Feel Again

Tekst
Z serii: Begin Again #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Sawyer – Issac przerwał mi cicho. – Ja ci wierzę.

Podniosłam głowę i założyłam włosy za ucho.

Chłopak przyglądał mi się badawczo. A potem wrócił spojrzeniem do mojego policzka, gdzie zapewne do tej pory był widoczny ślad dłoni Amandy.

– Nie jesteśmy tym, co o nas mówią, Sawyer. Nie pozwól sobie tego wmówić. – Uśmiechnął się z otuchą i powoli, bardzo powoli bolesne pulsowanie w policzku zaczęło ustępować.

3

Al przyglądał mi się badawczo i skrzyżował ręce na piersi. Był to potężny, masywny facet, który wyglądał, jakby bez mrugnięcia okiem mógł powalić na ziemię mnie i jeszcze kilka osób.

Na kogoś innego to spojrzenie zapewne podziałałoby onieśmielająco, ale ponieważ już od czterech miesięcy pracowałam w restauracji Woodshill Steakhouse, znałam go na tyle dobrze, że wiedziałam, że za groźną fasadą kryje się serce miękkie jak rozgrzane masło.

– Daj spokój i daj mi szansę – powiedziałam i z trudem przywołałam uśmiech na twarz. Wiedziałam, że to podziała. Jak zawsze, ilekroć się na to zdobyłam, a to zdarzało się rzadko.

– W porządku. Ale jeśli przepłoszysz mi klientów, już po tobie.

Tym razem mój uśmiech nie był wymuszony.

– Jesteś boski.

Burknął coś niewyraźnie, pchnął drzwi i zniknął w kuchni.

Wreszcie. Szybko zebrałam ostatnie szklanki i ustawiłam je za barem, a potem podeszłam do ogromnej konsoli. Odkąd kilka tygodni temu Al przytaszczył do baru ten, jakoby, relikt jego kariery didżejskiej, kusiło mnie, żeby spróbować swoich sił. Wystarczył jednak jeden krok w zakazanym kierunku, a z kuchni dobiegał groźny głos Ala i ostrzeżenie, że wywali mnie na zbity pysk, jeżeli tylko dotknę konsoli. Tymczasem od dawna uważałam, że powinniśmy grać w restauracji lepszą muzykę, bo nie możemy ciągle katować gości nudnymi, mdłymi kawałkami.

Dawniej miał lepszy gust, stwierdziłam, przeglądając płyty w szafce pod konsolą. Czułam się trochę jak dziecko w Wigilię Bożego Narodzenia. Z niedowierzaniem sięgnęłam po płytę Bullet for My Valentine. Położyłam ją na talerzu i podkręciłam głośność. Chwilę później ostra gitarowa solówka przyprawiła mnie o przyjemny dreszcz.

– Sawyer, mamy gości! – krzyknęła do mnie Willa.

Stłumiłam westchnienie, poprawiłam na sobie czarny fartuszek i pocieszyłam się myślą, że przynajmniej podczas dzisiejszej zmiany będzie mi towarzyszyła dobra muzyka.

Kiedy wyszłam zza zasłony i podeszłam do kontuaru, niejako wbrew woli na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Moja współlokatorka wspięła się na wysoki barowy stołek i układała na kontuarze swojego przedpotopowego laptopa. Jak zawsze nie mogłam wyjść z podziwu, że tak mała, drobna istotka targa ze sobą taki kawał złomu.

– Wydawało mi się, że wybierasz się dzisiaj z ukochanym do Portland – rzuciłam na powitanie i wyjęłam butelkę coli z lodówki.

– Cześć, Sawyer. Ja też się cieszę, że cię widzę – odparła Dawn sucho. – Owszem, właściwie taki był plan, ale potem zdecydowałam, że odwiedzę moją ukochaną współlokatorkę. – Oparła się łokciami o kontuar i ułożyła podbródek na skrzyżowanych dłoniach.

Podsunęłam jej szklankę lodowatej coli.

– Najukochańszą. No dobra, ale tak na serio, dlaczego jesteś tutaj, a nie z nim?

Westchnęła.

– Musiał jechać wcześniej.

Uniosłam pytająco brew.

– I tak po prostu pojechał bez ciebie?

Energicznie zaprzeczyła ruchem głowy.

– Miałam zajęcia z Nolanem i nie spojrzałam na telefon. To była… nagła sytuacja.

