Begin Again

Tekst
Z serii: Begin Again #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Obudziło mnie nieprzyjemne uczucie. Właściwie chciałam się wyspać, ale z tego najwyraźniej nici.

Było chyba bardzo wcześnie. Powieki odmawiały mi posłuszeństwa. Mruknęłam pod nosem i naciągnęłam kołdrę na głowę.

Znieruchomiałam, gdy usłyszałam jakiś dźwięk w pokoju. Powolutku uchyliłam kołdrę i zamrugałam nagle, oślepiona słońcem, które świeciło mi prosto w oczy.

Kaden siedział w moim pokoju, a konkretnie rozsiadł się na krześle przy biurku, kładąc nogi na blacie. Przyglądał mi się z niewzruszonym spokojem, jakby fakt, że obserwuje mnie, kiedy śpię, to najnormalniejsza sprawa na świecie.

– Dzień dobry, słoneczko. – Jego głos ociekał ironią. Najchętniej rzuciłabym w niego czymś ciężkim.

Zaledwie kilka godzin temu brał udział w imprezie, więc zapewne spał jeszcze mniej niż ja. Jakim cudem może teraz tak dobrze wyglądać?

– Kawa – westchnęłam w poduszkę. – Allie bez kawy nie gada.

Zaskoczyło mnie rozbawienie na jego twarzy, kiedy na mnie patrzył. Do tej pory zawsze wyglądał jak chmura gradowa. Albo jakby pił sok z cytryny. Ale w tej chwili wydawał się najzwyczajniej w świecie rozbawiony. Po wczorajszym wieczorze spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego.

– Kto by pomyślał, że akurat ty jesteś taką sową.

– Cóż, może byś o tym wiedział, gdybyś przeprowadził ze mną normalną rozmowę kwalifikacyjną – prychnęłam. Usiadłam, pilnując, żeby kołdra okrywała mnie po szyję. Aż za dobrze wiedziałam, jakie podstępne bywają koszulki z koronką, i to nawet przy tak marnym biuście, jak mój.

– Kawa w kuchni. Zaparzyłem też dla ciebie.

Przyglądałam mu się podejrzliwie. Czy to sen? Bo niby dlaczego był taki miły? Coś tu było nie tak, ale pokusa życiodajnego eliksiru była silniejsza niż chęć poznania jego zamiarów, więc poprawiłam koszulkę i wstałam. Rozglądałam się w poszukiwaniu swetra.

– Masz! – Kaden rzucił mi szary kłębek. Trafił mnie nim prosto w twarz. – No już, obudź się!

– Niby dlaczego? – sapnęłam. Zanim wyszłam z pokoju, znów spojrzałam na swojego współlokatora. Skrzyżował ręce za głową i lustrował mnie wzrokiem.

– Mamy dzisiaj pewne plany. – Nie wiedziałam, jak interpretować nutę w jego niskim głosie. Ale było za wcześnie, byłam zbyt zmęczona, by szukać rozwiązania zagadki.

Kręcąc głową, weszłam do kuchni. Zauważyłam po drodze, że w mieszkaniu już panował porządek i nigdzie nie było śladu po nocnym szaleństwie, za to powietrze przesycał zapach środków czyszczących. Oraz cudowny aromat świeżo parzonej kawy.

W przeciwieństwie do Moniki, która wczoraj musiała wspinać się na palce, stosunkowo łatwo sięgałam do wiszących kuchennych szafek.

Chwyciłam największą filiżankę, która wpadła mi w ręce, nalałam sobie kawy po brzegi i podeszłam do lodówki po mleko, ale wtedy przypomniałam sobie, że w biurku mam coś o wiele lepszego. Z filiżanką w dłoni wróciłam do siebie. Nie zwracając uwagi na współlokatora, który nadal siedział na moim krześle, pochyliłam się i wysunęłam najniższą szufladę. Kątem oka widziałam, jak Kaden marszczy czoło.

– Spokojnie – mruknęłam. – Nie chcę ci… Chwała Panu! – Z tryumfalnym uśmiechem wyjęłam śmietankę w proszku z najdalszego zakątka półki, oderwałam folię i wsypałam sporą porcję do kawy. Powietrze wypełnił aromat mięty.

– Chyba nie wsypałaś do kawy gipsu o zapachu mięty – stwierdził z obrzydzeniem. Pochylił się, wyjął mi buteleczkę z dłoni. – Co za paskudztwo.

– Nie znasz się – stwierdziłam i upiłam spory haust. Westchnęłam z rozkoszą. – Smakuje jak czekoladki After Eight. Chcesz spróbować?

Skrzywił się, studiując napis na opakowaniu.

– Wielkie dzięki – powiedział i odstawił je na biurko, tak daleko od siebie, jak to było możliwe.

