9 najpiękniejszych komedii

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Scena druga

ARNOLF, GRZELA i AGATKA wewnątrz.

GRZELA

Kto puka?

ARNOLF

Otwórz.

Na stronie:

To im radość sprawię;

Wszakże mnie nie widzieli dni już dziesięć prawie.

GRZELA

Kto idzie?

ARNOLF

Ja.

GRZELA

Agatko!

AGATKA

Hę?

GRZELA

Ktoś do drzwi puka.

AGATKA

Idź, otwórz.

GRZELA

Ty idź.

AGATKA

Pewnie! Mądra z ciebie sztuka!

GRZELA

Ja też nie pójdę.

ARNOLF

Nuże! Przez te wasze kłótnie

Ja będę stał na dworze? No! puszczajcie, trutnie!

AGATKA

Kto puka?

ARNOLF

Pan twój.

AGATKA

Grzela!

GRZELA

Co?

AGATKA

To pan szturmuje.

Otwórz prędko.

GRZELA

Ty otwórz.

AGATKA

Ja ognia pilnuję.

GRZELA

Ja muszę wróbla trzymać, bo się kota trwoży.

ARNOLF

Ejże! Kto z was w tej chwili drzwi mi nie otworzy,

Czterodniowym go postem w nagrodę ucieszę.

Ha!

AGATKA

I po cóż ty lecisz, kiedy ja już spieszę?

GRZELA

O! czemuż ty, a nie ja? Jaka mi mądrala!

AGATKA

Usuń się stąd.

GRZELA

Ej, radzę, trzymaj mi się z dala.

AGATKA

Ja chcę mu drzwi otworzyć.

GRZELA

Ja otworzę, nie ty.

AGATKA

Nie otworzysz.

GRZELA

I ty nie.

AGATKA

Ani ty. O, rety!

ARNOLF

Nuże, wy! bo już w palcach dostaję świerzbiączki!

GRZELA

wchodząc:

Ja, panie, otworzyłem, ja.

AGATKA

wchodząc:

Całuję rączki,

To ja...

GRZELA

Ej, gdyby nie mój szacunek dla pana,

Ja bym cię...

ARNOLF

ugodzony przez Grzelę:

Ech!

GRZELA

Przepraszam.

ARNOLF

Widzicie bałwana!

GRZELA

To przez tę szelmę, panie.

ARNOLF

Cicho mi oboje.

Dosyć głupstw; odpowiadać na pytania moje.

Cóż, Grzela, jakże miewa się kompania cała?

GRZELA

Mamy się, panie...

Arnolf zdejmuje Grzeli kapelusz z głowy

Mamy...

Arnolf zdejmuje mu znowu kapelusz

Mamy... Bogu chwała,

Mamy się...

ARNOLF

zdejmując Grzeli po raz trzeci kapelusz i rzucając na ziemię:

A to bydlę! To rzecz niesłychana!

Jak śmiesz z kapciuchem na łbie przemawiać do pana?

GRZELA

Tak; co słusznie, to słusznie.

ARNOLF

do Grzeli:

Wołaj, gdzie Aneczka.

Scena trzecia

ARNOLF, AGATKA.

ARNOLF

Cóż, gdym odjechał, smutna tu była dzieweczka?

AGATKA

Smutna? Nie.

ARNOLF

Nie?

AGATKA

A, owszem.

ARNOLF

Czemu?

AGATKA

W każdej chwili,

Myślała, żeście może, panie, już wrócili;

I co przeszło pod oknem naszym jakie zwierzę,

Muł, koń, osieł, już ona za pana je bierze.

Scena czwarta

ARNOLF, ANUSIA, GRZELA, AGATKA.

ARNOLF

Zawsze z robótką w dłoni! To dobrze mi wróży.

Cóż, Anusiu, już jestem z powrotem z podróży:

Cieszysz się z tego, powiedz?

ANUSIA

O, i owszem, panie.

ARNOLF

I ja też, że cię widzę, radem niesłychanie.

Zdrowaś, widzę; buziaczek różowy i biały?

ANUSIA

Tak: pchły mnie tylko trochę po nocy kąsały.

ARNOLF

Dam ci wnet kogoś, co je przepłoszyć pomoże.

