Bad SaintTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Od autorki

Ostrzeżenie: Bad Saint to pierwszy tom trylogii. Kolejne książki z serii ukażą się wkrótce i będą kontynuacją tej historii, więc nie na wszystkie pytania znajdziecie odpowiedzi w pierwszym tomie.

Bad Saint to mroczny romans, pojawiają się w nim wątki, przy których niektórzy czytelnicy mogą się poczuć niekomfortowo. Mam na myśli porwanie, przetrzymywanie w niewoli, przemoc, wulgarny język, mroczne i niepokojące sceny.

Ta pokręcona opowieść nie jest przeznaczona dla strachliwych, lecz jeśli w to wchodzisz – witam na naszym szalonym pokładzie!

Rozdział 1


Nie chcę tego robić, ale czy mam wybór?

Ona wierzy, że ją uratuję…

a ja nie mam zamiaru znowu jej zawieść.

Nie mogę jej tego zrobić.

Dzień 1

– Nie upuść mnie.

– Ani mi to w głowie… żono.

– Powtórz to!

– Żono… żono… żono. – Piszcząc jak zakochana po uszy nastolatka, kopię nogami wysoko w powietrzu, podczas gdy mężczyzna, który od dwóch dni jest moim mężem, przenosi mnie przez próg.

Ten rytuał niesie ze sobą wiele znaczeń i choć dla większości osób prawdopodobnie jest absurdalny, mnie pasuje wręcz idealnie, ponieważ poślubiłam najwspanialszego mężczyznę na świecie. Nawet w najśmielszych marzeniach nigdy bym nie przypuszczała, że mała Willow Shaw wyjdzie za milionera Drew Gibbsa.

Jednak urok Drew polega właśnie na tym, że wcale się nie popisuje swoim bogactwem. Nie jeździ drogim samochodem, nie chodzi w markowych ciuchach i nie obwiesza się złotem. Jest skromny i sympatyczny. Kiedy nasze spojrzenia po raz pierwszy zetknęły się nad wybiegiem, wiedziałam, że już po mnie.

– Witaj w domu, kochanie – mówi z tym swoim chłopięcym, figlarnym wdziękiem. – Właściwie to w naszym tymczasowym domu, bo spędzimy tu jedynie kolejne dwa tygodnie.

Nadal kręci mi się w głowie na samą myśl, że właśnie zaczynam miesiąc miodowy. Z otwartymi ustami rozglądam się z zachwytem po naszej położonej na odludziu willi, znajdującej się na jednej z mniej zaludnionych greckich wysepek. Nasz ślub odbył się w ratuszu w Los Angeles i był naprawdę szybki. Określenie „szybki” wydaje się motywem przewodnim mojej znajomości z Drew.

Powiecie, że jestem szalona – nie wy pierwsi mnie tak nazwiecie – bo Drew i ja poznaliśmy się zaledwie sześć tygodni temu, kiedy brałam udział w pokazie pewnego projektanta z Los Angeles. Kiedy wyszłam na wybieg i zobaczyłam siedzącego w pierwszym rzędzie Drew, po prostu wiedziałam, że nasze drogi nie bez powodu się skrzyżowały.

Po pokazie wszystkie dziewczyny plotkowały o wysokim, ciemnowłosym, przystojnym milionerze, jednak kiedy stanęłam na jego drodze, same zauważyły, że jest zainteresowany tylko mną. Zaprosił mnie na drinka, a reszta to już nasza wspólna historia.

Spędzaliśmy razem każdą chwilę, poznając się nawzajem, i nie minęły dwa tygodnie, a ja zakochałam się do szaleństwa. Wiem, co sobie myślicie, ale z taką przeszłością jak moja człowiek uczy się, że czas jest cenny, i kiedy niebiosa obdarzają prezentem, po prostu się go bierze.

Urodziłam się i dorastałam w małym miasteczku w Teksasie. Mój ojciec był pastorem w Kościele baptystycznym, a nasza rodzina cieszyła się szacunkiem lokalnej społeczności. Rodzice spotykali się od szkoły średniej, ich miłość rozkwitała z każdym dniem. Jednak kiedy miałam dwanaście lat, los przestał nam sprzyjać i zabrał tatę, a wtedy światło mojej mamy zgasło.

Tata zmarł na atak serca. Lekarze w szpitalu nie byli w stanie mu pomóc, lecz dla mamy jego śmierć stanowiła dowód na zdradę tego ważnego faceta tam na górze. Przez całe życie pokładała wiarę w Bogu, a On w zamian odebrał jej miłość życia.

Mama się zmieniła, odwróciła się od Kościoła i przyjaciół. Alkohol stał się jej nową religią, podobnie jak ukojenie, które znajdowała w ramionach przypadkowych mężczyzn. Przyprowadzała ich do domu późno w nocy z baru, w którym akurat spędzała wieczór.

Nie miałam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Byłam jedynaczką, a dziadkowie mieszkali poza granicami stanu. Kobieta, której urywał się na fotelu film, a butelka whiskey wyślizgiwała się z bezwładnych palców, kiedy przez sen mamrotała imię ojca, stała się dla mnie kimś zupełnie obcym.

Czas płynął, skończyłam trzynaście lat, zaczęłam się rozwijać w sposób, którego zupełnie nie pojmowałam, to jeszcze pogorszyło sprawę. Pochodziłam z surowej, religijnej rodziny, co oznaczało, że rodzice nigdy mi nie wyjaśnili, co się dzieje, kiedy ciało zaczyna się zmieniać. Urosłam, z okrągłej dziewczynki stałam się smukłą nastolatką, a moje piersi podwoiły objętość.

Wcale mi się to nie podobało, ponieważ w ten sposób przestałam być malutką córeczką tatusia. Dziewczyny w szkole wytykały mnie palcami i nazywały dziwką, podczas gdy chłopcy nagle zaczęli okazywać mi zainteresowanie, zastanawiając się, czy przezwisko „Dziwka Szatana” ma coś wspólnego z rzeczywistością. Uogólniając, byłam głęboko nieszczęśliwa. Do tego jedyna osoba, z którą mogłam porozmawiać, wydawała się nienawidzić mojego widoku.

Byłam żywym odbiciem ojca, co kiedyś budziło zachwyt mojej matki, a teraz tylko przypominało jej wszystko, co straciła.

Trzymałam się więc na uboczu, podtrzymując nadzieję, że coś się zmieni. Gdy miałam piętnaście lat, faktycznie tak się stało. Mama zaproponowała Kenny’emu, swojemu facetowi, żeby z nami zamieszkał. Myliłam się, myśląc, że jestem nieszczęśliwa – prawdziwe znaczenie tego słowa zrozumiałam, dopiero kiedy zamieszkał z nami Kenny Smith.

Mama i ja prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy, przez większość czasu była zbyt naprana, żeby choćby zauważyć moją obecność. Jednak gdy dołączył do nas Kenny, zaczęła się zachowywać, jakby znowu chciała mieć idealną rodzinę. Nie wiedziała tylko, że zaprosiła do domu drapieżnika, czającego się w mroku potwora.

Na początku wydawał się miły i troskliwy, okazywał mi prawdziwe zainteresowanie. Matka miała w zwyczaju wcześnie się kłaść, do czego przyczyniała się zabójcza mieszanka tabletek nasennych i alkoholu, którą się szprycowała, a to szybko pozwoliło Kenny’emu pokazać swoje prawdziwe oblicze. Zaczęło się od niewinnego dotykania – przypadkowe zderzenie się z moim biustem czy otarcie się o mnie, gdy mijaliśmy się w ciasnym korytarzu – ale kiedy pewnej nocy przyszedł do mojego pokoju i usiadł w nogach łóżka, zrozumiałam, że tamte przypadki wcale nie były przypadkami. Przygotowywał mnie na to, co miało teraz nastąpić.

Zapytał, czy całowałam się już z chłopakiem, a ja odparłam, że nie. Następnie chciał się dowiedzieć, czy pocałowałabym jego. Kenny miał czterdzieści dwa lata. Ja piętnaście i pół. Nie bardzo do mnie docierało, o co mu chodzi, więc pochyliłam się i pocałowałam go w policzek. Odwrócił głowę, a ja poczułam jego grube, mięsiste usta na moich, szybko pojęłam, że na tym nie koniec.

Błagałam go, żeby wyszedł, ostrzegałam, że powiem mamie, ale on się tylko roześmiał. Nigdy nie zapomnę tego złowieszczego śmiechu.

– Matka nigdy nie uwierzy takiej małej dziwce jak ty! – W głębi duszy musiałam mu przyznać rację. Nic nie powiedziałam. Siedziałam cicho jak myszka.

Po tej nocy, kiedy Kenny mnie pocałował, postanowiłam iść do pracy. Zatrudniłam się na nocnej zmianie w lokalnej knajpce. Dobrze płacili, a przede wszystkim nie musiałam się martwić, że Kenny znowu mnie odwiedzi w środku nocy.

Praca u Lei to jedno z najlepszych wspomnień z mojego dzieciństwa. Nie licząc, oczywiście, tych związanych z ojcem, lecz i one szybko zasnuły się nieprzeniknioną mgłą, kiedy patrzyłam na upadek matki.

