Uczone białogłowy

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Molière

Uczone białogłowy

komedia w pięciu aktach

Tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński

Warszawa 2017

Spis treści

Osoby

Akt pierwszy

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Akt drugi

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Scena szósta

Scena siódma

Scena ósma

Scena dziewiąta

Akt trzeci

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Scena szósta

Scena siódma

Scena ósma

Scena dziewiąta

Akt czwarty

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Scena szósta

Scena siódma

Scena ósma

Akt piąty

Scena pierwsza

Scena druga

Scena trzecia

Scena czwarta

Scena piąta

Osoby

CHRYZAL – zamożny mieszczanin

FILAMINTA – żona Chryzala

ARMANDA – córka Chryzala i Filaminty

HENRYKA – córka Chryzala i Filaminty

ARYST – brat Chryzala

BELIZA – siostra Chryzala

KLITANDER – zalotnik Henryki

TRYSOTYN – literat

WADIUS – uczony

MARCYNA – kucharka

LEPINE – lokajczyk

JULIAN – służący Wadiusa

REJENT

Rzecz dzieje się w Paryżu, w domu Chryzala.

Akt pierwszy

Scena pierwsza

Armanda, Henryka.

ARMANDA

Co słyszę, moja siostro, więc ty jesteś bliską

Rzucić słodką dziewicy godność i nazwisko?

Małżeństwo się twym oczom w szczęścia stroi blaski?

Mógłże powstać w twej głowie ten zamiar tak płaski?

HENRYKA

Tak, siostro.

ARMANDA

To „tak” twoje jest nie do zniesienia;

Trudno go słuchać sercu bez odrazy drżenia.

HENRYKA

Lecz cóż widzisz w małżeństwie, siostro, co cię zmusza...

ARMANDA

Ach, mój Boże, pfe!

HENRYKA

Jak to?

ARMANDA

Czyliż twoja dusza

Pojąć nawet niezdolna, jaką szpetną plamą

Kala uczucia nasze już to słowo samo?

Jak nieskromne obrazy oczom naszym kréśli,

Przez jak brudne widoki wlecze nasze myśli?

Ty nie drżysz przed nim, siostro? Ty byłabyś zdolną

Przyjąć jego następstwa z chęcią tak powolną?

HENRYKA

W moich oczach następstwa owe są nie inne,

Jak tylko mąż i dzieci, i życie rodzinne;

I kiedy myślę o tym, nic nie widzę jeszcze,

Co by w mym sercu miało wstrętu budzić dreszcze.

ARMANDA

Nieba! I takie związki twą rozkoszą całą?

HENRYKA

I cóż lepszego młodej dziewczynie przystało,

Niż związać swoje losy, zgodnie z obyczajem,

Z mężem kochanym, który nas ukocha wzajem,

I wierzyć, że tych uczuć niezłomne ogniwo

Życie całe wypełni słodyczą godziwą?

Czyż mogą nas nie nęcić tak dobrane śluby?

ARMANDA

Boże! Jakże twój umysł niski jest i gruby!

Jakże ty drobną czujesz się w świecie istotką,

Skoro w kuchni się zamknąć jest twą chęcią słodką

I żadne wyższe szczęście oczom twym nie świeci,

Jak tylko król-małżonek i wrzaskliwe dzieci!

Dla pospólstwa, dla grubo wyciosanych osób

Pozostaw, siostro, życia tak poziomy sposób;

Ty ku szczytniejszym celom podnieś swoje chęci:

Niech wyższa rozkosz twoje pragnienia uświęci,

I, z pogardą na zmysłów świat patrząc i ciała,

Jak my, rozkoszom ducha chciej się oddać cała.

Niech ci za przykład chlubny matka nasza staje,

Której świat wszystek miano uczonej przyznaje:

Jak ja, staraj się córką jej zostać prawdziwą;

Dąż ku światłu, co w rodzie tym płonie tak żywo;

Niechaj cię owa słodycz czarowna poruszy,

Co przez nauki miłość wypływa nam z duszy.

Miast skuta z mężem gnuśnieć w tym jarzmie wszetecznym,

Z filozofią, siostrzyczko, złącz się ślubem wiecznym,

Co wznosi nas wysoko ponad rodzaj ludzi

I rozumu wszechwładztwo w sercu naszym budzi,

Poddając jego prawom istotę zwierzęcą,

Którą chucie pożądań niskich zawdy nęcą.

Oto płomienie, oto czucia niezawodne,

Co życie nasze całe wypełnić są godne;

A ta miłość, co w sercu zwykłych kobiet gości,

W moich oczach jest wartą jedynie litości.

