Dream again

Tekst
Z serii: Begin Again #5
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Dream Again

Redakcja: Dorota Matejczyk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: ZERO Werbeagentur GmbH

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2020 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-905-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

SPIS TREŚCI

Playlista

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

Epilog

Podziękowania

Polecamy

Moim czytelnikom,

bez których nic nie byłoby możliwe

d r e a m a g a i n p l a y l i s t a

Ghost Of You – 5 Seconds of Summer

Want You Back – 5 Seconds of Summer

Easier – 5 Seconds of Summer

Think About Us – Little Mix

Forget You Not – Little Mix

Gimme – Banks

Till Now – Banks

What A Time (feat. Niall Horan) – Julia Michaels

So Far Away – Agust D, SURAN

Don’t Throw It Away – Jonas Brothers

Vulnerable – Selena Gomez

Too Young – Louis Tomlinson

Falling – Harry Styles

Adore You – Harry Styles

The Archer – Taylor Swift

Afterglow – Taylor Swift

Don’t Give Up On Me – Andy Grammer

How Do You Sleep – Sam Smith

Entertainer – ZAYN

You Send Me – Sam Cooke

1

Nienawidzę zimy i wszystkiego, co się z nią wiąże – chłodu i śniegu, dziesięciu warstw ubrań na sobie, szalików i czapek, od których elektryzują się włosy. Jeśli o mnie chodzi, lato mogłoby trwać cały rok. Im cieplej, tym jestem szczęśliwsza.

I dlatego w tamtej chwili było mi bardzo, bardzo źle.

Pod koniec stycznia w Woodshill, w Oregonie, wszystko pokrywał śnieg. A ja nie dość, że nienawidzę zimy, to musiałam jeszcze na piechotę wędrować przez pół miasta, taszcząc torbę podróżną, plecak i walizkę.

Jude, nie ma sensu, żebym po ciebie wychodził, stwierdził mój durny brat. Z dworca jest do mnie zaledwie dziesięć minut.

Dziesięć minut, jasne. Od ponad pół godziny brnęłam w błotnistej mazi. Buty przemokły mi zupełnie, dłonie i uszy przemarzły, a jeśli wierzyć wskazówkom nawigacji w telefonie, czekało mnie drugie tyle marszu, zanim dotrę do celu.

W nagłym odruchu zdecydowałam, że czas na chwilę przerwy, i weszłam do kafejki na rogu ulicy. Jakiś typ przyglądał mi się dziwnie, gdy przepychałam mój bagaż przez próg i przy okazji głośno zaklęłam. Odwzajemniłam jego spojrzenie z taką miną, że szybko odwrócił wzrok, minął mnie i zniknął na dworze.

Zazwyczaj nie jestem taka agresywna. Ale zazwyczaj nie jestem też na nogach przez dwadzieścia cztery godziny, podróżując ze stanu do stanu, wioząc ze sobą niewiele poza osobistymi drobiazgami i skorupami strzaskanych marzeń.

Głośno pociągnęłam nosem i podeszłam do kontuaru. Odruchowo założyłam za ucho piaskowoblond kosmyk, który wysunął się spod grubej wełnianej czapki.

– Co podać? – Baristka uśmiechnęła się miło.

Była pierwszą osobą od wielu dni, która odnosiła się do mnie z sympatią. Najchętniej rzuciłabym się jej na szyję.

– Karmelowe macchiato XXL z mnóstwem syropu i bitej śmietany i odrobiną sympatii, jeżeli to możliwe.

Zamrugała szybko.

– Oczywiście, już się robi – zapewniła i odpowiednio oznaczyła kubek.

Ściągnęłam zębami wełnianą rękawiczkę i sięgnęłam do tylnej kieszeni spodni po ostatnie zasoby gotówki.

Miałam zaledwie dwa i pół dolara.

Skrzywiłam się i położyłam pieniądze na ladzie.

– To zapewne nie wystarczy? – Cały czas trzymałam rękawiczkę w zębach, więc niełatwo było mnie zrozumieć.

– Nie, ale przyjmujemy karty kredytowe. – Ruchem głowy wskazała małe urządzenie. Zdawało się ze mnie kpić mrugającą diodą.

– Niestety, nie mam karty przy sobie – skłamałam. Rękawiczka wypadła mi z ust na podłogę.

– W takim razie obawiam się, że z kawy nici. – Baristka uniosła kąciki ust we współczującym uśmiechu. Zawiodłam się na niej.

Schyliłam się po rękawiczkę. W tym momencie torba podróżna zsunęła mi się z ramienia i zarazem wyrwała sporo włosów. Znowu zaklęłam.

– Ja zapłacę – usłyszałam za sobą.

