Pięć osób, które spotykamy w niebieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mitch Albom

Pięć osób, które spotykamy w niebie


Tytuł oryginału

The Five People You Meet in Heaven ISBN 978-83-8116-700-0 Copyright © 2003 by ASOP, Inc. Copyright © for the Polish translation by Joanna Puchalska, 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 All rights reserved Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Koniec

Dziś są Eddiego narodziny

Podróż

Dziś są Eddiego urodziny

Przybycie

Pierwsza osoba, którą Eddie spotkał w niebie

Dziś są Eddiego urodziny

Dziś są Eddiego urodziny

Pierwsza lekcja

Dziś są Eddiego urodziny

Druga osoba, którą Eddie spotkał w niebie

Dziś są Eddiego urodziny

Druga lekcja

Trzecia osoba, którą Eddie spotkał w niebie

Dziś są Eddiego urodziny

Dziś są Eddiego urodziny

Dziś są Eddiego urodziny

Trzecia lekcja

Czwarta osoba, którą Eddie spotkał w niebie

Dziś są Eddiego urodziny

Dziś są Eddiego urodziny

Czwarta lekcja

Piąta osoba, którą Eddie spotkał w niebie

Dziś są Eddiego urodziny

Ostatnia lekcja

Epilog

Podziękowania

Książkę tę dedykuję memu ukochanemu wujowi Edwardowi Beithmanowi, któremu zawdzięczam swoje pierwsze wyobrażenie nieba. Co roku, w Święto Dziękczynienia, opowiadał przy stole o tym, jak leżał kiedyś w szpitalu i, obudziwszy się w nocy, zobaczył duszę bliskich zmarłych zgromadzone przy łóżku, czekające na niego. Zapamiętałem sobie tę historię. I zawsze będę pamiętał mego wuja.

Każdy ma swoją własną wizję nieba — podobnie jak ma ją większość religii — i wszystkie one zasługują na szacunek. Przedstawiona tu wersja to wprawdzie tylko domysł, ale i zarazem gorące życzenie, by ludzie tacy jak wuj Eddie — którzy tu, na ziemi, czuli się szarzy i niepozorni — uświadomili sobie, jak naprawdę byli potrzebni i jak bardzo byli kochani.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Koniec

Oto historia człowieka imieniem Eddie, zaczynająca się od końca, bo w chwili jego śmierci, która nastąpiła w biały dzień. Dziwne może się wydać takie rozpoczynanie opowiadania od końca, jednak tak naprawdę każde zakończenie jest zarazem początkiem. Tyle że w danej chwili o tym nie

wiemy.

Ostatnią godzinę życia, podobnie jak większość pozostałych, Eddie spędził w Rubylandzie, wesołym miasteczku nad brzegiem wielkiego szarego oceanu. Miasteczko było dość zwyczajne: miało podniszczone drewniane molo, diabelski młyn, kolejki górskie, stragan ze słodyczami, oferowało także rozrywki typu strzelanie wodą w usta klowna. Niedawno pojawiła się nowa kolejka, zwana Wieżą, i tam właśnie Eddie zakończył życie w wypadku opisywanym potem w gazetach w całym stanie.

*

W chwili śmierci Eddie był starszym człowiekiem o wypukłej klatce piersiowej, lekko pochylonym, tak że przypominał skrzywioną puszkę. Patykowate nogi, niegdyś mocne i muskularne, teraz były chude i pokryte rysującą się wyraźnie pod skórą siatką żył. Lewe kolano, w które został ranny podczas wojny, nękał artretyzm, więc Eddie musiał chodzić z laską, inaczej w ogóle nie byłby w stanie się poruszać. Jego ogorzała od słońca twarz pokryta była gęstym, siwym zarostem, a wysunięty lekko do przodu podbródek nadawał jej wyraz dumy, której tak naprawdę Eddie wcale nie odczuwał. Najczęściej widywano go z wetkniętym za lewe ucho papierosem i pobrzękującym u pasa pękiem kluczy. Na głowie nosił starą płócienną czapkę. Jasnobrązowy uniform sugerował, że Eddie jest pracownikiem fizycznym. I rzeczywiście pracował fizycznie.