ANUSIA

Bardzo bym się cieszyła.

ARNOLF

Wierzę ci, niebożę.

Cóż ty tam robisz teraz?

ANUSIA

Czepeczek na głowę.

Pańskie koszule nocne i chustki gotowe.

ARNOLF

Doskonale. Idź teraz na górę, rybeńko:

Nie nudź się tam, ja wrócę za chwilę maleńką;

O bardzo ważnych rzeczach mówić z sobą mamy.

Scena piąta

ARNOLF sam.

Ha, młode bohaterki, wy, przemądre damy,

Wy, co wiecznie w westchnieniach, wiecznie w czułych transach,

Oby wszystko, co siedzi w tych waszych romansach,

W waszych wierszach, liścikach, w całej uczoności,

Było warte tej prostej, świętej niewinności.

Nie pieniądz przede wszystkim trzeba mieć na pieczy;

I gdy honor...

Scena szósta

ARNOLF, HORACY.

ARNOLF

Co widzę?... Czyżby?... W samej rzeczy.

Czy się mylę? Nie. Ależ... To on. Czy być może!

Hor...

HORACY

Pan Ar...

ARNOLF

To Horacy.

HORACY

Arnolf!

ARNOLF

Dobry Boże!

Od kiedyż?

HORACY

Tydzień przeszło.

ARNOLF

Tydzień! Gadajże mnie!

HORACY

Byłem u pana zrazu, ale nadaremnie.

ARNOLF

Na kilka dni...

HORACY

Słyszałem; wyjechał pan z miasta.

ARNOLF

Ha, jakże szybko z dziecka mężczyzna wyrasta!

Oczom nie wierzę, widząc młodzieńcem wspaniałym

Tego, którego takim, ot, takim widziałem.

HORACY

Jak pan widzi.

ARNOLF

No, gadaj: cóż tam Oront miły,

Ojciec twój, co go kocham i czczę z całej siły,

Cóż porabia? Czy zawsze tak dziarski i świeży?

On wie, jak mi na jego osobie zależy:

Wszak to już cztery lata, jak ojciec jegomość

Ostatni raz mi przesłał o sobie wiadomość.

HORACY

O, czerstwość i wesołość nigdy nieprzebrana:

Młodszy od nas. Dał właśnie mi tu list do pana;

Lecz w drugim liście pisze, iż sam wnet przybywa.

Czemu, nie wiem, lecz coś się w tym wszystkim ukrywa.

Nie wie pan, kto tu z miasta waszego być może,

Co, po czternastu latach, powraca przez morze,

Z mieniem, które mu dała hojna Ameryka?

ARNOLF

Nie; nie wiesz, jak go zowią?

HORACY

Ma imię Enryka.

ARNOLF

Nie.

HORACY

Ojciec mówi o nim, nie tłumacząc wcale,

Tak, jak o kimś, co znanym mi jest doskonale;

I pisze, że obadwaj udają się w drogę;

W jakiej sprawie, nie mówi i zgadnąć nie mogę.

Horacy oddaje list Oronta Arnolfowi

ARNOLF

Radość mi to przybycie sprawi niezawodnie

I zrobię, co w mej mocy, by go przyjąć godnie.

Przeczytawszy list:

Nie, doprawdy, za wiele tych wszystkich grzeczności;

Z przyjaciółmi powinno się poczynać prościej:

Nawet bez tego listu, mógłbyś, w każdym czasie,

 

Bez najmniejszych skrupułów czerpać w mojej kasie.

HORACY

Choćby zaraz, za słowom pana chwycić gotów:

Gdybyś setką pistoli raczył mnie z kłopotów...

ARNOLF

Cenię w tobie, młodzieńcze, otwartości cnotę,

I cieszę się, że właśnie mam z sobą tę kwotę.

Weź i sakiewkę.

HORACY

Wdzięczność...

ARNOLF

Dajże pokój Wasze.

I cóż? jakże ci miasto się podoba nasze?

HORACY

Piękne, ludne, postacią nęci okazałą,

Sądzę, że i rozrywek w nim będzie niemało.