– Aha. – Nie naciskałam. Dawn już jakiś czas temu opowiedziała mi, że Spencer, jej chłopak, miał skomplikowaną sytuację rodzinną i często nagle, bez uprzedzenia, musiał wracać do domu. Zdaje się, że jego siostra była chora i bardzo mocno z nim związana.

– Al puszcza dzisiaj niezłą muzykę – zauważyła Dawn po dłuższej chwili.

– Dopuścił mnie do konsoli.

Rozpromieniła się.

– Najwyższy czas! Już od wielu tygodni ostrzyłaś sobie na nią zęby.

W pierwszej chwili zaskoczyły mnie te słowa. A potem przypomniałam sobie, że to przecież Dawn. Choćbym nie wiadomo jak mało mówiła o sobie i o swoim życiu, nie sposób mieszkać z kimś takim jak ona i niczego o sobie nie zdradzić. Chwilami znała mnie lepiej, niż mi to odpowiadało.

Ale to działało w obie strony. Bo spojrzenie, którym mnie w tej chwili mierzyła, było mi już bardzo dobrze znane.

– No dawaj, pytaj – westchnęłam i wzięłam od Willi tacę pełną szklanek. Szybko wstawiałam je do zmywarki.

– O co chodziło, wtedy, w klubie?

Znieruchomiałam. Myślałam, że zapyta o tę sprawę z Amandą.

– O co ci chodzi?

Żachnęła się. Podniosłam głowę znad zmywarki i zobaczyłam, jak Dawn znacząco unosi brwi, jakby podejrzewała, że celowo udaję idiotkę.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.

Dawn przewróciła oczami.

– O tę sprawę z Isaakiem.

Ach. Autentycznie o tym zapomniałam.

– Och, o to.

– Tak, właśnie o to – powtórzyła. – O co chodziło z tym lizaniem?

Westchnęłam głośno. Znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, że nie da mi spokoju, póki nie wydusi ze mnie wszystkiego, do ostatniej kropli. Wolałam więc od razu przedstawić jej skróconą wersję.

Kiedy skończyłam, wydawała się rozczarowana.

– A już myślałam, że wy… – Wzruszyła ramionami.

Żachnęłam się.

– Że co, że dołączę do waszego elitarnego klubu parek?

Zaczerwieniła się po uszy. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Dawn! Jaja sobie ze mnie robisz?

– No co? Słodko razem wyglądaliście – stwierdziła uparcie.

– Pomogłam mu, bo wydaje się w porządku. I tyle.

– A ty z kolesiami, którzy są w porządku, nie chcesz mieć nic do czynienia. Wszystko jasne – prychnęła.

Ta uwaga zabolała. Odruchowo podniosłam dłoń do policzka. Musiał minąć cały dzień, zanim przestał palić i piec.

– Przepraszam. Nie miałam nic złego na myśli – dodała szybko Dawn.

– Nie ma sprawy.

– Isaac zazwyczaj nie robi takich rzeczy. Jest cholernie nieśmiały. Nie wiem nawet, czy on kiedykolwiek… – Bezradnie wzruszyła ramionami.

– Czy on co? – zapytałam.

Znowu poczerwieniała.

– No wiesz, czy kiedykolwiek w ogóle miał dziewczynę. Albo czy… Wiesz, o co mi chodzi… – Wykonała gest, który mógł oznaczać wszystko i nic.

W życiu tego nie zrozumiem: Dawn pisała opowiadania erotyczne. Opowiadania erotyczne z długimi, śmiałymi, szczegółowo opisanymi scenami seksu, które nawet u mnie wywoływały rumieniec. Ale na co dzień nie potrafiła rozmawiać o fizyczności, nie czerwieniąc się po korzonki włosów i nie umierając ze wstydu.

Oparłam się o kontuar.

– Nie, Isaac nie jest prawiczkiem, jeżeli o to pytasz.

Głośno nabrała powietrza.

– Skąd wiesz?

Przypomniał mi się jego namiętny pocałunek i dotyk jego dłoni na moim ciele. Początkowo był onieśmielony, ale potem wszelkie zahamowania zniknęły bez śladu. Całował mnie chciwie, niemal desperacko. Nawet gdyby wcześniej sam mi nie powiedział, że już nie jest prawiczkiem, sposób, w jaki mnie dotykał, zdradzał, że dokładnie wiedział, co robi.

– Wiem i już. – Wzruszyłam ramionami. – Jeśli chodzi o takie sprawy, mam siódmy zmysł.

– Chyba raczej szósty?

Uśmiechnęłam się znacząco.

– Wierz mi, moja droga, nie chcesz wiedzieć, na czym polega mój szósty zmysł.