Praca Eddiego polegała na „konserwowaniu” wszystkich urządzeń, co tak naprawdę oznaczało, że ponosił odpowiedzialność za to, żeby były w pełni bezpieczne. Co wieczór przemierzał miasteczko i sprawdzał cały sprzęt, od Skośnego Wiru do Zjeżdżalni Wodnej, czy żadna deska nie złamała się, czy wszystkie śruby tkwią na swoich miejscach i czy metalowe części nie zużyły się i nie wytarły. Czasami zastygał bez ruchu i patrzył w dal niewidzącym wzrokiem. Przypadkowi przechodnie myśleli wtedy, że coś mu się stało. A on tylko uważnie nasłuchiwał, to wszystko. Po tylu latach potrafił usłyszeć w prychaniu, parskaniu i zgrzycie maszynerii, gdy coś było nie tak.

Kiedy pozostało mu pięćdziesiąt minut ziemskiego życia, Eddie ruszył na swój ostatni spacer po Rubylandzie. Po drodze minął parę starszych ludzi. „Uszanowanie państwu” — mruknął, dotykając czapki. Skinęli uprzejmie w odpowiedzi. Bywalcy miasteczka, zwłaszcza ci stali, dobrze znali Eddiego. Widywali go każdego lata, była to dla nich jedna z tych twarzy, które kojarzą się z konkretnym miejscem. Na służbowej koszuli miał naszywkę ze swoim imieniem, które znajdowało się nad słowami NADZÓR TECHNICZNY, i wiele osób na jego widok wołało: „Cześć, panie Eddie Nadzorze Techniczny”, ale on nie uważał tego za śmieszne.

Tego właśnie dnia Eddie miał urodziny. Osiemdziesiąte trzecie. W zeszłym tygodniu lekarz powiedział mu, że ma półpasiec. Półpasiec? Eddie nawet nie wiedział, co to takiego. Kiedyś był tak silny, że podnosił dwa karuzelowe konie naraz, po jednym w każdej ręce. To było dawno temu.

— Eddie!... Zabierz mnie, Eddie!... Mnie zabierz!

Mając przed sobą czterdzieści minut życia, Eddie torował sobie właśnie drogę przez środek gromadki dzieci czekających pod kolejką górską. Co najmniej raz w tygodniu osobiście jeździł na każdym urządzeniu, żeby się upewnić, czy hamulce i mechanizmy sterownicze są w porządku. Dziś był dzień kolejki górskiej — zwanej Szalonym Pociągiem — i dzieci znające dobrze jego obyczaje napraszały się, żeby je wziął ze sobą do wagonika.

 

Dzieci lubiły Eddiego. Nastolatki nie. Te ostatnie były prawdziwą zmorą jego życia. Czasem miał wrażenie, że widział już setki zblazowanych, pyskujących nastolatków, wszystkie możliwe gatunki, jakie wydał ten kraj. Dzieci to co innego. Wystarczyło, że spojrzały na Eddiego — którego twarz o wysuniętej dolnej szczęce przypominała uśmiechnięty pysk delfina — i od razu ufały mu. Lgnęły do niego, szukały jego towarzystwa, tak jak zmarznięte dłonie szukają, ognia. Tuliły się do jego nogi. Bawiły się kluczami przy jego pasku. Eddie tylko od czasu do czasu pochrząkiwał, ale rzadko coś mówił. W duchu uważał, że właśnie dlatego go lubią.

Teraz wybrał dwóch chłopców w czapeczkach baseballowych założonych daszkiem do tyłu, którzy natychmiast co sił w nogach pognali w stronę wagonika i wskoczyli do środka. Eddie dał laskę do potrzymania chłopakowi z obsługi kolejki i pomału usadowił się między chłopcami.

— Jazda... no to jazdaaa!... — Jeden z malców pisnął, drugi schował się pod ramię Eddiego, który spokojnie opuścił poprzeczkę i klak-klak-klak-klak ruszyli w górę.

O Eddiem krążyła pewna opowieść. Kiedy był małym chłopcem i mieszkał niedaleko nabrzeża, wdał się raz w bójkę. Z pięcioma chłopakami z Pitkin Avenue. Otoczyli jego brata Joego z zamiarem spuszczenia mu lania. Eddie znajdował się w odległości jednej przecznicy od nich, siedział przed domem i jadł kanapkę, kiedy usłyszał krzyk brata. Popędził w tamtą stronę, zabierając po drodze pokrywę od pojemnika na śmieci. Dwóch chłopców wylądowało w szpitalu.