ARNOLF

Każdy taką rozrywkę ma, jaką wybierze:

Kto jak kto, ale nasi miłostek rycerze,

Ci mają w tym miasteczku uciechy do syta;

Nie grzeszy surowością tu żadna kobiéta:

Blondynka czy brunetka, całuskiem nie gardzi.

A mężowie, ci także nie są nazbyt hardzi.

To rozkosz wprost królewska: kiedy na to patrzę,

Dalibóg, że się bawię lepiej niż w teatrze.

Możeś i ty już zaznał jakowej przygody?

Ejże? nie wpadłeś w oko jakiej damie młodej?

Taka postawa więcej od dukatów znaczy,

I, sądząc z miny, warteś już robić rogaczy.

HORACY

By panu prawdę skrywać, zbyt wiele go cenię:

Otóż, miałem tu małe miłosne zdarzenie,

Które przyjacielowi zwierzyć mi wypada.

ARNOLF

na stronie:

Brawo! znów historyjkę usłyszę nie lada;

W mym raptularzu kartka wnet przybędzie nowa.

HORACY

Ale proszę, nikomu o tym ani słowa.

ARNOLF

Och!

HORACY

Wszakże pan rozumie, że w takiej przygodzie,

Kto wiele paple, łatwo osiada na lodzie.

A zatem, wyznam panu, z otwartością całą,

Że serce me królową swoją tu spotkało.

Pierwszy mój tkliwy atak takie odniósł skutki,

Żem wstęp do jej mieszkania zyskał bez ogródki,

I, nie chwaląc się zbytnio, ni krzywdząc jej sławę,

Mam nadzieję, że nieźle prowadzę swą sprawę.

ARNOLF

śmiejąc się:

I gdzież?...

HORACY

wskazując mieszkanie Anusi:

Młode stworzenie; mieszka tu, z tej strony.

O, tam, widzi pan: domek nieduży, czerwony.

Prosta dusza, to prawda, z opiekuna łaski,

Co zazdrośnie powabów jej ukrywa blaski;

Ale, poprzez ciemnoty mroki mimowolnej,

Jaśnieje wdzięk, każdego oczarować zdolny;

Przymilna, dobra, tkliwa; kiedy się rozśmieje,

Rzekłbyś, że ci wprost serce z rozkoszy topnieje.

Lecz być może, że panu nie całkiem nieznany

Ten skarb miłości, czary tyloma przybrany;

Zwie się Anusia.

ARNOLF

na stronie:

Ginę!

HORACY

Imię opiekuna

Na Ros czy Roch, tak jakoś pono się zaczyna:

Mniejsza z tym, tak daleko ma pamięć nie sięga;

Bogaty, powiadają, lecz głowa nietęga;

Słyszałem o nim, jako o śmiesznej postaci.

Nie zna go pan przypadkiem?

ARNOLF

na stronie:

A niechże go kaci!

HORACY

Cóż? pan nie odpowiada?

ARNOLF

Tak... Kiedyś go znałem.

HORACY

Cymbał? prawda?

ARNOLF

No...

HORACY

Z miny to pańskiej poznałem.

Znaczy, że pan potwierdza? Zazdrośnik pocieszny?

Głupiec? Widzę, sąd świata nie był zbyt pospieszny.

Słowem, w pięknej Anusi szczęście moje leży.

To klejnocik prawdziwy; niechaj mi pan wierzy;

I byłoby wprost grzechem, aby piękność taka

Miała pozostać w ręku starego dziwaka.

Co do mnie, wszystkie trudy moje, wszystkie siły,

Wytężę, aby wydrzeć mu przedmiot tak miły,

I pieniądze od pana w tej chwili podjęte,

Posłużą mi, by wesprzeć zamiary tak święte.

Pojmujesz pan, że choć się w środkach nie przebiera,

Pieniądz to klucz, co wszystkie sprężyny otwiera;

I że ten słodki metal, na który tak liczę,

W miłości, jak na wojnie, przyspiesza zdobycze.

Ale pan słucha tego z jakimś chmurnym czołem!

Czyliżbyś ganić zamiar miał, który powziąłem?

ARNOLF

Nie, lecz myślałem...

HORACY

Nużę pana tą gawędką:

Żegnam więc. Mam nadzieję odwiedzić go prędko.