Dawn nerwowo sięgnęła po colę i upiła spory łyk, żeby uniknąć odpowiedzi.

* * *

Kolejne zajęcia z wizualizacji społeczeństwa okazały się koszmarne. Dziewczyny siedzące za mną nabijały się ze mnie tak głośno, że nie byłam w stanie ignorować ich głosów. Początkowo rozważałam, czy nie przesiąść się do ostatniego rzędu, zaraz jednak porzuciłam ten pomysł. Nie będę się ukrywać.

To jednak bardzo niesprawiedliwe. Cooper, który zdradził swoją dziewczynę, wykręcił się śliwą pod okiem, natomiast cała nienawiść skupiła się na mnie. To mnie wyzywano od ostatnich. Dlaczego? Nasze społeczeństwo jest jednak nieźle popieprzone. Kobiety zawsze wyciągają znaczone karty. Rzygać mi się chciało.

Wykład dłużył mi się bardziej niż zazwyczaj. Być może dlatego, że po raz pierwszy słuchałam wywodów profesor Howard, zamiast jak zwykle koncentrować się na swoich fotografiach. Dopiero kiedy skończyła prezentację, otworzyłam laptopa. Czułam na plecach wzrok Amandy i jej przyjaciółek. Szeptały coraz głośniej. Przewróciłam oczami.

Początkowo planowałam nadal pracować nad cyklem Dzień po, wiedziałam jednak, że nie zdołam się skoncentrować, więc zamiast tego otworzyłam folder ze zdjęciami, które w ciągu ostatnich miesięcy zrobiłam na kampusie.

Kiedy Robin podczas rundki wśród studentów zatrzymała się przy mnie, zdziwiła się.

– Zaczęłaś nowy projekt?

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– To fotografie kampusu, o których wspominałam.

Pochyliła się nad moim pulpitem, odwróciła komputer w swoją stronę i sama przeglądała kolejne ujęcia. Przy kilku z aprobatą pokiwała głową, przy innych nie sposób było się domyślić, co o nich sądzi.

– A pozostałe zdjęcia?

Odruchowo zerknęłam przez ramię na Amandę. Zauważyła to i łypnęła na mnie złowrogo. Ponownie wróciłam wzrokiem do profesor Howard i pokręciłam głową.

– Na razie dałam sobie z nimi spokój.

– Szkoda. Chciałam je wystawić.

Zatkało mnie. Tylko najlepsze fotografie danego roku trafiały na wystawę, przy czym najczęściej były to prace starszych roczników. Już w zeszłym roku, kiedy zdecydowała się wystawić moją serię portretów Dawn, uznałam to za wielki sukces. I to nie tylko dlatego, że bezpośrednio po tym moją skrzynkę pocztową zalały drobne zlecenia, dzięki którym w ciągu jednego miesiąca zarobiłam więcej, niż we wszystkich innych od początku studiów. To, że profesor Howard zaproponowała mi to po raz drugi, to nie lada zaszczyt. Za wszelką cenę chciałabym zobaczyć swoje fotografie powiększone do gigantycznych rozmiarów na uniwersyteckich korytarzach. Jednak cały czas brzmiało mi w uszach to, co wszyscy teraz o mnie mówili, i piekł mnie policzek po uderzeniu przez Amandę. Kiedy zdjęcia trafią na widok publiczny, stanę się jeszcze bardziej podatna na ciosy, nawet jeśli fotka z zegarkiem Coopera już dawno wylądowała w koszu. Zresztą, skąd pewność, że inna dziewczyna nie znajdzie na innej fotografii rzeczy swojego chłopaka?

 

– Mogę to sobie jeszcze przemyśleć? – zapytałam cicho.

Profesor spojrzała na mnie badawczo.

– Wiesz, wielu studentów oddałoby nerkę za taką propozycję. Nie w porządku jest kazać im czekać, skoro nie jesteś w stu procentach pewna.

Z trudem przełknęłam ślinę.

Miała rację. Nie mogłam przepuścić takiej okazji. Nie moja wina, że chłopak Amandy to dupek. Było mi jej żal, ale przecież nie zrobiłam tego celowo. I nie pozwolę sobie odebrać takiej okazji. Nikomu.

– To prawda. Bardzo chętnie zobaczę swoje fotografie na wystawie – powiedziałam i spojrzałam profesor Howard prosto w oczy.

Odchyliła się i skrzyżowała ręce na piersi. Choć była młodsza niż wszyscy pozostali wykładowcy, z którymi miałam zajęcia, emanowała siłą i autorytetem.