HENRYKA

Niebo, którego głosu słuchać jest niezgorzej,

Do przeróżnych nas zadań na tym świecie tworzy;

I nie każdy wszak umysł posiada te cnoty,

Z których filozof czerpie treść swojej istoty.

Jeśli twoja myśl zdolną jest bujać w przestrzeni,

W której tak górnie trawią życie swe uczeni,

Mnie znów po ziemi stąpać losy przeznaczyły,

I w drobnych troskach mierzyć słabe moje siły.

Co niebo zsyła, tego nikt nie przeinaczy:

Każda za swą skłonnością niech więc idzie raczej.

Ty, przez swego umysłu geniusz znamienity,

Wznoś się na filozofii niebosiężne szczyty,

Podczas gdy moja dusza tu, na tym padole,

Niech pozna wdzięk małżeństwa i przyziemną dolę.

W ten sposób, choć odmienne ścigając przykłady,

Obie możemy wstąpić w matki naszej ślady:

Ty przez ducha i jego rozkosze szlachetne,

Ja przez ziemskie uciechy, dla ciebie tak szpetne;

Ty płodami natchnienia i myśli wspaniałej,

A ja znów, siostro, tymi, co z gliny powstały.

ARMANDA

Jeśli kto chce się zbliżyć do jakiejś istoty,

W tym niechaj szuka wzorów, co tworzy jej cnoty;

Toż nie znaczy iść w ślady znamienitych osób,

Gdy ktoś pluje i kaszle w ten jak one sposób.

HENRYKA

Lecz pomnij, że nie byłabyś tym, czymś się stała,

Gdyby matka tak wzniośle na świat ten patrzała;

I nie możesz się żalić na to, że jej zmysły

Nie z samą filozofią w związek weszły ścisły.

Nie żałujże i mnie więc, siostro, z swojej łaski,

Tych marności, gdyś własnych dni im winna brzaski;

I nie pozbawiaj świata rady surowémi

Małego filozofka, co rwie się do ziemi.

 

ARMANDA

Widzę już, że zbyt trudno uleczyć cię będzie,

Tak się zawzięłaś w swoim małżeńskim obłędzie;

Niech wiem chociaż, do kogóż to wzdychasz tak ostro:

Mniemam, nie do Klitandra chyba, moja siostro?

HENRYKA

I cóż by w mym wyborze było tak dziwnego?

Czyż zbywa mu przymiotów? Czy nie wart jest tego?

ARMANDA

Nie; lecz tego do czynów uczciwych nie liczę,

Aby w ten sposób cudze chcieć sprzątać zdobycze;

Wszak ci to rzecz jest w świecie nazbyt dobrze znana,

Że to ja byłam celem westchnień tego pana.

HENRYKA

Tak, lecz wzdychania owe to dla ciebie fraszki,

Tyś wyższa jest nad takie poziome igraszki;

Tobie małżeństwo ani w myśli nie postało

I filozofia tylko ma twą tkliwość całą.

Gdy więc miłość Klitandra nic cię nie obchodzi,

Że inna chcieć jej może, cóż tobie to szkodzi?

ARMANDA

Głos rozumu, co kiełza zmysłów szał zwodniczy,

Nie broni nam kadzideł kosztować słodyczy;

I, chociaż jako męża nie pragnie się kogo,

Uwielbień jego hołdy przyjemne być mogą.

HENRYKA

Jam mu też, moja siostro, nie broniła wcale,

By nadal uwielbienie swe niósł ci wytrwale;

I przyjęłam jedynie, kiedy w moją stronę

Zwrócił płomienie, wprzódy przez ciebie wzgardzone.

ARMANDA

I te odepchniętego kochanka zapały

Z zupełną się u ciebie ufnością spotkały?

Mniemasz tedy, że szczere dla cię chęci żywi

Serce, co mnie niedawno kochało najtkliwiej?

HENRYKA

Tak mi powiedział, siostro, i ja temu wierzę.

ARMANDA

Radzę, siostrzyczko, nie bądź zbyt ufną w tej mierze;

Gdy mówi, że nie za mną, lecz za tobą ginie,

Nie myśli tego lub też łudzi się jedynie.

HENRYKA

Nie wiem, lecz jeśli pragniesz, przystaję z ochotą,

By po prostu Klitandra zapytać się o to:

Oto nadchodzi; będzie mógł tedy najprościej

Swym oświadczeniem wszelkie przeciąć wątpliwości.

Scena druga

Klitander, Armanda, Henryka.