ARNOLF

myśląc, że jest sam:

Ach, czemuż...

HORACY

wracając:

Tylko proszę, chciej pan tajemnicy

Dochować i nie roztrąb tego po ulicy.

ARNOLF

myśląc, że jest sam:

Ach! jak w mej duszy...

HORACY

wracając:

Ojcu zwłaszcza ani słowa:

Byłażby do zrzędzenia przyczyna gotowa!

ARNOLF

myśląc, że Horacy jeszcze wraca:

Och!...

Scena siódma

ARNOLF sam:

Całe to spotkanie, cóż dla mnie za męka!

Myśli zebrać nie mogę, głowa wprost mi pęka.

Jakże on lekko, z jaką pustotą zuchwałą,

Pospieszył mi wypaplać swą przygodę całą!

Choć przyczyną omyłki imię moje nowe,

Trzpiot chyba się tak wyrwie, co upadł na głowę.

Lecz, wycierpiawszy tyle, trza mi było jeszcze

W zupełności rozjaśnić przeczucia złowieszcze,

Pociągnąć go do końca za język plugawy,

I zbadać, jak daleko zaszły ich zabawy.

Spróbujmy go dogonić: nie mógł zajść daleko;

Rozwiążmy te pytania, co serce mi pieką;

Drżę przed ciosem, co grozi spokojności mojej:

Nieraz człek szuka prawdy, a znaleźć się boi.

Akt drugi

Scena pierwsza

ARNOLF sam:

Gdy o tym dłużej myślę, do wniosku przychodzę,

Iż lepiej, żem, szukając go, zgubił się w drodze;

Trwoga, co serce moje w niepewności trzyma,

Nie dałaby się ukryć przed jego oczyma:

Wybuchnąć byłbym zdolny w końcu w słusznym gniewie,

A nie chcę, aby odgadł to, o czym nic nie wie.

Lecz ja nie jestem człowiek, co na to pozwoli,

By mu gaszek po domu buszował do woli:

Muszę to skończyć; zbadać mi trzeba, bez zwłoki,

Jak daleko zajść mogły ich wzajemne kroki.

Honor mój nie jest dla mnie rzeczą lada jaką;

Wszak ona już dziś żoną moją jest niejako;

Jej hańba na mą głowę spadłaby po trosze,

I całej tej zabawy ja koszta ponoszę.

Fatalny ten mój wyjazd! przeklęte podróże.

Puka do drzwi.

Scena druga

ARNOLF, GRZELA, AGATKA.

GRZELA

O, co teraz, to...

ARNOLF

Cicho. Chodźcie tutaj. Nuże!

Bliżej, bliżej: tu chodźcie. Cóż ty tak z daleka?...

AGATKA

Och! pan tak strasznie patrzy, krew z serca ucieka.

ARNOLF

Ha! Więc tak wypełniono tu rozkazy moje?

I na współkę zdradzaliście mnie tu oboje?

AGATKA

padając Arnolfowi do kolan:

Panie, niech mnie pan nie zje, zlituj się nade mną!

GRZELA

na stronie:

Wściekły pies go ukąsił; błagać go daremno.

ARNOLF

na stronie:

Uff! mówić nie potrafię, pot mi spływa z czoła,

Duszę się, chciałbym się móc rozebrać do goła.

do Grzeli i Agatki:

A, wy szelmy! więc, choć wam mówiłem wyraźnie,

Daliście, by mężczyzna...

do Grzeli, który chce uciekać:

Chcesz uciekać, błaźnie!

Czekaj, ja cię...

do Agatki:

Ni kroku! Ja ci tu postoję!

Gadaj mi zaraz!...

do Grzeli:

Tak jest! gadajcie oboje...

Grzela i Agatka wstają i znowu chcą uciekać.

Kto się ruszy, zatłukę kijem bez gadania.

W jaki sposób ten człowiek wkradł się do mieszkania?

Dalej! mówcie. No, prędko, żwawo, szybko, rychło,

Bez łgarstw. No?

GRZELA i AGATKA

Ach!

AGATKA

znów przypadając do kolan Arnolfa:

Ze strachu serce mi ucichło.

GRZELA

padając do kolan Arnolfa:

Umieram.

