9 najpiękniejszych komedii

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziś wieczór?

ARNOLF

Tak, dziś wieczór. Cóż, rozchmurzasz czoło?

ANUSIA

O, tak.

ARNOLF

Pragnąłbym zawsze widzieć cię wesołą.

ANUSIA

Nie ma od pana w świecie lepszego człowieka.

Boże, ileż radości mnie z nim razem czeka.

ARNOLF

Z kimże to?

ANUSIA

No... no... z tamtym...

ARNOLF

Nie o niego chodzi.

W wyborze niechaj panna nieco się ochłodzi.

Kto inny przeznaczony jest dla twojej ręki.

A co do tego pana, to proszę panienki,

Choćby nawet do grobu, o którym ci prawi,

Miało go to zapędzić, proszę najłaskawiej,

By, skoro znów tu przyjdzie wzruszać cię swym losem,

Abyś mu zatrzasnęła pięknie drzwi przed nosem,

A gdyby pukał, kamień wzięła dobrej miary

I wybiła mu z głowy miłosne zamiary.

Rozumie mnie Anusia? Ja, skryty w tym domu,

Postępki wasze będę śledził po kryjomu.

ANUSIA

Kiedy on taki śliczny! To...

ARNOLF

Szkoda gadania.

ANUSIA

Nie będę miała serca.

ARNOLF

Proszę bez szemrania.

Idź na górę.

ANUSIA

Czyż mogę... ja...

ARNOLF

Sprawa ubita.

Ja tu panem, ja każę: masz słuchać i kwita.

Akt trzeci

Scena pierwsza

ARNOLF, ANUSIA, GRZELA, AGATKA.

ARNOLF

Tak, wszystko było dobrze, cieszę się niezmiernie:

Wszystkie rozkazy moje wykonałaś wiernie,

Dzięki mym światłym radom, zuchwałego gaszka

Z ręki twojej zupełna spotkała porażka.

Brzydkiej zdrady, Anusiu, stałaś się przedmiotem,

Widzisz, dokąd zajść mogłaś, ani wiedząc o tem,

I, bez moich wskazówek, byłabyś, niebogo,

Pomknęła jak najprościej grzeszną piekieł drogą.

Wszystkich owych fircyków zamiary są jasne:

Mają piękne pluderki, pióra, wstążki krasne,

Bujny włos, białe ząbki i słówka pieściwe,

Lecz, pod tym wszystkim, szpony kryją się zdradliwe;

To prawdziwe szatany, których paszczy głodnej

Cześć kobieca za kąsek stanie niezawodny,

Ale, jak ci powtarzam, tym razem, kochanku,

Dzięki mej pieczy wyszłaś z przygody bez szwanku.

Sposób, w jaki rzuciłaś mu z góry ten kamień,

Co go już chyba z wszelkich wyleczył omamień,

Tym bardziej mnie utwierdza jeszcze w mym zamiarze

Aby cię jak najrychlej zawieść przed ołtarze.

Lecz, zanim to nastąpi, chciej zachować w głowie

Kilka słów, które bardzo wyjdą ci na zdrowie.

Podajcie mi tu krzesło.

do Grzeli i Agatki:

Wy, jeśli myślicie...

AGATKA

Co pan kazał, pamiętać będę całe życie.

Ten łotr, co nas przekupił i, w swej przewrotności,

Chciał...

GRZELA

Jeśli go tu wpuszczę, niech skonam w trzeźwości.

To hultaj: raz ostatni, wchodząc porą nocną,

Dał nam parę talarów oberżniętych mocno.

ARNOLF

Wieczerzę przygotować mi z przepychem całym;

Zaś, aby spisać kontrakt, jak wam już kazałem,

Niech jedno albo drugie za powrotem rusza,

Sprowadzić z narożnego domu notariusza.

Scena druga

ARNOLF, ANUSIA.

ARNOLF

siedząc:

Anusiu, słuchaj teraz; połóż mi to szycie,

Podnieś głowę, uwagę wytęż należycie:

Tu,

kładąc palec na czoło:

o, tutaj patrz na mnie w czasie tej rozmowy,

I najmniejsze słóweczko wbij sobie do głowy.

