Pięć osób, które spotykamy w niebieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziś są Eddiego narodziny

Lata dwudzieste XX wieku, zatłoczony szpital w jednej z uboższych dzielnic miasta. Przyszły ojciec Eddiego pali papierosa w poczekalni obok innych przyszłych ojców, również palących papierosy. Wchodzi pielęgniarka. Wywołuje jego nazwisko. Źle je wymawia. Inni mężczyźni wydmuchują dym. No i?

On podnosi rękę.

— Gratuluję — mówi pielęgniarka.

Idzie za nią korytarzem do sali noworodków. Jego buty stukają o podłogę.

— Proszę zaczekać— mówi pielęgniarka.

Przez szybę widzi, jak sprawdza numery na drewnianych łóżeczkach. Mija jedno — nie jego, następne — nie jego, następne — nie jego, następne — nie jego.

Zatrzymuje się. To tu. Pod kocykiem. Mała główka okryta niebieską czapeczką. Pielęgniarka sprawdza coś w notatkach i pokazuje dziecko.

Ojciec oddycha ciężko, kiwa potakująco głową. Przez moment jego twarz kurczy się, jak most upadający do rzeki. Potem uśmiecha się.

Jego.

Podróż

W swojej ostatniej chwili na ziemi Eddie nie widział nic, ani nabrzeża, ani tłumu, ani pokiereszowanej platformy, ani strzaskanego wagonika z włókna szklanego.

W opowieściach o życiu po śmierci często w chwili pożegnania dusza unosi się, płynie nad policyjnymi samochodami po wypadku na autostradzie albo przywiera jak pająk do szpitalnego sufitu. Zdarza się to ludziom, którzy dostają drugą szansę, którzy z niewiadomej przyczyny odzyskują swoje miejsce w świecie.

W przypadku Eddiego na to się nie zanosiło.

— GDZIE...?

Gdzie...?

Gdzie...?

Niebo stało się mgliście żółtawe, potem turkusowe, potem jasnożółtozielone. Eddie płynął w powietrzu, a ramiona miał cały czas wyciągnięte przed siebie.

Gdzie...?

Z wieży spadał wagonik. Tyle pamiętał. Mała dziewczynka — Amy? Annie? — płakała. To też pamiętał. Pamiętał swój rozpaczliwy skok. Pamiętał uderzenie o platformę. Pamiętał, jak poczuł dwie małe rączki w swoich dłoniach.

Potem co?

Czy uratowałem ją?

Mógł jedynie wyobrazić sobie to wszystko z dystansu, jak wydarzenie sprzed wielu, wielu lat. Jeszcze dziwniejsze było to, że nie czuł żadnych towarzyszących temu emocji. Czuł jedynie spokój, jakiego doznaje dziecko kołysane w ramionach matki.

Gdzie...?

Niebo dokoła zmieniło ponownie barwę, najpierw na kolor żółtego grejpfruta, potem przeszło w leśną zieleń, a potem w róż, który Eddiemu natychmiast skojarzył się — ciekawe, że ze wszystkich rzeczy właśnie z tym — z cukrową watą.

Czy uratowałem ją?

Czy przeżyła?

Gdzie...

...mój strach?

Gdzie mój ból?

Ale tego już nie było. Każde cierpienie, jakiego w życiu doświadczył, każdy ból, jaki stał się kiedykolwiek jego udziałem — wszystko zniknęło jak powietrze wypuszczone z płuc. Nie czuł bólu. Nie czuł smutku. Jego świadomość przypominała dym, snujący się wstęgą, niezdolny do niczego oprócz spokoju. Kolory pod nim znowu się zmieniły. Coś wirowało. Woda. Ocean. Unosił się nad bezkresnym żółtym morzem. Teraz przybrało kolor melona. Teraz było szafirowe. Zaczął opadać, aż zderzył się z powierzchnią. Działo się to zaskakująco szybko, a jednak na twarzy czuł jedynie lekki powiew, i nic a nic się nie bał. Ujrzał piasek złotego brzegu.

Znalazł się pod wodą.

Wszystko było takie ciche.

Gdzie mój strach?

Gdzie mój ból?

Dziś są Eddiego urodziny

Ma pięć lat. Jest niedzielne popołudnie w Rubylandzie. Piknikowe stoły ustawione są na molo od strony białej piaszczystej plaży. Na stole króluje tort waniliowy z niebieskimi świeczkami i waza z sokiem pomarańczowym. Dokoła bez celu snują się pracownicy wesołego miasteczka: naganiacze, nieszczęśnicy z gabinetów osobliwości, treserzy zwierząt i robotnicy z przetwórni ryb. Ojciec, jak zawsze, gra w karty. Eddie bawi się u jego stóp. Jego starszy brat Joe robi pompki przed grupką starszych pań, które udają zainteresowanie i uprzejmie klaszczą.