ARNOLF

na stronie:

W pociem cały; brakło mi oddechu;

Trzeba się przejść, ochłodzić; tak, tak, bez pośpiechu,

Mogłemż przewidzieć, kiedy dzieckiem go widziałem,

Że on na to wyrośnie? Drżę na ciele całem!

Myślę, że lepiej będzie, abym od niej samej

Łagodnością wybadał rozmiary tej plamy.

Pohamujmy się; teraz na gniewy nie kolej.

Cierpliwości, me serce, powoli, powoli.

do Grzeli i Agatki:

Wstańcie, idźcie do domu wołać tu Anusi,

Nie, czekajcie.

na stronie:

Znienacka się to odbyć musi;

Mogliby ją uprzedzić o zgryzocie mojej;

Lepiej będzie, gdy sam ją wywołam z pokoi.

do Grzeli i Agatki:

Tu czekać.

Scena trzecia

GRZELA, AGATKA.

AGATKA

Boże, jak on patrzy obrzydliwie!

Boję się jego oczu, boję się straszliwie;

Tak szpetnej gęby jeszczem w życiu nie widziała.

GRZELA

Ten pan go tak pogniewał: głupia rzecz się stała.

AGATKA

Ale po kiego licha każe tak uparcie

Wciąż przy naszej panience stać niby na warcie?

Czemuż ją tak zawzięcie przed światem ukrywa,

Aby jej nie ujrzała żadna dusza żywa?

GRZELA

Czemu ją tak ukrywa? no, pewnie z zazdrości.

AGATKA

Ale skąd mu to w głowie? cóż go tyle złości?

GRZELA

Niby... że jest zazdrosny, to z tego pochodzi.

AGATKA

Tak, ale czemu taki? o co jemu chodzi?

GRZELA

Bo to zazdrość... rozumiesz mnie dobrze, Agatko,

To jest rzecz... no... co ludzi udręcza nierzadko...

Niby, że człek jak wariat pod domem ugania.

Chcesz zrozumieć? posłuchaj oto porównania,

Abyś lepiej pojęła ten związek tak bliski.

Powiedz mi, kiedy zupę jeść zaczynasz z miski,

A tu ci ktoś zgłodniały z gębą się przybliża,

No, powiedz, odegnałabyś go od talirza?

AGATKA

Ano, juści.

GRZELA

 

No, widzisz; tłumaczę ci jaśnie:

Toż zupą dla mężczyzny jest kobieta właśnie;

I kiedy człowiek widzi, że inni zuchwalce

W jego zupie by chcieli wnet umoczyć palce,

W gniew wpada i do walki srogiej się sposobi.

AGATKA

Tak; zatem czemuż każdy tak samo nie robi?

Wszak niejeden się zdaje strasznie ucieszony,

Kiedy mu się panicze kręcą wpodle żony?

GRZELA

Bo nie każdy ma takie łakome zwyczaje,

Że chce tylko dla siebie.

AGATKA

Albo mi się zdaje,

Albo pan idzie.

GRZELA

On sam: weźmie nas w obroty.

AGATKA

Patrz, jaki on strapiony.

GRZELA

Widać ma zgryzoty.

Scena czwarta

ARNOLF, GRZELA, AGATKA.

ARNOLF

na stronie:

Pewien Greczyn nauczył cesarza Augusta

Tej maksymy, co nie jest głupia ani pusta,

Że gdy jakieś wzburzenie na nasz umysł padło,

Należy wprzód odmówić całe abecadło:

Niechaj się żółć tymczasem w człowieku ochłodzi,

Aby snać nie uczynił, czego się nie godzi.

Za tą radą poszedłem też w sprawie Aneczki,

Kazałem ją zawołać, i, bez żadnej sprzeczki,

Na przechadzkę ze sobą małą ją zabiorę.

W ten sposób, mózgu mego przywidzenia chore,

Bedę zdolen rozprószyć nieco z jej rozmowy,

I, badając ją zręcznie, sąd uzyskać zdrowy.

Scena piąta

ARNOLF, ANUSIA, GRZELA, AGATKA.

ARNOLF

Chodź, Anusiu.

Do Grzeli i Agatki:

Wy idźcie.