Wzruszyłam ramionami i skoncentrowałam na kawie.

– To kolejna z rzeczy, o których mogłabym ci powiedzieć, gdybyś dał mi szansę.

– Masz jeszcze jakieś nawyki, o których dowiem się poniewczasie? – Przyglądał mi się badawczo, pochylił się, oparł łokcie na udach.

Teraz, kiedy wreszcie w pełni się obudziłam, poczułam, jak przyjemnie pachniał. Jego korzenny żel pod prysznic komponował się idealnie z mieszanką wanilii i mięty w moim pokoju. Cudownie.

Jego włosy były jeszcze wilgotne i nieułożone i nagle poczułam dziwną ochotę, by wpleść w nie palce.

– Poza zaburzonym zmysłem smaku i zapachu. – Wskazał głową najpierw moje świece zapachowe, potem kawę.

Zastanawiałam się przez chwilę, a potem pochyliłam nad biurkiem.

– Uwielbiam Taylor Swift i znam wszystkie jej piosenki na pamięć, z kilkoma wyjątkami, i bardzo chętnie śpiewam je na całe gardło pod prysznicem. Uwielbiam seriale, wszelkiej maści. Odkąd przyjechałam do Woodshill, żywię się prawie wyłącznie fast foodem. W domu nie było mi wolno. Moja matka ma fioła na punkcie liczenia kalorii. No i marzę o kocie. Ale spokojnie – dodałam, widząc, że już otwiera usta, żeby zaprotestować. – Nie pozwolę sobie na zwierzaka, póki dzielę z kimś mieszkanie. Na razie zamiast kota wystarczy mi to. – Wskazałam miękki dywanik pod stopami, poruszyłam palcami. – Przypomina mi kota. Co jeszcze? Och, ilekroć oglądam smutny film, zaczynam ryczeć, i to całkiem nieświadomie. Co dowodzi mojej empatii…

Urwałam w połowie zdania, bo zobaczyłam wyraz jego twarzy. Przyglądał mi się z rozchylonymi ustami i widziałam, że trybiki w jego głowie kręcą się jak szalone.

– Co, znowu za dużo gadam? – zapytałam zrezygnowana. Oby się nie okazało, że wszystkie moje dziwactwa działają mu na nerwy i w tej chwili zastanawia się gorączkowo, jakim sposobem uda mu się mnie jak najszybciej pozbyć.

– Nie przejmuj się. – Kaden przejechał dłonią po twarzy i krótkich włosach na skroniach.

– Co działo się później na imprezie? – zapytałam, żeby zmienić temat.

Znowu oparł się nonszalancko i skrzyżował ręce na piersi. Odruchowo powędrowałam wzrokiem do jego tatuaży. Bardzo estetyczne, nie niechlujne, jak u tylu innych. Na prawym przedramieniu widniał napis, wykaligrafowany pięknym pismem. Niestety, z mojego miejsca widziałam go do góry nogami, więc nie bardzo mogłam go odczytać, widziałam jedynie, że to coś po angielsku. Lewy biceps otaczały kręgi, jedne szerokie, drugie tak wąskie, że niemal delikatne.

– Po waszym show atmosfera trochę siadła.

Zdenerwowana, oderwałam wzrok od tatuaży.

– O nie. Bardzo mi przykro. – Odstawiłam kawę i przeczesałam włosy palcami. Dawniej musiałam to zrobić kilkakrotnie, teraz wystarczył raz. I obyło się bez bólu. – Słuchaj, naprawdę nie chciałam dokuczyć twojej dziewczynie. Po prostu nie podobało mi się, jak zwracała się do Moniki i na prawo i lewo rzucała obelgami.

Wstrzymałam oddech, kiedy Kaden omiótł mnie spojrzeniem, a potem lekko pokręcił głową i podniósł głowę tak, że znowu patrzył mi w oczy.

– To nie jest moja dziewczyna. I mnie też się to nie podobało.

– Wiem i dlatego jest mi przykro. Mam za sobą ciężki tydzień, straciłam panowanie nad sobą, a do tego napiłam się wina i… – Urwałam nagle, zamrugałam szybko. – Słucham?

– Mnie też się nie podobało, jak się odzywała do Moniki. – Zamyślił się na chwilę, splótł ręce za głową. – Szczerze mówiąc, nie podoba mi się nic, co się wydobywa z jej ust, zdecydowanie wolę to wszystko, co tymi ustami potrafi zrobić…

Zakrztusiłam się kawą. Odrobina płynu wpadła z powrotem do filiżanki i prysnęła mi w oko.

– Jezu, Kaden!

Uśmiechnął się, zawadiacko, arogancko. Najchętniej wylałabym mu kawę na głowę.