Zaślubiam cię, Anusiu; i co dzień sto razy

Winnaś wysławiać losu tak szczęsne rozkazy,

Wspominać niskość stanu, w którymś jest zrodzoną,

I zarazem mą dobroć wielbić nieskończoną,

Co, z nikczemnej kondycji wieśniaczki ubogiej,

W sławetnego mieszczaństwa podnosi cię progi,

Darzy ciebie zaszczytem łoża i pieszczoty

Człowieka, co strzegł dotąd swej wolności złotej,

I, sto razy w wspanialsze zapraszany stadło,

Odmawiał szczęścia, które tobie dziś przypadło.

Mieć ciągle na pamięci twoim obowiązkiem,

Jak bardzo niczym byłaś przed tym chlubnym związkiem,

A z tym wspomnieniem niechaj twa chęć idzie w parze,

By zasłużyć na zaszczyt, którym cię dziś darzę,

I ciągle mieć na pieczy, bym, w żadnej potrzebie,

Nie pożałował tego, co czynię dla ciebie.

Małżeństwo, to, Anusiu, nie jest puste słowo:

Godność żony nakłada regułę surową,

I nie po to, jak sądzę, stan ten bierzesz na się,

By pędzić dnie w rozrywkach i płochym wywczasie.

Uległość, oto cnota, co przystała żonie,

To jej los: władza wszelka jest po męża stronie.

Choć każde społeczności stanowi połowę,

Nie równe między sobą są połówki owe:

Jedna połową wyższą, a druga poślednią;

Jedna władać, a druga ma się korzyć przed nią;

I posłuszeństwo, jakie okazują radzi,

Żołnierz swemu wodzowi, co go w bój prowadzi,

Pachołek panu, ojcu synaczek pokorny,

Przełożonemu swemu braciszek klasztorny,

Niczym jest jeszcze wobec owej uległości,

Cichego posłuszeństwa, nieśmiałej miłości,

I szacunku, co serce małżonki przenika,

Dla swego męża, pana, władcy i zwierzchnika.

Skoro on na nią wzrokiem surowym potoczy,

Jej świętą powinnością spuścić zaraz oczy,

I nigdy w twarz mężowi spojrzeć się nie waży,

Zanim on ją łaskawym spojrzeniem obdarzy.

Choć dziś kobiety nieraz depcą te zasady,

Niechaj cię nie uwodzą ich zdrożne przykłady;

Strzeż się iść śladem owej płochej zalotnicy,

O której sprawkach krzyczą bodaj na ulicy;

Strzeż się folgę poszeptom dawać złego ducha,

To znaczy, gaszków miłym słówkom chylić ucha.

Pomnij, że gdy imieniem żony cię uświęcę,

Cześć mą, honor, oddaję ci, Anusiu, w ręce;

Że honor, to rzecz tkliwa, zadrasnąć go łacno,

Nie igra z nim kobieta, co duszę ma zacną.

Pomnij też, że są w piekle kotły rozpalone,

W których szatani smażą każdą grzeszną żonę.

To nie żarty, Anusiu, co mówię; prawdziwie

Każde słowo twe serce winno chłonąć chciwie.

Idąc za tą nauką, twa duszyczka mała

Będzie zawsze jak lilia, czyściutka i biała;

Lecz, jeśli ją ku złemu chętka zwabi marna,

Dusza stanie się zaraz niby węgiel czarna;

Wszystkim będziesz przedmiotem wstrętu i obawy,

I pójdziesz kiedyś, jako łup szatana prawy,

Tam, gdzie złe żony smoła roztopiona czeka:

Od czego niech zachowa cię niebios opieka.

Dygnij teraz. Podobnie jak mniszka w klasztorze

Bez reguł znajomości obejść się nie może,

Toż samo i w małżeńskim przygodzi się stanie;

I tu oto w kieszeni mam ważne pisanie,

wstaje

Co żony obowiązki kolejno porusza.

Nie wiem, kto jest autorem; zacna jakaś dusza.

Pragnę, by to lekturą twą było jedyną.