Odwróciłam się i stanęłam naprzeciwko ładnej dziewczyny. Miała na głowie beżową czapeczkę, spod której wysuwały się falujące ciemne włosy. Jej twarz przywodziła na myśl buzię elfa. Pozazdrościłam jej przejrzyście niebieskich oczu. Co prawda moje brązowe są w porządku, ale jej spojrzenie dosłownie przenikało człowieka na wylot. Na pewno potrafiła nim zahipnotyzować. Może zresztą akurat ćwiczyła na mnie, bo chwilę trwało, zanim skojarzyłam, co powiedziała.

– Serio? – upewniłam się.

– Tak – odparła i ponownie zwróciła się do baristki. – Dla mnie chai latte i czarna americano na wynos. Mam swoje kubki. – Uniosła dwa, które wyglądały, jakby zrobiono je z bambusa.

– Imię? – zapytała baristka, nagle znowu uosobienie uprzejmości.

– Everly. – Dziewczyna wyjęła kartę i przyłożyła do terminala. Pisnął cicho.

Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego dzieje się naprawdę. To chyba mój anioł stróż, dar od losu, rekompensata za beznadziejne ostatnie tygodnie.

– Zastanawiam się, czy mam cię uściskać, Everly – oznajmiłam. Powstrzymałam się z największym wysiłkiem.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Nie musisz. Po prostu następnym razem ty stawiasz.

– Ale w tym celu muszę wiedzieć nie tylko, jak się nazywasz, ale też mieć twój numer telefonu. Albo dodać cię na Facebooku. Albo na Instagramie – zauważyłam i sięgnęłam po telefon.

Everly wstrzymała oddech. Uśmiech znikł z jej twarzy. Nie pierwszy raz widziałam coś takiego. Zazwyczaj odnosiłam się do ludzi otwarcie, beztrosko, i tak właśnie wyglądali, gdy posunęłam się za daleko. Zastanawiałam się przez moment, czy przeprosić, ale Everly już myślała o czymś innym. Ciekawie przyglądała się mojej torbie podróżnej.

– Nie jesteś stąd, prawda?

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Nie, akurat przyjechałam z Kalifornii, gdzie, notabene, jest przyjemnie ciepło.

– Zawsze chciałam pojechać do Kalifornii.

W tym momencie nasze napoje były gotowe. Razem podeszłyśmy do kontuaru, na którym je postawiono. Ogarnęłam siebie i swój bagaż i wcisnęłam rękawiczkę do kieszeni płaszcza.

– Co cię sprowadza do Woodshill? – Everly ciekawie przekrzywiła głowę.

 

– Długa historia. – Westchnęłam głośno. – Odwiedzam brata.

Everly uśmiechnęła się.

– Co oznacza, że już tu kogoś znasz. Dobrze.

– Mój brat i jego kumple to nie są ludzie, z którymi chętnie spędzałabym czas, ale tak, masz rację. Dobrze, że nie muszę zaczynać zupełnie od zera – przyznałam i sięgnęłam po kubek.

Everly zastanawiała się przez chwilę, a potem wyciągnęła rękę.

– Daj komórkę.

Spełniłam jej prośbę. Wpisała coś i zwróciła mi telefon.

– Wbiłam ci mój numer. Żebyś mogła się zrewanżować za kawę.

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

– Możesz być pewna, że się odezwę, kiedy tylko jakoś się urządzę.

– Super. – Spojrzała na zegarek. – Muszę lecieć, chłopak na mnie czeka, a już i tak jestem spóźniona.

– Jasne, leć. I jeszcze raz dzięki za kawę. – Uniosłam kubek w toaście. Powtórzyła mój gest i wyszła na zewnątrz.

Upiłam spory łyk. Kawa była jeszcze za gorąca, ale smakowała cudownie i dodała mi sił, niezbędnych, by pokonać ostatni odcinek drogi do domu mojego brata.

W myślach wyzwałam go od najgorszych. Zapewne po prostu nie miał ochoty wyjść po mnie na dworzec. Ezra, podobnie jak rodzice, nie miał pojęcia, co się wydarzyło w Los Angeles. Wiedział tylko, że muszę chwilę odpocząć i nie mam dokąd pójść. Gdybym powiedziała mu prawdę, zapewne wsiadłby w pierwszy samolot i zabrał mnie stamtąd. Tego jednak nie chciałam. Nie chciałam jego współczucia, ale też wolałam, żeby nie wiedział, jak kolosalna była moja klęska. Więc przez telefon rzuciłam tylko kilka zdawkowych wymówek i skoncentrowałam się na tym, żeby wbić mu do głowy, żeby pod żadnym pozorem nie powiedział rodzicom, że już nie jestem w Kalifornii.

