Dream again

Tekst
Z serii: Begin Again #5
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Do końca tygodnia starałam się schodzić Blake’owi z drogi, o ile to w ogóle możliwe, kiedy dzieli się kuchnię i łazienkę. Także Ezrę widywałam rzadko. Czekałam na odpowiednią chwilę, by porozmawiać z nim na spokojnie, ale albo był na treningu czy zajęciach, albo w towarzystwie Cama, Otisa lub Blake’a. Nie przyszedł nawet ponownie do mojego pokoju, żeby ze mną porozmawiać. Za to, nie wiadomo jakim cudem, klucz w zamku od werandy otwierał się bez problemu, jakby ktoś naoliwił zamek.

Poszukiwanie pracy w Woodshill okazało się trudnym zadaniem. Powoli traciłam nadzieję, że wkrótce coś znajdę. W sobotnie popołudnie właśnie dlatego znowu zawędrowałam do kawiarenki na uniwersytecie, kupiłam karmelowe macchiato i sprzedałam dwie ostatnie torebki od znanych projektantów, które mi zostały. Dostałam za nie mniej niż połowę tego, ile naprawdę były warte, ale to i tak będzie zastrzyk gotówki, choć nadal nie wystarczy na wynajem własnego kąta.

Usiłowałam się rozerwać, poznając coraz lepiej Woodshill i okolice. Odpaliłam muzykę w słuchawkach i odpłynęłam, nawet nie zauważyłam, kiedy wylądowałam nad przepięknym jeziorem w dolinie pośród gór. Tam usiadłam na parkowej ławeczce i tak długo wpatrywałam się w nicość, aż zapadła ciemność, a ja przemarzłam na kość.

Nie mogłam już dłużej odwlekać powrotu do domu, zwłaszcza że żołądek nie dawał o sobie zapomnieć i głośno upominał się o jedzenie. Miałam szczerą nadzieję, że pozostali lokatorzy mieli plany na wieczór i wyszli z domu. Ledwie jednak otworzyłam drzwi od strony werandy, przekonałam się, że jest dokładnie przeciwnie. Nie dość, że z wnętrza domu dobiegała głośna muzyka, to jeszcze w moim pokoju siedziały trzy osoby, których nigdy w życiu nie widziałam.

– Eeee? Cześć? – Wpatrywałam się w nie z niedowierzaniem.

– Cześć – odezwała się dziewczyna przy biurku, ciągle wpatrzona w wyświetlacz swojego telefonu.

– Moglibyście zejść z mojego łóżka? – zwróciłam się do parki, która umościła się na mojej narzucie.

– Nie wiedziałem, że mieszka tu piąta osoba – stwierdził typ, który z rękami za głową opierał się o wezgłowie mojego łóżka.

A ja nie wiedziałam, że będzie tu dzisiaj impreza, pomyślałam. Najwyraźniej żadnemu z moich trzech współlokatorów nie przyszło na myśl, by mnie o tym poinformować.

– Dopiero od tego tygodnia, ale to właściwie nie ma nic do rzeczy – odparłam i ściągnęłam szalik z szyi. Zdjęłam kurtkę, podeszłam do drzwi i ostentacyjnie otworzyłam je na oścież.

– Chciałabym się przebrać, jeżeli nie macie nic przeciwko temu.

Nie obchodziło mnie, czy mają. Nie podobało mi się, że po długim dniu wracam do siebie i zastaję we własnym pokoju nieznajomych, i to po tygodniu przemykania się po domu jak przestępczyni. Przypomniał mi się dom w Los Angeles, w którym mieszkałam, i pokój przechodni, do którego każdy wchodził i wychodził, jak mu się podobało. Nie chciałam, żeby tutaj także tak było.

– Złość piękności szkodzi, kotku. Już nas nie ma.

Kotku…, skrzywiłam się z niesmakiem.

Typ wstał z łóżka, podał rękę towarzyszce i razem wyszli z pokoju. Dziewczyna z komórką ruszyła za nimi.

Sądząc po odgłosach w saloniku, w domu było o wiele więcej gości. Przez chwilę rozważałam, czy po prostu nie włożyć piżamy i nie uciec do łóżka. Nie miałam ochoty na towarzystwo, a co dopiero na imprezę. Ale potem mój żołądek zaprotestował kolejny raz i przypomniałam sobie, że od śniadania nie miałam w ustach nic poza karmelowym macchiato. Musiałam coś zjeść.

Wstałam z westchnieniem, spojrzałam na siebie krytycznie. Czy to, co miałam na sobie, choć trochę nadawało się na imprezę?

Mogło być gorzej. Jeansy boyfriendy z pęknięciem na kolanie, oversize’owa koszulka, zawiązana na supeł na biodrze. Przeczesałam włosy palcami w nadziei, że to nada im objętości, wzięłam głęboki oddech i otworzyłam drzwi pokoju.