– Bardzo dobrze. Prześlij mi je do jutra wieczorem i wybierz trzy, które podobają ci się najbardziej. Obejrzę je, a później prześlę do drukarni.

Skinęłam głową i drżącymi z podniecenia palcami zapisałam notatkę w telefonie. Kilka minut później wykładowczyni ogłosiła krótką przerwę. Od razu wyszłam z sali. Gdy wstawałam, szmery za moimi plecami przybrały na sile i bardzo wyraźnie usłyszałam słowo „szmata”. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz i nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie znajdę się na świeżym powietrzu, jak najdalej od fali niechęci.

Tak samo jak matka.

A przecież chciałam tylko spokoju. Nigdy mnie nie obchodziło, co inni sobie o mnie pomyślą. I na pewno teraz nie zacznę dostosowywać się do ich oczekiwań.

Przez chwilę kręciłam się po kampusie, w końcu zatrzymałam się przy stoisku z lemoniadą. Od razu rozpoznałam stojącego przede mną chłopaka. Nawet gdyby nie zdradziły go śmieszne szelki i okulary, poznałabym go po nerwowych ruchach. I nieśmiałym spojrzeniu.

Najwyraźniej nie mógł znaleźć portfela. Dziewczyna za ladą nerwowo przestępowała już z nogi na nogę, a biedak jak wariat szukał zguby w kieszeniach materiałowych spodni. Dziewczyna posłała mi przepraszające spojrzenie.

– Co dla ciebie?

– Grejpfrut.

Skinęła głową i odwróciła się, żeby nalać mi lemoniady.

Isaac chyba w ogóle mnie nie zauważył. Miotał się coraz bardziej nerwowo, na szyi wystąpiły mu czerwone plamy.

– Przed chwilą jeszcze go miałem, naprawdę – wymamrotał.

Dziewczyna za ladą postawiła mój kubek obok jego.

– Wyluzuj. Najwyżej do końca dnia będziesz u mnie zmywał.

Mrugnęła do niego znacząco i Isaac, o ile to w ogóle możliwe, poczerwieniał jeszcze bardziej. Otworzył szeroko usta, jakby chciał coś powiedzieć. Jednak nie padło ani jedno słowo. Na jego twarzy malował się grymas przerażenia i wtedy znalazł portfel w tylnej kieszeni spodni. Wyjął go, a sekundę później monety potoczyły się na chodnik.

Upuścił go. A portfel był otwarty.

– Cholera – syknął, pochylił się i zaczął zbierać drobne.

Nie mogłam dłużej bezczynnie obserwować tej katastrofy. Wyjęłam banknot z kieszeni i zapłaciłam za oba napoje. Następnie wzięłam kubki z kontuaru i dotknęłam stopą uda Isaaca. Podniósł wzrok. Robiłam, co w mojej mocy, żeby się nie roześmiać na widok rozpaczy na jego twarzy.

– Och, hm, cześć – wymamrotał i podrapał się w tył głowy.

– Idziemy – powiedziałam i wskazałam głową budynek uniwersytetu.

Szybko pozbierał ostatnie monety z ziemi. Wyprostował się, czerwony jak burak. Podałam mu kubek z lemoniadą. W milczeniu ruszyliśmy przez teren kampusu.

– Dzięki – mruknął po dłuższej chwili.

– Wyglądałeś, jakbyś lada chwila miał dostać zawału – odparłam i upiłam łyk lemoniady. Miała nutę goryczy, dokładnie tak, jak lubię. – Musiałam wkroczyć do akcji.

Zacisnął usta i wbił wzrok w kubek.

Trąciłam go łokciem w bok, aż w końcu na mnie spojrzał.

– To był żart, Grancie, Isaacu Grancie.

Jednak z jego twarzy nie znikał wyraz goryczy i, co dziwne, nagle zapragnęłam coś z tym zrobić. Nie znałam go zbyt dobrze, podczas imprezy Dawn był bardzo wycofany, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałam kogoś tak nieśmiałego i zamkniętego w sobie. I tak małomównego. Zastanawiałam się gorączkowo, co powiedzieć, żeby skierować jego myśli na inne tory.

– Co właściwie studiujesz? – zapytałam w końcu. Wydawał się zdumiony i chyba wdzięczny, o ile właściwie zinterpretowałam wyraz jego twarzy.

Nie odpowiedział od razu.

– Wszystko po trochu. Właśnie zacząłem drugi rok i sam jeszcze nie wiem, na czym się skupić.