HENRYKA

By stłumić myśl przez siostrę zbudzoną w mej głowie,

Proszę, Klitandrze, niech się twe serce opowie;

Zechciej oto rozstrzygnąć, w stanowczym wyborze,

Która z nas do twych uczuć prawa rościć może.

ARMANDA

Nie, wcale twym płomieniom narzucać nie myślę,

By miały cel swych pragnień określać tak ściśle;

Rozumiem delikatność i wiem, jak się wzbrania

Wstyd serca przed przymusem jawnego wyznania.

KLITANDER

Przeciwnie, pani; skłonność mego serca szczera

Ogniów swoich bynajmniej tu się nie wypiera

Ani też w ich wyborze na rozdrożu stoi;

I wyznam głośno, jawnie, z głębi duszy mojej,

Że tkliwe czucia, które dziś goszczą w mym łonie,

Miłość moja i śluby wszystkie po tej stronie.

Niech cię nie wzburza, pani, ten serca głos śmiały:

Wszak z twojej woli sprawy tę postać przybrały.

Twe wdzięki mnie uwiodły, i westchnienia moje

Dość ci zdradziły wnętrza tkliwe niepokoje;

Dusza moja niezłomną miłość ci przysięgła,

Lecz po wyższą snadź zdobycz pycha twoja sięgła!

Długo znosiłem, pani, brzemię twojej wzgardy;

Władałaś mą istotą niby tyran hardy,

Aż wreszciem znalazł sobie, dolą swą znękany,

Bardziej ludzkiego władcę, mniej ciężkie kajdany.

Znalazłem je w tych oczach, co dziś wszystkim moim;

Ich blask odtąd jedynym chcę mieć szczęścia zdrojem;

One mi osuszyły łzy swoim oddaniem

I nie wzgardziły sercem, dla ciebie zbyt taniém.

Dobrocią tą tak silnie je do się przykuły,

Że nic go dziś nie wydrze z tej niewoli czułéj:

I dlatego, śmiem błagać, pani, abyś we mnie

Dawnych płomieni budzić nie chciała daremnie;

Nie kusiła się serca zdobywać z powrotem,

Co inną czyni pragnień najsłodszych przedmiotem.

ARMANDA

I skądże to mniemanie, że ktoś ma te chęci

I że pańska osoba tyle kogoś nęci?

Takie pojęcie dość mi się pociesznym zdało,

A ta pretensja pańska aż nazbyt zuchwałą!

HENRYKA

Spokojniej, moja siostro. Gdzież zasad potęga,

Co zwierzęce porywy w służbę ducha wprzęga

I namiętnościom gniewu wędzidło nakłada?

ARMANDA

Gdy o zasadach mówisz, cóż to za zasada,

By miłosne gruchania uprawiać tak skrycie,

Bez wiedzy tych, od których w darze wzięłaś życie?

Wiedz, że ich to jest prawem kierować twą dolą,

Że kochać wolno wtedy, gdy oni pozwolą,

Że o twym sercu ich ma stanowić orędzie

I że zbrodnią jest samej rządzić się w tym względzie.

HENRYKA

Podziękować mi tylko za dobroć przystoi,

Z jaką mi kreślisz drogę powinności mojej.

Serce moje z przestrogi najchętniej skorzysta;

By więc korzyść tych nauk była oczywista,

Pospiesz się z tym, Klitandrze, niech twe słodkie prawa

Życiodawców mych wola uświęci łaskawa;

Przywilej serca mego wyproś sobie od niej

I daj sposób, bym mogła kochać cię bez zbrodni.

KLITANDER

Idę wraz, by rodzicom zdradzić me płomienie:

Czekałem jeno na to słodkie przyzwolenie.

ARMANDA

Tryumfujesz, siostrzyczko; i trudno wyraźniej

Jawić, iż myślisz sobie, że ta rzecz mnie drażni.

HENRYKA

Ja, siostro? Ani trochę. Wiem, że twoje zmysły

Od rozumu potężnych praw jeno zawisły

I że, szczytną mądrością zbrojne, twoje oko

Ponad słabostki ludzkie szybuje wysoko.

Nie tylko nie przypuszczam gniewu, ale wierzę,

Że wpływem swoim raczysz dopomóc mi szczerze,

Poprzeć prośby Klitandra i uzyskać tyle,

By przyspieszyć naszego związku szczęsną chwilę.

Proszę cię o to, siostro, chciej, w dobroci swojej...

ARMANDA

Twój dowcipek, jak widzę, drwinki sobie stroi;

Dumnaś bardzo, że serce z łaski ci rzucono!