Ledwie weszłam do saloniku, zrozumiałam, czemu chłopcy mieli w szafkach tyle alkoholu. W dawnych szkolnych czasach ciągle błagałam Ezrę i Blake’a, żeby zabrali mnie na imprezę sportowców, choć byłam na to stanowczo za młoda. Tamte imprezy odbywały się co weekend u kogoś innego, najczęściej panował tam koszmarny tłok i nie raz wzywano policję, zanim zabawa zaczęła się na dobre.

To, co teraz działo się w naszym domu, stanowiło rozbudowaną wersję tego samego: z głośników brzmiała muzyka, wszędzie tłoczyli się ludzie, tańczyli, żartowali, rozmawiali. Także z ogródka dobiegały głosy i śmiechy, a w kuchni stały niezliczone butelki alkoholu, które wcześniej widziałam poukrywane w szafkach, a obok przekąski i ogromne kartony po pizzy.

Rozglądałam się za Ezrą, ale nigdzie nie było go widać. Przeciskałam się więc przez tłum do kuchni, żeby wziąć sobie przynajmniej kawałek chleba i trochę wody, zanim ucieknę do siebie. Także tutaj panował tłok. Niektórzy beztrosko sięgali do lodówki. Może jednak powinnam się zastanowić, zanim zacznę dokładać się do domowego budżetu, skoro tu w kółko odbywają się takie imprezy.

Drzwi od lodówki zamknęły się i wtedy zobaczyłam dziewczynę o ciemnych włosach. Była równie zaskoczona jak ja.

– Jude?

Odetchnęłam z ulgą i serdecznie objęłam Everly.

– Co ty tu robisz? – zapytała.

Oderwałam się od niej.

– Mieszkam tu. To dom mojego brata.

Everly otwierała i zamykała usta.

– Który z nich to twój brat?

– Ezra.

Znowu ruszała ustami jak ryba. Nie mogłam się nie uśmiechnąć.

– Ezra? Szorstki, małomówny Ezra? – dopytywała z niedowierzaniem.

– No chyba… Aż tak bardzo się od siebie nie różnimy.

Patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby widziała mnie po raz pierwszy.

– Masz rację. Ale jesteś taka… – Długo szukała właściwego słowa. – Taka miła.

Parsknęłam śmiechem i poczułam, że moje napięcie odrobinę zależało. Dzięki obecności Everly nie czułam się już jak niepożądany gość, wydawało mi się, że niejako zasłużyłam na miejsce na tej imprezie, bo miałam tu kogoś na kształt przyjaciółki.

– Ezra potrafi być bardzo miły, kiedy tego chce. – Bez przekonania stanęłam w obronie brata. Wiedziałam doskonale, jak odpychający potrafi być wobec nieznajomych. Tak było jeszcze w dzieciństwie. Ale co innego, kiedy ja tak o nim mówię, a zupełnie co innego usłyszeć to z ust obcej osoby.

– Cóż, wobec mnie najwyraźniej nie chce – odparła i upiła łyk soku pomarańczowego. – Napijesz się czegoś? Jezu, co ja gadam. Przecież ty tu mieszkasz. Czemu właściwie cię pytam?

Z uśmiechem otworzyłam szafkę kuchenną, żeby wyjąć szklankę. Niestety świeciła pustkami. Zajrzałam do kolejnej i nagle zastygłam w bezruchu. Właśnie z niej kilka dni temu Blake wyjął mi pudełko. Nie chciałam myśleć o ogniu, który we mnie wzbudzała jego bliskość, ani o tym, jak nagle ugięły się pode mną kolana.

Bez namysłu chwyciłam pierwszy lepszy kubek i butelkę wódki i nalałam sobie hojną ręką.

– Sporo tej wódki – zauważyła Everly.

– Na beznadziejny tydzień, który mam za sobą – odparłam i zastanowiłam się, czy nie dolać sobie więcej, ale się jednak powstrzymałam.

Dolałam sobie za to soku pomarańczowego z lodówki. Odwróciłam się do Everly i podniosłam rękę.

Stuknęłyśmy się kubeczkami.

Upiłam spory haust. Dopiero kiedy zobaczyłam, że Everly za wszelką cenę stara się zachować powagę, obejrzałam dokładniej kubek, z którego piłam. Zdobił go napis:

Koszykówka > seks

Przewróciłam oczami. Któregoś roku Blake podarował go mojemu bratu na urodziny. Nigdy mi się nie podobał. To cud, że właśnie ten kubek przetrwał przeprowadzkę z Seattle. Zapewne miał dla Ezry tak wielkie znaczenie, że owinął go w sto gazet, żeby się przypadkiem nie wyszczerbił.

– Coś nowego w sprawie poszukiwania pracy? – zapytała Everly.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Same odmowy. Ale udało mi się dzisiaj coś sprzedać.