Scena szósta

ARNOLF, ANUSIA.

ARNOLF

Dzień mamy niczego.

ANUSIA

Bardzo ładny.

ARNOLF

Pogoda!

ANUSIA

Śliczna.

ARNOLF

Cóż nowego?

ANUSIA

Kotek zdechł nam.

ARNOLF

Fakt smutny, ale nie najrzadszy;

Wszyscyśmy wszak śmiertelni; każdy siebie patrzy.

Cóż, kiedy byłem na wsi, deszcz tu padał dłużej?

ANUSIA

Nie.

ARNOLF

Czyś się nie nudziła w czasie mej podróży?

ANUSIA

Ja się nigdy nie nudzę.

ARNOLF

A jakże z robotą?

ANUSIA

Mam sześć koszul, a tutaj szósty czepek oto.

ARNOLF

po chwili zamyślenia:

W świecie, droga Anusiu, to jest rzecz szczególna,

Jak chętka do obmowy wszystkim jest dziś wspólna:

Mówili mi sąsiedzi, że tu, po kryjomu,

Obcy człowiek u ciebie jakiś bywał w domu,

Żeś cierpiała obecność jego i rozmowę;

Lecz ja nie mogłem wierzyć w oszczerstwa takowe,

I chciałem się założyć, że to ludzką złością...

ANUSIA

Niech się pan nie zakłada; przegra pan z pewnością.

ARNOLF

Co! w istocie, mężczyzna...

ANUSIA

Tak, niech mi pan wierzy;

Prawie że się nie ruszył stąd, mówię najszczerzej.

ARNOLF

po cichu na stronie:

Otwartość, z jaką czyni takowe wyznanie,

Za niewinności zakład przynajmniej mi stanie.

głośno:

Lecz zda mi się, Anusiu, jeśli dobrze pomnę,

Żem ci w tej mierze wydał zakazy niezłomne.

ANUSIA

Tak; lecz czemu tak było, zaraz pan zobaczy:

I sam by pan nie umiał postąpić inaczej.

ARNOLF

Być może. Słucham zatem owego zdarzenia.

ANUSIA

Dziwna historia, trudna wprost do uwierzenia.

Przy szyciu ot, siedziałam sobie na balkonie,

Gdym spostrzegła, że idzie, o, tam, po tej stronie,

Jakiś pan, bardzo piękny, który, z moim wzrokiem

Spotkawszy się, ukłonem wita mnie głębokim:

Ja, chcąc dowieść, że znane mi świata zwyczaje,

Równie uprzejmy ukłon nawzajem oddaję.

Wtem, widzę, że on z nowym się kwapi ukłonem:

Natychmiast i ja spieszę z równie uniżonym;

A gdy on po raz trzeci kłania się na nowo,

I ja mu po raz trzeci wraz skinęłam głową.

On idzie, mija, wraca, to znowu przystaje,

I raz po razu ukłon mi nowy oddaje;

Ja zaś, ócz nie spuszczając zeń ani na chwilę,

Ani z jednym ukłonem nie zostałam w tyle:

Tak, że, gdyby nie ciemność, co z nocą nadała,

Byłabym chyba wiecznie tak na ganku stała,

Nie chcąc pierwsza ustąpić i dopuścić tego,

Bym się miała mniej grzeczną okazać od niego.

ARNOLF

Ślicznie.

ANUSIA

Nazajutrz rano, znów jakaś starucha

Zdybała mnie na progu, tak szepcąc do ucha:

„Moje dziecko, niech Bóg ci zawsze błogosławi,

Niech cię długo w twych wdziękach chowa najłaskawiej!

Lecz nie na to przystroił cię w tak wiele czarów,

Abyś na złe używać miała jego darów;

I wiedz, że się na los swój żali dzisiaj smutnie,

Serce, co jest przez ciebie zranione okrutnie”.

ARNOLF

na stronie:

A to pomiot szatański! Belzebuba żona!

ANUSIA

Ja miałam zranić kogoś? pytam się zdziwiona.

„Tak, zraniłaś, na dobre zraniłaś, kochanku,

Tego pana, co wczoraj go widziałaś z ganku”.