HENRYKA

Chociaż rzucone, jednak nęci ciebie ono;

I gdybyś to, czym niby gardzisz tak namiętnie,

Mogła dziś zdobyć, trud ten podjęłabyś chętnie.

ARMANDA

W dalsze dyskursy z tobą wdawać się nie raczę:

Nie warte odpowiedzi te brednie prostacze.

HENRYKA

Pięknie to z twojej strony i trudno, w istocie,

Wyżej w umiarkowania posunąć się cnocie.

Scena trzecia

Henryka, Klitander.

HENRYKA

Szczerość twa zaskoczyła ją ponoć niemało.

KLITANDER

Myślę, że dosyć słusznie jej się to dostało:

I że wszystkie wybryki jej pychy szalonej

Zasłużyły na taką odprawę z mej strony.

Lecz, skoro mi już wolno, pójdę, w drodze gładkiej,

Ojcu pani...

HENRYKA

Ważniejsze jest zacząć od matki.

Ojciec łatwo zazwyczaj na wszystko się zgadza,

Lecz cóż, gdy z zgodą w parze nie idzie tu władza;

Dobroć zbytnia, przez niebo w serce mu włożona,

Sprawia, że wszystkim w domu trzęsie jego żona.

Ona rządzi i ona tu stanowczym tonem

Oznajmia to, co święcie ma być wypełnioném.

Chciałabym, byś pan dla niej, a także dla ciotki,

Umiał się zrobić bardziej uprzejmy i słodki;

Byś, nawet ich fantazjom schlebiając w potrzebie,

Sympatię ich wzajemną pozyskał dla siebie.

KLITANDER

Tych dziwactw, w które matka pani dom ten stroi,

Nigdy nie mogłem uznać, nawet w siostrze twojej,

I doktorów w spódnicach mam w głębokim wstręcie.

Owszem; niech ma kobieta o wszystkim pojęcie:

Lecz drażni mnie uczoność owa, dziś u wielu

Spotykana, co jeno popis ma na celu;

I wolę, gdy kobieta wśród lada rozmowy

Wszystkiego, co wie, zaraz nie wytrząsa z głowy.

Niech swą naukę raczej wstydliwie osłania,

Niech ma wiedzę, lecz nie dla ludzkiego mniemania,

Nie cytuje autorów, zbyt górnie nie śpiewa

I dowcipem najmniejszych słówek nie nadziewa.

Matkę twą niewątpliwie ja wysoko cenię,

Lecz nie sposób mi włożyć się w jej urojenie

Ni dorzucić mój listek do zachwytów wieńca,

Którymi stroi głowę swego ulubieńca.

Jej cały pan Trysotyn nudzi mnie i złości;

Gniewa mnie kult składany temu jegomości;

Dziw mi, że matka stawiać chce w geniuszów rzędzie

Błazna, z którego ramot już śmieją się wszędzie,

Nudziarza, co, wciąż bazgrząc do dziesiątych potów,

Papierów stertą cały targ zarzucić gotów.

HENRYKA

Poezja czy rozmowa równie w nim jest nudną

I zgodzić się z twym zdaniem nie będzie mi trudno;

Ale, że on na matkę miewa wpływ niemały,

Musisz się dlań już zdobyć na słówko pochwały.

Kochanek dla swej lubej chętnie karku nagnie,

Wszystkich dla swoich uczuć zyskać wkoło pragnie

I, aby dobrą notę kupić sobie wszędy,

O pieska domowego nawet stoi względy.

KLITANDER

Masz słuszność; lecz cóż robić? To nie moja wina,

Żem nie jest zdolny strawić tego Trysotyna.

Nie potrafiłbym, mimo najszczerszej ochoty,

Spodlić się tak, by chwalić obmierzłe bazgroty;

Przez nie właśnie odsłonił mi się w świetle całem

I, nimem go na oczy ujrzał, już go znałem.

Odgadłem, przeglądając te ckliwe gawędy,

To, co ta kompatura wnosi z sobą wszędy:

To pojęcie o sobie w swej pysze niezmienne,

Tę wiarę niewzruszoną w swe przymioty cenne,

Tę ufność, co się własnym sądem zadowala

I w własnym uwielbieniu gnuśnie się przewala;

Co sprawia, że w próżności swej wszystko ma za nic,

Że z wszystkiego, co spłodzi, sam rad jest bez granic

I nie chciałby pomieniać swej rzekomej chwały

Na wawrzyn bohatera, czynami wspaniały.

HENRYKA

By to widzieć, wzrok trzeba mieć nie lada jaki!