Masz. Zobaczym, czy dobrze to czytasz, dziewczyno.

ANUSIA

czyta:

Maksymy małżeńskie,

czyli obowiązki zamężnej niewiasty,

wraz z jej codziennym ćwiczeniem.

I. Maksyma

Której niebios wola święta

W łożu męża miejsce daje,

Wiecznie o tym niech pamięta,

Choć dziś inne obyczaje,

Że mąż w wszelakiej potrzebie

Chce ją mieć tylko dla siebie.

ARNOLF

Co to znaczy, dokładniej objaśnię cię potem:

Teraz, wystarczy gdy się zapoznasz z przedmiotem.

ANUSIA

czyta dalej:

II. Maksyma

Niech będzie dbała w ubiorze,

Tyle, ile pragnąć może

Mąż: jedyna tu osoba,

Dla niego dobra żona wszystkie wdzięki stroi,

I zgoła o to nie stoi,

Że innym się nie spodoba.

III. Maksyma

Precz owe niewieście zdrady,

Wonności, blansze, pomady,

Którymi w świecie piękność kobiety zwycięża;

Dla czci naszej to wszystko trucizny śmiertelne:

Rzadko starania tak dzielne

Podejmuje się dla męża.

IV. Maksyma

Pod czepkiem, jak wstyd każe, niech, wychodząc z domu,

Blaski spojrzenia przysłoni:

Tym serce małżonka skłoni,

Że nie będzie żądała wpaść w oczy nikomu.

 

V. Maksyma

Prócz gości, co u siebie ich sam mąż przyjmuje,

Zdrowa rada zakazuje,

Aby ktoś miał istnieć dla niej:

I ludzie płochego stanu,

Co mają sprawy do pani,

Zwykle nie są mili panu.

VI. Maksyma

Na żadne gaszków prezenta

Przenigdy niech nie przystaje,

I niechaj zawsze pamięta,

Że nikt dziś darmo nie daje.

VII. Maksyma

W jej sprzętach, aby diabłu nie dawać oręża,

Nie potrzeba papieru, pióra, kałamarza;

Cokolwiek w domu napisać się zdarza,

Niechaj to zawsze należy do męża.

VIII. Maksyma

Owe przemodne salony,

Gdzie piękny świat zgromadzony

Przewrotnymi nauki umysł kobiet psuje,

Wzbronione będą jej równie:

Tam to ród niewieści głównie

Na szkodę mężów spiskuje.

IX. Maksyma

Żona, co o swój honor pragnie dbać usilnie,

Kart niech się wystrzega pilnie:

To są zabawy nic warte;

Nieraz ta igraszka licha

Niebaczną żonę popycha,

By siebie stawić na kartę.

X. Maksyma

Na żadne modne spacery,

Podwieczorki we wsi szczerej,

Niech próżno czasu nie traci,

Bo uczy pojęcie zdrowe,

Że za figielki takowe

Później mąż rachunek płaci.

XI. Maksyma...

ARNOLF

Sama sobie doczytasz; później, pomalutku,

Będę ci te maksymy tłumaczył do skutku.

Teraz, muszę do miasta wyjść w maleńkiej sprawie;

Słówko tylko, i zaraz z powrotem się stawię.

Idź do siebie, i książkę tę przechowuj mile.

Jeśli przyjdzie pan rejent, niech zaczeka chwilę.

Scena trzecia

ARNOLF sam.

Lepszej żony nie mogłem chyba znaleźć sobie,

Z tej uległej duszyczki co zechcę, to zrobię;

Jak miękki kawał wosku tak ją w rękach nagnę,

I mogę dać jej postać, jakiej sam zapragnę.

Niewiele brakło, aby, w mojej niebytności,

Nie wpadła w sidła swojej wielkiej naiwności;

Lecz to pewne, że łatwiej o środek obrony,

Gdy żona grzeszy zbytkiem z tej, nie z innej strony.

Na ten błąd znaleźć leki skuteczne nie sztuka:

Do prostych serc najłatwiej przemawia nauka;

I, choć już z dobrej drogi zejść była gotowa,

By znów ją wrócić na nią, wystarczą dwa słowa.