Ach, pytam, cóż być mogło przyczyną tej doli?

Czym może upuściła coś nań mimo woli?

„Nie, oczy twe sprawiły, rzekła, te cierpienia,

I zło całe pochodzi od twego spojrzenia”.

O Boże! wykrzyknęłam, przejmujesz mnie trwogą:

Czy mam co złego w oczach, że tak szkodzić mogą?

„Tak, rzekła, oczy twoje, moje biedne dziecko,

Choć sama nie wiesz, sączą truciznę zdradziecką;

Słowem, ten biedak ginie, ugodzon do żywa,

I jeśli, rzekła dalej staruszka poczciwa,

Twe serce w okrucieństwie swym go nie ocali,

Człowiek ten zamrze nędznie, za dwa dni najdalej”.

Mój Boże, mówię, strasznym przejmujesz mnie smutkiem,

Lecz cóż czynić, by pomoc nieść mu z dobrym skutkiem?

„On prosi tylko, dziecko, abyś, w tej potrzebie,

Dała mu mówić z sobą i patrzeć na siebie;

Twe oczy tylko mogą zbawić od mogiły,

I zdrowie wrócić temu, którego zraniły”.

Najchętniej, rzekłam na to; gdy tak stoją rzeczy,

Może przychodzić póty, aż się nie wyleczy.

ARNOLF

na stronie:

Ha, ty wiedźmo przeklęta, ty nasienie wraże,

Niechaj za twe szelmostwo piekło cię pokarze!

ANUSIA

Oto więc, jak mnie poznał i odzyskał zdrowie.

Czym nie dobrze zrobiła, niechże pan sam powie?

I czy mogłam pozwolić, byłoż to w mej mocy,

By miał zginąć tak nędznie dla braku pomocy?

Ja, co z każdym cierpieniem ludzkim tak współczuję,

I płaczę, gdy Agatka kurczęta morduje?

ARNOLF

po cichu na stronie:

Wszystko to zdradza czystą i niewinną duszę;

I tylko nierozsądek własny winić muszę,

Żem bez obrony wydał tę świętą prostotę

Na szczwanych zwodzicieli zuchwałą niecnotę.

Boję się, znając tego draba chęci płoche,

Czy nie pomknął igraszki za daleko trochę.

ANUSIA

Co panu? Pan się gniewa na mnie? I dlaczego?

Czy w tym, com tu mówiła, widzi pan co złego?

ARNOLF

Nie. Lecz powiedz mi teraz, co potem się działo,

I jak ów młodzian spędzał swoją bytność całą?

ANUSIA

Ach, gdyby pan mógł widzieć, jaki był szczęśliwy!

Jak wnet widok mój zbawił go męki straszliwej,

Jaką szkatułkę dał mi, tak piękną jak rzadko,

Jak wspaniale postąpił z Grzesiem i Agatką,

Pokochałbyś go pewnie i rzekłbyś, wraz z nami...

ARNOLF

Wierzę. Lecz cóż on robił, gdyście byli sami?

ANUSIA

Przysięgał, że serdeczną miłość dla mnie żywi,

Przemawiał nieustannie jak można najtkliwiej,

Słowami, których w świecie słyszeć się nie zdarza

I od których, ilekroć on mi je powtarza,

Tak mnie w piersiach łaskoce, jakby tam, do środka,

Do serca mi wchodziła jakaś lubość słodka.

ARNOLF

po cichu na stronie:

O nieszczęsne badanie, o żądzy zaciekła,

Co z ust jej każesz znosić wszystkie męki piekła!

Głośno:

Prócz tego, że przemawiał tak czułymi słowy,

Czy nie świadczył ci jeszcze pieszczoty jakowej?

ANUSIA

O, ile! Wciąż za ręce mnie brał, za ramiona,

I całował, całował, myślałam, że skona!

ARNOLF

A czy więcej, Anusiu, nie wziął ci niczego?

widząc jej zmieszanie, na stronie:

Uff!

ANUSIA

Właśnie...

ARNOLF

Co?...

ANUSIA

Że wziął mi...

ARNOLF

Hę?

ANUSIA

Coś...

ARNOLF

Cóż?

ANUSIA

Nie, tego

Nie śmiem już. Znów by się pan rozzłościł na nowo.