To mi się wymsknęło. Nikt nie wiedział o mojej opłakanej sytuacji finansowej i tak powinno pozostać. To zapewne sprawka hipnotyzującego spojrzenia Everly. Gorączkowo szukałam czegoś, co pozwoliłoby mi zmienić temat.

– Dobrze znasz Ezrę? – palnęłam bez namysłu.

Everly uśmiechnęła się.

– Niezbyt. Najczęściej wydaje mi się, że mnie zaledwie toleruje. Jestem tu, ponieważ…

– Everly – odezwał się Blake.

Skuliłam się w sobie. A potem się odwróciłam.

Stał w progu kuchni, oparty o framugę.

– Jesteś wreszcie – Everly rozpromieniła się. Podbiegła do niego, objęła tak serdecznie, tak spontanicznie, że mój żołądek ścisnął się boleśnie.

Blake jedną ręką odwzajemnił jej gest. Nie odstawił kuli. Nad jej ramieniem posłał mi spojrzenie, które przeszyło mnie na wylot.

– Nie mówiłeś, że macie nową współlokatorkę – zaczęła Everly, kiedy w końcu się od niego oderwała, i żartobliwie szturchnęła go w bark.

– Znacie się? – spytał cicho.

Rozmawiał z nią zupełnie innym tonem niż ze mną. Było jasne, że Everly wiele dla niego znaczy. Patrzył na nią ciepło i to także sprawiało mi ból. Bardzo chciałam nad tym zapanować, ale nie byłam w stanie.

– Poznałyśmy się tuż po tym, jak tu przyjechała. Potem odwiedziła mnie na treningu. A swoją drogą, poszło mi naprawdę dobrze. Trener Carlson powiedziała, że w przyszłym tygodniu mogę poprowadzić nawet dwie godziny. Całkiem sama! Wyobrażasz to sobie?

– Oczywiście, że to sobie wyobrażam. I jesteś najlepszą asystentką trenerki, jaką mogli sobie wymarzyć – zapewnił.

– Jesteś kochany. Jak widzę, tym razem wyszedłeś z własnej woli. Robimy postępy!

– Gdybym tego nie zrobił, ściągnęłabyś mnie za włosy. Tak samo jak w Sylwestra.

– Bzdura! – Everly żachnęła się. – Trzymałam się z daleka od twoich włosów. Były za bardzo tłuste, a ty za brudny.

Blake pogroził jej kulą, ale Everly roześmiała się tylko i odskoczyła zwinnie. Gdyby wcześniej nie opowiadała mi z błyskiem w oku o swoim chłopaku, który wykładał na uniwersytecie, zastanawiałabym się w tej chwili, czy między nimi na pewno niczego nie ma. Widać było, że są sobie bardzo bliscy.

 

I znowu ten bolesny skurcz żołądka.

– Następnym razem musisz być szybszy. Idziemy, Jude – skinęła na mnie ręką. Ruszyłam za nią po chwili wahania.

Kiedy mijałam Blake’a, złapał mnie za ramię. Delikatnie, niemal zbyt delikatnie. Nie śmiałam na niego spojrzeć, a jednak to zrobiłam. Ledwie Everly znalazła się poza zasięgiem jego głosu, powróciło także lodowate spojrzenie, najwyraźniej przeznaczone tylko i wyłącznie dla mnie.

– Z twojego powodu pokłóciłem się z Ezrą – syknął. – Nie pozwolę, żebyś teraz odebrała mi jeszcze najlepszą przyjaciółkę.

Ściany zawirowały. Zaschło mi w gardle, kurczowo zaciskałam dłonie na kubku. Widziałam Everly, usiadła przy stole obok Ezry i mówiła coś do niego, choć mój brat nie wydawał się specjalnie zainteresowany. Trąciła go barkiem, na co kąciki jego ust uniosły się ledwie zauważalnie. Potem zerknęła na wyświetlacz telefonu i napisała szybką odpowiedź, a później wróciła wzrokiem do kuchni. Nadzieja w jej oczach sprawiła, że nie mogłam oddychać.

– Oczywiście – odparłam bez tchu.

A potem minęłam Blake’a i wyszłam na zewnątrz, na lodowate zimno. Nie oglądałam się za siebie, ani na niego, ani na Everly.

Gdyby tego popołudnia ktoś mi powiedział, że kilka godzin później będę lepiła bałwana z nieznajomymi, zbyłabym go pogardliwym prychnięciem. A teraz… Śmiałam się. Naprawdę się śmiałam, gdy z kilkoma osobami na zimnie toczyłam wielkie śniegowe kule. I naprawdę świetnie się przy tym bawiłam, co oczywiście mogło być też zasługą alkoholu, który wypiłam na pusty żołądek.

– Moim zdaniem powinien mieć inny nos – stwierdziła dziewczyna obok mnie i krytycznie patrzyła na banana, którego ktoś przyniósł z kuchni.