Przez kilka miesięcy po tym wydarzeniu Joe nie rozmawiał z nim. Było mu wstyd. Joe był od niego starszy, ale to Eddie stanął do walki.

— Eddie... możemy się jeszcze przejechać?

Trzydzieści cztery minuty życia. Eddie podniósł poprzeczkę, dał chłopcom po cukierku, odebrał laskę i pokuśtykał do warsztatu w poszukiwaniu chłodnego schronienia przed letnim skwarem. Gdyby wiedział, że ma zaraz umrzeć, może poszedłby gdzie indziej. Tymczasem postąpił tak jak my wszyscy. Zajął się tym, czym zajmował się zawsze, jakby miał przed sobą nieskończenie wiele dni na tym świecie.

Jeden z pracowników, wysoki, chudy chłopak imieniem Dominguez, o wystających kościach policzkowych, stał przy zlewie i wycierał smar z koła.

— Serwus, Eddie — odezwał się.

— Cześć, Dom — mruknął Eddie.

Warsztat pachniał trocinami. Był ciemny i ciasny, z niskim sufitem. W ścianę wbite były kołki, na których wisiały wiertarki, piły i młotki. Wszędzie walały się

fragmenty miasteczkowych urządzeń: kompresory, silniki, pasy, żarówki, nawet kawałek głowy pirata. Przy jednej ze ścian leżały stosy puszek po kawie, pełnych gwoździ, kołków i śrub, przy drugiej piętrzyły się niezliczone ilości tub ze smarem.

Smarowanie toru, jak twierdził Eddie, wymagało nie więcej sprytu niż umycie talerza; jedyną różnicę stanowiło to, że człowiek staje się przy tym brudniejszy, nie czystszy. I właśnie takie prace Eddie wykonywał: nakładał smar, dokręcał hamulce, mocował kołki, sprawdzał tablice rozdzielcze. Wiele razy pragnął uciec stąd, znaleźć inną pracę, rozpocząć nowe życie. Ale przyszła wojna. Jego plany nigdy się nie spełniły. Potem nagle okazało się, że posiwiał, że spodnie wiszą na nim luźno i że z rezygnacją pogodził się z tym, kim jest, że już na zawsze pozostanie człowiekiem wiecznie mającym piasek w butach, uwięzionym w świecie jarmarcznych rozrywek i kiełbasek z rożna. Jak głosiła naszywka na koszuli, Eddie był — podobnie jak przedtem jego ojciec — konserwatorem urządzeń, czyli kierownikiem obsługi technicznej. Dzieci nazywały go czasem karuzelnikiem z Rubylandu.

Zostało trzydzieści minut.

— Hej, chyba się nie mylę? Wszystkiego najlepszego! — zawołał Dominguez.

Eddie chrząknął.

— Jak to? Nie ma przyjęcia? Nawet tyciego?

Eddie spojrzał na niego, jakby tamten zwariował. Przyszła mu do głowy myśl, jak to dziwnie jest się starzeć w miejscu pachnącym cukrową watą.

— No trudno. Eddie, pamiętasz, że mnie nie ma w przyszłym tygodniu? Od poniedziałku. Jadę do Meksyku.

Eddie skinął głową, a Dominguez wykonał kilka tanecznych kroków.

— Jedziemy z Teresą. Do rodziny. Będzie imprrrezka.

Przestał tańczyć, kiedy zauważył nieruchomy wzrok Eddiego.

— Byłeś tam?

— Gdzie?

— W Meksyku.

Eddie obruszył się.

— Drogi chłopcze, byłem tylko tam, gdzie mnie posłali z karabinem.

Przez chwilę przyglądał się Dominguezowi, który wrócił do swego zajęcia przy zlewie. Wyjął z kieszeni niewielki zwitek banknotów i wybrał jedyne dwie dwudziestki, jakie się w nim znajdowały. Wyciągnął je przed siebie.

— Kup żonie coś ładnego — powiedział.

Dominguez spojrzał na pieniądze, jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.