A teraz byłam tutaj, w jedynym miejscu, do którego mogłam się udać, nieważne, czy mi odpowiadało, czy nie. Z drugiej strony już zawarłam pierwszą znajomość. Wierzyłam w przeznaczenie i we wszystkim doszukiwałam się znaków, a spotkanie z Everly na pewno było znakiem.

Pieprzyć Los Angeles, pomyślałam, ciągnąc walizkę po głównej ulicy. Pieprzyć karierę aktorską, pieprzyć główne role i marzenia. Pieprzyć to wszystko.

Musiałam w kółko powtarzać tę mantrę, żeby w końcu dotarła do mojej podświadomości. Już raz mi się to udało, gdy moje pierwsze wielkie marzenie legło w gruzach.

Kierowałam się wskazówkami na wyświetlaczu telefonu i na kolejnym skrzyżowaniu skręciłam. Uliczka była węższa i spokojniejsza. Im dalej szłam, tym bielszy i bardziej puszysty stawał się śnieg, i zarazem tym gorzej szło mi się z bagażem.

Kiedy w końcu stanęłam przed szarym domkiem, który pasował do opisu Ezry, byłam przemoczona, przemarznięta i bez tchu. Czułam, że będę miała zakwasy w ramionach.

Mały ogródek przed domem całkowicie nikł pod śniegiem. Odgarnięto tylko wąską ścieżkę. Widziałam na niej ślady, od których serce zabiło mi szybciej.

Wyprostowałam się, poprawiłam torbę na ramieniu, a potem podeszłam do drzwi. Wtaszczyłam walizkę na schodki, strząsnęłam z siebie śnieg. Moja twarz była lodowata, ale pod puchową kurtką zaczęłam się pocić jak szalona. Cieszyłam się, że w końcu dotarłam do celu i miałam nadzieję, że zaraz wskoczę pod prysznic.

Zadzwoniłam do drzwi. Właściwie Ezra wiedział, że zjawię się mniej więcej o tej porze. Napisałam do niego, gdy tylko mój samolot wylądował w Portland, a także później, gdy wsiadłam do autobusu. Nie widziałam brata od Święta Dziękczynienia i bardzo się cieszyłam, że się spotkamy, nawet w takich okolicznościach.

W końcu usłyszałam kroki w korytarzu i ciche stukanie, którego nie potrafiłam w żaden sposób zaklasyfikować. Już miałam wspiąć się na palce i zajrzeć do środka przez mleczne szkło, gdy drzwi otworzyły się energicznie.

Gwałtownie zaczerpnęłam tchu.

Na to w ogóle nie byłam przygotowana. Ani na znajomy dreszcz, który mnie przeszył, ani na jego zielone spojrzenie, które odnalazło mój wzrok i w którym widziałam własne zdumienie.

Nie miałam innego wyjścia, patrzyłam mu w oczy i dostrzegałam wszystko na nowo: gęste, ciemne rzęsy, ostre rysy twarzy, cień zarostu na policzkach, którego dawniej tam nie było. Także brązowe włosy wyglądały inaczej. I tylko oczy ciągle były tak dobrze znajome, tak bliskie, że mój żołądek fiknął salto.

– Cześć, Blake – rzuciłam ochryple. Najwyraźniej po drodze straciłam panowanie nad głosem.

Wspierał się na kulach. Ale zanim zdążyłam wykrztusić choćby słowo pytania, co się stało, ściągnął brwi, a potem podniósł rękę i zatrzasnął mi drzwi przed nosem.

Wpatrywałam się w nie z niedowierzaniem i chwilę trwało, zanim otrząsnęłam się z osłupienia.

– Ej!

Jego kroki oddalały się, podobnie jak stukanie. Teraz już wiedziałam, że to odgłos kul.

– Blake, ja tu zamarznę. Otwórz te cholerne drzwi! – zawołałam.

Zero reakcji.

– Mam zadzwonić do Ezry i powiedzieć mu, że zostawiłeś mnie samą na zimnie?

Coraz głośniejsze stukanie. Chwilę później Blake otworzył drzwi i obdarzył mnie tym samym ponurym spojrzeniem, co kilka chwil wcześniej.

– Zawsze byłaś nieznośna.

Ups.

To były pierwsze słowa, które usłyszałam z jego ust po ponad roku. Przyznaję, trochę zabolało. Z drugiej strony wiedziałam, że sobie na to zasłużyłam.

Chciałam coś powiedzieć, on jednak odwrócił się na pięcie i pokuśtykał w głąb domu. Z westchnieniem dźwignęłam walizkę i wniosłam ją, podobnie jak torbę podróżną, do przedpokoju. Ściągnęłam zimowe ciuchy, kurtkę rzuciłam na bagaże. I dopiero wtedy poszłam za Blakiem w kierunku saloniku. Do tej pory widziałam to wnętrze tylko przez kamerkę telefonu, podczas rozmowy z Ezrą. W rzeczywistości domek, który mój brat zajmował z kumplami z drużyny, wyglądał zupełnie inaczej. No i wypełniał go charakterystyczny zapach mojego brata i Blake’a. Mój żołądek ścisnął się znajomo.