– Ile masz lat? – wypytywałam dalej.

– Dwadzieścia jeden. Zacząłem studia później niż większość, bo po szkole średniej przez pewien czas pracowałem u rodziców.

– A czym się zajmują?

Stopniowo rumieniec znikał z jego twarzy i choć nadal wydawał się spięty i tak kurczowo zaciskał dłoń na kubku z lemoniadą, że aż się obawiałam, że lada chwila napój rozleje się na ziemię – chyba jednak trochę się uspokoił. Cieszyłam się, że go spotkałam. Przechadzka z Isaakiem to idealna okazja, żeby nie myśleć, co za chwilę czeka mnie na zajęciach.

– Mamy farmę.

Zatrzymałam się w pół kroku i spojrzałam na niego. Patrzyłam na jego czyste, starannie ułożone włosy, na okulary w grubych oprawkach, szare szelki i czyste brązowe półbuty. W życiu nie widziałam kogoś, kto w mniejszym stopniu przypominałby farmera niż Isaac.

– Jaja sobie ze mnie robisz.

W jego oczach pojawił się błysk.

– Skądże.

Przyglądałam mu się z niedowierzaniem.

– Ale… Jesteś taki czysty.

Przez kolejne sekundy przyglądał mi się w milczeniu, a potem odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Zdążyliśmy już wejść do budynku i jego śmiech niósł się echem po korytarzach. Zauważyłam, że kiedy się śmieje, wcale nie jest sztywny. Nagle stał się całkowitym przeciwieństwem nieszczęśnika, który czerwony jak burak nerwowo zbierał drobne z chodnika.

Rozkoszowałabym się tą chwilą jeszcze bardziej, gdyby nie to, że Isaac śmiał się ze mnie. Wsunęłam palec pod jego prawą szelkę i pociągnęłam mocno, a potem puściłam, aż z głośnym trzaskiem uderzyła go w klatkę piersiową.

Isaac sapnął głośno i dotknął bolącego miejsca.

– Ała.

– Należało ci się.

Uśmiechnął się.

– Pewnie będę miał siniaka, ale było warto. Żałuj, że nie widziałaś swojej miny.

Żachnęłam się.

– Wcale nie jesteś taki miły, jak mi się wydawało. I nie uwierzę w ani jedno twoje słowo, dopóki nie zobaczę dowodów rzeczowych.

Isaac zerknął na zegarek.

– Następnym razem. Muszę wracać na zajęcia. – Spojrzał w kierunku sali naprzeciwko tej, w której odbywał się mój wykład.

– Nie ma sprawy – odparłam i z trudem powstrzymałam westchnienie. Moje zajęcia też zaraz się zaczną. A ostatnie, na co w tej chwili miałam ochotę, to kolejne obelgi z ust Amandy i jej przyjaciółek.

– Jeszcze raz dzięki za lemoniadę, Sawyer.

Machinalnie skinęłam głową i położyłam dłoń na zimnej klamce drzwi prowadzących do sali wykładowej.

4

Tego popołudnia zaraz po powrocie do domu uruchomiłam laptopa i zaczęłam wybierać zdjęcia dla profesor Howard. Teraz, gdy nie przebywałam w jednym pomieszczeniu z ludźmi, którzy najchętniej zamordowaliby mnie wzrokiem, pracowało mi się o wiele lepiej. Powróciło nawet przyjemne łaskotanie, którego doświadczałam, ilekroć wiedziałam, że zdjęcie jest naprawdę dobre. Wkrótce moje fotografie znowu zawisną na uniwersyteckich korytarzach, dziesięć razy większe niż teraz na ekranie komputera. Nieważne, co sobie o mnie pomyślą osoby pokroju Amandy. Liczyło się tylko to.

Właśnie segregowałam fotografie i umieszczałam je w różnych folderach, gdy na ekranie pojawiło się ostrzeżenie o błędzie systemu. Zamknęłam wyskakujące okienko i nagle wszystko zniknęło.

W jednej chwili.

Zmarszczyłam brwi, zamknęłam program, po chwili uruchomiłam go ponownie.

Nic.

Z trudem przełknęłam ślinę i zaczęłam szukać folderu, w którym umieściłam fotografie dla profesor Howard. Nie było go. Ani jego, ani żadnego innego folderu. Był tylko mój laptop, z każdą chwilą coraz bardziej gorący na moich kolanach.

A potem ekran zrobił się czarny.

Otworzyłam szeroko oczy i gorączkowo wcisnęłam guzik startu. Nic się nie zmieniło. Wciskałam go raz po raz. Coraz szybciej. Oblał mnie zimny pot, spływał po czole, zwilżył dłonie.