– No co? Skoro razem mieszkamy, możemy o takich sprawach rozmawiać szczerze i otwarcie. Z Ethanem tak było.

Skrzywiłam się z obrzydzeniem.

– Nie, dzięki, nie mam ochoty. Przepraszam cię bardzo, ale muszę umyć sobie uszy.

– Masz bardzo sprośne myśli.

– Przecież to ty powiedziałeś o ustach.

Kaden uśmiechnął się krzywo.

– Ustami można robić wiele, nie tylko to, o czym myślisz. Można się też niewinnie całować, na przykład. Ale dobrze wiedzieć, co ci chodzi po głowie.

– Nic mi nie chodzi po głowie! – Mówiłam za szybko, a rumieniec na policzkach był karą za kłamstwa. – Wiesz co? Muszę umyć zęby – rzuciłam i odwróciłam się na pięcie w drodze do łazienki. Niedaleko zaszłam.

Kaden złapał mnie za nadgarstek i odwrócił. Jednym płynnym ruchem przyciągnął mnie do siebie, między swoje nogi. Potknęłam się i drugą ręką odruchowo chwyciłam się jego barku. Przez cienki materiał bawełnianej koszulki poczułam twarde mięśnie. Alleluja.

– Monica to jedyna znana mi osoba płci żeńskiej, którą mógłbym nazwać swoją przyjaciółką.

Uścisk na moim nadgarstku zelżał. W każdej chwili mogłam się uwolnić. Tylko że akurat teraz wcale tego nie chciałam. Kaden pachniał tak przyjemnie, że niemal zapomniałam, od kogo tak naprawdę dzieliły mnie zaledwie milimetry. Niemal.

– A zatem nie złamałaś żadnych zasad – mruknął i mnie puścił.

Zaskoczona, stałam w tym samym miejscu i przyglądałam mu się spod ściągniętych brwi.

– Chcesz powiedzieć, że wszystko jest w porządku?

Kaden uniósł brew.

– Cóż, tak bym tego nie określił. Właściwie nie.

– Właściwie – powtórzyłam i uśmiechnęłam się szeroko.

– Tylko się nie rozpędzaj, Alison.

Znieruchomiałam z głupim uśmiechem na twarzy. Odsunęłam się o krok. Skąd wiedział, że Allie to drobnienie od Alison? Niemożliwe przecież, żeby wiedział, jak naprawdę się nazywam… a może jednak?

– Skąd wiesz, że mam na imię Alison? – zapytałam. Jakby poprzedniej chwili między nami nigdy nie było. Kaden odsunął się z krzesłem i patrzył na mnie tym wzrokiem, który już tak dobrze znałam.

 

– Strzał. W sumie nie ma aż tylu możliwości.

– Och. – Odwróciłam się. – Naprawdę muszę do łazienki – rzuciłam jeszcze i wybiegłam z pokoju.

W łazience chciałam zamknąć za sobą drzwi, ale uświadomiłam sobie, że znowu nie było klucza w zamku. Z westchnieniem pochyliłam się nad umywalką i oparłam dłońmi o chłodną porcelanę. Oddychaj, Allie, wszystko jest w porządku. Nie sztuka dojść od Allie do Alison. A to przecież moje drugie imię, nawet nie pierwsze. Wszystko jest w porządku. Nie ma powodów do paniki.

Odetchnęłam jeszcze raz, a potem wyjęłam z kubka pastę do zębów i sięgnęłam po szczoteczkę. Akurat kiedy wsuwałam ją do ust, rozległo się pukanie do drzwi. Oczywiście Kaden wszedł, nie czekając na moje: proszę!

Miałam ochotę wrzeszczeć. A gdybym siedziała na klozecie? Zamiast tego jednak siliłam się na obojętność, gdy na niego spojrzałam i mruknęłam:

– Hm?

– Masz buty górskie? – zapytał, chwycił się framugi obiema rękami i lekko pochylił do przodu. Jezu, ależ on miał piękne ramiona. Zaprzeczyłam ruchem głowy i szorowałam zęby z większym zapałem, niż to konieczne, ale jakoś musiałam odreagować. – Kiepsko – mruknął.

Wyplułam pianę, starannie wypłukałam usta.

– Chcesz iść ze mną w góry?

Akurat wycierałam twarz ręcznikiem, więc materiał tłumił moje słowa.

– Mówiłaś, że sprowadziłaś się tutaj ze względu na widoki. Mógłbym ci pokazać parę miejsc.

Spojrzałam na niego podejrzliwie.

– Niby dlaczego?

Zdawałam sobie sprawę, że tego ranka zadałam mu to pytanie po raz dziesiąty, ale nie mieściło mi się w głowie, że wystarczyła jedna noc na taką transformację, z gburowatego dupka w znośnego współlokatora.

Kaden tylko wzruszył ramionami.

– Nie musisz. Jeśli wolisz, możesz dalej siedzieć tu i ryczeć.

O Boże, czyżby wczoraj słyszał moje małe załamanie nerwowe?

Uniósł brwi i zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Ściany są dość cienkie.

– Ja tylko… – zaczęłam, ale nie dał mi dokończyć.

– Mam w nosie, czemu ryczałaś. Zasada numer jeden – przypomniał. Zacisnęłam usta w wąską kreskę. No tak. – Ale jeśli chcesz się trochę rozejrzeć po Woodshill i naprawdę poznać okolicę, możesz jechać ze mną. Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.

Jakby wyczuwały, co się dzieje w mojej głowie, mięśnie uznały, że najwyższy czas dać o sobie znać.

– Jestem ledwo żywa po wczorajszym. – Przecisnęłam się obok Kadena i chciałam wrócić do siebie.

– W takiej sytuacji świeże powietrze sprawia cuda, uwierz mi – powiedział tuż za mną.

Odwróciłam się gwałtownie.

– Dobra, przekonałeś mnie. Ale wyjdź, kiedy będę się przebierała.

W jego oczach błysnęło rozbawienie.

– Może mógłbym ci pomóc.

– Zasada numer trzy, Kaden – przypomniałam mu i sama byłam zaskoczona, jak dobrze udało mi się naśladować jego ton. Może w końcu sam zauważy, jakie to wszystko bez sensu.

– Nie, chodziło mi o wybór ciuchów – odparł, puszczając żart mimo uszu. Minął mnie z marsem na czole, podszedł do szafki i lustrował wzrokiem moje buty, starannie ustawione w rządku. – Naprawdę nie masz żadnych górskich traperów?

– Nie. Dopiero kilka dni temu przyjechałam do Woodshill, a w Denver nie były mi potrzebne.

Uniósł jedną ze szpilek.

– Ale takich masz mnóstwo.

– Butów na obcasie nigdy za wiele.

– Pewnie wyglądają megaseksownie, ale domyślam się, że długo w nich nie wytrzymasz. – Odstawił szpilkę na miejsce. Teraz zajął się moimi butami sportowymi. To starocie, które wkładałam tylko na pilates. – Te muszą ci wystarczyć.

Postawił je przede mną i wyszedł z pokoju.

– Pospiesz się. Już pół godziny temu chciałem wyjechać.

Na moje szczęście nie widział, jak przewróciłam oczami. Z jednej strony to miło, że chciał mnie zabrać, z drugiej – już teraz jego władczy sposób bycia doprowadzał mnie do szału.

Mimo wszystko cieszyłam się w duchu, że w końcu zobaczę góry, znane mi dotychczas tylko z daleka albo z internetu. Szybko włożyłam dżinsy i bluzkę. Na koniec mocno zaciągnęłam sznurówki w sportowych butach i spakowałam torebkę.

Kiedy weszłam do saloniku, Kaden opierał się o kuchenny blat. Na mój widok uniósł brwi tak wysoko, że niemal nikły we włosach.

– Żartujesz sobie ze mnie? – zapytał z niedowierzaniem.

– Dlaczego? – Spojrzałam na siebie. Chyba nieźle to wyglądało?

– Bluza jest do niczego, podrze się, ledwie ją muśnie mała gałązka. W innych sytuacjach taki ciuch może się okazać bardzo praktyczny… – Na ułamek sekundy zsunął spojrzenie na mój biust. – Ale w góry się w ogóle nie nadaje.

I znowu te jego erotyczne podteksty. Oczywiście nie po raz pierwszy spotykałam się z czymś takim, jasne, ale z jego ust takie komentarze brzmiały zupełnie inaczej. Onieśmielało mnie to, może dlatego, że z Kadenem nigdy nie było wiadomo, na czym się stoi. Jak zareaguje? Fochem? Awanturą? Kawą? Flirtem?

W jego obecności byłam ciągle spięta, zbita z tropu i mogłam tylko mieć nadzieję, że z czasem się to zmieni.

– Chodź – powiedział i wszedł do swojego pokoju.

Zdumiona stanęłam w progu.

Otworzył szafę i szukał czegoś na najwyższej półce. Kiedy podniósł ręce, uniósł się też skraj jego bluzy, na tyle że widziałam skrawek ciała. Bardzo przyjemny widok, zwłaszcza kiedy powędrowałam wzrokiem niżej, minęłam gumkę bokserek. Mój współlokator miał bardzo apetyczny…

– Proszę – mruknął i rzucił mi zielone zawiniątko. O Boże, chyba nie zauważył, że gapiłam się na jego tyłek? – Włóż to.

Odstawiłam filiżankę na jego biurko i rozłożyłam ciuch. Był to obszerny sweter z kieszeniami, w których można zatopić dłonie. Jego przód zdobiła podobizna Deadpoola, co sprawiło, że uśmiechnęłam się pod nosem. Najwyraźniej nie tylko ja w tym mieszkaniu lubię superbohaterów.

– Dzięki.

Ściągnęłam bluzkę przez głowę. Choć miałam pod spodem koszulkę, odwróciłam się pospiesznie, widząc, jak Kaden szerzej otwiera oczy. Wkładając jego sweter, dyskretnie pociągnęłam nosem. Pachniał proszkiem do prania, ale i nim. Wzięłam torebkę z biurka i spojrzałam na niego.

– Dlaczego, na miłość boską, chcesz zabrać torebkę na wędrówkę? – zapytał, wskazując ją głową.

– Bo będą mi potrzebne pieniądze, komórka, balsam do ust, chusteczki do nosa i…

Skrzywił się.

– Wiesz co, może jednak zostań tutaj.

Jezu, koleś się zachowywał, jakby jeszcze nigdy nie podróżował z kobietą. Wkurzona, wyjęłam komórkę z torebki, ale znieruchomiałam, kiedy wypowiedział moje imię.

– Allie.

Po raz pierwszy zwrócił się do mnie tak, jak mu się przedstawiłam.

Oderwałam wzrok od torebki i spojrzałam na niego.

– W wędrówce chodzi głównie o to, żeby zapomnieć o wszystkim, oczyścić umysł. A do tego nie potrzebujesz ani portfela, ani komórki. Że już nie wspomnę o tych innych rzeczach.

Westchnęłam głośno, a potem odłożyłam torebkę na biurko i uniosłam puste dłonie.

– Zadowolony?

Uśmiechnął się krzywo.

– I to jak.

Jezus Maria.

W co ja się wpakowałam?

5

Gwałtownie zatrzymałam się na środku parkingu.

– Idziesz czy nie? – zawołał gniewnie Kaden i otworzył drzwiczki jeepa.

Tak, właśnie tak. Drzwiczki jeepa. Koleś naprawdę miał nowiutkiego, stalowoszarego jeepa wranglera.

Wodziłam wzrokiem od Kadena do potężnego auta i z powrotem. Właściwie mogłam się tego spodziewać. Do takiego zrzędliwego typa jak on doskonale pasował taki wóz.

Był bardzo męski i onieśmielający, i tak głośny, że kiedy Kaden odpalił silnik, skuliłam się odruchowo. Szybko podbiegłam do drzwiczek od strony pasażera. Ledwie wsiadłam, wyjechaliśmy na główną ulicę.

Dyskretnie rozglądałam się po wnętrzu samochodu. Czysto, ale bez przesady, nie tak nieskazitelnie, jak sugerowała wypucowana karoseria. Na tylnym siedzeniu poniewierało się kilka puszek i torebek, wykładzinie pod moimi nogami przydałoby się odkurzanie. Nie raz i nie dwa jechał tu ktoś w bardzo brudnych butach.

Co nie zmieniało faktu, że był to samochód marzeń. Oddałabym wszystko, żeby choć na chwilę usiąść za kierownicą, ale domyślałam się, że Kaden nikomu, kogo zna zaledwie od kilku dni, nie pozwoli poprowadzić tego cacka.

– W schowku są płyty – rzucił i tym samym wyrwał mnie z zadumy.

Nie musiał mi tego dwukrotnie powtarzać. Po pierwsze, w cudzym samochodzie rzadko kiedy ma się możliwość wyboru muzyki, po drugie, byłam ciekawa, czego słuchał.

Otworzyłam schowek i metodycznie przeglądałam stertę płyt. Zaskoczył mnie, było tam sporo wykonawców, o których w życiu nie słyszałam, i kilka moich ulubionych albumów. Kątem oka widziałam, że Kaden mnie obserwuje. Prowadził ostrożnie i w skupieniu, ale co chwila zerkał w moją stronę i wtedy czułam dziwne łaskotanie na wysokości ucha. Nagle poczułam, że to swoisty egzamin i sporo zależy od tego, czy wybiorę odpowiednie utwory na naszą wycieczkę. Szukałam dalej i na samym dnie znalazłam kilka wypalonych w domu krążków.

– K-Mix? Co to takiego? – zapytałam z uśmiechem i uniosłam płytkę pokrytą namalowanymi serduszkami.

Natychmiast tego pożałowałam. Przez ułamek sekundy widziałam gorycz na twarzy Kadena, ale zniknęła równie szybko, jak się pojawiła, i nagle widziałam tylko surową, nieprzeniknioną maskę.

– Wyjmij ją z pudełka i podaj mi – powiedział niepokojąco cicho.

Z trudem przełknęłam ślinę i zrobiłam, o co mnie prosił, choć czułam się przy tym nieswojo. Błyskawicznie wziął ode mnie płytę i połamał jedną ręką. Otworzyłam szeroko oczy i wbiłam wzrok w przednią szybę, gdy oderwał drugą rękę od kierownicy i przełamał płytę po raz drugi. A potem cisnął resztki za siebie, na tylne siedzenie i chwycił kierownicę. Tak mocno, że pobielały mu kłykcie.

Narysowane serduszka kazały mi przypuszczać, że była to płyta od byłej dziewczyny. Może od tej nachalnej współlokatorki, o której wspominała Monica. Innego powodu nie byłam w stanie wymyślić.

– Teraz, skoro już rozładowałeś wściekłość, możemy posłuchać tego – zaproponowałam po dłuższej chwili i uniosłam moją ukochaną płytę zespołu Thirty Seconds To Mars.

Wyjął ją z mojej dłoni i nie patrząc, wsunął do wąskiej szpary odtwarzacza. Włączyłam jedną z ulubionych piosenek.

Ledwie rozbrzmiały pierwsze tony, znowu poczułam na sobie jego spojrzenie.

– Uwierzyłem w Taylor Swift, ale nie wyglądasz na dziewczynę, która słucha Thirty Seconds To Mars.

Przez chwilę odwzajemniałam jego intensywne spojrzenie, ale w końcu wróciłam wzrokiem do okna. Było tu zbyt pięknie, by tracić choćby sekundę. Pogoda była wspaniała, słońce zalewało szczyty gór, spowijało wszystko jasnym światłem.

– Kto jak kto, ale ty akurat powinieneś wiedzieć, że na stereotypach nie bardzo można polegać.

Dźwięk, który wydał, podejrzanie przypominał prychnięcie.

– Co to niby ma znaczyć?

– Jestem pewna, że ludzie często postrzegają cię jako kogoś innego, niż naprawdę jesteś. Ludzie mają skłonność do wyciągania pochopnych wniosków.

– Ty też, prawda? – mruknął. Teraz musiałam na niego spojrzeć.

Wystawił łokieć za otwarte okno. Patrzył przed siebie. W czapeczce baseballowej wyglądał dzisiaj zupełnie inaczej.

– Niby dlaczego? – zapytałam, autentycznie zainteresowana. W moim dawnym życiu ocenianie ludzi po pozorach stanowiło normę. Jednak odkąd przyjechałam do Woodhill, starałam się tego nie robić. Szczególnie w przypadku Kadena i naszego pierwszego spotkania. To, że nie do końca wyszło tak, jak chciałam, to już na pewno nie moja wina.

– Wystarczyło ci jedno spojrzenie na moje tatuaże i od razu mnie zaszufladkowałaś jako bad boya – zauważył i odwrócił czapeczkę daszkiem w tył.

– Bzdura – zaprzeczyłam, trochę głośnej, niż tego chciałam.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Nie ze względu na twoje tatuaże, tylko na twoją aurę – wyjaśniłam.

Kąciki jego ust drgnęły podejrzanie.

– Mam aurę?

– Litości, Kaden. – Lekko uniosłam brew i wróciłam wzrokiem do okna. Jared Leto śpiewał o wolnej prawdzie i jak zawsze, słysząc jego głos, okryłam się gęsią skórką. Ta muzyka na mnie działała.

– Poważnie. Co o mnie myślisz?

Westchnęłam. Albo naprawdę wolno kojarzył, albo chciał usłyszeć, jakie to z niego ciacho.

 

– Nie będę nikomu niepotrzebnie prawiła komplementów.

Roześmiał się głośno. Ten dźwięk zlewał się z muzyką.

Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu. Cieszyłam się, że zobaczę okolice Woodshill. Droga stawała się coraz bardziej wyboista, wkrótce otoczyły nas drzewa. Kaden skręcił na parking. Z szyldów zorientowałam się, że z tego miejsca zaczyna się kilka szlaków turystycznych. Nie brakowało również sklepiku z pamiątkami i sprzętem górskim – niestety był teraz zamknięty. Drewniany domek był zaniedbany, ale też uroczy. Domyślałam się, że mało kto tu zaglądał.

Kaden włożył okulary przeciwsłoneczne i ponownie odwrócił czapkę. Miał na sobie bluzę, chyba bardzo miłą w dotyku, beżowe spodnie i solidne buty. W prawej ręce niósł plastikową butelkę.

No bomba. Czyli on mógł zabrać dodatki, ale mnie pozwolił tylko na swój sweter. Wysiadłam z wozu i zaraz ukryłam dłonie w kieszeni na brzuchu.

Rozejrzałam się wokół i podeszłam do szyldów przy domku, żeby mniej więcej orientować się w okolicy. Choć zapewne nie będzie mi to potrzebne, bo przecież miałam u boku doświadczonego przewodnika.

Na mapie za szybą zaznaczono parking czerwonym punktem. Z tego miejsca rozchodziły się różne szlaki na szczyt. Kolory oznaczały stopień trudności. Turysta miał do wyboru trasy różnej długości i o różnym stopniu nachylenia.

– Pójdziemy tędy? – Wskazałam niebieską linię, oznaczającą najprostszy szlak. Odwróciłam się do Kadena, ale on nie zwracał na mnie uwagi, tylko ruszył przodem. – Ej! – zawołałam za nim.

Skręcił w jedną ze ścieżek i wyprzedzał mnie o parę metrów. Wodziłam wzrokiem od niego do mapy i z powrotem.

– Dokąd idziemy? Musimy najpierw wybrać szlak!

Zignorował moje pytanie.

– Mniej gadania, więcej ruchu – powiedział tylko i jak gdyby nigdy nic szedł dalej.

Oczywiście spodziewałabym się zbyt wiele, licząc, że zaczniemy od prostej trasy, żebym mogła stopniowo przywyknąć do górskiej wędrówki i powoli poprawiać kondycję. O nie, Kaden musiał od razu iść na całość i wybrać trasę, jak mi się zdawało, najbardziej stromą. Już teraz z trudem go doganiałam, a wyprzedzał mnie o zaledwie pięćdziesiąt metrów. Kiedy w końcu do niego dotarłam, zdążyłam się już kilka razy potknąć i poślizgnąć. Jeśli naprawdę miałam w przyszłości częściej chodzić po górach, musiałam sobie sprawić porządne buty.

– Którą trasą idziemy? – Osłaniałam oczy dłonią przed oślepiającym słońcem.

– Teraz jeszcze czarną – odparł spokojnie. Nawet się nie zadyszał. Oczywiście że nie.

Choć na pewno gdzieś w moim ciele kryły się mięśnie, wyrobione w ciągu niezliczonych godzin pilatesu w Denver, sapałam jak lokomotywa. Słońce i wspinaczka sprawiły, że ociekałam potem i z każdym krokiem bardziej żałowałam, że do tej pory kategorycznie odmawiałam treningów kardio.

– Ale czarny szlak nie jest najłatwiejszy, prawda? – zapytałam, z trudem dotrzymując mu kroku. Jezu, koleś chyba ma motor w nogach. Nie pojmowałam, jakim cudem utrzymuje takie tempo i nawet nie ma zadyszki.

– Niebieski jest dla emerytów. – W jego głosie kryło się coś niepokojącego. – A teraz przestań już tyle gadać; w drogę, Bubbles.

Puściłam mimo uszu jedno z najgorszych przezwisk w historii ludzkości i stanęłam w miejscu.

– To najtrudniejsza trasa, prawda?

Kaden odwrócił się i dalej szedł tyłem. Przy odrobinie szczęścia potknie się o kamień i runie w przepaść. Tylko tego mu życzyłam, widząc jego złośliwy uśmiech.

– Mniej gadaj, więcej ruszaj nogami – powtórzył i odwrócił się.

Niestety moje modlitwy nie zostały wysłuchane.

Nie miałam zielonego pojęcia, jak długo szliśmy, ale obolałe mięśnie i brak kondycji sprawiały, że wydawało mi się, że kilka godzin.

W pewnym momencie Kaden skręcił z oznaczonego szlaku. Widząc mój pytający wzrok, rzucił tylko:

– Uwierz mi, warto.

Uwierzyć mu. No jasne.

Nigdy więcej nie wybiorę się z nim na żadną wycieczkę. Nigdy. Więcej.

Prowadził mnie przez najgęstsze zarośla, po najbardziej wystających korzeniach. Dwukrotnie upadłam, kiedy mnie nie podtrzymał, i już czułam pieczenie na szyi, podrapanej przez kolczaste krzaki.

– Zaraz będziesz na szczycie – usłyszałam głos Kadena jakieś dwa metry nad sobą.

Powtarzał to od mniej więcej dwóch godzin, więc i tym razem mu nie uwierzyłam. Przepełniała mnie wściekłość, do tego stopnia, że sił do dalszej wędrówki dodawała mi jedynie wizja, jak spycham go z tej cholernej góry, kiedy wreszcie staniemy na jej szczycie.