– Co ci się stało w nogę?

Blake usiadł na czarnej skórzanej kanapie, niedbale rzucił kulę na ziemię i wbił wzrok w telewizor zawieszony na przeciwległej ścianie. Bez słowa sięgnął po kontroler i wrócił do przerwanej gry.

Stłumiłam uśmiech. Dawniej grał w te wszystkie gry NBA razem z Ezrą. Ciągle z ich powodu skakali sobie do gardeł i musiałam interweniować i zaprowadzać pokój.

Uważnie przyjrzałam się szerokiej metalowej szynie widocznej na szarych spodniach od dresu. Ciągnęła się od połowy łydki po udo.

– Kontuzja podczas gry? – zapytałam znowu.

Blake zachowywał się, jakbym nie istniała. Jak opętany wciskał guziki na kontrolerze. To także boleśnie przypominało przeszłość.

Wzięłam się w garść i odepchnęłam od siebie te wspomnienia, tak samo jak wszystkie inne. W odsuwaniu nieprzyjemnych wspomnień jestem naprawdę dobra. Usiadłam na kanapie, możliwie najdalej od niego, i przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę.

– Ezry nie ma w domu? Mówiłam mu, kiedy przyjadę.

– Po co tu przyjechałaś, Jude? – Blake nie odrywał wzroku od ekranu.

Jego głos był ochrypły i niski, tak jak to zapamiętałam. Znowu przeszedł mnie dreszcz. Pewnie z zimna.

– Ezra nie wspominał, że przyjadę?

– Zaprotestowałbym, gdybym wiedział.

Zacisnęłam zęby. A więc brat mnie okłamał, gdy zapewniał, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli chwilowo się u niego zatrzymam. Cholerny świat. Nie miałam pieniędzy, by poszukać czegoś innego, ale z drugiej strony nie chciałam rozdrapywać starych ran, wprowadzając się wbrew woli Blake’a. Ezra zaklinał się, że wszyscy się zgodzili, a ja ślepo mu uwierzyłam.

– Właściwie chciałam tu trochę posiedzieć – zaczęłam niespokojnie.

Blake zatrzymał grę, ale nadal na mnie nie patrzył.

– Jak długo?

– Jakiś czas, chwilowo. Poszukam pracy i…

– Jak długo? – Wpadł mi w słowo.

Zagryzłam wargi. Powoli traciłam cierpliwość, ale za wszelką cenę starałam się zachować spokój. To nasze pierwsze spotkanie od wieków, a niełatwo zapomnieć o wszystkim, co się między nami wydarzyło. Ezra opowiadał mi o pierwszym semestrze, gdy Blake ciągle trenował, szalał na parkiecie do utraty sił. Opowiadał mi także o niezliczonych dziewczynach, zazwyczaj bardziej szczegółowo, niżbym tego chciała.

– Na razie nie wiem, Blake – odparłam po dłuższej chwili.

Spiął się cały, gdy wypowiedziałam jego imię. Wstał gwałtownie i głośno zaklął z bólu.

Poderwałam się na równe nogi.

– Poczekaj, pomogę ci – rzuciłam pośpiesznie i chciałam podnieść kulę z podłogi, on jednak powstrzymał mnie ruchem dłoni.

Schylił się sam, choć nie udało mu się ani za pierwszym, ani za drugim razem. Kiedy wreszcie ją podniósł, stanął przede mną i patrzył z góry.

Prawie zapomniałam, jaki jest wysoki.

– Żeby wszystko było jasne, nie chcę, żebyś tu mieszkała. Byłoby lepiej, gdybyś jak najszybciej poszukała sobie innego miejsca.

Przyjemny właściwie dreszcz zastąpił teraz ból. Z trudem przełknęłam ślinę i zastanawiałam się, co odpowiedzieć, Blake jednak minął mnie i pokuśtykał w kierunku przedpokoju. Patrzyłam na niego, gdy pokonywał pierwszy stopień, z dłonią na poręczy, z kulą pod pachą.

Wyraz jego oczu był znajomy, ale cała reszta się zmieniła. To był zimny, złamany mężczyzna, który w niczym nie przypominał pogodnego chłopaka, który był moją pierwszą wielką miłością.

Wiedziałam doskonale, że to wszystko moja wina.

2

SZEŚĆ LAT WCZEŚNIEJ

Piłka uderzyła w szybę, ja jednak nadal nakładałam farbę. Mama pozwoliła mi tylko na dwa pasemka, ale ponieważ Ezra ciągle trafiał w okno łazienki dla gości zamiast w swój durny kosz, farba była już wszędzie, nawet na mojej twarzy, że o włosach nie wspomnę.

Zabierałam się właśnie do drugiego kosmyka, gdy piłka znowu trafiła w szybę, a farba znowu rozprysła się na wszystkie strony, bo wzdrygnęłam się gwałtownie. Krzyknęłam ze złości, podbiegłam do okna, otworzyłam je z rozmachem.

– Mama cię zabije, jeżeli rozwalisz jeszcze jedną szybę – wrzasnęłam.

– Sorry – odpowiedział głos, który nie należał bynajmniej do mojego brata. – Moja wina.

Blake trzymał piłkę pod pachą i patrzył na mnie błagalnym wzrokiem.

Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale słowa utkwiły mi w gardle. Dosłownie. Wydobyłam z siebie tylko ochrypły pomruk, w jego oczach pojawiło się rozbawienie.

Znałam Blake’a właściwie całe moje życie, a jednak w tamtej chwili nie mogłam oderwać od niego wzroku. A tym bardziej zamknąć okna. Był zbyt piękny.

Faceci nie powinni być tacy przystojni.

W przeciwieństwie do mojego brata (a także, ku mojej rozpaczy, i mnie), Blake nie miał pryszczy. Lato rozjaśniło mu końcówki włosów, ozłociło skórę. Nie widziałam go zaledwie kilka tygodni, a jednak się zmienił. A może zmieniło się coś we mnie. Po raz pierwszy, odkąd się znaliśmy, nie mogłam przestać na niego patrzeć.

Pot lśnił na jego grdyce. Nagle do mnie dotarło, że w ciągu ostatnich miesięcy znowu urósł. Kiedy Blake i jego mama wprowadzili się do domu po sąsiedzku, był ode mnie zaledwie kilka centymetrów wyższy. Tymczasem teraz po prostu wystrzelił w górę. Choć byłam w środku, a nasz dom miał fundamenty, nie musiał nawet odchylać głowy do tyłu, żeby na mnie patrzeć.

Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Wyciągnął rękę i starł mi z nosa odrobinę farby.

Roztarł ją między palcami.

– Słodko wyglądasz, Jude.

Z perspektywy czasu wiem, że to był właśnie ten moment. Ten przepraszający, delikatny uśmiech i niewinny dotyk wystarczyły.

Coś we mnie wezbrało, wypełniło mnie całą ciepłem.

W moim żołądku ktoś wypuścił stado świetlików. Latały jak oszalałe, do tej pory nigdy czegoś takiego nie czułam.

– Jeszcze raz przepraszam za okno. Będę bardziej uważał.

– Nie ma sprawy – wychrypiałam.

A potem zamknęłam okno i przycisnęłam dłoń do brzucha. Łaskotanie nie ustawało.

Nie mam pojęcia, jak długo siedziałam na kanapie. W pewnym momencie sięgnęłam po pada i dograłam grę Blake’a do końca, choć myślami byłam gdzie indziej. Koszykarze biegali po boisku bez celu, poziom był dla mnie zdecydowanie za wysoki. Przegrałam dramatycznie, ale nic mnie to nie obchodziło.

Ezra zataił przed Blakiem moją obecność w Woodshill, a przede mną ukrywał fakt, że Blake mnie nienawidzi. Wydawało mi się, że potrzeba tylko trochę czasu, byśmy o sobie zapomnieli i zostawili przeszłość za sobą. Ale wystarczyło jedno spojrzenie, bym zrozumiała, że to tak nie działa.

Niech to szlag!

Jego widok sprawił mi ból. Jego słowa raniły. Chciałam pobiec do niego na górę, porozmawiać. Jednocześnie wiedziałam, że to niemożliwe. Blake i ja to Historia Bez Happy Endu, a już na pewno nie historia, którą chciałabym przeżyć jeszcze raz. Tym bardziej nie z tym całym balastem, który przytaszczyłam ze sobą z Los Angeles.

 

Głupio zrobiłam, prosząc brata o pomoc. A jeszcze głupiej postąpiłam, łudząc się, że Blake naprawdę zgodził się, żebym tu zamieszkała.

Zanim całkiem się zaplątałam w tych myślach, usłyszałam, że otwierają się drzwi wejściowe. Po chwili dobiegł mnie głos Ezry.

Nie zatrzymując gry, cisnęłam kontroler na bok i pobiegłam do przedpokoju. Nie pozwoliłam bratu nawet wejść do domu, od razu rzuciłam mu się na szyję. Co prawda jeszcze przed chwilą byłam na niego wściekła, ale nie mogłam inaczej. Tęskniłam za nim, był jedyną osobą, której widok był dla mnie jak powrót do domu. Uściskałam go z całej siły.

