięta infrastruktura i kompletny brak kolarskiej kultury na polskich drogach trzymały ją z daleka od zrealizowania tego pomysłu. Nie chciała się stać ofiarą zniecierpliwienia kierowców, którzy nie akceptowali niezmotoryzowanych użytkowników jezdni.

Po prawdzie było w tym trochę racji, gdyż wąskie i dziurawe polskie drogi mogły prowadzić nieostrożnego rowerzystę prosto do miejsca, z którego nie było powrotu. Chociaż w ostatnich latach sytuacja zdawała się poprawiać i pojawiło się sporo nowych odcinków ścieżek, to jednak nie tworzyły one spójnej sieci komunikacyjnej jak te znane jej z dużych zagranicznych miast. Szkoda, bo jazda rowerem zabrałaby jej chyba mniej czasu, jeśli wziąć pod uwagę gigantyczne poranne i popołudniowe korki.

W żółwim tempie dowlekła się do zastawionego samochodami parkingu w centrum Katowic. Niedawne podwyżki opłat parkingowych nikogo niestety nie zniechęciły i codziennie czekało ją polowanie na kawałek wolnej przestrzeni dla swojego samochodu. Gdyby prowadziła SUV-a, mogłaby o tym zapomnieć i od razu jechać na parking pod galerią. Szczęście jednak znowu jej dopisało i po manewrze grożącym urwaniem obu lusterek z ulgą wyłączyła silnik. Uważając, żeby nie zarysować auta stojącego obok i samej nie pobrudzić się od zakurzonych karoserii obu pojazdów, niemal na wdechu wysunęła się zza kierownicy. O ponownym zanurkowaniu po torebkę nie było mowy, więc czekało ją wykonanie podobnego manewru od strony pasażera.

Upewniwszy się, że samochód jest zamknięty, a bilet parkingowy leży w widocznym miejscu, popędziła prosto do swojego biura. Już po kilku krokach znalazła się w cieniu górującego nad katowickim centrum wieżowca, którego trzydzieści pięter, rozciągniętych na stu dwudziestu pięciu metrach wysokości, robiło imponujące wrażenie. Kobieta uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie czasów, kiedy odwiedzała ten budynek tylko ze względu na seans kinowy.

Teraz wynajmowała tu niewielkie biuro na jednym z najwyższych pięter, choć już po kilku dniach zrezygnowała z wbiegania na nie. Windy w Altusie były jedynymi, z których obecnie korzystała. Spocona i dysząca po wspinaczce szefowa nie robi dobrego wrażenia ani na podwładnych, ani tym bardziej na klientach, choć wielokrotnie przemknęło jej przez głowę, że odpowiada za to jednak jej lenistwo, a nie profesjonalizm, bo do pracy i tak przychodzi pierwsza. Jej mały, ale prężny zespół zjawiał się zawsze kilka chwil po niej. Czasem zastanawiała się nawet, czy jej współpracownicy nie czają się za zakrętem korytarza i popijając kawę z bordowych kubków Costy, dają jej szansę na podbudowywanie autorytetu. Również tym razem usłyszała ich podekscytowane głosy, gdy tylko z hukiem postawiła na blacie biurka wielką torbę.

Dwóch chłopaków i trzy dziewczyny raźnym krokiem weszli do biura i zajęli miejsca przed wielkimi monitorami, przygotowując się do nowego tygodnia pracy, a pięć tekturowych kubków Costy niemal jednocześnie wylądowało na blatach. Decyzja o zatrudnieniu tych młodych ludzi była najlepszą z możliwych, choć wielu rekruterów by się z nią nie zgodziło. Jednak każdy ze świeżo upieczonych absolwentów, którym kobieta dała szansę, z zapałem odpracowywał kredyt zaufania, jakim go obdarzyła. Ci pracowici młodzi ludzie, niezwiązani jeszcze stosunkami rodzinnymi i pełni pomysłów tłumionych przez kilka lat wykonywania zadań pod okiem skostniałych profesorów, byli dla niej gotowi na każde poświęcenie. A tych na wczesnym etapie rozwoju jej działalności nie brakowało, zwłaszcza że ona sama mogła się pochwalić jedynie kilkuletnim doświadczeniem zawodowym. Jednak wspólna pasja, pomysłowość i zaangażowanie pozwoliły im rozwinąć raczkujące studio projektowe. Nie bez znaczenia był też spory zastrzyk gotówki, choć zważywszy na okoliczności wolałaby go nigdy nie dostać. Mimo że spadek po rodzicach pomógł jej stanąć na nogi, to wiadomość o ich odejściu powaliła ją jak cios.

– Chcesz kawę, Ewa? – rzuciła przez ramię drobna blondynka, idąc chwiejnie na szpilkach w kierunku ekspresu. Nawet w niebotycznych obcasach nie mogła dorównać wzrostem swojej szefowej.

– Tak, zrób cały dzbanek, Dora! W poniedziałek kofeina przyda się wszystkim – odkrzyknęła, wysypując na biurko zawartość torby.