Przesunęłam ciężar ciała i podciągnęłam się na potężnym głazie. Dyszałam ciężko. Jezu drogi, byłam ledwo żywa. Ociekałam potem. Siedziałam ciężko na kamieniu i rozważałam, czy się na nim nie położyć, żeby przynieść ulgę obolałym plecom, ale wtedy Kaden chwycił mnie pod ramiona i postawił na nogi. Zachwiałam się. Odwrócił mnie i pociągnął za sobą.

I nagle oddech stał się nieistotny.

Odruchowo wbiłam palce w jego ramię. W jednej chwili poczułam się niewyobrażalnie wręcz malutka.

Poniżej leżał cały świat.

Żadne zdjęcie z internetu nie oddawało tego, co teraz widziałam. Słońce odbijało się w tafli wody tak jasnym światłem, że musiałam zasłonić oczy dłonią, żeby cokolwiek zobaczyć. Byliśmy tak wysoko, że mogliśmy z góry podziwiać nawet wierzchołki majestatycznych drzew.

Odetchnęłam pełną piersią i poczułam jedno: jasność. Tu, na górze, słyszałam jedynie przyjemny szum drzew, świergot ptaków, koncert cykad. Wszystko było takie… sielskie.

W tym momencie wolność, za którą tak bardzo tęskniłam, była nie tylko przeczuciem, lecz nagle mnie wypełniała, od palców u nóg po koniuszki włosów. Nawet mięśnie mnie już nie bolały, za to całe ciało pulsowało życiodajną energią. To było przytłaczające, do tego stopnia, że…

– Chyba nie zaczniesz znowu ryczeć? – Kaden był zbulwersowany.

Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Zabrakło mi słów.

Zniknęło także marzenie, by zepchnąć Kadena na sam dół. Zamiast tego puściłam jego rękę i otarłam ramieniem nagle wilgotne oczy. Chyba tego nie zauważył. Dopiero po chwili byłam w stanie mówić.

– Słońce mnie oślepiło i tyle.

– W porządku – mruknął. Usiadł na kamieniu. Ostrożnie poszłam w jego ślady i oparłam się na dłoniach. – Kiedy pierwszy raz się tu znalazłem, też zwaliło mnie z nóg.

– Też miałeś łzy w oczach? – zapytałam rozbawiona i przymknęłam powieki. Słońce świeciło mi prosto w twarz. Rozkoszowałam się ciepłymi promieniami. Mimo wysiłku było mi chłodno. Pewnie dlatego, że ociekałam potem.

Kaden prychnął pogardliwie.

– Na wypadek gdybyś zapomniała, jestem facetem.

– Czyżby? – rzuciłam ironicznie.

– A co, jeszcze tego nie zauważyłaś? – Powiedział to tak blisko, tuż nad moim uchem, że drgnęłam i szeroko otworzyłam oczy. – Mam ci udowodnić?

Jego niski głos przyprawiał mnie o dreszcz, który nie miał nic wspólnego z temperaturą. Z trudem przełknęłam ślinę. Był tak blisko, że widziałam kurze łapki w kącikach jego oczu i piękny zarys ust, w tej chwili wygiętych w leciutkim uśmiechu.

– Więc tym się zajmujesz tu, na górze? Udowadniasz dziewczynom swoją męskość? – zapytałam i zaraz uciekłam wzrokiem. Wściekła na siebie, podrapałam się w żebra w nadziei, że serce przestanie mi walić jak szalone. Cholerny Kaden, ze swoim cholernym urokiem i cholernymi dwuznacznymi uwagami.

– Dotychczas byłem tu tylko z Ethanem i Spencerem. To był twój egzamin wstępny – odparł i opadł na łokcie. Odrzucił głowę do tyłu i wystawił twarz do słońca.

– No i? – zapytałam i oplotłam kolana rękoma.

– No i co? – Odrobinę uniósł głowę.

– Zdałam?

Z jego wzroku nie dało się niczego wyczytać.

– Jeszcze nie wiem.

Milczeliśmy przez dłuższą chwilę. Pozwoliłam, by cudowna panorama doliny wypełniła mnie całą. Byłam w wielu miastach, podróżowałam z rodzicami, sporo zwiedzałam, ale jeszcze nigdy piękny widok nie kosztował mnie tyle, co dzisiaj. Byłam z siebie cholernie dumna. Nie tylko dlatego, że dotarłam na szczyt, ale w ogóle. Bo w końcu dotarłam tam, dokąd od dawna chciałam.

Ta wycieczka to doskonała metafora mojej dotychczasowej podróży.

– Dzięki – wyrwało mi się. I znowu poczułam zdradzieckie pieczenie pod powiekami, ale tym razem na szczęście udało mi się w porę opanować łzy.

Czułam na sobie wzrok Kadena, ale nie byłam w stanie na niego spojrzeć. W tym celu musiałabym oderwać się od cudów, na które patrzyłam, a to było ostatnie, na co miałam ochotę.