W końcu komputer ożył, a ja odetchnęłam z ulgą, co sprawiło, że zainteresowała się mną Dawn. Ona także pracowała, jak zawsze z wielkimi słuchawkami na uszach, przez które nie przenikał niemal żaden dźwięk. Skoro teraz na mnie spojrzała, domyśliłam się, że moje westchnienie było bardzo głośne.

Zdjęła słuchawki.

– Wszystko w porządku? – zapytała, ale właściwie nawet jej nie słyszałam. Mój laptop wrócił do życia. Niecierpliwie czekałam, aż programy i foldery jak zawsze pojawią się na pulpicie.

Niestety, na darmo. Nie było na nim nic. Był pusty.

– Cholera!

Dawn podeszła do mnie i usiadła obok.

– Co jest? – zapytała.

– Straciłam wszystkie zdjęcia – jęknęłam wpatrzona w ekran. – Nic tu nie ma.

– Niech to szlag – mruknęła i odwróciła komputer w swoją stronę. Klikała przez chwilę, otwierała różne programy, zaraz jednak dała sobie spokój. – Jak to zrobiłaś?

– Chyba otworzyłam zbyt wiele programów jednocześnie i biedak nie dał rady. Coś takiego zdarzyło się już kilka razy, ale nie doszło przy tym do utraty danych – odparłam bez tchu. Jezu, nie mogłam oddychać. Zniknęły wszystkie moje zdjęcia.

– Masz kopię zapasową? – wypytywała dalej Dawn.

Pokręciłam tylko głową. Usiłowałam się uspokoić i gorączkowo analizowałam w myślach wszystkie możliwości.

– Kiedy masz oddać te zdjęcia?

– Jutro. – Zamyśliłam się. – Profesor Howard znowu chce je wystawić.

Dawn szeroko otworzyła oczy. Wiedziała, jakie to dla mnie ważne.

– Potrzebujesz kogoś, kto się na tym zna. I to szybko.

– W serwisie rozłożą mi go na części, a to potrwa całą wieczność – zauważyłam. Cały czas na chybił trafił otwierałam kolejne foldery i nadal niczego w nich nie znajdowałam. Szczerze mówiąc, nie miałam żadnego pojęcia, co począć, ale musiałam coś zrobić z rękami, żeby nie oszaleć. – Nie mam tyle czasu. Profesor Howard chce je jak najszybciej wysłać do drukarni.

Co za pech. Przesunęłam się na łóżku i oparłam o ścianę. Mogłam się już pożegnać z tą perspektywą.

– Zależy, dokąd pójdziesz – zauważyła Dawn powoli. – Isaac zna się na komputerach. Pracuje w sklepie komputerowym.

Wyprostowałam się gwałtownie.

– Grant, Isaac Grant?

Pytająco uniosła brew, ale skinęła głową.

– Ten sam Isaac, z którym się lizałaś. Pięć dni w tygodniu pracuje w sklepie Wesley’s na Porter Road. Mógłby rzucić na to okiem.

Wyłączyłam komputer i poderwałam się tak szybko, że przez chwilę przed oczami wirowały mi czarne punkciki. Założyłam czarne buty, nie zawracałam sobie głowy wiązaniem sznurówek, narzuciłam na siebie skórzaną kurtkę. Wpakowałam komputer do plecaka, zarzuciłam go sobie na ramię i energicznie otworzyłam drzwi. Byłam już jedną nogą na zewnątrz, gdy szepnęłam:

– Dzięki, Dawn.

A potem ruszyłam w drogę.

* * *

Wesley’s to przestronny, a jednocześnie klaustrofobiczny sklep, w którym powietrze przenikał zapach kabli i kartonów. Z dłonią zaciśniętą na szelce plecaka wędrowałam między działami, mijałam lodówki, kuchenki i pralki. Nigdzie nie widziałam Isaaca. Kiedy doszłam do działu RTV, zobaczyłam wychudzonego mężczyznę na skórzanej kanapie, który najwyraźniej oglądał film akcji, i to na dwudziestu ekranach jednocześnie.

– Przepraszam bardzo? – zawołałam do niego. Strzelanina, spotęgowana przez system surround, ogłuszała. Facet spojrzał w moją stronę. Jego szyja była tak długa, że prawdopodobnie mógłby odwrócić głowę o trzysta sześćdziesiąt stopni. Miał cieniutki wąsik i brodę, w której – jak mi się wydawało – widziałam resztki jego obiadu.