Za to sprytna niewiasta, to znów inny kwiatek!

W jej główce losów naszych tkwi cały zadatek;

Co sobie tam ułoży, o, to już przepadło,

Chociażby się nie wiedzieć co jej w uszy kładło.

Drwi sobie z naszych nauk jej rozumek luby,

Z najprzewrotniejszych błędów szuka dla się chluby,

I znajdzie, gdy ku złemu skieruje swą wolę,

Podstępy, co najmędrszych wyprowadzą w pole.

Próżno biedzi się nasza myśl, w walce osłabła:

Sprytna baba w swych sztuczkach gorsza jest od diabła,

I, gdy jej kaprys wyrok wyda po cichutku

Na cześć naszą, to możem już być pewni skutku!

Niejeden zacny człowiek sprawdził to na sobie.

Słowem, z mym trzpiotem tutaj wnet porządek zrobię;

Ma słuszną karę za to, że tak wiele gada.

Moich rodaków to jest nazbyt czysta wada:

Gdy który zdoła złowić serduszko na wędkę,

Najtrudniej mu paplania pohamować chętkę,

I tej głupiej próżności tak go korci licho,

Że wolałby powiesić się, niż siedzieć cicho.

Czy diabeł te kobiety judzi w chętce ślepej,

Że im się podobają te puste czerepy!

I że... Lecz oto idzie... Grajmy swoją rolę:

Niech nam znów ten gaduła wyśpiewa swe bole.

Scena czwarta

HORACY, ARNOLF.

HORACY

Znów pana nie zastałem; snać los nieżyczliwy

Nie chce uczynić zadość mej chęci tak żywej.

Lecz, póty będę wracał, aż kiedyś z pewnością...

ARNOLF

Ech, Boże! dajmy pokój tym pustym grzecznościom:

Nic mnie nie złości tyle, co te madrygały

I, gdybym mógł, oczyścić chciałbym świat z nich cały.

To przeklęty obyczaj: iluż dzisiaj ludzi,

Tracąc czas, próżno siebie i drugich tym trudzi.

Niechże się pan nakryje.

Nakrywa głowę.

I cóż twe amory?

Mogęż wiedzieć, daleko zaszły do tej pory?

Wówczas, wyznaję, byłem nieco roztargniony,

Lecz później oceniłem rzecz z właściwej strony;

Podziwiam twych zabiegów początek wspaniały

I biorę żywy udział w tej przygodzie całej.

HORACY

Cóż, kiedy, odkąd o tym radziliśmy wspólnie,

Sercu memu się wiodło dosyć nieszczególnie.

ARNOLF

Och, och, jak to?

HORACY

Tak; losy, w sposób dość niemiły,

Na kark nam opiekuna panny sprowadziły.

ARNOLF

To fatalność!

HORACY

Lecz co mnie w tym najwięcej drażni,

Dowiedział się o naszych serc czułej przyjaźni.

ARNOLF

Któż, u diaska, mógł zdradzić mu twoje przygody?

HORACY

Nie wiem; lecz że ktoś zdradził, mam na to dowody.

Szedłem właśnie ochoczo, by, w zwykłą godzinę,

Odwiedzić nieco moją anielską dziewczynę,

Kiedy, jakby mnie pierwszy raz w życiu widzieli,

I pachoł, i służąca w drodze mi stanęli,

I „ruszaj, pókiś cały” krzycząc srogim głosem,

Zatrzasnęli po prostu mi bramę przed nosem.

ARNOLF

Co! przed nosem!

HORACY

Przed nosem.

ARNOLF

A, draby przeklęte!

HORACY

Chciałem z niemi pomówić, choć przez drzwi zamknięte;

Lecz, na wszystkie odezwy, ci, zamiast otwierać,

Krzyczą: „Pan nie pozwolił, proszę się zabierać”.

ARNOLF

Zatem nie otworzyli?

HORACY

Nie. Przez okno potem

Ona mnie obznajmiła z tym smutnym powrotem,

I, wypędzając z domu ze srogim wzburzeniem,

Na drogę obdarzyła mnie jeszcze kamieniem.

ARNOLF

Jak to! Kamień rzuciła?

HORACY

Tak, i niezbyt mały,

Własne jej rączki drobne na łeb mi posłały.

ARNOLF

Tam do licha! jak widzę, to nie bagatele!

Pewnie; po tym nadziei trudno żywić wiele.

HORACY

Prawda; powrót ten zepsuł mi szyki w tej mierze.

ARNOLF

Wierzaj mi, że z strapieniem twym współczuję szczerze.

HORACY

Ten cymbał wszystko wikła.

ARNOLF

Tak. Lecz cóż to znaczy!

Znajdziesz sposób, by sprawę obrócić inaczej.

HORACY

Muszę obmyślić, czyby się jakoś nie dało

Pokonać zazdrośnika czujność zbyt wytrwałą.

ARNOLF

To ci nie będzie trudno. Wszak wiesz, że ta młódka

Kocha cię.

HORACY

Oczywiście.

ARNOLF

No, to sprawa krótka.

HORACY

Mam nadzieję.

ARNOLF

Ten kamień niby rzecz odmienia;

Lecz to cię nie powinno dziwić.

HORACY

Bez wątpienia;

Że w tym ów ptaszek siedzi, pojąłem od razu,

I że wszystko, co zaszło, to z jego rozkazu.

Ale nie mniej ode mnie chyba pana zdziwi,

Pewna rzecz, która sprawę znów znaczy szczęśliwiej;

Krok, którego przytomność i śmiałość zdradziecka,

Mogą zdumieć ze strony naiwnego dziecka.

Miłość, to mistrz nie lada; ona, w jednej chwili,

Czyni z nas coś, czym przedtem nigdyśmy nie byli;

Nieraz w naturze naszej, w sposób niesłychany,

Nauki jej sprawiają zupełne przemiany;

Jednym tchnieniem potężnym ta wszechmocna władza,

Jakby cudem, na innych ludzi nas przeradza;

Z jej woli, wraz się skąpy staje rozrzutnikiem,

Tchórz rycerzem, gbur prosty czułym zalotnikiem;

Najbardziej tępej duszy ona daje ostrze

I nagłą bystrość wlewa w objęcie najprostsze.

W Anusi cud ten mocą zabłysnął tajemną,

Bo, gdy takimi oto słowy zrywa ze mną:

„Odejdź pan: już twa noga tutaj nie postanie;

Znam twe chęci, a oto masz odpowiedź na nie”,

Ten kamień, co się panu wydawał tak srogi,

Razem z małym liścikiem upadł mi pod nogi;

I trudno było złączyć roztropniej i milej

Treść tych słów, list i kamień rzucony w tej chwili.

Czyż cię nie wprawia w podziw podobny uczynek?

Nie robiż miłość cudów z naiwnych dziewczynek?

Że w sercach ludzkich działać mogą dziwne rzeczy

Jej potężne płomienie, i któż mi zaprzeczy?

I cóż pan o tej sztuczce mówisz i liściku?

No! czyli nie podziwiasz takiego wyniku?

Czy cię nie śmieszy patrzeć, jaką głupią rolę

Gra ów Argus, przez dziecko wywiedziony w pole?

Powiedz pan?

ARNOLF

Ależ owszem.

HORACY

Niechże się pan śmieje.

Arnolf śmieje się z przymusem

Ten człowiek, co, chcąc przeciąć wszystkie me nadzieje,

Zapiera bramy domu, gromadzi pociski,

Tak, jak gdybym chciał szturmem brać ten dworek niski;

Który, chcąc mnie odpędzić a sam mając tchórza,

Całą służbę od wewnątrz przeciw mnie podburza,

I w końcu go na dudka, jego własną bronią,

Stroi ta, której umysł dławił ciężką dłonią!

Wyznaję szczerze, chociaż tym swoim powrotem

Pragnienia me powikłał nie lada kłopotem,

Lecz w zamian, jego kosztem, świetnie się ubawię;

Gdy to wspomnę, ze śmiechu pokładam się prawie.

Pan się nie dość tym cieszysz, do kroćset tysięcy!