Eddie ma na sobie prezent urodzinowy — czerwony kowbojski kapelusz i pas z koltem. Wstaje i z wyciągniętym koltem biegnie od jednej grupki do drugiej, krzycząc: „Paf! Paf!”

— Chodź no tu — kiwa na niego Mickey Shea, siedzący nieopodal na ławce.

— Paf! Paf! — krzyczy Eddie.

Mickey Shea pracuje z tatą Eddiego, razem reperują maszyny. Jest gruby, ma rumianą twarz, nosi szelki i wiecznie śpiewa irlandzkie piosenki. Eddie uważa, że śmiesznie pachnie, zupełnie jak lekarstwo na kaszel.

— Chodź no tutaj, podrzucę cię do góry — mówi. — Jak w Irlandii.

Wielkie dłonie chwytają Eddiego pod pachy, przekręcają go do góry nogami i po chwili chłopiec zwisa przy jego nogach. Kapelusz spada Eddiemu z głowy.

— Ostrożnie, Mickey! — woła matka. Ojciec patrzy, na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu, po chwili ojciec wraca do gry.

— Oho ho. A teraz… — mówi Mickey. — Po jednym razie za każdy rok.

Delikatnie opuszcza chłopca, aż ten głową dotyka podłogi.

— Jeden!

Mickey podnosi Eddiego. Inni dołączają się ze śmiechem. Krzyczą:

— Dwa!... Trzy!

Wisząc głową do dołu, Eddie nie jest pewien, kto jest kto. Głowa staje się ciężka.

— Cztery!... — krzyczą — Pięć!

Eddie zostaje przekręcony głową do góry i postawiony na podłodze. Wszyscy klaszczą. Eddie sięga po kapelusz i potyka się. Wstaje, niepewnym krokiem podchodzi do Mickeya Shea i wymierza mu cios pięścią w ramię.

— Oho ho! A to za co, mój mały? — pyta Mickey. Wszyscy się śmieją. Eddie odwraca się i ucieka, po trzech krokach zgarniają go ramiona matki.

— Wszystko dobrze, syneczku, jubilacie najmilszy? — Zaledwie kilka cali od swojej twarzy Eddie widzi intensywnie czerwoną szminkę, pulchne, miękkie policzki i falę brązowych włosów.

— Byłem do góry nogami — mówi.

— Widziałam — odpowiada matka.

Wkłada mu kapelusz na głowę. Później pójdzie z nim na spacer nabrzeżem, może zabierze go na przejażdżkę na słoniu albo będą patrzeć, jak rybacy wyciągają wieczorne sieci z rzucającymi się rybami, przypominającymi lśniące, mokre monety. Będzie trzymać go za rękę i powie mu, że Pan Bóg jest dumny z niego, że był taki grzeczny w swoje urodziny, a to znowu ustawi świat właściwą stroną do góry.

Przybycie

Eddie obudził się w filiżance.

Znajdował się w staroświeckim lunaparku — była to duża filiżanka zrobiona z ciemnego, politurowanego drewna, z miękkim siedzeniem i drzwiami na stalowych zawiasach. Ręce i nogi Eddiego zwisały z jej brzegów. Niebo wciąż zmieniało kolory, od brązowego, jak skórzane buty, do głębokiego szkarłatu.

Odruchowo sięgnął po laskę. Przez ostatnich kilka lat stale trzymał ją przy łóżku, ponieważ zdarzały się takie poranki, że nie był w stanie podnieść się bez niej. Krępowało go to, przecież kiedyś był tak silny, że wymierzał na powitanie potężne kuksańce.

Ale teraz nie było laski. Eddie odetchnął głęboko i spróbował się podciągnąć. O dziwo, plecy go nie bolały. Zniknął pulsujący ból w nodze. Uchwycił się mocniej, z łatwością przelazł przez brzeg filiżanki i zeskoczył niezgrabnie na ziemię. Tu dopadły go trzy szybkie myśli.

Po pierwsze, czuł się cudownie.

Po drugie, był całkiem sam.

Po trzecie, nadal znajdował się w Rubylandzie.