— No co ty? Pewien jesteś?

Eddie na siłę wepchnął mu pieniądze i wyszedł, udając się do magazynu. Przez szpary między deskami mola widać było ocean. Podniósł plastikową pokrywkę znad wyciętej wiele lat temu dziury. Wyciągnął nylonową żyłkę rybacką, która niknęła osiemdziesiąt stóp niżej w morzu. Kawałek wędzonej kiełbasy wciąż tkwił na jej końcu.

— Złapało się coś?! — krzyknął Dominguez. — Powiedz, że coś się wreszcie złapało!

„Ciekawe — pomyślał Eddie — skąd się w tym chłopaku bierze tyle optymizmu. Nigdy nic poza przynętą nie było na końcu żyłki”.

— Pewnego dnia — krzyknął znowu Dominguez — złapiemy taakiego halibuta!

— Taa — mruknął pod nosem Eddie, wiedząc dobrze, że nie da się przeciągnąć tak wielkiej ryby przez tak mały otwór.

Dwadzieścia sześć minut życia. Eddie przeszedł na drugą stronę mola, na jego południowy koniec. Niewiele się dziś działo. Dziewczyna przy stoisku ze słodyczami opierała się na łokciach i strzelała balonami z gumy do żucia.

Kiedyś latem wszyscy przychodzili do Rubylandu. Były tu słonie i ognie sztuczne, i maratony tańca. Ale ludzie nie chodzą już tak chętnie do wesołych miasteczek; przenieśli się do parków rozrywki, gdzie płaci się siedemdziesiąt pięć dolarów za bilet i gdzie można sobie zrobić fotkę z wielkim pluszakiem.

Eddie pokuśtykał wzdłuż samochodzików i utkwił wzrok w grupę nastolatków przechylających się przez barierkę. „No ładnie — pomyślał. — Tylko tego mi do szczęścia brakowało”.

— Zmiatajcie stąd! — zawołał, podchodząc bliżej i uderzając laską w barierkę. — Ale już! To niebezpieczne!

Młodzieńcy spojrzeli na niego. Pręty od samochodów skwierczały od wyładowań elektrycznych, wydając dźwięki zzap zzap.

— To niebezpieczne — powtórzył Eddie.

Wyrostki spojrzały po sobie. Jeden z nich, z pomarańczowym czubem na głowie, posłał szyderczy uśmiech w jego stronę i wszedł na środkowy tor.

— No, niech mnie któryś przejedzie! — wrzasnął, machając do małych kierowców. — Dawaj...

Eddie walnął w poręcz tak mocno, że omal nie złamał laski.

— JAZDA STĄD!

Nastolatki uciekły.

Opowiadano też inną historię o Eddiem. Jako żołnierz wiele razy brał udział w bitwie. Był bardzo dzielny. Zdobył nawet medal. Jednak pod koniec służby wdał się w bójkę z jednym z kolegów. Właśnie wtedy został ranny. Nikt nie wiedział, co się stało z tym drugim.

Nikt nie pytał.

Mając przed sobą dziewiętnaście minut ziemskiego życia, Eddie po raz ostatni usiadł na starym aluminiowym krzesełku. Muskularne ramiona złożył na piersi jak foka płetwy. Nogi wystające z nogawek szortów były zaczerwienione od słońca, na lewym kolanie widać było blizny. Właściwie niejedna część ciała Eddiego świadczyła o tym, że nieraz udało mu się wyjść cało z opresji. Jego palce zginały się pod dziwnym kątem, co zawdzięczał licznym złamaniom, jakich doznał, reperując maszyny. Nos miał złamany kilkakrotnie przy okazjach zwanych przez niego saloonowymi bójkami. Twarz o szeroko zarysowanej szczęce musiała kiedyś być przystojna; jak twarz mistrza boksu przed otrzymaniem o tych kilka ciosów za dużo.

Teraz Eddie wyglądał po prostu na zmęczonego. Zwykle najchętniej tu właśnie przesiadywał: na molo Rubylandu, za Króliczą Norą, która w latach osiemdziesiątych była Lotem Błyskawicy, który w latach siedemdziesiątych był Stalowym Węgorzem, który w latach sześćdziesiątych był Słodką Huśtawką, która w latach pięćdziesiątych była Tunelem Śmiechu, który w latach czterdziestych był Grobem Tutenchamona, który przedtem był Muszlą Gwiezdnej Orkiestry.