KLITANDER

Przejrzałem nawet jego zewnętrzne oznaki

I odgadłem po wierszach, którymi nas darzy,

Jak on musi wyglądać z postawy i z twarzy;

Tak dobrze odtworzyłem sobie tego ciurę,

Iż, natknąwszy się kiedyś na taką figurę,

Że to jest pan Trysotyn, założyć się chciałem:

To jeszcze nic; ciekawsze, że zakład wygrałem.

HENRYKA

Cóż za bajka!

KLITANDER

Nie: mówię, jak było w istocie.

Lecz oto ciotka twoja; zostaw mi tę ciocię,

Bym tajemnicę naszą wyznał jej otwarcie

I u matki uzyskać zdołał jej poparcie.

Scena czwarta

BELIZA, KLITANDER.

KLITANDER

Chciej mi zezwolić, pani, że płomień mój żywy

Skorzysta ze spotkania chwili tak szczęśliwej

I wypowie ci wszystko to, co miłość szczera...

BELIZA

Och, nie, nie: niech pan serca zbyt mi nie otwiera.

 

Gdy chcesz, bym cię przyjęła w rząd mych wielbicieli,

Wzrok jeno niech się waży mówić do mnie śmielej;

Przestań na tym i nie chciej innymi wyrazy

Kreślić żądań, co dla mnie kamieniem obrazy.

Kochaj mnie, wzdychaj, ogniów swych czyń mnie przedmiotem,

Lecz niech mi będzie wolno nic nie wiedzieć o tem.

Mogę cierpieć, że dla mnie pan z miłości ginie,

Póki niemych tłumaczów mieć będziesz jedynie;

Lecz, gdy usta obnażyć spróbują twe rany,

Na zawsze z przed mych oczu zostaniesz wygnany.

KLITANDER

Ze słów mych żadna dla cię, pani, nie wynika

Obraza; westchnień moich celem jest Henryka;

I przybywam tu właśnie błagać ciebie, pani,

O poparcie miłości, którą żywię dla niej.

BELIZA

Brawo! Przyznać ci muszę, to ci się udało:

Muszę cię za ten wybieg nagrodzić pochwałą;

Rys ten, doprawdy, tyle sprytu w sobie mieści,

Że więcej się nie zdarza spotkać i w powieści.

KLITANDER

Zbytecznym szukać, pani, wykrętów w tej mowie;

Przeciwnie, szczerość moja błyszczy w każdym słowie.

Wola niebios, świadoma snadź swoich zamiarów,

Serce moje przykuła do Henryki czarów;

Henryki słodkie oczy są mi szczęścia zdrojem,

I zaślubić Henrykę jest pragnieniem mojem.

Pani wiele tu może; błagam więc nieśmiało,

Byś raczyła nas wesprzeć chęcią swoją całą.

BELIZA

Dokąd zmierza ta prośba, łatwo zgadnąć umiem,

I co pod tym imieniem kryje się, rozumiem.

Obraz w istocie zręczny: zatem również szczerze

Odpowiem, co mi serce dyktuje w tej mierze:

Że Henryka opiera się temu zamęściu

I płonąć dla niej trzeba, nie marząc o szczęściu.

KLITANDER

Lecz po cóż z tego robić rzecz aż tak zawiłą

I chcieć coś widzieć, o czym wcale się nie śniło?

BELIZA

Mój Boże, bez wykrętów. Przestań dłużej bronić

Sekretu, który wzrok twój umiał mi odsłonić.

Wystarczy, że przyjęto zwierzenia najskrytsze

W przenośni, przez twą miłość obranej tak chytrze,

I w tej szacie, co hołdy twe skromnie osłania,

Zgodzono się cierpliwie znieść twoje wyznania;

Byle twój zapał z żądzy oczyszczony grubej

Niósł przed moje ołtarze czyste jeno śluby.

KLITANDER

Ależ...

BELIZA

Żegnam. Na dzisiaj to chyba wystarczy;

I tak nie dosyć strzegłam serca mego tarczy.

KLITANDER

Ależ błąd pani...

BELIZA

Dość już. Patrz; rumieńcem płonę;

Zbyt późno wstyd mój spieszy na moją obronę.

KLITANDER

Jeśli ja panią kocham, niechaj mnie powieszą;

I proszę...

BELIZA

Nie, nie, uszy me nazbyt już grzeszą.

Scena piąta

KLITANDER

sam

Bierz licho tej wariatki szalone koncepta!

Czy diabeł takie żarty babie w ucho szepta?

Trzeba komu innemu zdać starania owe

I znaleźć powiernika, co ma klepki zdrowe.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?