Życie było dobre, hmmm, przynajmniej na tyle, na ile może być dla takiego odmieńca jak ja z tamtych lat. Mama wydawała się zadowolona, bo zniknęłam jej z oczu i w związku z tym miała Kenny’ego tylko dla siebie, a jednak pewnej nocy wszystko zmieniło się na zawsze.

Minęła druga nad ranem, tej nocy skończyłam pracę trochę wcześniej. Lea, którą znałam z kościoła, zwykle pozwalała mi się zdrzemnąć kilka godzin u siebie w domu – znajdował się zaraz za knajpką – zanim poszłam do szkoły, ale tej nocy musiała jeszcze zostać w pracy, więc wskoczyłam na rower i pojechałam do domu.

Pamiętam to uczucie, jakby to było wczoraj. Na paluszkach, wstrzymując oddech, próbowałam się wślizgnąć przez drzwi od podwórza, ale wszystko na nic – w fotelu taty siedział Kenny. Okrągły brzuch wylewał się spod białego podkoszulka, tu i ówdzie poplamionego, bo whiskey nie zawsze trafiła do ust.

Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, natychmiast zrozumiałam, co się święci. Wiedziałam, czego chce. Tego, czego próbowałam uniknąć od nocy, kiedy wtargnął do mojego pokoju. Chciałam uciec, ale on okazał się szybszy, unieruchomił mnie pod sobą, przyciskając do podłogi w salonie. Przesiąkniętym smrodem whiskey szeptem obiecał, że będzie mi naprawdę dobrze.

Nie byłam w stanie się ruszyć, umierałam ze strachu. Leżałam na brzuchu, miażdżona ciężarem jego ciała, nie mogłam oddychać. A kiedy czułam jego obrzydliwą erekcję wbijającą mi się w plecy, myślałam o tym, że przezwisko, jakie mi nadano, wkrótce nabierze nowego znaczenia.

Jedną ręką macał moje spodnie, próbując dobrać się do mnie z przodu, drugą zakrywał mi usta, żebym nie krzyczała. Ugryzł mnie w szyję, tak jak to robią drapieżniki ze swoją ofiarą. Przycisnął mi policzek do dywanu, szorstkie włókna obtarły mnie do krwi. Zacisnęłam oczy.

 

Pomyślałam o tacie. O tym, jak mi mówił, żeby się modlić, kiedy jestem przestraszona… więc zaczęłam to robić.

Modliłam się, żeby to się okazało snem. Żeby Kenny tak naprawdę nie rozpinał mi właśnie spodni i nie mówił, żebym zachowywała się jak grzeczna dziewczynka. Modliłam się, żeby mama znowu stała się kochającą matką, tak jak kiedyś. Modliłam się o cud, modliłam się, żeby ten nikczemny człowiek nie zgwałcił mnie za kilka sekund, ale kiedy usłyszałam zduszony krzyk i słowa matki, że jestem brudną wywłoką, która próbuje uwieść swojego ojczyma, postanowiłam już nigdy więcej się nie modlić.

Matka wyrzuciła mnie z domu – nazwała dziwką, kurwą – a że nie miałam gdzie się podziać, poszłam do Lei. Jedynej bliskiej mi osoby. Nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci, więc traktowała mnie jak własną córkę. Kiedy jej powiedziałam, co się właśnie stało, nalegała, żebyśmy się zgłosiły na policję, ale ja nie chciałam. Pragnęłam stamtąd uciec. W dniu, kiedy umarł mój ojciec, to miejsce również umarło.

Lea pożyczyła mi pieniądze, a ja złapałam pierwszy samolot do Los Angeles, gdzie mieszkali dziadkowie. Strasznie tęsknili za moim ojcem i próbowali się ze mną skontaktować, ale moja matka im to uniemożliwiała. A ja sądziłam, że wcale im na mnie nie zależy.

Skończyłam szkołę i zostałam kelnerką w lokalnej restauracji. To właśnie tam poznałam Raffaellę Mercino, właścicielkę Models Inc., najgorętszej agencji modelek w całym Los Angeles. Kiedy zapytała, czy pracowałam już jako modelka, parsknęłam śmiechem.

Mama mówiła, że mój wygląd zaprowadzi mnie do samego diabła, ale Raffaella pokazała mi, że może mnie zaprowadzić również w ciekawsze miejsca.

Mnie samej nie wydaje się, abym była wyjątkowa, ale Raffaella aż do dzisiaj powtarza mi, że jestem jedną z najpiękniejszych dziewczyn, jakie dla niej pracowały. Jej zdaniem to z powodu pewnej niewinności w moim wyglądzie, a wszyscy mężczyźni pragną sprowadzić dobrą dziewczynę na złą drogę. To spostrzeżenie jest obrzydliwe i seksistowskie, ale, hej!, najwyraźniej prawdziwe, bo wystarczyło zaledwie sześć krótkich miesięcy, żebym stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych modelek.

Teraz mam dwadzieścia pięć lat, jednak chyba prawie się nie zmieniłam. Moje długie, brązowo-złote włosy falują w naturalny sposób. Kalifornijskie słońce wydobyło z nich jasne pasemka, które pięknie podkreślają kolor moich szafirowych oczu w kształcie migdałów. Zadarty nos sprawia, że robię wrażenie nieco bezczelnej, a usta mam pełne i jakby nadąsane. Wiele moich koleżanek z branży uważa, że odbyłam chirurgiczną randkę z doktorem Hollywood, ale są w błędzie.

Mam zbyt duże cycki jak na typową modelkę, moje krągłości też są zbyt wydatne. Do tego tyłek i muskularne uda, z których jestem dumna. Dzięki jodze, którą praktykuję z wręcz religijnym oddaniem, oraz codziennej ośmiokilometrowej przebieżce mój brzuch jest płaski. Ze wzrostem sto sześćdziesiąt osiem centymetrów jestem niska jak na modelkę, ale na wybiegu nadrabiam osobowością. Myślę, że nie jestem typową modelką. Jem wszystko, na co przyjdzie mi ochota, i nie mam oporów, żeby otwarcie wyrażać swoje zdanie. Możecie mi nie wierzyć, ale jestem za to bojkotowana przez koleżanki z branży. To one uznają mnie za dziwną tylko dlatego, że bez żadnych oporów zajadam węglowodany.

Już w dzieciństwie nauczyłam się, że można być ofiarą albo wojownikiem. A po tym, co mi zrobił Kenny, nigdy więcej nie zgodziłam się na bycie ofiarą. Ciężko pracowałam, żeby wyrobić sobie nazwisko, i skupiałam się wyłącznie na karierze. Dlatego możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy spotkałam Drew. Nagle nie byłam już sama.

Z powodu wydarzeń z dzieciństwa nadal jestem dziewicą, choć zdarzało mi się całować i umawiać z chłopakami. Nie jestem już religijna, ale postanowiłam trzymać się tej jednej zasady i nie uprawiać seksu przed ślubem. To zasada, którą głęboko popierał mój ojciec, więc zdecydowałam, że i ja pozostanę jej wierna.

Jednak dzisiejszej nocy wszystko się zmieni, ponieważ teraz jestem już mężatką.

Drew całuje mnie w czubek nosa, niosąc mnie przez całą willę. Kiedy staje w progu wielkiej sypialni, pytająco unosi złotą brew.

– Podoba ci się…? – szepcze, a ja z entuzjazmem kiwam głową.

– Bardzoo mi się podoba – poprawiam go, błądząc wzrokiem po ogromnym łóżku zasłanym świeżą, śnieżnobiałą pościelą.

Drew wie, że jestem dziewicą, ale jest dżentelmenem i nigdy mnie nie ponaglał. Szanuje moją decyzję, żeby czekać do ślubu. Powiedziałabym nawet, że ją pochwala. Niemniej nie jestem głupia i wiem, że sam nie jest święty. Ze swoimi niewinnymi, błękitnymi oczami i złotymi włosami nie może narzekać na brak zainteresowania ze strony kobiet.

Jest bogaty i przystojny, mógłby mieć każdą, a jednak wybrał mnie. To wspaniałe, że zaczynam ten nowy rozdział życia z mężczyzną, który mnie wybrał pomimo mojej przeszłości i wad. Jestem postrzegana jako piękna, odnosząca sukcesy, pewna siebie kobieta, ale tak naprawdę szukam swojego miejsca na ziemi. I właśnie dlatego bez wahania przyjęłam oświadczyny Drew – bo wreszcie znalazłam to miejsce.

Przyjaciółki uznały, że chyba oszalałam, w końcu prawie nic o nim nie wiem. Jednak ja ufam swojemu sercu. A poza życie jest krótkie, nie mam zamiaru stracić ani sekundy.

– Możesz mnie postawić. – Chichoczę, bo nie jestem pewna, dlaczego ciągle trzyma mnie na rękach.

Zaraz po ślubie opuściliśmy Los Angeles i polecieliśmy do Grecji. Drew nie chciał nic powiedzieć o miejscu, do którego zmierzaliśmy, teraz go dobrze rozumiem. Tego po prostu nie da się opisać słowami!

Willa leży w odosobnieniu, ukryta przed ciekawskimi spojrzeniami. Kiedy tu płynęliśmy, przez długi czas nie widziałam wokół żywej duszy. Plaża przed domem jest prywatna, nikt oprócz nas nie może z niej korzystać. Nikt też nie będzie słyszeć moich krzyków.

Drew uśmiecha się szelmowsko i natychmiast staje się jasne, że właśnie o to mu chodziło.

– No dobrze… – Z udanym westchnieniem stawia mnie na ziemi, gołymi stopami zatapiam się w pluszowy dywan. – Ale tylko dlatego, że idę wziąć prysznic. Przynieść ci coś?

Potrząsam przecząco głową, nadal nie mogę uwierzyć, że moje życie naprawdę tak teraz wygląda.

– Dobrze, skarbie. Kocham cię! Nie zajmie mi to długo. Może zejdziesz na dół i poczekasz na mnie na tarasie? Widok jest niesamowity.

– Już się nie mogę doczekać. Kocham cię… mężu.

Drew triumfalnie wciąga powietrze do płuc.

– Ja też cię kocham, żono. – Nigdy mi się nie znudzi to określenie!

Czule się całujemy, to zapowiedź tego, co ma nastąpić.

Drew zabiera kilka rzeczy i udaje się w stronę łazienki. Kiedy zamyka za sobą drzwi, wreszcie robię długi wydech, to wszystko dzieje się naprawdę. Nie mogę uwierzyć, że tutaj jestem, że to mój miesiąc miodowy, który spędzam z wymarzonym mężczyzną.

Postanawiam postąpić zgodnie z sugestią Drew i idę na dół, gdzie zachwycam się wysokimi oknami, zapewniającymi zapierający dech w piersiach panoramiczny widok na falujące morze oświetlone światłem księżyca w pełni. Miałam szczęście zobaczyć Paryż i Mediolan, gdzie brałam udział w pokazach mody, ale to jest coś zupełnie innego.

Panuje absolutna cisza.

Cudownie miękki dywan pieści moje bose stopy, przed wyjściem na taras przystaję na chwilę, żeby się przyjrzeć swojemu odbiciu w podwójnych przeszklonych drzwiach. Włosy mam rozpuszczone, potargał je wiatr, bawił się nimi w czasie morskiej podróży na wyspę. Policzki mam zarumienione, ale to wcale nie zasługa kosmetyków, prawie ich nie używam.

Jestem szczęśliwa.

Oczy mi błyszczą, a z ust nie schodzi uśmiech. Wyglądam na oszołomioną własnym szczęściem i tak właśnie jest. Mam na sobie prostą letnią sukienkę z białej bawełny, która może nie jest specjalnie szykowna, ale świetnie się w niej czuję. Kiedy nie jestem na wybiegu, zwykle wybieram dżinsy albo codzienną sukienkę. Moja twarz i ciało mogą zdobić billboardy i okładki magazynów, ale w głębi duszy nadal jestem niewinną dziewczyną z Teksasu, która lubi nosić kowbojki i woli wieś niż miasto.

Mój piękny diament mógłby przyćmić blask niejednej gwiaździstej nocy. Kiedy wyciągam przed siebie dłoń i poruszam palcem, jasno lśni w srebrnych promieniach księżyca. To symbol mojego związku, nie zamierzam nigdy go zdejmować.

Wychodzę na taras, biorę głęboki wdech i wzdycham. Odchylam głowę i wpatruję się w usiane gwiazdami niebo. Lubię myśleć, że mój ojciec przygląda mi się z góry i jest dumny ze wszystkiego, co osiągnęłam. Odruchowo sięgam do małego, srebrnego krzyżyka na szyi. Wiele lat temu dostałam go od ojca, od tamtej pory noszę go nieustannie.

Nie mam pojęcia, co się dzieje z moją matką oraz z Kennym. Odkąd wyjechałam, zupełnie straciłam z nimi kontakt.

Drew zna moją historię. Pierwsza rzecz, którą chciałam, by o mnie widział, to moja pokręcona przeszłość. Wziął mnie w ramiona i powiedział, że teraz on jest moją rodziną. Wieść o moim gównianym dzieciństwie zdawała się tylko przyspieszyć jego decyzję o małżeństwie. Wie, że teraz jest moją jedyną rodziną, bo dziadkowie już dawno nie żyją.

Chyba można mnie nazwać samotniczką. Tak naprawdę nie mam bliskich przyjaciół, jedynie znajomych. Jeśli miałabym nagle zniknąć… jedyną osobą, której naprawdę by mnie brakowało, jest Drew – mój mąż i mężczyzna, któremu zawierzyłam swoje życie.

Nagle rozlega się metaliczny trzask. Nie zwracam na to większej uwagi, dopóki nie czuję na plecach dotyku jakiegoś przedmiotu, a wtedy, w większości przypadków, jest już za późno.

– Nie ruszaj się, to nic ci się nie stanie.

Te słowa zupełnie nie pasują do tego raju, do otaczającej nas błogiej sielanki, jednak kiedy czuję przyciśnięty do dołu moich pleców zimny, twardy przedmiot, idylla pryska.

– Co…?

– Powiedziałem: nie ruszaj się – powtarza ktoś z ciężkim, okrutnym rosyjskim akcentem. Zaciskam palce na barierce, ponieważ boję się, że jeśli się czegoś nie przytrzymam, nogi odmówią mi posłuszeństwa.

Tymczasem słyszę za plecami kolejne głosy. Nie rozumiem, co mówią, ale jestem pewna, że to język rosyjski.

Chyba się kłócą.

Błyskawicznie zerkam na lewo i na prawo, natychmiast przełączając się na tryb „walcz lub uciekaj”. Mogę zeskoczyć z tarasu, wyląduję na piasku. Nie jest bardzo wysoko. W najgorszym razie skręcę kostkę, ale lepsze to niż śmierć.

Nie mam odwagi się obejrzeć, wystarczy mi to, co słyszę. Kimkolwiek są ludzie za moimi plecami, nadal się kłócą, co daje mi możliwość skoczenia z tarasu i wołania o pomoc. W żyłach buzuje mi adrenalina, w gardle czuję jej smak. Właśnie podnoszę stopę, żeby wykonać skok ku wolności, kiedy na moim bicepsie ląduje czyjaś ciepła dłoń i gwałtownie odciąga mnie do tyłu.

– A ty gdzie się wybierasz? – Ktoś sapie mi w kark zachrypniętym, fałszywie słodkim głosem, a ja wiem, że jest naprawdę blisko. Napiera na moje plecy klatką piersiową, a mnie uderza kombinacja zapachów – pikantny, słodki i kwiatowy.

– Puść mnie, proszę – wyduszam z siebie cichutkim głosem niewiniątka. Mam nadzieję, że się na to nabierze, a ja będę mogła z całą stanowczością zawalczyć o siebie.

Nie z nim te numery.

– Idziesz z nami. Ruszaj się. – To Amerykanin.

– Mój mą… mąż jest na górze – mówię błagalnym tonem. Strząsam jego rękę, ale uparcie wlepiam wzrok przed siebie, bo wiem, że dopóki go nie zobaczę, nie będzie musiał mnie zabić.

– Miło z jego strony. – Pozwala sobie na żarcik, podczas gdy ja czuję, że wokół mnie zaciskają się ściany. – A teraz ruszaj się. – Ciągnie mnie za prawe ramię, bardziej ponaglająco niż z użyciem prawdziwej siły, tymczasem jakaś inna ręka brutalnie szarpie mnie za lewe ramię, prawie wyrywając je ze stawu.

Boli, do oczu napływają mi łzy, mam wrażenie, że jestem rozrywana żywcem przez wściekłego psa.

– Załóż to! – wrzeszczy Rosjanin numer jeden. – Powiedziałem załóż to, dziwko!

Nagle chęć do walki całkowicie mnie opuszcza, teraz jestem po prostu wystraszona.

– Nie, proszę, nie… – błagam, ale kiedy mnie odwracają, zmuszając tym samym, żebym stanęła z nimi twarzą w twarz, dociera do mnie, że nie ma takiej opcji.

Mój umysł ma problem z przetworzeniem tego, co się dzieje, ponieważ przede mną w tym raju na ziemi stoi trzech mężczyzn w maskach narciarskich. Wydają się tutaj całkowicie nie na miejscu i najwyraźniej pozostają obojętni na urok tego miejsca. Jeden z nich robi krok naprzód i wymierza mi policzek tak mocny, że w ustach czuję krew. To nie może się dziać naprawdę.

 

– Nie będę powtarzał – warczy, próbując mi wetknąć knebel do ust, a ja dostrzegam w jego ręce czarną poszewkę na poduszkę i wiem, co będzie dalej.

Wspomnienia Kenny’ego, który rzuca mnie na podłogę, a jego wielkie łapsko wydusza ze mnie całe powietrze, wracają z niespodziewaną siłą. Chwieję się i instynktownie zaciskam palce na pierwszym solidnym podparciu, jakie mi wpada w rękę, a tak się składa, że jest to wielki biceps jednego z moich porywaczy.

Okryte długim rękawem koszulki ciało wręcz parzy. Powoli podnoszę wzrok i nasze spojrzenia się krzyżują, widzę oczy w niespotykanym odcieniu zieleni, upstrzone drobinkami w kolorze ciepłego bursztynu. Ta kolorystyka przypomina mi zielony likier Chartreuse. W głębokiej ciemności, jaka nas otacza, jego oczy lśnią… jakby należały do jakiegoś drapieżnika.