A to było wtedy, kiedy Eddie poznał Marguerite.

W życiu każdego człowieka przychodzi jeden moment prawdziwej miłości. Dla Eddiego nadszedł on w pewne ciepłe wrześniowe popołudnie po burzy, kiedy molo nasiąknięte było wodą niczym gąbka. Miała na sobie zwykłą bawełnianą sukienkę, żółtą, a we włosach różową spinkę. Eddie nie mówił wiele. Był tak zdenerwowany, że miał wrażenie, iż język przywarł mu do zębów. Tańczyli przy muzyce Długiego Delaneya i jego big-bandu Everglades. Zafundował jej lemoniadę. Powiedziała, że musi wracać, bo rodzice będą się gniewać. Ale odchodząc, odwróciła się i pomachała do niego.

Tak właśnie wyglądał ów moment. Przez resztę życia, kiedy tylko pomyślał o Marguerite, widział ten obraz: machającą do niego dziewczynę o ciemnych włosach, które opadały jej na jedno oko, i czuł wtedy ten sam wszechogarniający przypływ miłości.

Tej nocy po powrocie do domu obudził brata. Powiedział mu, że poznał dziewczynę, z którą się ożeni.

— Kładź się spać, Eddie — jęknął Joe.

Szszszszsz. Na brzegu rozbiła się fala. Eddie wykrztusił coś, czego nie chciał oglądać. Wypluł to.

Szszszszsz. Kiedyś dużo myślał o Marguerite. Teraz mniej. Była jak rana pod starym bandażem, a on coraz bardziej się do tego bandaża przyzwyczajał.

Szszszszszsz.

Co to jest półpasiec?

Szszszszszsz.

Szesnaście minut życia.

Żadna historia nie jest oderwana od innych. Czasami historie splatają się ze sobą, a czasem pokrywają się wzajemnie, tak jak rzeka pokrywa kamienie.

Koniec historii Eddiego wiązał się z inną, z pozoru nic nieznaczącą historią, jaka wydarzyła się kilka miesięcy wcześniej, gdy raz, w pochmurny wieczór, w Rubylandzie zjawił się pewien młody człowiek wraz z trzema przyjaciółmi.

Młody człowiek miał na imię Nicky i był świeżo upieczonym kierowcą. Przeszkadzał mu duży pęk kluczy, więc odczepił kluczyk od samochodu i włożył go do kieszeni kurtki, a potem zawiązał sobie kurtkę w pasie.

Przez pierwszych kilka godzin on i jego przyjaciele jeździli na najszybszych kolejkach i karuzelach: zaliczyli Sokoła, Zjeżdżalnię Wodną, Wieżę i Szalony Pociąg.

— Ręce do góry! — krzyknął jeden z nich.

Wszyscy posłusznie podnieśli ręce.

Później, kiedy już zrobiło się ciemno, wrócili na parking zmęczeni i roześmiani, racząc się piwem, które przynieśli ze sobą w papierowej torbie. Nicky sięgnął do kieszeni kurtki i pogrzebał chwilę. Zaklął.

Kluczyka nie było.

Czternaście minut do śmierci. Eddie otarł czoło chusteczką. Na oceanie tańczyły brylanty światła i Eddie wpatrywał się w ich migotliwy ruch. Od wojny jego nogi nie były sprawne.

Ale w Muszli Gwiezdnej Orkiestry z Marguerite — o, tam Eddie poruszał się jeszcze całkiem sprawnie. Zamknął oczy, przywołując w pamięci piosenkę, która ich połączyła, tę, którą śpiewała w filmie Judy Garland. Mieszała mu się teraz w głowie z kakofonią rozbijających się o brzeg fal i krzykiem dzieci dochodzącym z karuzel i kolejek.

„Sprawiłeś, że cię pokochałam...”

Szszszszsz.

„...tak się stało, nie chciałam, żeby tak się stało...”

Szszszszsz.

„...że cię pokochałam...”

Aaaaaaaa!

„...wiedziałeś o tym i...”

Szuuuuuuuu.

„...czas wiedziałeś o tym...”