– Co jest? – zapytał. Nawet nie ściszył dźwięku.

– Szukam Isaaca Granta – odparłam. – Dobrze trafiłam?

Dopiero teraz raczył zmniejszyć głośność.

– A co, żółwik znowu wlazł do skorupy? – sapnął i wstał z trudem.

Przyglądałam mu się zdumiona. Minął mnie i podszedł do stolika przy ladzie. Na nim znajdowały się monitor i mikrofon. Facet wcisnął zielony guzik i pochylił się nad mikrofonem do tego stopnia, że jego ciężki oddech rozległ się w całym sklepie. Fuj.

– Grant, rusz tyłek do B12. Klientka czeka.

 

Niecałą minutę później usłyszałam pośpieszne kroki, z każdą chwilą głośniejsze. Odwróciłam się i zobaczyłam Isaaca biegnącego w naszą stronę. Choć wydawało mi się to niemożliwe, tutaj, w tym sklepie, w otoczeniu nowoczesnej technologii, w tych swoich okularach i w niebieskiej, obcisłej koszulce z logo sklepu, wyglądał na jeszcze większego nerda. Wydawał się jednak też bardzo kompetentny.

Na mój widok szeroko otworzył oczy.

– Co tu robisz? – zapytał zdyszany.

Wzruszyłam ramieniem, przez które przewiesiłam plecak.

– Tragedia z laptopem. Dawn wspomniała, że tu pracujesz.

Odruchowo zerknął na szefa.

Ten obrzucił go pogardliwym spojrzeniem.

– Wracam do siebie. Następnym razem masz tu być, kiedy przyjdzie klientka, zrozumiano? Nie na darmo zainstalowałem kamery.

– Jasne, Wesley – odparł Isaac cicho. Z jego twarzy nie dało się niczego wyczytać. Wydawał się bardzo spięty. Nagle nie byłam już pewna, czy przyjście tutaj było takim świetnym pomysłem. Dopiero kiedy jego szef wrócił do swojej ściany telewizorów, Isaac odważył się na mnie spojrzeć. Uśmiechnął się niespokojnie.

– Co to za tragedia? – zapytał.

Poprawiłam szelkę na ramieniu.

– Jutro mam oddać ważną pracę, a mój laptop wyzionął ducha. Wyłączył się, a kiedy usiłowałam go ponownie odpalić, cały twardy dysk był pusty. Muszę odzyskać moje fotografie.

Powoli skinął głową.

– Chodźmy na zaplecze.

Zaprowadził mnie do odległej części sklepu. Pchnął ciężkie metalowe drzwi i znaleźliśmy się na zapleczu, gdzie aż pod sufit piętrzyły się papierowe kartony. Kiedy byłam pewna, że nikt nas nie usłyszy, szepnęłam:

– Kawał dupka z twojego szefa.

Isaac przez dłuższą chwilę szukał dyplomatycznej odpowiedzi, a potem odparł cicho:

– Jest… trudny we współżyciu, ale nieźle płaci. – Wzruszył ramionami.

– Co wchodzi w zakres twoich obowiązków? – zapytałam.

– Właściwie wszystko. Doradzam klientom, inkasuję pieniądze, pracuję w serwisie i rozkładam towary.

Uniosłam brwi.

– Długa ta lista.

– Nie szkodzi – mruknął i uchylił kolejne drzwi, prowadzące do małego kantorka. – Tutaj.

Weszłam do dusznego pomieszczenia i rozejrzałam się wokół. Na półkach stały niezliczone monitory i komputery, z pudeł zwisały kable, wystawały klawiatury. Na podłodze leżały, jak mi się wydaje, wnętrzności komputera, wszędzie poniewierały się druciki i narzędzia. Musiałam uważać, żeby na coś nie nadepnąć.

– Przepraszam. Wesley z natury nie sprząta, a ja czasami za nim nie nadążam – mruknął, kiedy przedzieraliśmy się do biurka. Tam zrobił odrobinę miejsca, układając trzy klawiatury jedna na drugiej w rogu regału. A potem usiadł przy komputerze i włączył go.

– Dawn mówiła, że pracujesz tu codziennie – zagaiłam. Usiadłam obok niego i postawiłam sobie plecak na kolanach.

– W tygodniu tak. W weekendy pomagam rodzicom, jeśli Wesley akurat nie wpisze mnie na podwójną zmianę.

A ja myślałam, że moje trzy zmiany w restauracji w tygodniu to dużo.