ARNOLF

z wymuszonym śmiechem:

Daruj, ale się cieszę jak mogę najwięcej.

HORACY

Pewno też jesteś ciekaw listu tego treści:

Wszystko, co serce czuje, w tym piśmie się mieści,

Lecz w słowach dziwnie prostych i pełnych tkliwości,

Serdeczności niewinnej, słodkiej naiwności,

Po prostu tak, jak serce dziewczęcia najszczersze

Zdoła wyrazić uczuć swoich drgnienia pierwsze.

ARNOLF

po cichu na stronie:

Więc na to ci, łotrzyco, kunszt pisania służy,

Którego ci broniłem jak mogłem najdłużej!

HORACY

czyta:

„Pragnę do pana pisać, i jestem w wielkim kłopocie, jak wziąć się do tego. Mam różne myśli, które chciałabym, aby pan mógł poznać; ale nie wiem, jak je wyrazić i nie ufam własnym słowom. Zaczynam rozumieć, że mnie dotąd trzymano w zupełnej ciemnocie: lękam się, bym nie napisała czegoś niewłaściwego i nie powiedziała więcej niż przystoi. Doprawdy, nie wiem, co mi pan takiego zadał, ale czuję, że jestem śmiertelnie zmartwiona tym, co mi kazano zrobić, że będzie mi strasznie przykro nie widywać pana i byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła zawsze zostać z panem. Może to niedobrze, że tak mówię; ale cóż, nie mogę się wstrzymać; chciałabym, żeby się to mogło stać, a żeby to nie było nic złego. Mówiono mi, że wszyscy młodzi to zwodziciele, że ich nie trzeba słuchać, i że wszystko, co pan mówi, to tylko po to, aby mnie wywieść w pole; ale zaręczam, że ja nie potrafię o panu tak myśleć; słowa pana tak mi trafiają do serca, że nie mogę uwierzyć, by miały być kłamstwem. Niech mi pan szczerze powie, jak jest naprawdę; ja jestem głupiutka dziewczyna, więc bardzo by pan nieładnie postąpił, gdyby pan mnie zwodził; a ja umarłabym chyba ze zmartwienia”.

 

ARNOLF

na stronie:

A, szelma!

HORACY

Co to panu?

ARNOLF

Nic; kaszlnąłem trocha.

HORACY

Możnaż tkliwiej wyrazić, że się kogoś kocha?

Mimo przeklętych starań tyranii tak szpetnej,

Mógłże wyróść w ukryciu kwiat bardziej szlachetny?

Czy to nie jest występek, wart najsroższej kary,

Niszczyć złośliwie duszy tak powabnej czary,

Po to, aby, w prostactwie grubym i ciemnocie,

Bronić światła bożego tej cudnej istocie?

Miłości blask rozprószył już nieco te mroki;

Lecz, jeśli kiedy w życiu, przez losów wyroki,

Będę mógł, tak jak pragnę, owego gałgana,

Łotra z pod ciemnej gwiazdy, szelmę, rufijana...

ARNOLF

Bądź zdrów.

HORACY

Jak to, tak szybko?

ARNOLF

Przypomniałem sobie,

Żem naznaczył spotkanie gdzieś pewnej osobie.

HORACY

Czy pan nie wie przypadkiem, kto by po kryjomu

W potrzebie znaleźć przystęp mógł do tego domu?

Wszak, między przyjaciółmi, nieraz sobie wzajem

Takie drobne przysługi w potrzebie oddajem.

W domu tym, wszystkim stałem się przedmiotem wstrętu;

I oboje służący, od tego momentu,

Pomimo najgorętszych starań z mojej strony,

Wszystkim prośbom stawiają opór niezwalczony.

Miałem do takich usług pewną starowinę:

Co inny w tydzień, ona sprawiła w godzinę,

Niemało mi pomogły jej cenne zalety;

Lecz przedwczoraj się klapło babinie niestety.

Nie znasz kogoś, co mógłby, wkradłszy się tajemnie...

ARNOLF

Doprawdy, nie; lecz znajdziesz pewno i beze mnie.

HORACY

Żegnaj zatem. Raz jeszcze o milczenie proszę.