– Rzeczywiście wygląda trochę żałośnie – przyznałam. – Ale może to dzięki temu jest taki uroczy.

Zaopatrzyliśmy naszego bałwana w prowizoryczne guziki i szalik, który ktoś wielkodusznie poświęcił. Wyglądał naprawdę wspaniale.

– Fotka! – krzyknął Otis, który dołączył nie wiadomo kiedy.

Pozostali byli co najmniej równie pijani jak ja, więc nikt się nie przejmował, jak głupia była ta cała akcja. Jednak przy fotografii trochę otrzeźwiałam. Nie znałam tu nikogo, nie wiedziałam, na jakich portalach wylądują te zdjęcia, kto je zobaczy. Wystarczająco dużo wysiłku kosztowało mnie monitorowanie własnych mediów społecznościowych, wolałam dodatkowo nie ryzykować.

– Ja zrobię – zaproponowałam i wyciągnęłam rękę do Otisa.

Podał mi swoją komórkę i stanął obok pozostałych, którzy już otoczyli bałwana kółeczkiem.

Niezbyt pewnie trzymałam się na nogach, bo też piłam wszystko, co mi podsuwano. Dlatego chwilę trwało, zanim udało mi się pstryknąć kilka fotek. Oddałam Otisowi aparat. Nasza mała grupka rozpadała się stopniowo, bo impreza w saloniku osiągnęła punkt kulminacyjny.

Weszłam do środka. Everly nigdzie nie było widać, ale może to i lepiej. Przynajmniej nie dam Blake’owi powodu, żeby się ze mną kłócił o swoją najlepszą przyjaciółkę.

Dotarłam do kanapy i upadłam na nią ciężko. Muzyka dudniła mi w uszach. Otis i Cam podeszli do mnie, zobaczyli, że mam pusty kubek i wcisnęli mi koktajl. Wzniosłam toast na ich cześć i upiłam spory łyk, choć mój żołądek wyraźnie protestował.

Zamglonymi oczami rozejrzałam się dookoła i jakbym miała wewnętrzny radar, zignorowałam masę gości i skoncentrowałam wzrok na stole. W ciągu minionych dwóch godzin Blake znalazł sobie towarzystwo. Dziewczyna przysunęła się z krzesłem bardzo blisko niego. Oparła głowę na dłoni i dosłownie spijała słowa z jego ust. Machinalnie kręciła na palcu kosmyk włosów, a Blake się uśmiechał. Podniósł rękę i imitował jej gest, przy czym delikatnie musnął jej policzek.

– Obłęd. – Głos Cama docierał do mnie jak z oddali. – Nawet w takim stanie wyrywa je jedna za drugą. Jak on to robi?

– Nie wiem, stary – odparł Otis.

– Nie, poważnie. Zastanawiam się, jak on to robi anatomicznie, z tą szyną na nodze.

– Jak się jest na dole, nie trzeba za dużo robić.

Nie udało mi się zagłuszyć ich słów. Nie odrywając wzroku od Blake’a, upiłam kolejny haust koktajlu.

Doskonale pamiętałam, jakie to uczucie, gdy Blake tak na mnie patrzył. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, bym traciła głowę. A kiedy mnie dotykał, stawałam w ogniu. Czegoś takiego doświadczyłam tylko z nim. Patrzeć teraz, jak uwodzi inną dziewczynę, wydało mi się karą za to, że odrzuciłam naszą miłość.

Blake pochylił się, szepnął jej coś do ucha, aż dziewczyna poczerwieniała. Kiedy się odsunął, skinęła głową. Po chwili wstała, podobnie jak Blake. Na chwilę położył jej dłoń na plecach, a potem sięgnął po kulę i wyszedł z saloniku. Zapewne prowadził ją do swojego pokoju.

Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Nie mogłam dłużej siedzieć w bezruchu, wstałam tak energicznie, że płyn ze szklanki wylał mi się na dłoń. Zaklęłam cicho i wytarłam ją o dżinsy. W tym samym momencie zrobiło mi się niedobrze. Mimo tego wypiłam koktajl do dna i bardziej zamaszyście, niż to było potrzebne, odstawiłam szklankę na stolik. Zachwiałam się, musiałam się podeprzeć.

Cam przytrzymał mnie, żebym nie upadła.

– Wszystko w porządku? – upewnił się Otis.

Odwróciłam się do niego i Cama i skinęłam głową ze sztucznym uśmiechem.

– Dzięki za drinka. Chyba już pójdę się położyć.

Nie czekałam na ich odpowiedź, odwróciłam się na pięcie.

Ściany wirowały wokół mnie, muzyka docierała jak z oddali, gdy przeciskałam się przez tłum gości w kierunku swojego pokoju. Jedyne, co słyszałam głośno i wyraźnie, to bicie własnego serca.

Drżącymi palcami otworzyłam drzwi i zaraz zamknęłam je za sobą. Dopiero za którymś razem udało mi się ściągnąć spodnie. Potknęłam się. Ostatkiem sił dotarłam do łóżka i mocno zacisnęłam powieki.

Po chwili z góry dobiegło ciche skrzypienie. Tak ciche, że z trudem je słyszałam przez głośną muzykę, lecz w miarę upływu czasu przybierało na sile.

Wpatrywałam się w sufit. Powoli docierało do mnie, co dzieje się piętro wyżej.

Ściany wirowały coraz szybciej. Przewróciłam się na bok. W ostatnim momencie dopadłam do kosza na śmieci pod biurkiem. Podczas gdy nade mną łóżko Blake’a uderzało o ścianę, zwracałam całą zawartość żołądka. I choć po Los Angeles przysięgałam sobie, że nie będę więcej płakać, nie mogłam powstrzymać łez ani chwili dłużej. Szlochałam, kurczowo ściskając wiadro, gdy nadchodziła kolejna fala torsji.

6

CZTERY LATA WCZEŚNIEJ…

Wyjęłam flamaster zza ucha, ściągnęłam skuwkę zębami. Zieloną końcówką obrysowałam tekst, którego musiałam nauczyć się na pamięć. Kiedy zaznaczyłam już wszystko, zaczęłam raz za razem czytać dialog. Po pewnym czasie miałam uczucie, że zapamiętałam kolejność zdań. Dopiero wtedy zamknęłam oczy i powtarzałam swoje kwestie tak cicho, że nikt nie mógł mnie usłyszeć.

– Co tam robisz, Racuszku? – usłyszałam. Ktoś usiadł koło mnie na ławce. Siedziałam okrakiem, z szeroko rozstawionymi nogami. Mój towarzysz przyjął tę samą pozycję.

Ponuro łypnęłam na Blake’a.

– Wiesz, jak bardzo nienawidzę tego przezwiska.

Uśmiechnął się pod nosem.

– Mogę wymyślić inne – mruknął.

– Nie wiem, czy pamiętasz, ale mam normalne imię.

Na jego twarzy pojawił się inny uśmiech, uśmiech, który był jego tajną bronią. Podejrzewałam, że zdążył się już zorientować, jak na mnie działa. Ostatnimi czasy uśmiechał się do mnie częściej niż dawniej, zastanawiałam się, co to może znaczyć.

– Jude, bardzo ładne imię, ale nie bardzo daje się zdrobnić – stwierdził po chwili namysłu. – Wymyślę coś lepszego. Coś, co będzie tylko nasze, twoje i moje.

Starałam się nie nadawać jego słowom specjalnego znaczenia, nie doszukiwać się czegoś, czego tam nie ma.

– O ile to nie będzie Racuszek, wszystko inne może być – mruknęłam i ponownie wbiłam wzrok w tekst.

– Zapamiętam to sobie.

Przysunął się bliżej. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Było mi jednocześnie gorąco i zimno. Jak zawsze, gdy jest w pobliżu, co ostatnio zdarzało się coraz częściej. Blake i Ezra widywali się codziennie. Odkąd mam dreszcze, kiedy jest blisko, sama jego obecność wyprowadza mnie z równowagi.

– Pokaż. – Wyciągnął rękę po tekst, byłam jednak szybsza i cofnęłam dłoń.

– Nie masz nic lepszego do roboty?

Blake rozsiadł się wygodnie na kamiennej ławeczce, podparł na łokciu. Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, zanim odpowiedział:

– Właściwie nie.

Pytająco uniosłam brew.

– Właściwie? A co? Posadzili cię na ławce rezerwowych?

On także uniósł brew.

– Po pierwsze, nie bądź taka z siebie zadowolona. Po drugie, – oczywiście, że nie posadzili mnie na ławce rezerwowych.

– Oczywiście, że nie. – Musiałam się uśmiechnąć. Blake miał więcej pewności siebie, niż to mogło być dla niego dobre. Właściwie był pod tym względem jeszcze gorszy niż Ezra, a jednak na żadnego z nich nie potrafiłam się złościć dłużej niż chwilę. Byli dla mnie najważniejsi. I to mimo tego, że zdecydowanie za dużo czasu spędzali nad konsolą, za często się ze mnie nabijali i, jeśli o mnie chodzi, byli za bardzo zarozumiali.

– Jeżeli już koniecznie musisz wiedzieć, to ja wywaliłem kogoś z drużyny.

Odnalazłam jego przenikliwie zielone spojrzenie. Jego oczy błyszczały w słońcu. Kiedy się dokładnie przyjrzeć, można było dostrzec ciemniejsze, niemal brązowe plamki, które dodawały głębi spojrzeniu. Mogłabym przyglądać mu się godzinami. Z czasem jego rysy wydawały mi się coraz bardziej wyraziste, a uśmiech coraz cieplejszy. Im bardziej się do siebie zbliżaliśmy.

– Biedaczka – stwierdziłam odrobinę za późno.