– Kiedy przychodzi Bierski? – spytał przysadzisty chłopak w okularach, niebezpiecznie odchylając się na krześle.

– Dopiero pojutrze, mamy więc dwa dni, żeby dopiąć ofertę na ostatni guzik. Musi być perfekcyjna, ale dość elastyczna, bo nie jestem pewna, czego facet od nas oczekuje – przyznała szczerze. – Pamiętajcie: liczę na was.

– Cokolwiek by to było, i tak sprowadzimy go na drogę Jedynego Dobrego Dizajnu! – zaśmiała się Dora, stawiając przed nią parujący kubek.

Ewa Dębska miała właśnie podziękować asystentce za kawę, kiedy z przepastnych wnętrzności jej torebki rozległ się głośny dzwonek telefonu, którego jakimś cudem nie udało jej się wyrzucić na blat wraz z całą resztą przedmiotów.

2

Wcześniej

Na pierwszy rzut oka wiadomość mailowa nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale we wpatrującym się w jej zawartość adresacie wzbudziła istny huragan emocji. Imię i nazwisko nadawcy nie figurowało ani na jego liście, ani w pamięci mężczyzny, a sama treść była bardzo lakoniczna i postronny obserwator uznałby ją za zwykłą prośbę o nawiązanie kontaktu. Ten sam obserwator uznałby też, że załączony do maila plik JPG to zwykła fotografia, jakich pełno w rodzinnych albumach sprzed ery cyfrowej, bo słaba jakość zdjęcia świadczyła o tym, że do komputera trafiło ono po zeskanowaniu odbitki. Nadawca prawdopodobnie nie miał cyfrowej wersji obrazu. Biorąc to wszystko pod uwagę, mail nie byłby dla nikogo niczym wyjątkowym. Dla nikogo poza mężczyzną, który go otrzymał.

Kilkoma kliknięciami myszki Adam Dębski uruchomił podłączoną do komputera drukarkę i już po chwili urządzenie wypluło na podajnik kolorowy wydruk zdjęcia. Powiększona fotografia ujawniła nieco więcej szczegółów, ale i tak nie odpowiedziała na pytanie, które zrodził mail. Stało się jednak jasne, że najważniejsze w tej chwili to upewnić się, że nadawca wiadomości to realna osoba, oraz potwierdzić, że to on właśnie widnieje na załączonym zdjęciu. Jeśli obraz powstał wyłącznie przy użyciu spustu migawki, a nie magii Photoshopa, życie wielu osób mogło się drastycznie zmienić, poczynając od samego Adama.

Mężczyzna rozważał chwilę, jak zweryfikować otrzymane informacje. Z pliku JPG nie dało się wiele odczytać, bo został utworzony w momencie skanowania, a nie wykonywania zdjęcia. Wpisanie imienia i nazwiska w wyszukiwarkę i Facebooka dało zbyt wiele wyników, przy czym większość kont i odnośników nie zawierała żadnych zdjęć. Adam westchnął ciężko, żałując, że nie ma smykałki do rozwiązywania zagadek i najwyraźniej żaden z niego materiał na detektywa.

Ta myśl podsunęła mu pewien pomysł.

Tym razem wyszukiwarka również nie ułatwiła mu zadania, bo liczba ofert dawała do zrozumienia, że polskie społeczeństwo kompletnie sobie nie ufa. Po przewinięciu całej litanii nazwisk i numerów telefonu Adam uzupełnił okno wyszukiwania o słowo „ranking”. Ku jego zdumieniu pierwsze trafienie przeniosło go na odpowiednik portalu „ZnanyLekarz.pl”, z tym że opiniodawcami nie byli tu mniej lub bardziej wdzięczni pacjenci, a zdradzane żony i zrozpaczeni krewni zaginionych. Krótkie przeszukanie strony dało obiecujący wynik, więc Adam skorzystał z formularza kontaktowego i umówił się na konsultację z pewnym emerytowanym policjantem. Jeśli wierzyć opiniom pozostawionym na jego profilu, facet wiedział, jak szybko i sprawnie wypełniać zlecone mu zadania, w czym prawdopodobnie pomagały przysługi, jakie wyświadczał innym przez lata policyjnej służby.

Adam postanowił zrezygnować z przerwy śniadaniowej i wyjść wcześniej z pracy, dzięki czemu być może zdąży szybko załatwić sprawę i wrócić do domu o normalnej porze. Sam się zdziwił swoim podejściem, bo niezwykle rzadko miewał jakiekolwiek sekrety, zwłaszcza przed najbliższymi, ale tym razem uznał, że udzielił mu się nastrój tajemnicy otaczającej nadawcę maila. Próbował na powrót skupić się na czekającej go pracy, ale bez skutku – myślami był już zupełnie gdzie indziej. Czas zdawał się płynąć wstecz i kiedy w końcu Adam mógł z czystym sumieniem odejść od komputera, poczuł się, jakby przepracował tydzień w pocie czoła. Zanim wyszedł, wydrukował jeszcze treść maila wraz z adresem nadawcy i ruszył na spotkanie z detektywem. Według map Google miał tam tylko kilka minut spacerem.