I Eddie poczuł dłonie Marguerite na swoich ramionach. Mocniej zacisnął powieki, aby jeszcze bliżej przywołać wspomnienia.

Dwanaście minut życia.

— Przepraszam...

Stała przed nim mała dziewczynka, najwyżej ośmioletnia, i zasłaniała sobą słońce. Miała blond loczki, nosiła klapki, dżinsowe szorty i żółtozieloną koszulkę z kaczorem ze znanej kreskówki. „Amy — pomyślał. — Nazywa się Amy albo Annie”. Tego lata często tu przychodziła, jednak ani razu nie widział jej z mamą czy z tatą.

— Przepraszam — powtórzyła. — Pan Eddie Nadzór Techniczny?

Eddie westchnął.

— Wystarczy Eddie.

— Czy możesz mi zrobić...

 

Złożyła rączki jak do modlitwy.

— No co takiego? Nie będę czekał cały dzień.

— Czy możesz mi zrobić zwierzątko? Proszę!

Eddie odpowiedział jej poważnym spojrzeniem, jakby musiał najpierw dobrze przemyśleć sprawę. Potem sięgnął do kieszeni koszuli i wyjął trzy żółte wyciorki do fajki, które nosił specjalnie w tym celu.

— Och taaak! — pisnęła dziewczynka i klasnęła w ręce.

Eddie zabrał się do skręcania wyciorków.

— A gdzie są twoi rodzice?

— Na karuzeli.

— Bez ciebie?

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

— Mama jest ze swoim chłopakiem.

Eddie spojrzał na nią. Aha.

Pozginał wyciorki, porobił małe pętelki, a potem poskręcał je ze sobą. Dłonie mu drżały, więc trwało to dłużej niż dawniej, poza tym musiał przerwać na chwilę, aby otrzeć pot z twarzy. Ale wkrótce wyciorki zaczęły przypominać głowę, uszy, tułów i ogon.

— Królik? — spytała dziewczynka.

Eddie mrugnął porozumiewawczo.

— Dziękuuuuję!

Zakręciła się na pięcie, jak to dzieci, które są w ogóle nieświadome tego, że ich stopy się poruszają. Eddie ponownie wytarł czoło, a potem zamknął oczy i oparł się całym ciężarem o plażowe krzesło. Usiłował przywołać z powrotem słowa starej piosenki.

W górze krzyknęła przelatująca mewa.

Skąd się biorą ostatnie słowa? Czy ludzie zdają sobie sprawę z ich wagi? Czy zawsze muszą zawierać w sobie jakąś mądrość?

Do chwili swoich osiemdziesiątych trzecich urodzin Eddie stracił niemal wszystkich bliskich. Jedni umarli młodo, innym dana była szansa zestarzenia się, zanim zabrała ich choroba lub wypadek. Na pogrzebach Eddie nieraz wysłuchiwał wspomnień o ostatnich rozmowach z nieboszczykiem. „Zupełnie jakby wiedział, że umrze...” — mówili często ci, co wspominali.

Nie bardzo w to wierzył. Jego zdaniem, kiedy już nadszedł czas, to nadszedł i koniec. Odchodząc, można powiedzieć coś mądrego, ale równie dobrze można powiedzieć coś głupiego.

W przypadku Eddiego ostatnie słowa miały brzmieć: „Cofnąć się!”

A oto co słyszał Eddie podczas ostatnich minut ziemskiego życia. Popołudniową bryzę. Fale rozbijające się o brzeg. Daleki łomot muzyki rockowej. Pomruk silnika małego samolotu ciągnącego za sobą reklamę. I jeszcze to:

— O BOŻE! LUDZIE, PATRZCIE!

Oczy Eddiego usiłowały przebić się przez powieki. Przez tyle lat poznał już na pamięć wszystkie odgłosy Rubylandu i mógł przy nich spać jak przy kołysance.

Ten głos nie miał nic wspólnego z kołysanką.

— O BOŻE! LUDZIE, PATRZCIE!

Eddie wyprostował się raptownie. Kobieta o pulchnych, pokrytych dołkami ramionach, trzymająca torbę na zakupy, wskazywała coś i krzyczała. Wokół niej zebrał się niewielki tłumek, wszyscy mieli wzrok skierowany ku górze.