Ta myśl sprawia, że natychmiast odwracam wzrok. Tymczasem Rosjanie tracą cierpliwość i kiedy nadal nie stosuję się do ich poleceń, po raz kolejny próbują wetknąć mi do ust białą szmatę.

– Nie kneblujcie mnie, proszę – mówię. Podnoszę ręce do góry w geście poddania się, mając nadzieję, że w ten sposób przemówię im do rozsądku, jednak tak się nie dzieje.

Kiedy Rosjanin numer dwa bierze zamach, żeby mnie uderzyć pistoletem, ramię Amerykanina wystrzela do przodu z prędkością błyskawicy i ostrzegawczo chwyta go za nadgarstek. Nie mam pojęcia, dlaczego właśnie mnie ocalił, ale w tym momencie nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, bo nagle pojawia się Drew.

– Co tu się, kurwa, dzieje? – przeklina, gorączkowo próbując się zorientować w sytuacji. – Kim jesteście?

– Drew, uciekaj! – krzyczę, rzucając się do przodu, ale jest to ostatni ruch, jaki dane mi jest wykonać, bo znowu dostaję w twarz. Zataczam się do tyłu, z trudem łapiąc powietrze i chwytając się za policzek, lecz i tak udaje mi się wydusić z siebie: – Uciekaj…!

Drew rzuca się w stronę napastników, choć nie ma żadnych szans, naprzód wysuwa się Amerykanin i z całej siły uderza go pięścią w szczękę. Drew, chwiejąc się, robi krok do tyłu, oszołomiony i zdezorientowany. Amerykanin nie ma dla niego litości, przewraca go na ziemię i zaczyna okładać pięściami.

Klęka na kolano i jedną ręką unieruchamia Drew na podłodze, podczas gdy druga bez przerwy to się unosi, to opada na ofiarę. Krzyczę, błagam o litość dla męża, bezskutecznie. Amerykanin góruje nad Drew i choć od stóp do głów ubrany jest w czarne ciuchy, gołym okiem widać, że jest w świetnej formie.

Drew pozostaje bez szans.

Przez łzy widzę wszystko jak za mgłą, ale i tak podejmuję wysiłek, żeby ocalić męża. Rosjanin numer dwa ma już dość mojego nieposłuszeństwa. Podnosi swoją broń i tym razem uderza mnie pistoletem. Świat zaczyna mi wirować przed oczami i po chwili leżę nieprzytomna na ziemi.

Na przemian to tracę, to odzyskuję przytomność, jednak jestem pewna, że usta Drew się poruszają. Tylko że nie mam pojęcia, co mówi. Amerykanin częstuje go ostatnim ciosem, po czym na niego spluwa. Wygląda to na jakieś osobiste porachunki. Kiedy się nad tym zastanawiam, nagle tracę przytomność.

Jeszcze parę szybkich mrugnięć powiekami i oczy same mi się zamykają, lecz zbieram tę odrobinę siły, która mi została, i wyciągam dłoń w stronę Drew. Jest kilka metrów ode mnie, z trudem łapie oddech.

– Dreeeew… – mamroczę niewyraźnie, zależy mi, żeby wiedział, że tu jestem.

Jednak jest już za późno.

Choć całkowicie opuściły mnie siły i jestem bezwładna jak szmaciana lalka, jeden z Rosjan podnosi mnie gwałtownym szarpnięciem, po czym wciska mi do ust biały gałgan. Kiedy próbuje założyć mi na głowę poszewkę, zaczynam kopać na oślep, wydobywając z siebie stłumione okrzyki, lecz moje ciało jest tak słabe, że nie ma siły się bronić.

Będziesz grzeczną dziewczynką, prawda, Willow? Pozwolisz mi wypieprzyć tę twoją ciasną, dziewiczą cipeczkę. Dojdziesz dla tatusia.

Z oczu płyną mi łzy, mieszając się z krwią tryskającą mi ze skroni, podczas gdy wspomnienie, które przez lata wypierałam z pamięci, powraca do mnie z taką siłą, że nie mogę złapać tchu. Próbuję wciągnąć powietrze, ale im bardziej się staram, z tym większym trudem mi to przychodzi, wkrótce mój oddech staje się płytki i urywany.

Przygotowuję się na kolejny cios, który jednak nie pada. Zamiast tego Amerykanin odsuwa mi z policzka sklejone krwią, zmierzwione włosy. Próbuję się bronić, jednak moje wyczerpane ciało odmawia posłuszeństwa.

– Zaufaj mi. Po prostu to załóż.

Zaufać mu? Czy on mówi serio? Prosi mnie, żebym mu zaufała chwilę po tym, jak na moich oczach pobił prawie na śmierć mojego męża?

Jaki mam jednak wybór? Co ma się stać, i tak się stanie, niezależnie od tego, czy będę współpracować, czy też nie, dlatego postanawiam się poddać. Tak jak to zrobiłam lata temu z Kennym, przestaję się bronić i pozwalam mu wygrać.

– Dobrze.

Nie mam pojęcia, jak mnie właśnie nazwał, ale nie brzmiało to obraźliwie. Raczej prawie jakby… był mi wdzięczny.

Kiwa głową na znak, że zaraz nałoży mi poszewkę, a ja nie mam innego wyjścia, jak się na to zgodzić, niemniej kiedy Drew jęczy, kręcąc się i wiercąc, nadal bardzo żywotny, zauważam coś w kieszeni jego białego szlafroka. To nie może być prawda, na pewno mam halucynacje…

Nie mam czasu, żeby się nad tym zastanowić, bo robi mi się ciemno przed oczami i pochłania mnie moje własne, osobiste piekło. Czarna poszewka oraz gałgan w ustach bez wątpienia wkrótce mnie zabiją, a nawet jeśli nie, i tak moje bijące jak szalone serce nie wytrzyma już długo. Ktoś chwyta mnie od tyłu za ramiona i pomaga mi wstać. To musi być ten Amerykanin. Poznaję jego zapach. Nogi się pode mną uginają, ale wolę iść o własnych siłach, potykając się co krok, niż pozwolić im się nieść.

Drew jęczy, jednak te bolesne dźwięki powoli się oddalają, a ja zmierzam w nieznanym mi kierunku, do miejsca, gdzie planują przetrzymywać mnie porywacze.

– Dziesięć schodów – informuje mnie szeptem idący za mną Amerykanin. Wzdrygam się na dźwięk jego przytłumionych przez poszewkę słów. Staje tuż za mną, żebym nie upadła. Mogłabym pomyśleć, że robi to z troski, ale ja wiem, że tam, gdzie planują mnie zabrać, potrzebują mnie żywej. Gdyby tak nie było, od razu by mnie zabili.

To nie jest napad rabunkowy. To porwanie.

Mimo drżenia nóg pokonuję dziesięć stopni, po czym natrafiam stopami na piasek. W innych okolicznościach cieszyłabym się przesypującą się między palcami miękkością, ale teraz, kiedy jestem szturchana i popychana, ponieważ Amerykanina najwyraźniej nie ma już w pobliżu, mogę się jedynie cieszyć, że mnie nie zabili. Hmmm, przynajmniej jeszcze nie.

Przez poszewkę słyszę delikatne pluskanie fal morza o wybrzeże, ale nadal nie mam pojęcia, w jaki sposób trzech kryminalistów wykorzysta ten fakt, żeby na zawsze zmienić moje życie. Kiedy moje stopy dotykają wody, gwałtownie się wzdrygam, bo nagle ogarnia mnie strach. Czyżby zamierzali mnie utopić? Nie, to nie miałoby sensu.

Jeśli mam wyjść z tego obronną ręką, muszę zachować jasny umysł.

– Łódź. Do środka – mówi ktoś, może Rosjanin numer dwa albo numer jeden. Dla mnie obaj brzmią tak samo.

Gwałtownie podnoszą mnie do góry – jedna osoba chwyta mnie za zwiotczałe ramiona, druga za nogi – a ja czuję się jak gumowa zabawka rozrywana na dwie części. Wciągają mnie na pokład, po czym pchnięciem w plecy kierują mnie w żądaną stronę, wrzeszcząc na mnie w języku, którego nie rozumiem.

Spychają mnie po schodach w dół, tracę równowagę i upadam płasko na brzuch. Wydaję z siebie jęk, po czym natychmiast zaczynam macać na oślep dokoła w nadziei, że zorientuję się, gdzie jestem. Pod pokładem, wiem tylko tyle.

– Zostań – ktoś wydaje mi rozkaz, upewniając się, że będę posłusznym psem, za jakiego najwyraźniej mnie uważają.

Pieprzyć ich.

Powoli się podnoszę i używając rąk zamiast oczu, próbuję się rozeznać w obcej przestrzeni. Muszę znaleźć jakąś broń. Na tyle małą, żebym mogła ją schować. Oczy zalewa mi krew sącząca się z rany na skroni, więc je zamykam, i tak nic nie widzę przez gruby materiał poszewki.

Natrafiam palcami na coś, co wydaje się małą latarką. Nie taką broń miałam na myśli, ale dobre i to…

Moje rozważania przerywa mlaśnięcie wyrażające niezadowolenie, po czym ktoś chwyta moje długie, sięgające pasa włosy i rzuca mnie brutalnie na coś, co wydaje się wyściełaną ławką. Ból w głowie jeszcze się wzmaga.