Ale to było inne wesołe miasteczko. Z płóciennymi namiotami i rozległymi połaciami trawy. Zabudowań było niewiele i nie zasłaniały porośniętego mchem falochronu w oceanie. Wszystkie urządzenia były w dwóch kolorach: strażackim czerwonym i kremowobiałym — żadnych zielononiebieskich czy kasztanowobrązowych barw — i przy każdym stała osobna drewniana budka z biletami. Filiżanka, w której się obudził, należała do starej, prymitywnej karuzeli o dźwięcznej nazwie Wirujące Spodki. Szyld zrobiony był ze sklejki, podobnie jak inne tablice nisko zawieszone na sklepikach i atrakcjach stojących wzdłuż promenady:

Papierosy El Tiempo! Tylko spróbujcie!

Zupa z małży, 10 centów!

Przejażdżka Cyklonem — Sensacja Stulecia!

Eddie zamrugał z niedowierzaniem. Przed oczami miał Rubyland swego dzieciństwa, sprzed jakichś siedemdziesięciu pięciu lat, tyle że wszystko lśniło nowością. Była tam Górska Serpentyna — usunięta kilkadziesiąt lat temu — a także łaźnie i baseny z wodą morską, zlikwidowane w latach pięćdziesiątych. W niebo strzelał pierwszy diabelski młyn — świeżutko pomalowany na biały kolor — a za nim widać było ulice dzielnicy, w której kiedyś mieszkał, i dachy stłoczonych ciasno ceglanych domów czynszowych ze sznurami prania przeciągniętymi między oknami.

Eddie chciał krzyknąć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Poruszył ustami, starając się wymówić słowo: „Hej”. Jego struny głosowe nie wydały żadnego dźwięku.

Obmacał ręce i nogi. Zupełnie nic go nie bolało i pomijając brak głosu, czuł się niewiarygodnie dobrze. Okręcił się w kółko, zrobił parę kroków do tyłu. Podskoczył. Nic go nie bolało. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zapomniał, co to znaczy chodzić bez krzywienia się z bólu, jak to jest móc tak po prostu usiąść i nie męczyć się szukaniem jak najwygodniejszej pozycji dla obolałego krzyża. Zewnętrznie wyglądał tak samo jak rano: stary, przygarbiony człowiek, o wypukłej klatce piersiowej, w czapce i w szortach, w brązowej bluzie mechanika. Ale fizycznie był sprawny. Tak sprawny, że mógł, schyliwszy się, dotknąć ziemi za stopami i podciągnąć kolano do brzucha. Badał swoje ciało jak małe dziecko, zafascynowany tą nową mechaniką, niczym człowiek guma rozciągający swoją gumowatość.

 

Potem puścił się biegiem.

Ha ha! Biegiem! Eddie nie biegał przez ostatnie sześćdziesiąt lat, od czasów wojny, a teraz biegł, zacząwszy od kilku ostrożnych kroków, potem stopniowo przyśpieszając do pełnej prędkości, tak jak biegał jako młody chłopak. Popędził wzdłuż pustego molo, minął stragan z przynętą dla rybaków (pięć centów), wypożyczalnię kostiumów kąpielowych (trzy centy), dalej zjeżdżalnię zwaną Windą. Biegł Wielką Promenadą Rubylandu, przed wspaniałymi budynkami w stylu mauretańskim, z wieżami, minaretami i cebulastymi kopułami. Po drodze minął Paryską Karuzelę z drewnianymi końmi, szklanymi lustrami i katarynką. Wszystko było nowe i lśniące. Zdawać się mogło, że zaledwie godzinę temu zdrapywał rdzę z jej części w swoim warsztacie.

Przebiegł przez środek starego placu, gdzie dawniej występowali zgadywacze wagi, wróżbici i cygańskie tancerki. Pochylił głowę i wyrzucił przed siebie ramiona jak skoczek na lotni, podskakując co parę kroków, tak jak to robią dzieci w nadziei, że oderwą się od ziemi i bieg zmieni się w lot.

Komuś, kto zobaczyłby teraz tego siwowłosego mechanika, całkiem samego, zachowującego się, jakby był samolotem, mogło się to wydawać dziwaczne. Ale w środku każdego z nas jest taki biegnący chłopiec, niezależnie od wieku.

Nagle zatrzymał się. Usłyszał coś. Głos. Piskliwy, jakby dochodził z megafonu.

— I co wy na to, panie i panowie? Czy ktoś widział kiedyś coś bardziej niesamowitego?...

Eddie stał przy pustej budce z biletami przed niewielkim teatrem. Napis na górze głosił:

Najdziwaczniejsi Obywatele Świata.

Specjalny Pokaz w Rubylandzie!

Święty Dym! Grubi! Chudzi!

Zobaczcie Dzikiego Człowieka!

Specjalny pokaz. Występy dziwolągów. Krzykliwie zachwalane. Eddie pamiętał, jak skończyły się co najmniej pięćdziesiąt lat temu, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pojawiła się telewizja i ludzie nie potrzebowali już takich atrakcji, żeby przeżyć dreszcz emocji.

— Przypatrzcie się dobrze nieszczęsnemu dzikusowi urodzonemu z tak dziwacznym kalectwem...

Eddie zajrzał do środka. Poznał kiedyś kilkoro takich dziwnych ludzi. Niejaką Jolly Jane, która ważyła ponad pięćset funtów, tak że dwóch mężczyzn musiało ją wpychać po schodach na górę. Dwie siostry, które miały wspólny kręgosłup i grały na instrumentach. Połykaczy mieczy, kobiety z brodami i dwóch braci Indian, których skóra tak się rozciągnęła wskutek nieustannego naciągania i smarowania oliwą, że jej fałdy zwisały na rękach i na nogach.

Jako dziecko Eddie współczuł nieszczęśnikom występującym w wesołych miasteczkach w roli kuriozów. Zmuszano ich do siedzenia w budkach albo na scenie, czasem w klatkach, a widzowie podchodzili blisko, oglądali ich i pokazywali sobie palcami. Naganiacz wykrzykiwał słowa zachęty i to właśnie jego głos Eddie teraz słyszał.

— Jakimś okrutnym zrządzeniem losu nieszczęsna ta istota znalazła się w tak opłakanej sytuacji! Przywieźliśmy go z końca świata, abyście mogli zobaczyć...

Eddie wszedł do mrocznego wnętrza. Słowa rozlegały się coraz głośniej.

— Nieszczęśnik będący ofiarą wybryku natury...

Głos dochodził z drugiej strony sceny.

— Tylko u nas, w Najdziwaczniejszych Obywatelach Świata, możecie...

Eddie podszedł do kurtyny.

— Nasyćcie wasze oczy tym najbardziej niezwyk...

Głos naganiacza urwał się. Eddie cofnął się z niedowierzaniem.

Na ustawionym na scenie krześle siedział samotnie mężczyzna w średnim wieku, o wąskich, spadzistych ramionach, nagi od pasa w górę. Nad paskiem zwisał mu spory brzuch. Włosy miał krótko przystrzyżone, usta cienkie, a twarz chudą i długą. Eddie na pewno by go tak dobrze nie zapamiętał, gdyby nie jedna niezwykła rzecz.

Miał skórę w kolorze niebieskim.

— Witaj, Edwardzie — odezwał się. — Czekałem na ciebie.

Pierwsza osoba, którą Eddie spotkał w niebie

— Nie bój się — powiedział Niebieski Człowiek, podnosząc się wolno z krzesła. — Nie bój się...

Głos miał łagodny, a mimo to Eddie tylko stał i się gapił. Tak naprawdę ledwie znał tego człowieka. Dlaczego teraz go spotkał? Był jak jedna z tych twarzy, które pojawiają się nie wiadomo skąd we śnie i o których rano człowiek mówi: „Nigdy nie zgadniesz, kto mi się dzisiaj przyśnił”.

— Masz ciało dziecka, prawda?

Eddie skinął głową.

— Byłeś dzieckiem, kiedy się poznaliśmy, to dlatego. Zaczynasz od tych samych uczuć, jakie wtedy miałeś.

Co zaczynam? — pomyślał Eddie.

Niebieski Człowiek uniósł lekko brodę. Jego skóra miała groteskowy odcień zszarzałych czarnych jagód. Palce były pomarszczone. Wyszedł na zewnątrz. Eddie poszedł w ślad za nim. Nabrzeże było puste. Plaża była pusta. Czyżby cała planeta była pusta?

— Powiedz mi — odezwał się Niebieski Człowiek, wskazując drewnianą kolejkę górską o dwóch garbatych wzniesieniach, zwaną Cyklonem. Zbudowano ją w latach dwudziestych przed wprowadzeniem dodatkowej pary kół, kiedy jeszcze wagoniki nie mogły skręcać zbyt szybko, bo inaczej wypadały z toru. — Czy Cyklon to nadal najszybsza kolejka?

Eddie spojrzał na starą, hałaśliwą maszynerię, którą rozebrano wiele lat temu. Uniósł brwi. Potrząsnął przecząco głową.

— Tak myślałem — westchnął Niebieski Człowiek. — Tutaj nic się nie zmienia. A niestety nie da się zerknąć na dół zza chmurki.

Tutaj? — pomyślał Eddie.

Niebieski Człowiek uśmiechnął się, jakby usłyszał pytanie. Dotknął ramienia Eddiego, który w tym momencie poczuł przypływ ciepła, jakiego nigdy przedtem nie doświadczył. Pojawiły się myśli wylewające się w postaci gotowych zdań.

Jak umarłem?

— To był wypadek — odparł Niebieski Człowiek.

Od jak dawna nie żyję?

— Od minuty. Godziny. Tysiąca lat.

Gdzie jestem?

Niebieski Człowiek wydął wargi, a potem w zamyśleniu powtórzył pytanie:

— Gdzie jesteś? — Odwrócił się i uniósł ręce. W jednej chwili wszystkie atrakcje Rubylandu obudziły się do życia: diabelski młyn kręcił się, samochodziki wpadały na siebie nawzajem, Cyklon ruszył z łoskotem pod górę, a konie Paryskiej Karuzeli kołysały się na swoich mosiężnych prętach przy dźwiękach wesołej muzyczki z katarynki. W dali rozciągał się ocean. Niebo miało kolor cytryny.

— A jak myślisz? — spytał Niebieski Człowiek. — Oczywiście, że w niebie.

Nie! Eddie gwałtownie potrząsnął głową. Niebieski Człowiek sprawiał wrażenie rozbawionego.

— Nie? Twoim zdaniem niebo tak nie wygląda? — spytał. — Dlaczego? Ponieważ właśnie tu dorastałeś?

Eddie poruszył ustami. Tak.

— Aha — pokiwał głową Niebieski Człowiek. — No cóż. Ludzie często nie doceniają miejsca, w którym się urodzili. Tymczasem niebo można znaleźć w miejscach najbardziej nieoczekiwanych. I ma ono wiele stopni. Dla mnie jest to stopień drugi. A dla ciebie pierwszy.

Poprowadził Eddiego przez wesołe miasteczko, mijając po drodze sklepik z cygarami, stragan z kiełbaskami i przybytki gier hazardowych, gdzie od naiwnych wyciągano drobne pieniądze.

Niebo? — pomyślał Eddie. Przecież to śmieszne. Przez większą część swego dorosłego życia usiłował wydostać się z Rubylandu. To tylko wesołe miasteczko, nic więcej. Miejsce, gdzie się dużo krzyczy, gdzie jest się oblewanym wodą i wydaje się ciężko zapracowane pieniądze na głupstwa. Myśl, że miałoby to być miejsce wiecznego spoczynku, jakoś nie mieściła mu się w głowie.

Ponownie próbował coś powiedzieć. Tym razem wydał z siebie lekkie chrząknięcie. Niebieski Człowiek odwrócił się.

— Nie martw się, odzyskasz głos. Wszyscy przez to przechodzimy. Nie możemy mówić zaraz po przybyciu. — Uśmiechnął się. — To ułatwia słuchanie.

— W niebie każdy spotyka pięć osób — powiedział nagle Niebieski Człowiek. — Przekonasz się, że wszystkie te osoby nie bez powodu pojawiły się w twoim życiu. Wtedy mogłeś nie znać tego powodu. Po to jest niebo. Żeby zrozumieć sens życia na ziemi.

Po tych słowach Eddie poczuł się jeszcze bardziej zbity z tropu.

— Wiem, co czujesz. Ludzie myślą, że niebo to rajski ogród, miejsce, gdzie mogą bujać w obłokach, beztrosko włóczyć się nad rzeką czy po górach. Ale sama tylko sceneria, bez pocieszenia, byłaby pusta, pozbawiona jakichkolwiek treści. Największym darem Boga jest to, że będziesz mógł zrozumieć, co zdarzyło się w twoim życiu, że zostanie ci wyjaśniony jego sens. To jest ten wieczny pokój, do którego dążysz.

Eddie kaszlnął, próbując wydobyć z siebie głos. Męczyło go to, że jest niemy.

— Jestem twoją pierwszą osobą, Edwardzie. Kiedy umarłem, moje życie zostało mi wyjaśnione przez pięć osób, a potem czekałem tu na ciebie, żeby stanąć na twojej drodze i opowiedzieć ci moją historię, która w ten sposób staje się częścią twojej. Czekają też na ciebie inni. Jednych znałeś, innych mogłeś nigdy nie widzieć na oczy. Ale zanim umarli, ich drogi skrzyżowały się z twoją drogą, zmieniając ją na zawsze.

Eddie z wielkim wysiłkiem wydobył dźwięk ze swoich płuc.

— Jak... — zachrypiał w końcu.

Jego głos przedzierał się jak przez skorupę, zupełnie jak małe kurczątko.

— Jak...

Niebieski Człowiek czekał cierpliwie.

— Jak... pan... umarł?

Niebieski Człowiek sprawiał wrażenie z lekka zaskoczonego. Uśmiechnął się do Eddiego.

— Przez ciebie — odparł.

Dziś są Eddiego urodziny

Ma siedem lat i w prezencie dostał nową piłkę do base-

balla. Ściska ją obiema rękami i czuje się przy tym silny i ważny. Wyobraża sobie, że jest jednym z tych sławnych graczy z obrazków, które dzieci zbierają w szkole, może nawet samym Walterem Johnsonem.

— No dawaj, rzuć — mówi jego brat Joe.

Biegną obok sceny i strzelnicy, gdzie, jeśli trafi się w trzy zielone butelki, wygrywa się kokos i słomkę.

— Nie bądź taki Eddie — mówi Joe. — Daj pograć.

Eddie staje i wyobraża sobie siebie na stadionie. Rzuca piłkę. Jego brat ściąga łokcie do tyłu i uskakuje.

— Za mocno! — krzyczy Joe.

— Moja piłka! — drze się Eddie. — Niech cię licho, Joe.

Patrzy, jak piłka odbija się od molo, a potem od słupka i ginie im z oczu za namiotem, w którym występują dziwolągi. Biegnie za nią, Joe za nim. Padają na ziemię.

— Widzisz ją? — pyta Eddie.

— Nie.

Przerywa im głuchy odgłos. Odsuwa się poła namiotu. Eddie i Joe podnoszą głowy. Stoi tam bardzo gruba kobieta, a obok mężczyzna bez koszuli, którego całe ciało porośnięte jest rudawymi włosami. Dziwolągi z gabinetu osobliwości.

Dzieci zastygają w bezruchu.

— A wy czego tu szukacie, łobuzy? — pyta owłosiony mężczyzna, szczerząc zęby w uśmiechu. — Guza?

Usta Joego drżą. Zaczyna płakać. Zrywa się i ucieka, gwałtownie wymachując rękami. Eddie też się podnosi i wtedy zauważa swoją piłkę pry koźle do piłowania drewna. Nie spuszczając oczu z mężczyzny koszuli, idzie wolno w tamtą stronę.

— To moje — mówi szybko. Łapie piłkę i biegnie za bratem.

— Posłuchaj pan — dyszy chrapliwie Eddie. — Ja pana nie zabiłem, rozumie pan? Ja nawet pana nie znam.

Niebieski Człowiek usiadł na ławce. Eddie stał nadal, jakby w pozycji obronnej.

— Zatem zacznijmy od mojego prawdziwego nazwiska — zaproponował Niebieski Człowiek. — Nazywam się Joseph Corvelzchik, jestem synem polskiego krawca z biednej wioski. Przyjechaliśmy do Ameryki w 1894 roku. Byłem jeszcze dzieckiem. Matka trzymała mnie na ręku, stojąc przy balustradzie statku, i to jest moje najwcześniejsze wspomnienie... matka kołysząca mnie w ramionach i wiatr wiejący od strony nowego świata.

Jak większość emigrantów nie mieliśmy pieniędzy. Spaliśmy na materacu w kuchni u mego wuja. Ojciec pracował w fabryce, przyszywał guziki do płaszczy. Kiedy miałem dziesięć lat, zabrał mnie ze szkoły i kazał pójść do pracy.

Eddie przyglądał się dziobatej twarzy Niebieskiego Człowieka, jego cienkim wargom i zapadłej piersi. Dlaczego on mi to wszystko mówi?

— Byłem dzieckiem z natury nerwowym, a hałas panujący w fabryce jeszcze bardziej mnie rozstrajał. Takie małe dziecko nie powinno przebywać wśród dorosłych mężczyzn, wiecznie klnących i psioczących. Kiedy tylko zbliżał się majster, ojciec powtarzał:

— Nie patrz na niego. Może cię nie zauważy.

 

Pewnego razu potknąłem się i upuściłem woreczek z guzikami, które rozsypały się po podłodze. Majster zaczął krzyczeć, że jestem do niczego, kompletnie bezużyteczny i żebym się wynosił. Wciąż mam tę scenę przed oczami. Ojciec błagał go jak uliczny żebrak, a majster uśmiechał się szyderczo i wycierał nos grzbietem dłoni. Żołądek ściskał mi się z bólu. Wtedy nagle poczułem coś mokrego na nodze. Spojrzałem w dół. Majster pokazał palcem moje spodnie i zaczął się śmiać. Inni robotnicy też się śmiali.

Po tym wydarzeniu ojciec nie odzywał się do mnie. Przypuszczam, że w jego pojęciu narobiłem mu wstydu. Ojcowie potrafią wyrządzić wielką krzywdę swoim synom, o czym się później przekonałem na własnej skórze. Byłem nerwowy jako dziecko i wyrosłem na nerwowego młodego człowieka. Najgorsze ze wszystkiego było to, że moczyłem się w łóżko. Rano ukradkiem prałem zabrudzone prześcieradła w umywalce. Pewnego dnia ojciec nakrył mnie na tym. Najpierw zobaczył brudne prześcieradło, a potem spojrzał na mnie. Zawsze będę pamiętał ten jego wzrok. Patrzył tak, jakby chciał przeciąć łączącą nas więź.

Niebieski Człowiek zamilkł na chwilę. Jego skóra wyglądała, jakby namoczono ją w niebieskiej cieczy; niewielkimi fałdami tłuszczu układała się nad paskiem. Eddie nie mógł oderwać od niego wzroku, wprost nie mógł się powstrzymać, żeby na to nie patrzeć.

— Nie zawsze byłem dziwolągiem, Edwardzie — ciągnął Niebieski Człowiek. — W tamtych czasach medycyna była dość prymitywna. Poszedłem do apteki, żeby kupić coś na nerwy. Aptekarz dał mi butelkę azotanu srebra, kazał zmieszać z wodą i zażywać wieczorem. Dziś azotan srebra uważany jest za truciznę. Ale wtedy to było wszystko, co miałem do dyspozycji. Kiedy lekarstwo nie podziałało, doszedłem do wniosku, że pewnie dawka jest zbyt mała. No to zażyłem więcej. Brałem dwa łyki, czasem trzy, i to bez wody.

Wkrótce zaczęto mi się dziwnie przyglądać. Moja skóra przybrała kolor popiołu. Wstydziłem się tego i stałem się jeszcze bardziej pobudliwy. Połykałem coraz więcej azotanu srebra, aż moja skóra z szarej zrobiła się niebieska, co było ubocznym skutkiem działania trucizny.

Niebieski Człowiek zamilkł na moment. Potem zniżył głos:

— Zwolnili mnie z fabryki. Majster powiedział, że robotnicy się mnie boją. Co miałem jeść, będąc bez pracy? Gdzie miałem mieszkać? Godzinami przesiadywałem w najciemniejszym kącie baru, gdzie mogłem ukryć swoje kalectwo pod płaszczem i kapeluszem. Pewnego wieczoru zjawiła się tam grupa ludzi z wędrownego lunaparku. Palili cygara. Śmiali się. Jeden z nich, niewysoki gość z drewnianą nogą, cały czas mi się przyglądał, aż w końcu do mnie podszedł. Tego samego wieczoru zgodziłem się wystąpić u nich. I tak zaczęła się moja kariera dziwoląga.

Eddie dostrzegł wyraz rezygnacji malujący się na twarzy Niebieskiego Człowieka. Zawsze zastanawiał się, skąd się biorą ludzie występujący w gabinetach osobliwości. Podejrzewał, że każdy z nich ma za sobą jakąś smutną historię.

— W lunaparku otrzymałem nowe imię, Edwardzie. Czasami byłem Niebieskim Człowiekiem z Bieguna Północnego, czasem Niebieskim Człowiekiem z Algierii albo Niebieskim Człowiekiem z Nowej Zelandii. Naturalnie w życiu nie byłem w żadnym z tych miejsc, ale miło było uchodzić za coś egzotycznego, choćby tylko na plakacie. „Przedstawienie” było proste. Siedziałem na scenie rozebrany do połowy, ludzie podchodzili do mnie, a naganiacz głośno opowiadał, jakim to nieszczęsnym stworzeniem jestem. Dostawałem za to parę groszy. Dyrektor powiedział mi raz, że jestem najlepszym dziwolągiem w jego trupie, i muszę przyznać, choć to w sumie smutne, że byłem z tego dumny. Kiedy jest się wyrzutkiem, nawet kamień rzucony w twoją stronę cieszy.

Pewnej zimy przybyłem na to wybrzeże. Do Rubylandu. Zaczynali nowe przedstawienie zatytułowane „Najdziwaczniejsi obywatele”. Podobał mi się pomysł występowania w jednym miejscu, nie musiałem się już tłuc wozami po wybojach.

Tak więc Rubyland stał się moim domem. Miałem pokój nad sklepem z kiełbaskami. Wieczorami grałem w karty z kolegami z pracy i innymi pracownikami lunaparku, czasem również z twoim ojcem. Wczesnym rankiem, ubrany w długą koszulę i z głową owiniętą ręcznikiem, mogłem spacerować po plaży, nie strasząc ludzi. Może to nie brzmi zbyt imponująco, ale dla mnie była to wolność, jakiej rzadko przedtem doświadczałem.

Urwał. Spojrzał na Eddiego.

— Rozumiesz teraz, dlaczego tu jesteśmy? To nie jest twoje niebo, tylko moje.

Spójrzmy na tę samą historię z dwóch różnych punktów widzenia.

Jest koniec lat dwudziestych, lipcowy niedzielny deszczowy poranek. Eddie i jego koledzy grają w baseball piłką, którą Eddie dostał w zeszłym roku na urodziny. W pewnym momencie piłka przelatuje wysoko nad głową Eddiego i wypada na ulicę. Ubrany w brązowe spodnie i wełnianą czapkę Eddie rusza za nią, żeby ją złapać, i wbiega na jezdnię przed forda model „A”. Samochód hamuje gwałtownie, skręca i mija go o włos. Eddie drży, dyszy ciężko, łapie piłkę i pędzi z powrotem do kolegów. Gra szybko się kończy i dzieci biegną do pasażu rozrywki pograć na Łapach Szczęścia, gdzie przypominającym szpony urządzeniem podnosi się małe zabawki.

A teraz popatrzmy na tę historię z innego punktu widzenia. Pewien mężczyzna jedzie fordem model „A”, pożyczonym na godzinę od przyjaciela, żeby poćwiczyć prowadzenie samochodu. Po porannym deszczu nawierzchnia jest mokra. Nagle na ulicę wypada piłka baseballowa, a za nią wybiega dziecko. Kierowca wciska hamulec i szarpie kierownicą. Samochód wpada w poślizg, rozlega się pisk opon.

Mężczyzna odzyskuje panowanie nad kierownicą i model „A” jedzie dalej. Dziecka już nie widać we wstecznym lusterku, ale ciało mężczyzny wciąż jest napięte. Głowa myśli tylko o tym, jak niewiele brakowało do tragedii.

Przypływ adrenaliny powoduje gwałtowne bicie serca. Mężczyzna czuje się oszołomiony, głowa opada mu na piersi. Samochód o mało co nie zderza się z innym autem. Drugi kierowca trąbi, mężczyzna znowu skręca, manewrując gwałtownie kierownicą i wciskając hamulec. Wpada w poślizg, który znosi go w małą uliczkę. Samochód toczy się chwilę bezwładnie, po czym wpada na tył zaparkowanej ciężarówki. Rozlega się niezbyt głośny trzask tłuczonego szkła. Reflektory są rozbite. Siła bezwładu rzuca mężczyznę na kierownicę. Z czoła leci mu krew. Wychodzi z forda, ogląda uszkodzenia, a potem osuwa się na mokry chodnik. Bolą go ramiona. Boli go klatka piersiowa. Jest niedzielny poranek. Uliczka jest pusta. Mężczyzna leży na ziemi obok samochodu, nikt go nie widzi. Krew przestaje dopływać do serca. Mija godzina. Znajduje go policjant. Lekarz podczas oględzin stwierdza śmierć. Przyczyną zgonu jest atak serca. Krewni nieznani.

Spójrzmy na tę samą historię z dwóch różnych punktów widzenia. Ten sam dzień, ten sam moment, ale dla jednego kończy się szczęśliwie, w pasażu rozrywki, gdzie chłopczyk w brązowych spodenkach wrzuca kolejne monety do Łap Szczęścia, a dla innego kończy się źle, w kostnicy, gdzie jeden pracownik woła drugiego i pokazuje mu przedziwną, niebieską skórę nowego przybysza.

— Rozumiesz? — szepnął Niebieski Człowiek, opowiedziawszy historię ze swego punktu widzenia. — Chłopczyku?

Eddiego przeszedł dreszcz.

— O nie — wyszeptał.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?