– Zaraz się uduszę – sapnął, ale i tak objął mnie i przyciągnął do siebie. Na chwilę zamknęłam oczy.

Ezra poluzował uścisk, patrzył na mnie z góry bardzo uważnie.

Znałam to spojrzenie. Ezra miał swego rodzaju szósty zmysł. Nigdy nie był szczególnie rozmowny, ale miał niezwykłą empatię. Zawsze wiedział, gdy coś było u mnie nie tak. I dlatego w tym momencie ze wszystkich sił starałam się niczego po sobie nie pokazać, gorączkowo szukałam czegoś, co odwróciłoby jego uwagę.

Na szczęście nie musiałam długo szukać. Z całej siły uderzyłam go w bark.

– Za to, że powiedziałeś, że z dworca idzie się do was dziesięć minut.

W odpowiedzi uniósł brew.

– Ja naprawdę idę tu dziesięć minut.

– Może, jeżeli idziesz bez bagażu, masz dwumetrowe nogi i poruszasz się z prędkością światła.

– Przesadzasz, Racuszku.

Skrzywiłam się. Nienawidzę tego przezwiska, o czym doskonale wie.

– Zajęło mi to prawie godzinę.

– Nic dziwnego – mruknął mój brat patrząc na moje bagaże. – Właściwie jak długo chcesz tu zostać?

Otworzyłam usta i zaraz znowu je zamknęłam. W końcu tylko wzruszyłam ramionami. Moja kariera legła w gruzach, zanim w ogóle na dobre się zaczęła, ale nie byłam jeszcze gotowa, by teraz o tym opowiadać. A już na pewno nie w obecności jego dwóch pozostałych współlokatorów, którzy weszli razem z nim i teraz mierzyli mnie wzrokiem z takimi minami, jakby nigdy dotąd nie widzieli dziewczyny. Ten po lewej miał krótkie, kręcone włosy, czekoladową skórę i kanciaste rysy, jakby wykute w kamieniu. Ten po prawej odgarnął z czoła wilgotne włosy i przyglądał mi się spod zmrużonych powiek. Obaj byli przystojni, ale ten drugi był tego bardziej świadomy, co zdradzał jego uśmieszek.

– Ty zapewne jesteś Cam – odezwałam się i wyciągnęłam do niego rękę. Uścisnął ją szybko. Spojrzałam w lewo. – A ty Otis.

– Ezra o nas opowiadał? – domyślił się.

– Owszem.

– Mam nadzieję, że same dobre rzeczy – odezwał się Cam. Przeczesał włosy palcami, uśmiechnął się odrobinę szerzej. Podrywacz, bez dwóch zdań. Dobrze, że przez ostatnie półtora roku poznałam tylu takich typów, że jestem na nich uodporniona.

Brat objął mnie ramieniem, pochylił się.

– Lepiej trzymaj się od niego z daleka. – Chwycił moją walizkę, torbę podróżną zarzucił sobie na ramię. Sięgnęłam po plecak. – Chodź, pokażę ci pokój gościnny.

Skinęłam chłopakom głową, a potem Ezra poprowadził mnie korytarzem. Zatrzymał się przy pokoju koło schodów. Otworzył drzwi. Byłam tuż za nim, gdy wchodził do środka.

Gołe, kremowe ściany. Umeblowanie składało się z małego biureczka i monitora, krzesła, i łóżka przy przeciwległej ścianie. Kolejne drzwi prowadziły z pokoju na werandę i dalej, do ogrodu, teraz zasypanego śniegiem.

– To od tej chwili twoje królestwo. Udało mi się tylko zmienić pościel – zaczął Ezra i podrapał się w szyję. – Właściwie chciałem wynieść biurko i monitor do piwnicy, ale nie zdążyłem. Dałaś mi bardzo mało czasu.

Wystarczająco dobrze znam brata, by wyczytać niezadane pytania między wierszami.

Postawiłam plecak obok walizki i torby podróżnej, wbiłam wzrok w brązową wykładzinę, poruszyłam palcami u nóg.

– Mówiłeś, że pozostali nie będą mieli nic przeciwko temu, jeżeli się tu zatrzymam – zaczęłam powoli.

– I tak jest.

Spojrzałam na niego. Odsunął krzesło od biurka, usiadł. Włosy już mu wyschły, podkręcały się na końcach. Były takie same jak moje. Ludzie zawsze mówili, że jesteśmy jak skóra ściągnięta z mamy, ale kto się dobrze przyjrzał, dostrzegał wyrazisty nos i szeroki podbródek naszego ojca.

– Blake nie sprawiał wrażenia, jakby był zachwycony faktem, że z wami zamieszkam.

Ezra żachnął się.

– Od wypadku Blake niczym nie jest zachwycony.

Miałam pytania, mnóstwo pytań, ale od naszego rozstania nauczyłam się zaciskać usta ze wszystkich sił, ilekroć rozmowa zmierzała w kierunku Blake’a. Z jednej strony nie chciałam wiedzieć, co się z nim stało, z drugiej – umierałam z ciekawości. Ezra zapewne to widział, ale milczał.

Odchrząknęłam.

– Nie przyjechałabym, gdybym miała inne wyjście.

– Wiem. – Ezra przewiercał mnie wzrokiem, ale byłam twarda. Jeżeli w czymś byliśmy naprawdę dobrzy, to my, Livingstonowie, potrafiliśmy zachować nasze tajemnice dla siebie. Ezra opanował tę sztukę już w dzieciństwie, ja dopiero ją doskonaliłam.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę. Kiedy zrobiło się nieprzyjemnie, wstał, wytarł dłonie o spodnie od dresu.

– Dam ci teraz odpocząć. Później będziemy z chłopakami coś gotować, wtedy poznacie się lepiej.

Skinęłam głową, wdzięczna, że zostawia mi wolną przestrzeń. Miałam w głowie gonitwę myśli, kolejne problemy stawały mi przed oczami: Blake, wspólna przeszłość, Los Angeles, mądre spojrzenie Ezry, rodzice, znowu Blake…

– Pogadam z nim jeszcze raz – zapewnił Ezra, jakby czytał w moich myślach. Wbił ręce w kieszenie spodni, a potem minął mnie i wyszedł z pokoju.

Głośno wypuściłam powietrze z płuc. Jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w białe drzwi pokoju gościnnego i oddychałam głęboko, żeby wziąć się w garść. Z każdym oddechem wydawało mi się, że tracę resztki sił. Jakby moje ciało dopiero teraz rozumiało, jak bardzo stresujące były minione dni. Ręce i nogi ciążyły mi trzy razy bardziej niż zwykle, barki bolały po napięciu związanym z podróżą i dźwiganiu bagażu.

Ostatkiem sił podeszłam do łóżka i osunęłam się na niebieską pościel. Otoczył mnie obcy zapach. Ciągle byłam spięta, choć powieki paliły ze zmęczenia.

Sięgnęłam po komórkę. Serce waliło mi jak oszalałe, gdy odblokowałam wyświetlacz i przeglądałam z duszą na ramieniu wiadomości w mediach społecznościowych. Każda kolejna linijka budziła we mnie niepokój. Jednak zdjęcia, na których mnie oznaczono, to były tylko screenshoty z ulubionych scen z Twisted Rose i memy, którymi ludzie wyrażali nadzieję, że serial będzie kontynuowany. Nic więcej.

Odetchnęłam z ulgą. A potem zablokowałam telefon i położyłam na parapecie przy łóżku.

Splotłam dłonie na brzuchu i wpatrywałam się w sufit. Zastanawiałam się, czy pokój Blake’a jest tuż nade mną. Co teraz robi? Złapałam się na tym, że chcę znowu sięgnąć po telefon, żeby poszukać w internecie informacji o jego wypadku. Jednak odkąd wyjechałam, nie pozwalałam sobie na to i nie chciałam znów zaczynać tylko dlatego, że teraz dzieli nas jedno piętro, a nie tysiąc kilometrów.

Ukryłam twarz w dłoniach, jakby to mogło powstrzymać gonitwę myśli. A naprawdę tego chciałam. Naprawdę. Teraz, gdy tu byłam, wreszcie mogłabym przez chwilę nie myśleć. Jednak im bardziej chciałam się do tego przymusić, tym więcej błędów mi się przypominało. Nie byłam w stanie nad tym zapanować.

– Możesz rozgnieść awokado – zaproponował Otis i przysunął mi deskę do krojenia.

Staliśmy w dużej przestrzennej kuchni, ja po jednej stronie wąskiego kontuaru, Otis, Cam i Ezra po drugiej, koło lodówki, z której wyjmowali różne warzywa i mielone mięso.

– Papryka to twoja działka – rzucił Otis i wręczył Ezrze żółte warzywo, jakby podawał mu puchar. Camowi podał tacos, a sam zabrał się do cebuli i czosnku. Posiekał połowę i wsypał do mojej miseczki na guacamole. Reszta trafiła na patelnię. Ja tymczasem rozgniatałam awokado. Po kilku minutach Otis odwrócił się w moją stronę ze szpatułką w dłoni.

– Wspominałaś, że Ezra dużo o nas opowiadał.

– Niczego nie opowiadałem. Wszystko ze mnie wyciągnęła – uściślił mój brat.

Wzruszyłam ramionami.

– Nigdy nie byłeś specjalnie rozmowny, więc czasami trzeba cię przycisnąć.

– Zmierzam do czegoś innego – zauważył Otis i podobnie pochylił się nad patelnią. – Ty już coś o nas wiesz, ale my o tobie właściwie nic.

Cały czas atakowałam widelcem zieloną breję, choć awokado były już wystarczająco rozgniecione. Odłożyłam sztuciec i gorączkowo zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu limonki.

– Przyjechałam z Los Angeles, gdzie pracowałam jako aktorka – odparłam i nieco bardziej energicznie, niż wymagała tego sytuacja, wycisnęłam sok do miseczki.

– Serio? – Cam zerknął na mnie przez ramię.

Mieszałam zieloną papkę z sokiem, czosnkiem i cebulą. Mruknęłam twierdząco.

– Gdzie grałaś? W teatrze, w filmie czy telewizji? – Cam nie dawał za wygraną.

– Wszędzie po trochu, ale najwięcej w telewizji. – Chciało mi się śmiać, kiedy to mówiłam, choć właśnie tym zajmowałam się przez minione lata. Nie żebym odnosiła jakieś szczególne sukcesy.

– Kiedy miała siedemnaście lat, dostała główną rolę w serialu i wyjechała do Los Angeles w tym samym czasie, gdy ja przyjechałem do Woodshill. – Brat nie patrzył na mnie, gdy przekładał drobno posiekaną paprykę do miseczki.

– Super. Jakiś znany serial?

Wzruszyłam ramionami.

– Bo ja wiem? Kryminalny z elementami nadprzyrodzonymi, o grupie nastolatków, która rozwiązuje sprawy zagadkowych morderstw. Nazywał się Twisted Rose.

Miny Cama i Otisa zdradzały, że nie mają pojęcia, o czym mówię.

– Ezra! – sapnął Cam po dłuższej chwili z wyrzutem i tym samym potwierdził moje podejrzenia. – Dlaczego nigdy razem nie oglądaliśmy serialu, w którym występuje twoja młodsza siostra?

Ezra, niewzruszony, tylko uniósł brew.

– Oglądałem u siebie, bo wy ciągle gadacie.

Teraz na twarzy Cama oburzenie ustąpiło komicznej urazie. Chciało mi się śmiać. Zbyłam to machnięciem ręki.

– Spoko, serial i tak zakończono, zanim zdążył stać się naprawdę popularny.

– Na pewno byłaś super – stwierdził Cam. – Muszę poszperać w Internecie, czy gdzieś nie znajdzie się tych odcinków.

– Zaraz, zaraz – wtrącił się Otis, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Przyglądał mi się ze zdumieniem. – To oznacza, że wyprowadziłaś się z domu, kiedy miałaś siedemnaście lat, a potem… – Szukał odpowiednich słów.

– A potem straciłam tę pierwszą pracę.

Ciągle cierpiałam na myśl o zakończeniu serialu Twisted Rose. Rola chaotycznej, zabawnej Sadie Nelson była jak dla mnie stworzona. Do dziś pamiętam, jak przed castingiem umierałam z podniecenia. Ezra i rodzice przyjechali ze mną do Los Angeles. Po wszystkim poszliśmy na kolację. Kilka dni później okazało się, że dostałam tę rolę, i z płaczem rzuciłam się rodzicom na szyję. Wspierali mnie we wszystkim. Podczas rozmów w szkole, kiedy zdecydowaliśmy, że mogę ukończyć szkołę średnią trochę później. Podczas analizowania kontraktu z agentem, podczas poszukiwania mieszkania, gdy noc po nocy w kółko przeliczaliśmy pieniądze…

– Fatalnie. – Głos Cama wyrwał mnie z zadumy.

– Później utrzymywałam się z mniejszych rólek – ciągnęłam i starałam się sprawiać wrażenie, że tak to po prostu działa w tamtym świecie. – Byłam statystką na planie wielu seriali, dostałam też małą gościnną rolę w kilku odcinkach serialu dla nastolatków. Zeszłego lata dostałam angaż w teatrze. To też było super.

– Dawniej zawsze powtarzałaś, że nawet końmi nie zaciągną cię do teatru.

Znieruchomiałam.

Odwróciłam się powoli. Blake stał w progu kuchni i przyglądał mi się. Patrzył na mnie równie zimnym wzrokiem jak kilka godzin temu, gdy przyjechałam, ale tym razem naprawdę mnie dostrzegał. Lustrował mnie wzrokiem od stóp do głów. Jakby dopiero teraz do niego docierało, że naprawdę tu jestem i że nie zniknę. Kiedy dotarł wzrokiem do mojej twarzy, ledwie zauważalnie zmarszczył czoło.