Biuro okazało się wydzieloną częścią prywatnego mieszkania detektywa. On sam zasadniczo odbiegał od stereotypu wysokiego angielskiego dżentelmena w kraciastym płaszczu z nieodłączną fajką w dłoni, bo Stanisław Mazurek nie był ani przesadnie wysoki, ani wysportowany. Trzymał się jednak prosto jak struna i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu.

Powitał nowego klienta mocnym uściskiem dłoni i bez zbędnych formalności przeszedł do sedna. Adam szybko zrelacjonował mu sytuację i wręczył wydrukowane kopie maila oraz załącznika. Mazurek zadał mu kilka pytań i zapewnił, że niezwłocznie zabierze się do ustalenia faktów. Po niecałej półgodzinie Dębski znalazł się z powrotem przy swoim samochodzie zaparkowanym pod miejscem pracy. Sprawdziwszy godzinę na wyświetlaczu telefonu, z ulgą stwierdził, że nie będzie musiał tłumaczyć się żonie z dłuższego niż zwykle powrotu. Ledwo ta myśl przemknęła mu przez głowę, poczuł, jak urządzenie nastawione na tryb cichy wibruje w jego dłoni. Zanim przystawił je do ucha, na ekranie mignęła mu uśmiechnięta twarz pięknej kobiety.

– Kochanie, gdzie cię wcięło? – Niepokój w jej głosie był wyraźny pomimo rozlegających się w tle głośnych protestów niemowlaka. – Baśka mi powiedziała, że wyszedłeś wcześniej. Coś się stało?

– Cześć, skarbie! – przywitał się z nią beztrosko, jednocześnie myśląc, że przed tą niezależną siecią kobiecej wymiany informacji nic się nie ukryje. – Nic się nie stało, po prostu stoję w korku. Chciałem być wcześniej w domu, ale wiesz, jak wyglądają teraz Katowice. – Zdziwiło go, z jaką łatwością kłamstwo przeszło mu przez gardło. – Chciałem ci zrobić niespodziankę, a nie cię zmartwić, przepraszam! – dodał, usprawiedliwiając się w duchu, że to niewinne kłamstewko służy tylko poprawieniu humoru jego żonie i nie ma w nim niczego złego.

– Dobrze, tylko następnym razem daj znać, co się dzieje. Wystarczy SMS, nie musisz dzwonić, jeśli to problem. – Głos Heleny zdawał się spokojniejszy niż przed chwilą, czego niestety nie można było powiedzieć o naglących krzykach rozbrzmiewających w tle.

Niewiarygodne, ile energii mogło zmagazynować ciałko ich półrocznej córeczki. Adam był świadom, że opieka nad dzieckiem przerosła oczekiwania i obawy Heleny, przytłoczyła ją nowymi obowiązkami, a kołowrót następujących po sobie pór karmienia, zmiany pieluch, kąpieli i spania wyssał z jego żony wszystkie siły. W dodatku wyczekiwana przez dziewięć miesięcy Julia nie ułatwiała świeżo upieczonej matce żadnego z tych zadań. Szybki powrót Adama z pracy zawsze oznaczał dla jego żony wypatrywany z niecierpliwością wieczorny odpoczynek.

– Skoro jesteś jeszcze w drodze, może wstąpisz do sklepu po coś na kolację? Dziś nie miałam siły nic przygotować – dodała przepraszająco, wywołując w nim poczucie winy.

– Naprawdę cię przepraszam, następnym razem zadzwonię. I nie martw się, kupię coś w dużym Lidlu po drodze. Do zobaczenia w domu, kocham was!

– Dzięki, my ciebie też!

Spojrzał na wygasający wyświetlacz, na którym w poprzek zdjęcia Heleny pojawił się napis „połączenie zakończone”. Zanim schował komórkę do kieszeni, upewnił się, że dzwonki są włączone, po czym odblokował drzwi samochodu, wsiadł i włożył kluczyk do stacyjki. Gdy uruchomił silnik, telefon ponownie ożył w jego kieszeni. Z uśmiechem podniósł urządzenie do ucha, nawet nie sprawdzając, kto próbuje się z nim skontaktować. Był pewien, że żona chce uzupełnić listę zakupów.

Krótkie męskie przywitanie było dla niego sporym zaskoczeniem, podobnie jak informacja, że detektyw Mazurek ma już dla niego konkretne informacje. Po treściwej wymianie zdań i umówieniu się na spotkanie następnego dnia Adam zakończył rozmowę, po czym włączył się do ruchu. Cały czas myślał o nadawcy maila oraz zdjęciu, które ten przysłał w załączniku. Po kilku minutach płynnej jazdy jego audi Q7 utknęło w rzeczywistym korku. Usprawiedliwiając potem przed żoną swoje spóźnienie, Adam opisywał tę sytuację jako kompletny paraliż komunikacyjny stolicy Górnego Śląska.