Eddie od razu dostrzegł, co się stało. Jeden z wagoników znajdujących się na szczycie Wieży zwisał, przechylony pod takim kątem, jakby zamierzał zrzucić swój ładunek. Czworo pasażerów, dwóch mężczyzn, dwie kobiety, przytrzymujących się jedynie poręczy zabezpieczającej, gorączkowo usiłowało chwycić się czegokolwiek.

— O MÓJ BOŻE! — krzyczała dalej tęga kobieta. — TAM SĄ LUDZIE! ONI ZARAZ SPADNĄ!

Z radia przy pasie Eddiego zaskrzeczał głos:

— Eddie! Eddie!

Nacisnął guzik.

— Widzę! Wezwij ochronę!

Od strony plaży nadbiegali kolejni gapie, wyciągając raz po raz ręce ku górze, jakby wykonywali jakieś ćwiczenie. Patrzcie! Tam w górze! Coś się stało z kolejką! Eddie porwał laskę i pokuśtykał do ogrodzenia otaczającego dolną platformę. Klucze podzwaniały mu na biodrze. Serce biło jak szalone.

W czasie jazdy kolejką zwaną Wieżą dwa wagoniki opadały w dół z zawrotną prędkością, aż żołądek podchodził do gardła, i zatrzymywały się dopiero w ostatniej chwili dzięki hydraulicznym hamulcom. Jak to się stało, że teraz jeden z nich zwisał smętnie? Tkwił przechylony zaledwie kilka stóp poniżej górnej platformy, jakby najpierw ruszył, a potem zmienił zdanie.

Eddie dobiegł do bramki i musiał na chwilę przystanąć, żeby złapać oddech. W tym momencie nadbiegł Dominguez i o mały włos nie wpadł na niego.

— Słuchaj! — krzyknął Eddie, łapiąc Domingueza za ramiona. Ścisnął go tak mocno, że na twarzy Domingueza wykwitł grymas bólu.

— Kurczę, Eddie! — zawołał. — Spokojnie!

— Słuchaj! Kto jest na górze?

— Willie.

— Dobrze. Pewnie on wyłączył kolejkę. Dlatego wagonik wisi. Wejdź po drabinie i powiedz mu, żeby ręcznie zwolnił blokadę, to tamci będą mogli wysiąść. Blokada jest z tyłu wagonika. Asekuruj go, kiedy będzie się wychylał i sięgał tam. Potem... potem obaj... koniecznie obaj, nie jeden, kapujesz?... obaj ich wyciągajcie. Jeden niech trzyma drugiego. Czy to jasne?

Dominguez skinął głową.

— Spuśćcie potem ten piekielny wagonik. Sprawdzimy, co się stało!

Serce Eddiego waliło jak młotem. Choć w jego lunaparku nie zdarzyły się żadne poważniejsze wypadki, słyszał różne przerażające opowieści o tym biznesie. Pewnego razu w Brighton wysunął się kołek w gondoli i dwie osoby zginęły. Innym razem, w Wonderlandzie, jakiś człowiek chciał przejść przez tory kolejki górskiej — wpadł między nie i utknął po pachy. Zaklinował się, krzyczał, a wagoniki pędziły prosto na niego... to był koszmar.

Eddie odepchnął od siebie te myśli. Dokoła niego stali ludzie i przyciskając dłonie do ust, patrzyli na Domingueza wspinającego się po drabinie. Eddie gorączkowo przypominał sobie wnętrzności Wieży. Silnik. Cylindry. Hydraulika. Uszczelnienie. Kable... Jak to się stało, że wagonik się osunął? Uważnie przyjrzał się kolejce, przesuwając wzrok od czwórki wystraszonych pasażerów na górze, wzdłuż wysokiej Wieży, aż do jej podstawy.

Dominguez dotarł do górnej platformy. Jak mu Eddie kazał, przytrzymał Williego, kiedy ten przechylił się nad tylną ścianką wagonika, chcąc zwolnić blokadę. Jedna ze znajdujących się w wagoniku osób, młoda kobieta, rzuciła się w jego stronę i o mały włos nie ściągnęła go z platformy. Tłum jęknął.

— Zaraz, zaraz... — szepnął Eddie do siebie.