– Pracujesz siedem dni w tygodniu i chodzisz na te wszystkie wykłady… Sporo tego.

– Do ogarnięcia, a dzięki temu sam płacę za studia – odparł spokojnie.

– Sam płacisz za studia? – powtórzyłam zdumiona.

Isaac popatrzył na mnie z powagą w oczach.

– Mam czworo rodzeństwa, a moi rodzice prowadzą sporą farmę.

Sądząc po jego minie, nie chciał, żebym dalej drążyła ten temat. A miałam na to ogromną ochotę. Nie znałam nikogo, kto musiał sam się utrzymać podczas studiów. Przecież nawet mi pomagała siostra. Ale Isaac był inny od wszystkich znanych mi osób.

Chyba trochę zbyt intensywnie mu się przeglądałam, bo po kilku sekundach uciekł wzrokiem i pochylił się nad klawiaturą, choć właściwie nie było to potrzebne.

– Dasz mi tego laptopa? – rzucił.

Skinęłam głową i otworzyłam sfatygowany plecak. Kupiłam tego laptopa, jak prawie wszystko, co posiadałam, z drugiej ręki i z czasem stało się to widoczne. Wyjęłam go energicznie i położyłam przed Isaakiem na stole.

Otworzył klapę, odwrócił do góry nogami, żeby lepiej widzieć połączenia, wyjął z szuflady szary kabel, którym połączył mojego laptopa z komputerem na biurku. Potem podniósł go do góry. Wykonał bardzo skomplikowaną kombinację klawiszy i na ekranie pojawił się czarny ekran z mnóstwem zielonych cyfr i liter.

Starałam się zrozumieć, co robi, ale po chwili dałam sobie spokój i zamiast na monitor, patrzyłam na Isaaca, który najwyraźniej przebywał w innym świecie.

Skupiony zmarszczył czoło i szybko przebiegał palcami po klawiszach. Pasowała do niego ta poważna mina. Obiektywnie rzecz biorąc, wyglądał teraz całkiem dobrze. Jasne włosy, zazwyczaj przyklejone żelem do czaszki, dzisiaj były zmierzwione i niesforne. Pewnie dlatego, że podczas pracy się spocił. Pasowała też do niego najnormalniejsza w świecie koszulka. Zazwyczaj był bardzo sztywny. Moim zdaniem powinien częściej się tak ubierać.

– Czy laptop się nagrzał? – zapytał nagle.

Przyłapana na gorącym uczynku, oderwałam wzrok od jego ramion i energicznie skinęłam głową.

– Tak, ale ma już co najmniej trzy lata.

Mruknął coś pod nosem.

– Często korzystasz z niego w łóżku?

– Zdarza się.

Znowu coś wymamrotał. Najwyraźniej podczas pracy nie był zbyt rozmowny. W milczeniu obserwowałam go przez kolejne minuty.

– Mamy to – stwierdził po dłuższej chwili.

– Słucham?

Drgnął, słysząc mój krzyk. Pisał coś szybko i odpowiedział, nie patrząc na mnie:

– Padł ci system porządkowania danych, a przez błąd hardware’owy padła też płyta główna. Uruchomiłem odzyskiwanie plików i sprawdziłem płytę główną. Teraz wszystko powinno znowu działać. Niestety wszystkie dane, choć uratowane, zostały zapisane pod innymi nazwami, które będziesz musiała zmienić ręcznie.

– Czy to oznacza, że nadal mam swoje zdjęcia? – zapytałam z niedowierzaniem.

Skinął głową.

– Tak jest. Ale nazywają się teraz inaczej. Na twoim miejscu zacząłbym zapisywać wszystko na dysku zewnętrznym. Chyba nie chcesz znowu utracić wszystkich danych. Mam tu gdzieś dysk zewnętrzny, który mogę ci dać – dodał, podczas gdy ja, ciągle w szoku, wodziłam wzrokiem od niego do laptopa i z powrotem.

Wstał, przełożył długą nogę przez bałagan na podłodze. Przez chwilę szukał czegoś w sporej skrzynce na jednej z półek. Potem podał mi czarny prostokąt. Wzięłam go odruchowo.

– Ile jestem ci winna? – zapytałam, chowając laptop do plecaka.

– Nic.

Z powątpiewaniem zmarszczyłam czoło.

– Naprawdę – zapewnił. – To nic takiego.

Przyglądałam mu się z niedowierzaniem.

– Wielkie dzięki, Isaacu.

Czerwony jak burak uśmiechnął się i poprawił sobie okulary na nosie.

– Nie ma sprawy.