– Biedaczka w rzeczy samej – odparł.

Przysunął się bliżej, tak, że dotykaliśmy się kolanami. Zrobiło mi się gorąco. Wstrzymałam oddech.

Kiedy tym razem sięgnął po mój skrypt, nie byłam wystarczająco szybka. Otworzył go, kartkował powoli. Gwizdnął cicho przez zęby.

– Sporo tekstu.

Skinęłam głową. Niestety, ilekroć mnie dotykał, nie mogłam się skoncentrować. Mój mózg zamieniał się w papkę. Najchętniej przysunęłabym się jeszcze bliżej i położyła mu nogi na udach. A właściwie, jeśli już, mogłabym po prostu usiąść mu na kolanach.

– To film fabularny – wymamrotałam. – Wątpię, żebym dostała tę rolę, ale zawsze warto spróbować.

– Żadnych wątpliwości, Jude. Chętnie ci pomogę. – Przełożył stronę, odchrząknął i przeczytał na głos zaznaczony fragment:

– Nie mogę, Matthew!

– To mój tekst. Nie ubiegam się o rolę Matthew – zauważyłam, ale Blake chyba w ogóle mnie nie słyszał. Z przesadnym przejęciem wygłaszał dramatyczny monolog.

– Kiedy mój ojciec się o tym dowie, zabije nas oboje! – wyrecytował, aż parsknęłam śmiechem.

Podniósł wzrok i spojrzał na mnie z rozchylonymi ustami. Nie potrafiłam nazwać emocji na jego twarzy, wydawało mi się jednak, że przede wszystkim jest zdziwiony. Pokręcił głową i nagle wrócił znajomy uśmiech.

– Poradzisz sobie, Jude. Jesteś najlepszą aktorką, jaką znam.

Uśmiechnęłam się, teraz ja.

– A ile ich znasz?

– Tylko ciebie.

– Więc musisz przyznać, że twoja opinia nie ma zbyt wielkiego znaczenia.

– Widziałem cię na scenie. Chyba wiem, co mówię.

– Blake, byłeś tylko na próbach.

Lekko przekrzywił głowę i przyglądał mi się badawczo.

– Dlaczego za wszelką cenę chcesz mi wmówić, że nie masz talentu?

Z trudem przełknęłam ślinę. Najchętniej ponownie wbiłabym wzrok w tekst, ale patrzył na mnie tak intensywnie, że nie mogłam oderwać od niego spojrzenia.

– Bo się boję – wyznałam cicho. Bałam się nawet, wypowiadając te słowa. – Rodzice wydali tyle pieniędzy na lekcje aktorstwa. Właściwie nie zajmuję się niczym innym, rzadko kiedy widuję przyjaciół. A jeżeli nic z tego nie będzie? A jeżeli znowu wszystko schrzanię na castingu? Wiesz, jak było ostatnio.

Zbył mnie machnięciem ręki.

– „A co” to fatalny początek zdania. Wiesz, o co mi chodzi? A co, jeżeli ten budynek zaraz się zawali? A co, jeżeli lada chwila zacznie się atak zombie? – Powoli pokręcił głową. – Nie ma sensu zadręczać się takimi „a co”.

– Nie mogę tak po prostu przestać. Mój mózg pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie ma guzika stop.

Blake wstał nagle i wyciągnął do mnie rękę.

Spojrzałam na jego dłoń, a potem na twarz.

– Co znowu wymyśliłeś?

– Pomogę ci znaleźć guzik stop – odpowiedział. Wyczekująco skinął dłonią.

Wstrzymałam oddech. Nie miałam pojęcia, co chodzi mu po głowie, ale niezależnie co to było, wydawało mi się lepsze, niż bez końca głowić się nad tekstem. Podałam mu więc rękę i pozwoliłam, by pociągnął mnie za sobą.

 

Niezliczone treningi sprawiły, że wnętrze jego dłoni było twarde i szorstkie. Ścisnął moją dłoń, a ja zadrżałam na całym ciele.

Poczułam, że chcę, by nigdy więcej mnie nie puszczał.

Kiedy się obudziłam, czułam się jak zombie.

Przez pół nocy na zmianę wymiotowałam i szlochałam, aż w końcu zapadłam w niespokojny sen. Jedno wspomnienie goniło drugie, jakby nawet we śnie los ze mnie drwił i przypominał, co odrzuciłam.

Przetarłam twarz dłońmi, zwlekłam się z łóżka i poszłam do łazienki, na piętro.

Myjąc zęby, stwierdziłam, że wyglądam tak samo, jak się czułam: do bani. Włosy sterczały mi we wszystkie strony, cera miała zielonkawy odcień, usta wyschły i popękały. Mogłabym spokojnie zagrać w The Walking Dead i zgarnąć za to Złoty Glob, oczywiście bez trzech godzin u charakteryzatora.

Powędrowałam wzrokiem do kosmetyczek, które upchnęłam pod umywalką. Nie chciałam zajmować chłopakom miejsca, więc postawiłam je w najciemniejszym kącie, koło rolek papieru toaletowego. Ale w takim stanie za żadne skarby świata nie zejdę do saloniku. Nieważne, ile czasu minęło, Blake zorientuje się, że cierpię, a tego chciałam za wszelką cenę uniknąć.

I dlatego zamiast, jak poprzednio, szybko wziąć prysznic, zanim wszyscy wstaną, postąpiłam dokładnie odwrotnie. Wypakowałam wszystkie kosmetyki i ustawiłam na krawędzi wanny, a potem weszłam pod prysznic i odkręciłam wodę. Najpierw ciepłą, później coraz gorętszą, aż z trudem mogłam wytrzymać.

W nadziei, że uda mi się spłukać z siebie wczorajszy wieczór, szorowałam się żelem pod prysznic. Umyłam włosy, wtarłam w nie ulubioną odżywkę i naprawdę długo ją trzymałam. Zdążyłam się też ogolić. Po raz drugi spłukałam włosy i jeszcze sporo czasu spędziłam pod gorącym strumieniem. Odprężyłam się, a wspomnienia zeszłej nocy dosłownie zaszły mgłą.

Owinęłam się ręcznikiem, związałam włosy w turban, a potem zajęłam się pielęgnacją ciała. Nasmarowałam się ulubionym balsamem cytrynowym. Sięgnęłam po serum, które poleciła mi stylistka z Los Angeles, potem nałożyłam krem do twarzy, krem pod oczy i spray, który sprawiał, że skóra mieniła się leciutko.

Spryskiwałam nim właśnie dekolt, gdy klamka w drzwiach się poruszyła. Zastygłam w bezruchu i spojrzałam przez mleczną szybkę w drzwiach. Widać tam było jedynie niewyraźny zarys męskiej sylwetki, ale ten widok wystarczył, by serce stanęło mi w piersi.

Nie byłam gotowa na spotkanie z Blakiem. Nie teraz. Nie, zanim się wewnętrznie nie ogarnę.

Zignorowałam intruza pod drzwiami, dalej spryskiwałam się mgiełką, a potem wróciłam wzrokiem do swojego odbicia. W przeciwieństwie do tego, jak się czułam po przebudzeniu, teraz autentycznie promieniałam. I naprawdę czułam się o wiele lepiej.

Od wieków nie robiłam niczego dla siebie. Super, że zabrałam ze sobą te wszystkie kosmetyki. Włożyłam czarne jeansy wystrzępione przy kostkach i białą koszulę. Wysuszyłam włosy, umalowałam się i po godzinie byłam wreszcie gotowa zejść do kuchni. Wyszłam z łazienki, celowo zostawiając porozkładane kosmetyki. Nie chciałam dłużej udawać, że tu nie mieszkam, tylko dlatego, żeby nie drażnić Blake’a. Najwyraźniej nie obchodziło go, jak się czuję.

Choć głowa nadal pękała mi z bólu, a żołądek ściskał boleśnie, zbiegłam na parter.

W saloniku Ezra i Cam siedzieli już przy stole. Otis kręcił się w kuchni.

– Dzień dobry – mruknęłam i od razu ruszyłam w kierunku ekspresu do kawy.

– Cześć. – Otis podał mi kubek. Uśmiechnęłam się do niego i włączyłam ekspres. Maszyna obudziła się i po chwili otoczył mnie cudowny zapach świeżo mielonej kawy.

Z kubeczkiem w dłoni odwróciłam się w kierunku saloniku. Chłopcy siedzieli przy stole nad talerzami pełnymi jedzenia. Byli zmęczeni, ale najwyraźniej zdążyli już posprzątać większość chaosu po wczorajszym. O tym, że była tu impreza, świadczyło tylko kilka plam na podłodze, nad których pochodzeniem wolałam się nie zastanawiać, i pojedyncze brudne szklanki i talerze.

Schyliłam się po garnek z dolnej szafki. Postawiłam go na kuchence. Było coś kojącego w fakcie, że zaraz przygotuję sobie moje zwykłe śniadanie. Robiłam to od trzynastego roku życia. Szykowałam je sobie w mieszkaniu airbnb, w którym zatrzymałam się tuż po przyjeździe do Los Angeles, i we wspólnocie mieszkaniowej, do której się później przeprowadziłam. Ten codzienny rytuał przynosił spokój, ukojenie, nawet jeśli przez pół nocy na zmianę rzygałam, szlochałam i próbowałam uciec przed bolesnymi wspomnieniami.

Zagotowałam płatki owsiane z mlekiem i upiłam łyk kawy, kiedy nagle gruchnęła fala oklasków. Odwróciłam się tak szybko, że odrobina płatków wylądowała na podłodze. Nawet tego nie zauważyłam. Całą moją uwagę pochłaniał Blake, który właśnie wchodził do pokoju. Miał zmierzwione włosy i poduszkę odciśniętą na policzku. Wydawał się zmęczony i niewyspany, ale na jego ustach błąkał się zadowolony uśmieszek.

Mój żołądek ścisnął się boleśnie. Odwróciłam się szybko i jak szalona mieszałam owsiankę.

– Gratulacje, stary – zaczął Ezra.

– Już wczoraj zastanawialiśmy się z Otisem, jak ty to robisz, mając tę szynę na nodze.

Stukanie kuli było coraz bliżej.

– Prawdziwy dżentelmen nie zdradza takich tajemnic.

Sporo mnie kosztowało, by opanować prychnięcie.

Blake dołączył do mnie w kuchni. Kiedy ostatnio byliśmy tu razem, źle się to skończyło. Jak właściwie wszystko między nami. Podszedł do szafki po mojej lewej stronie, wyjął patelnię, a potem sięgnął po miseczkę i wbił do niej jajka.

Uparcie wpatrywałam się w moje płatki.

– Jeszcze w nocy naszemu bałwankowi odpadł nos – poinformował Otis.

Cam prychnął cicho.

– Idę o zakład, że ktoś go zeżarł.

Koncentrowałam się na ich słowach, nie na Blake’u, który postawił patelnię na palniku obok mojego garnka. Nie na fakcie, że znajdował się zaledwie kilka centymetrów ode mnie. Nie na tym, że spędził tę noc z dziewczyną, a ja ich słyszałam.

Serce ściskało mi się boleśnie. Nie miałam pojęcia, czemu tak się dzieje.

– Kto byłby zdolny do czegoś takiego? Kto, na miłość boską, ukradłby nos biednemu, bezbronnemu bałwankowi? – dopytywał Otis z komicznym oburzeniem.

– Ja.

Spojrzałam na brata przez ramię. Akurat wsunął sobie do ust połowę naleśnika. Kiedy poczuł na sobie nasze spojrzenia, przestał gryźć.

– Jak mogłeś, stary? Godzinami dopieszczaliśmy tego bałwana, rzeźbiliśmy jego sylwetkę.

– O ile pamiętam, trwało to niecałą godzinę i zaraz wróciliście do środka – skomentował Blake tak cicho, że pozostali na pewno nie mogli go usłyszeć.

– Zadziwiające, że w ogóle coś zauważyłeś. Najwyraźniej byłeś zajęty czymś innym. – Te słowa padły, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Od razu wiedziałam, że popełniłam duży błąd.

– Owszem. – Wycedził to tak powoli, z taką satysfakcją, że nie miałam wyjścia, musiałam na niego spojrzeć, chociaż było to ostatnie, czego chciałam.

W jego wzroku kryło się coś na kształt wyzwania. Jakby chciał wywołać kolejną reakcję. W tej chwili zrozumiałam, że to, co wydarzyło się wczoraj, miało uderzyć we mnie.

Odłożyłam drewnianą łyżkę z powrotem do garnka.

– Ezra, dlaczego amputowałeś bałwankowi nos? – Głos Otisa dochodził jakby z oddali.

– Bo byłem głodny.

– W środku nocy? Na banana? W śniegu?

Blake trzymał mnie na uwięzi swoim spojrzeniem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Wzbierały we mnie najróżniejsze emocje i wspomnienia. Czułam, jak przenika mnie jak prąd przeszłość, ale i wściekłość. Wściekłość o to, jak mnie traktuje. Wściekłość, że musiałam tego w nocy słuchać. Jednocześnie wiedziałam doskonale, że nie mam prawa do tego gniewu. A jednak nie potrafiłam nad nim zapanować, zżerał mnie od środka. I to właśnie on sprawił, że powiedziałam:

– W ogóle cię nie poznaję.

Blake ledwie zauważalnie zesztywniał. Po chwili zmarszczył czoło.

– I kto to mówi.

Nie zawracałam sobie głowy tym, by wyjąć łyżkę z garnka. Odwróciłam się do niego.

– Co to niby ma znaczyć?

– Przecież to ty zmieniłaś się nie do poznania – odparł. Miałam wrażenie, że od dawna czekał na okazję, by mi to rzucić w twarz. – Dawniej nie zrezygnowałabyś tak po prostu ze swoich marzeń. A teraz? Przyjeżdżasz tutaj i sprzedajesz ukochane rzeczy, bo najwyraźniej nie masz za co żyć. Pewnie wydałaś pieniądze na operację, zamiast dalej walczyć o marzenia.

Cisza.

Otaczała mnie ogłuszająca cisza.

A potem w mojej głowie pojawił się jakiś przenikliwy dźwięk. Narastał z każdą chwilą, aż w końcu nie słyszałam już nic innego. Czułam tylko drżenie rąk, pulsowanie krwi w skroniach i płomień, który wypełzł mi na policzki.