Willie spróbował ponownie. Tym razem zwolnił zabezpieczenie.

— Kabel... — wymamrotał Eddie.

Poręcz podniosła się, tłum jęknął przeciągle: Aaaaa.

Pasażerowie zostali szybko wciągnięci na platformę, podtrzymywani przez Williego, którego z kolei podtrzymywał Dominguez.

— Kabel — szeptał Eddie — rozwija się...

Miał rację. W środku mechanizmu Wieży niewidoczny z zewnątrz kabel od wagonika numer dwa przez ostatnich kilka miesięcy ocierał się o unieruchomiony krążek, który przez to, że przestał się obracać, zaczął stopniowo zrywać stalowe druty — jakby łuskał kolejne osłonki ziarna — aż kabel całkiem puścił. Nikt tego nie zauważył. Nie mógł zauważyć. Trzeba by było wejść do środka urządzenia, żeby odkryć tę zupełnie nieprawdopodobną przyczynę kłopotów.

Krążek został zablokowany przez mały przedmiot, który w sprzyjającym momencie wpadł do środka przez szczelinę.

Samochodowy kluczyk.

— NIE SPUSZCZAJ WAGONIKA! — krzyknął Eddie. Zaczął wymachiwać rękami. — HEJ! HEEEEJ! TO KABEL, CHOLERA! NIE SPUSZCZAJ WAGONIKA! ZERWIE SIĘ!

Zagłuszał go tłum głośno wiwatujący, gdy Willie i Dominguez uwalniali ostatniego pasażera. Wszyscy czworo byli już bezpieczni. Obejmowali się i ściskali na górnej platformie.

— DOM! WILLIE! — darł się Eddie. Ktoś uderzył go niechcący, wytrącając walkie-talkie zza paska. Eddie schylił się, chcąc je podnieść. Willie podszedł do deski rozdzielczej. Położył palec na zielonym guziku. Eddie spojrzał w górę.

— NIE, NIE, NIE RÓB TEGO!

Eddie odwrócił się do tłumu.

— COFNĄĆ SIĘ!

Coś takiego było w jego głosie, że ludzie posłuchali; przestali wiwatować i zaczęli się rozstępować. Dookoła podstawy Wieży zrobiła się wolna przestrzeń.

Wtedy Eddie zobaczył twarz, ostatnią, jaką widział w życiu.

Na metalowej podstawie siedziała bezradnie — jakby ktoś ją popchnął i przewrócił — mała dziewczynka, trzymająca w rączce zwierzątko zrobione z wyciorków do fajki. Nos miała zasmarkany, oczy pełne łez. Amy? Annie?

— Ma... mo! Ma... mo...

Wzrok Eddiego błyskawicznie przesunął się z dziewczynki na wagonik. Czy zdąży? Z dziewczynki na wagonik...

Bum. Za późno. Wagoniki spadały — Jezu, on puścił hamulec! — i wszystko dookoła zaczęło się dziać jak na zwolnionym filmie. Eddie rzucił łaskę, stanął na chorej nodze i poczuł ból, od którego o mało co nie stracił przytomności. Wielki krok. Jeszcze jeden. W środku kanału sterującego kolejki puściła ostatnia nitka kabla, zrywając i dziurawiąc przewód hamulca hydraulicznego. Wagonik numer dwa zaczął spadać bezwładnie jak głaz ze skały i nic już nie było w stanie go zatrzymać.

W tych ostatnich chwilach życia Eddiemu wydawało się, że słyszy cały świat: jakieś krzyki, odległy szum fal, muzykę, świst wiatru i niski, głośny, nieprzyjemny dźwięk, który — jak sobie zdał sprawę — dobywał się z jego własnej piersi. Dziewczynka podniosła ręce. Eddie rzucił się w jej stronę. Chora noga podwinęła się. Siłą rozpędu runął w kierunku dziecka i wylądował na metalowej platformie, która gwałtownie zderzyła się z jego klatką piersiową, rozdzierając koszulę i ciało pod naszywką ze słowami: EDDIE NADZÓR TECHNICZNY. Poczuł w dłoniach dwie ręce, dwie malutkie

rączki.

Potężny cios w plecy.

Oślepiający błysk światła.

A potem już nic.