ARNOLF

Nie.

ANUSIA

Owszem.

ARNOLF

Ech, nie, Boże!

ANUSIA

Niech mi pan da słowo.

ARNOLF

Niech będzie.

ANUSIA

Wziął mi... nie śmiem... pan się będzie gniewać.

ARNOLF

Nie.

ANUSIA

Tak.

ARNOLF

Nic, nie, nie. Diabli! Czegóż się spodziewać?

Cóż ci wziął?

ANUSIA

Wziął mi...

ARNOLF

na stronie:

Co za męka niesłychana!

ANUSIA

Wziął mi wstążeczkę, którą dostałam od pana.

Nie mogłam mu odmówić, wyznam panu szczerze.

ARNOLF

odzyskawszy oddech:

Mniejsza już o wstążeczkę, ale czy w tej mierze

Nic już nie było więcej, nad całusy owe?

ANUSIA

Jak to? można coś więcej?

ARNOLF

Nie, nie. Tracę głowę.

Lecz, aby się uleczyć w tak ciężkiej potrzebie,

Czy innego lekarstwa nie żądał od ciebie?

ANUSIA

Nie. Wszak, by mu dopomóc, wszyściutko z ochotą

Byłabym mu oddała, gdyby prosił o to.

ARNOLF

po cichu na stronie:

Dzięki niebu, zbyt wielkiej szkody nie poniosłem:

Jeśli wpadnę raz drugi, niech mnie nazwą osłem.

Lecz sza.

głośno:

Twa nieświadomość w tym przyczyną całą.

Przebaczam ci. To, co się stało, już się stało.

Wiem, że ten frant przymilny myśli tylko o tem,

By nadużyć twej wiary i wyśmiać się potem.

ANUSIA

O, nie! sam mi powiadał ze dwadzieścia razy.

ARNOLF

Ech, ty nie wiesz, co warte są takie wyrazy.

Usłysz więc, że przyjmować szkatułki, prezenty,

Wymuskanych gładyszów cierpieć komplementy,

Pozwalać czułe słówka im w ucho mamrotać,

Całować się po rękach i w serce łaskotać,

To grzech śmiertelny, cięższy nad wszelkie przewiny.

ANUSIA

Grzech, pan mówi? Mój Boże, i z jakiej przyczyny?

ARNOLF

Z jakiej? Wiedz więc i niech cię na przyszłość wyleczy,

To, że niebo się strasznie gniewa o te rzeczy.

ANUSIA

Gniewa się? Ale w czemżem ja je obraziła?

Ach, Boże! to rzecz taka słodka, taka miła!

Pojąć trudno, rozkoszy ile się w tym kryje,

I nie znałam wszystkiego tego, póki żyję.

ARNOLF

Tak, to wielka przyjemność te wszystkie pieszczotki,

Te cackania przymilne i szczebiot ów słodki,

Lecz trzeba ich zażywać w uczciwym zamiarze,

I wtedy, gdy małżeństwo grzech z nich wszelki zmaże.

ANUSIA

Więc dopiero małżeństwo grzech w dobre odmieni?

ARNOLF

Tak.

ANUSIA

Więc proszę, niechże mnie pan prędko ożeni.

ARNOLF

Bądź pewna, że na równi z tobą marzę o tem,

I właśnie w tym zamiarze widzisz mnie z powrotem.

ANUSIA

Czy być może?

ARNOLF

Z pewnością.

ANUSIA

Och, co pan powiada!

ARNOLF

Nie wątpię, że małżeństwu szczerze będziesz rada.

ANUSIA

Pan chce, byśmy oboje...

ARNOLF

Możesz liczyć na to.

ANUSIA

O, jakżebym też pana upieściła za to!

ARNOLF

Bądź pewna, że i ja ci oddam to wzajemnie.

ANUSIA

Ja nie lubię, jak sobie kto żartuje ze mnie.

Czy pan mówi na serio?

ARNOLF

Dowody ci złożę.

ANUSIA

Pobierzem się?

ARNOLF

Tak.

ANUSIA

Kiedy?

ARNOLF

Dziś wieczorem może.

ANUSIA

śmiejąc się: