Osiem cztery. Bombel. Bocian i LolaTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dalej napierdalali o tym samym, kłócili się o treść jakiegoś odcinka, jakiś szczegół. Zdawało mi się, że powoli wracam. Pozwoliłem sobie nawet na niewielką konwersację z Mukiem, który łaził i namawiał do picia. Wiedziałem, że chcę go zagadać, czekałem tylko, aż przyjdzie. Wyglądał już nieźle chwiejnie, ale ma długie nogi i łatwiej mu się utrzymać. To działa na tej samej zasadzie co zabezpieczenia przed trzęsieniami ziemi w Japonii – budują tam podobno tylko wysokie budynki, bo coś tam, i dzięki temu trudniej się zawalają, jak ziemia zaczyna świrować. Trzymał flaszkę, kieliszek i pomarańczową zapojkę o smaku identycznym z naturalnym. Sprawiał wrażenie, jakby go lekko rozwaliło. Jego zdjęcie, jak jest pijany i nieogolony, z zarostem, który jeszcze nie bardzo chce rosnąć, mogłoby wisieć w poradniach psychologiczno-wychowawczych jako ilustracja iluś tam procent młodzieży, która permanentnie się upija w czasie wolnym od nauki.

– Mam jakieś schizy, kurwunia, co to było za jaranie, jakieś takie dziwne, cholernie dziwne, nie wiadomo za bardzo, o co chodzi, może jak się upiję, to mi przejdzie, może to dobrze, że nie grzybiłem, a może wieje halny i wszystko się jebie, Boże, czuję się jak Pan Młody w Weselu, mówię ci, Muko, dziwną mam fazę, jacyś ludzie chodzą, łażą i mówią, a ja nic nie łapię. Polej mi, może się naprawi – powiedziałem o wiele więcej niż miałem zamiar. Otwieranie ust stawało się niebezpieczne, nie wiadomo, co jeszcze mogłem powiedzieć, nie hamowałem się, samo się mówiło, tak jak wcześniej. Wziął i nalał.

– No i co ci mam powiedzieć, kurwa, wydziwiasz po prostu, pierdolisz smutki, bawić się, bo i tak jest chujowo, masz i pij, pośpiewamy trochę szlagiery, to ci przejdzie – oczekiwałem wyrozumiałości, a spotkałem się z odrzuceniem. Podał mi kieliszek i zaczął śpiewać klasyczną pijańszczyzną Deszcze niespokojne. Przyłączył się Raku, wstał jako honorowy kibic, Euzubiusz też śpiewał i Patol z Andrewem. Też się darłem, żeby nie pomyśleli, że nie potrafię się bawić. Nie chciałem, to oczywiste, ale automatycznie mi się śpiewało. Wychodziła niby jedna melodia, ale nie całkiem. Po trawie i wódce każdy chce być indywidualistą. Mukowi jako muzykowi zachciało się improwizacji, Euzubiusz robił to samo, bo on często powtarza, Stępień po prostu się darł, a Raku wkładał w to tyle uczucia i patosu, jakby śpiewał co najmniej Rotę albo hymn państwowy. Był taki zadowolony, wypiął pierś do przodu i na baczność. Pomyślałem, że może mu się wydawać, że jest właśnie na stadionie, a jego drużyna strzeliła gola, albo bramkarz obronił karnego i teraz śpiewa w podzięce. Ale drugiej piosenki na razie nie chciało się nikomu. W międzyczasie przyszli inni, pojawił się Połka, Todek, Hajdi, która jest dziewczyną, Patol, który w końcu przestał bać się brata, Andrew, jakiś dziwny kolo ze swoją panienką, inny dziwny kolo i jeszcze jeden. Potem straciłem rachubę, a Tępy gdzieś zniknął. Jednym słowem, tłok. Taki błyskawiczny, jak gdyby kieszonkowcy chcieli mnie okraść. Aż wydało mi się, że wcale nie siedzimy na dworze, tylko w jakimś pomieszczeniu. Od wódki ciepło stało się równomierne.

Muko dalej chodził i namawiał ludzi do picia, nie uznawał odmowy, stał nad kimś tak długo, jęczał, klął, póki nie osiągnął celu. Znowu podszedł do mnie i zaczął ruszać rękami.

– Co tak, kurwa, ruszasz rękami? – zapytałem całkiem adekwatnie do sytuacji.

– A bo mi się nie chce nic mówić.

– To od fazy. Nic się nie chce, tylko patrzeć i nic.

– Trochę miałeś racji, dziwne to wszystko, normalnie to się gada, a teraz wszystko takie, no nie wiem, niemożliwie irracjonalne, kurwa.

Chciałem go jeszcze wypróbować, na ile jest sobą, a na ile zawładnęła nim faza.

– Muko?

– Co?

– Ale chujowo, no nie?

– Jasne, że chujowo.

Zdał i byłem spokojniejszy, przyszedł Andrew, też jakoś podejrzanie normalny.

– Dziwne te grzyby, niby wszystko się rusza, niby widać i czuć zresztą też, ale myślę dosyć normalnie, chyba, kurwa, nic nie wiem. Ale impreza super, nie?

– Impreza super, ale ogólnie chujowo.

– Ogólnie to wiem, dlatego zapytałem o imprezę.

Mogliśmy tak bardzo, bardzo długo. Żeby naprawdę zacząć rozmowę, coś musiało zaskoczyć, niekoniecznie alkohol czy coś w tym rodzaju. Na trzeźwo też się zdarza. Po trawie w gruncie rzeczy najrzadziej, bo wtedy wszyscy tylko myślą. Najczęściej chyba jednak po alkoholu. Lubiliśmy się delektować taką wymianą spostrzeżeń, tak odzywają się wszyscy dookoła, ale nie wszyscy to zauważają.

– Ale zimno i ciemno. Noc – zacząłem grę. Andrew się zaśmiał, tak jak to on potrafi.

– No, zimno. Ale pali się ognisko i trochę ciepło. – Niezły jest, trzeba przyznać. Ale i tak wszystko przed nami, grunt to dopatrzeć się czegoś najbanalniejszego i najoczywistszego w czasie teraźniejszym.

– Trochę, ale rosa opada, ludzi dużo, stoją i siedzą przy stole.

– Stoją, stoją, na przykład Muko i Tępy, bo Raku z dziewczyną siedzą.

– Raku siedzi, bo łatwiej mu ją macać pod tym stołem.

– Zaś stół jest z drewna, a grill z żelaza, dobrego i mocnego żelaza.

– No, żelazo jest gorące od ogniska, jak się dotknie, to poparzy.

– Masz rację, poparzy, bo gorące, lepiej nie dotykać.

– Dlatego właśnie nie kładę na nim ręki, bo mogłoby zaboleć.

– Jak boli, to jest nieprzyjemnie.

– No fakt. Jak jest zimno, to też nie.

– Ale na szczęście ognisko się pali, daje ciepło i nie jest tak zimno jak wtedy, gdyby go nie było.

– Pali się drewno, jak się dużo dołoży, będzie cieplej.

– Ale jak zacznie padać deszcz, to zgaśnie, i będzie nieprzyjemnie, bo zimno.

– Lepiej, żeby teraz nie padało i było ciepło.

– Ale obok stoi namiot, jak się rozpada, wszyscy się do niego schowają.

– No i przyczepa. Do przyczepy albo do namiotu.

– Namiot jest większy od przyczepy.

– Przyczepę można zapiąć do samochodu, a namiot nie.

– Namiot można złożyć, tak samo jak nie można go zapiąć do auta.

Skończył. Nie chciało mi się już dalej i nie miałem siły, na nic. Chyba wygrał, ale śmialiśmy się obaj. To był zdrowy śmiech.

Najchętniej znalazłbym się wtedy gdzie indziej. W domu. Zjadł coś dobrego i oglądał telewizję. Do oporu. Mógłbym siedzieć i siedzieć, zmierzyć się z programem. Około trzeciej na ekranie pojawiłby się znaczek, że kończą nadawanie. Wygrałbym z nimi. Najłatwiej z polskimi programami, bo obcojęzyczne są na okrągło. Ciągle jest jakiś facet, który gada, albo wiadomości, albo film. Na niemieckojęzycznych prawie zawsze się rżną. Zboczony naród. Niby ordnung muss sein, a codziennie po północy w telewizji figle-migle. Das is gut, schnella, schnella, oo sehr gross, macht mir gut. Silikonowe kobiety wrzeszczą, jak gdyby ci muskularni blondyni kłuli je co najmniej metalowymi ostrymi szpikulcami. Człowiek siedzi i naciska. Pielgrzymki pstryk reklama podpasek pstryk transmisja mszy świętej pstryk gut gut ich liebe pstryk dwieście osób zabitych pstryk zjesz pastylkę i mięśnie ci urosną pstryk sto sześćdziesiąt rannych. Siedzę i naciskam, nienawidzę telewizji, co najmniej sześć godzin dziennie jej nienawidzę.

Przyszedł Tępy. Coś żuł.

– A chuj, zjadłem.

Jakoś nie przyszło mi do głowy, że może się zatruć. Dopiero teraz. Wyobraziłem sobie, że ma torsje, traci przytomność i prawdziwy kolor skóry, robi się zupełnie biały i zimny, z otwartymi ustami. Mogłoby stać się tak, jak na filmach, najpierw go zakopiemy, a potem nam odpierdoli i wszyscy się pozabijamy, ostateczna jatka załatwiająca wszystkie niedomówienia.

Właściwie było mi obojętne, wiedziałem, że powinienem się przejąć, ale jakoś nic się nie działo. Tępy był przecież fajny, a ja nic. Pomartwiłem się trochę, żeby nie być całkiem bez serca, i już miałem spokój. Byłem zmęczony i powoli robiło mi się niedobrze. Nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego, że wypiłem już kilka kieliszków, przez jakiś czas zdawało mi się, że piję jeden, tylko mam jakieś déjà vu. Muko ciągle mi przynosił, koleżeński i uczynny. Jak mnie olśniło, chciało mi się już rzygać, czy raczej poczułem mdłości. Zapaliłem fajkę i pomyślałem, że jestem głodny, to pomaga, trzeba tylko uważać, żeby nie pomyśleć za bardzo, bo zazwyczaj jak jesteśmy głodni, wyobrażamy sobie jedzenie, a gdybym tak zrobił, wszystko by ze mnie wyleciało. Wiedziałem, że tym się skończy, ale nie chciałem jeszcze teraz, w każdym razie nie jako pierwszy.

Wszyscy o czymś rozmawiali, a ja słyszałem tylko szum, podobny do radiowego przy złej pogodzie, albo jak się szuka stacji. Jedynym ratunkiem było rzucić się w wir imprezy, rozmawiać niemal z każdym, bez przerwy, słuchać muzyki, i żeby była głośna, łomocząca i mocna, żadnych refleksji, tańczyć i myśleć tylko o duperelach.

Wstałem i poszedłem do namiotu, tak od razu, zostawiając ich przy ognisku, nic nie powiedziałem i na nikogo nie spojrzałem. Zręcznie wyminąłem przeszkody, raz mnie zarzuciło, ale starałem się być twardy. W namiocie podobnym do hangaru zaskoczyło mnie to, co zobaczyłem. Tępy leżał w kącie i trzymał się za brzuch. Byłem przekonany, że został przy ognisku. Całkiem mnie to wytrąciło z równowagi. Do tego Połka majstrował coś przy jakimś urządzeniu podpiętym do gniazdka i magnetofonu. Też powinien być przy ognisku, a nie tu. Połka był duży i głupi, za to potwornie sympatyczny. Chodził zawsze w tych samych dresach, czarnych z żółtymi paskami, i miał katar. Lubiłem z nim rozmawiać, bo zawsze jakoś tak śmiesznie mówił.

– Cześć, Połka, jak tam impreza, co gmerasz? – zapytałem, jakby nigdy nic.

– Stroboskop, tylko mam chujowy opornik i nie pochodzi za długo, bo się spali, jakbym miał cztery złote, kupiłbym lepszy i wszystko w porzo.

– A nie lepiej, jak to jest wyłączone z kontaktu? Nie jebnie cię czasami?

– Eee, nie ma co.

– A, to dobrze, odważny jesteś. – Postanowiłem, że dość gadania, więcej już nie. Z Połką przynajmniej, znów odechciało mi się mówić, ale zrobiło się mniej ciężko. Rok temu skończył zawodówkę elektryczną, to się zna. Dużo rzeczy nam reperuje, łokmeny i takie tam. Połka najbardziej kumpluje z Todkiem. Nie znam go za dobrze, bo jakoś tak wychodzi, że widuję go, tylko jak jesteśmy zjarani, i wtedy zawsze śmieje się z tego, co mówię. Dlatego chyba go lubię, czuję się przy nim dowartościowany i dowcipny.

 

Tępy leżał w kącie i chciał coś powiedzieć, ale z jakiegoś powodu nie mógł wykrztusić słowa. Przyszła taka sobie Hajdi w czerwonym polarze, po tym ją rozpoznawałem. Pochyliła się nad Tępym i matkowała:

– Co się stało, Stępieńku, Tępy, nie możesz mówić?

Od razu wszedłem jej w słowo, żeby się niepotrzebnie nie martwiła.

– Jak to co, spił się za szybko i łapie zgona, rzygać mu się chce, pomogę mu. – Wyszedłem na dobrego kolegę i nie pozwoliłem się jej wmieszać w sprawę ze Stępniowymi grzybami. Po co psuć imprezę innym.

O ile dobrze kojarzyłem, Tępy powiedział przy wszystkich, że zagrzybił, czy może tylko, że zjadł, nie pamiętam dokładnie. Teraz wziąłem go za fraki i dotargałem do przyczepy, mijając kogoś leżącego. Najtrudniej było go podnieść, Stępień zrobił się jak worek, członki miał bezwładne i tors też. Ale w pewnym momencie poczułem, że ktoś mi pomaga. Euzubiusz. Boże, wszyscy byli wszędzie. Siedział sam w tej przyczepie. Przestraszyłem się trochę, bo to Euzubiusz, do tego pijany, ale potem się ucieszyłem. Nadarzała się okazja do wyciągnięcia z niego wszystkiego. Lepiej być nie mogło. Stępnia ułożyliśmy na łóżku, w pozycji bocznej, bezpiecznej, jakby co, żeby nie udławił się wymiocinami. Przyczepa była całkiem inna od tej, w której siedzieliśmy jakiś czas temu. Zrobiła się mniejsza i przytulniejsza. Zapraszała i kusiła snem. Krótkim i przyjemnym. Wystarczyło tylko złożyć głowę na czymś stałym, oprzeć o materię, twardą czy miękką, bez znaczenia. Nawet zmizerowany Stępień w łóżku wydawał się miłym towarzyszem. Organizm sygnalizował, że już dłużej nie wytrzyma, że trzeba spać, że to najważniejsze, nawet nie spać, wystarczy, że zamknę oczy, nic więcej. Ciało uwalniało mnie od porannych wyrzutów sumienia, nie musiałem kłaść się spać, wystarczyło tylko zamknąć oczy, resztą zajmie się organizm. Ale walczyłem, już prawie uległem, lecz popatrzyłem na Euzubiusza i pomyślałem o tych wszystkich rzeczach, jakie mógł mi zrobić podczas snu.

Ale nie wyglądał groźnie, raczej na nieobecnego i rozbitego. Euzubiusz ma duże czoło i głęboko osadzone oczy koloru podchodzącego pod brązowy. Skrył się w przyczepie, pewnie faza przypomniała mu o czymś.

Pomyślałem, że jakaś dziewczyna. Od dawna coś podejrzewałem, a jestem strasznie ciekawski, lubię, jak mi się zwierzają, im poważniej, tym lepiej. Postawiłem na blef.

– Wiem wszystko, trudno się nie domyślić – to mogło znaczyć cokolwiek, ale dla Euzubiusza z pewnością znaczyło jedno.

W tym wieku zawsze zdarza się to samo. Myślą, że te ich miłości są inne, wyjątkowe i tak dalej. Od każdego słyszałem już: „nie mogę dłużej żyć”, „to jest właśnie to”, „nie wiem, co mam mówić”, „zabiję się przez nią”. W tym wieku dwie rzeczy są prawie jednakowo pewne, miłość i pisanie wierszy. Tacy z nich byli uczuciowi chłopcy, przy czym Andrew, Muko i Stępień już przez to przeszli, co do Patola nie byłem pewien, ale Euzubiuszowi dopiero się zaczynało. Tak przynajmniej sądziłem. Nie znałem tylko szczegółów, bo nie jest taki skory do zwierzeń jak inni. Musiałem się trochę z nim pobawić.

– Stępień śpi? Nie będzie nic słyszał? – zapytał i poszarpał biedakiem. Zapowiadało się na prawdziwą rozmowę, taką jaką lubię najbardziej. Przeszedłem do ofensywy.

– No wiem, że chodzi o dupę. – Nie pozwolił mi dokończyć, tylko przypierdolił łokciem w szafkę. Przyszło mi do głowy, że użyłem niewłaściwego rzeczownika, zbagatelizowałem sprawę, z nimi trzeba ostrożnie, stają się naprawdę nadwrażliwi.

Dobrze, że wtedy przyszedł Muko, on najlepiej się z nim porozumiewał. Odetchnąłem.

Muko był jednak pijany i nie rozumiał powagi sytuacji, nie wiedział, że wchodząc do przyczepy, wkracza w zupełnie inną atmosferę, przesyconą słowami: „zawsze, wszystko, ona, czuję, nie mogę dłużej, uczucie”. Śpiewając sobie coś z repertuaru Perfectu, wtoczył się do środka, wywrócił na podłogę i triumfalnie wstał. Drzwi trzasnęły, zawiał wiatr, Euzubiusz głośno złapał oddech.

– Co to za zebranie bez komisarza Muka? Stępień, śpisz, chuju? A śpij, trzeba było nie pić, jak się nie umie. Euzubiusz, co tak siedzicie razem, alienujecie się, chamy. A może coś się dzieje? Smutki jakieś pierdolicie, no, niemożliwie irracjonalne to samo. Jak zawsze, Euzubiusz, jesteś zjebany jak chuj. Zabierz się lepiej za jakąś dupę, to ci przejdą wszystkie niejasności, przynajmniej na początku. – I znów Euzubiusz wszedł w słowo, tym razem nie mnie, pierdolnięciem łokcia w szafkę. Miałem ochotę powiedzieć kilka razy z rzędu: dupa, dupa, dupa, dupa. Może wszystko by rozwalił, a potem byłoby mu głupio i musiałby płacić. Ale bałem się, bo czasami jestem tchórzem. Robiło się nieciekawie, bo Euzubiusz spoważniał tak bardzo, że nawet Mukowi udzielił się pewien rodzaj niepokoju.

– Co ty, kurwa, odpierdalasz, Euzubiusz, o chuj ci chodzi? – Muka zirytowała ta demonstracja siły, zrobił zdegustowaną minę i wkręcał Euzubiusza w temat pod tytułem rozpierdalanie fajnej imprezy. – Co ty robisz? Nie umiesz się bawić, to, cholera, nie pij, gówno nas obchodzą twoje schizy, teraz przynajmniej, pogadamy na trzeźwo.

Przekonał mnie do swojego oburzenia, ale coś podejrzewałem. Chyba trochę chciało mu się śmiać, bo w kącikach ust zauważyłem lekkie drganie. Euzubiusz zareagował natychmiast, nie było żadnego czekania.

– Nie wiesz, o co chodzi, to się głupio nie odzywaj, ale dobrze, że przyszedłeś, dobrze, że jesteście tu obaj, tobie, Muko, dużo zawdzięczam, tobie i tylko tobie, bo od siedemnastego sierpnia tego roku wziąłem się za dupę, dzięki temu, co zrobiłeś wtedy, nikomu innemu. Pamiętasz tamten dzień, to, co zrobiliśmy, co ty zrobiłeś dla mnie, dziękuję ci, kurwa, strasznie ci dziękuję, kocham cię za to, co się wtedy stało, jak postąpiłeś, kocham cię, przyjacielu, kurwa, Muko!

Ale mu powiedział, miał ostry głos, aż kłuło w uszy. Pomyślałem, że jak mu to przypomnę jutro, wszystkiego się wyprze i stwierdzi zadowolony, że nic nie pamięta. W alkoholu ważna jest nie tylko chemia, ale też to, że zawsze można powiedzieć, że nic a nic się nie pamięta. To skłania do eksperymentów i dodaje odwagi. Muko jakby nie usłyszał, patrzył i nic nie rozumiał.

– Sory, Euzubiusz, ale za chuja nie wiem, co wtedy było, szesnasty nawet pamiętam, byłem u rodziny, potem jakoś też, ale siedemnastego za cholerę. No nie mogę, naprawdę, nic nie mogę sobie przypomnieć, sory, Euzubiusz. Może zmieńmy temat na dupy, co?

Jebudu, jebudu. Przerwa i znów jebudu. Zrobił dziurę w szafce i od razu się uspokoił. Tacy są, bunt i w ogóle, póki nic nie ma konsekwencji w rzeczywistości, póki realność nie odkształci się z powodu ich szaleństwa. Jak tylko coś się stanie, od razu się oswajają i subtelnieją. Trzymał się za łokieć i patrzył w niewiarygodną dziurę na samym środku.

– Jakoś się da naprawić, przyjdę tu jutro z klejem, coś wymyślę, można kupić taką dyktę, do jutra nikt nie zauważy. – Momentalnie wyparowała mu z głowy cała miłość, można by krzyczeć o dupach. Pozwoliłem sobie na komentarz:

– Nie ma co, perfidna dziura. Andrew się wkurwi, jego matka nam zaufała. – Rozwalił, niech cierpi.

– Olgiert, przymknij się, wiem, widzę przecież, ale nie musiałeś mieszać w to jego matki.

– To nie ja, sam mi mówił, żeby uważać na tę szafkę, bo matka bardzo ją lubi.

– Co ty pierdolisz, przecież to zwykła szafka z dykty.

– Ale wiążą się z nią wspomnienia, opowiadał mi, że ona lubi patrzeć na fakturę tej ściany, którą rozwaliłeś, rano po przebudzeniu, kiedy wpada słońce, zauważ, że przyczepa jest tak ustawiona, żeby promienie padały akurat na szafkę, jej powierzchnia to scena, na której rozgrywa się prawdziwa świetlna sztuka, opromienione słoje przybierają wyimaginowane kształty, reifikują marzenia. A widzisz tamtą lampkę? Jak jest zapalona, szafka przemienia się w teatr cieni. Andrew opowiadał mi, jak kilkanaście lat temu jego przyszły ojciec po wielu nieudanych próbach poderwania jego przyszłej matki właśnie w podobnej, jeśli nie dokładnie tej samej przyczepie ułożył z palców taką figurę, że na ścianie szafki wyszło serce przebite strzałą, i to tak ujęło jego matkę, że wreszcie go pokochała – powiedziałem, za te wszystkie momenty, kiedy musiałem się go bać.

– O kurwa mać, co ja zrobiłem. Nie chciałem, widzieliście przecież, że nie chciałem, tak wyszło jakoś, z nerwów, pijany jestem.

– I co, powiesz jego mamie, że „tak się schlałem, że agresyw mi się włączył, a Andrew nie mógł mnie przypilnować, bo sam był zagrzybiony”?

– No nie, powiem, że się wywaliłem, i to akurat na szafkę, no nie wiem.

Nie chciałem go już dręczyć, bo prawie płakał. Miał wieczny rozstrój nerwowy, wystarczyła taka niewielka sprawa, a już wpadał w panikę. Muko chciał rozładować sytuację, ale nie wiedział jak. Czekałem chwilę w ciszy, a potem i mnie się odechciało.

– Ja rozumiem, dziewczyna, to zbyt skomplikowane. – Odeszła mi ochota na takie rozmowy, to przez wieczną huśtawkę nastroju. Powiedziałem mu jeszcze kilka pokrzepiających zdań, że ma przerąbane, że rozumiem, bo sam przeżyłem, że z nimi nigdy nie jest łatwo i że jak cierpi, to znaczy, że warto. Nie chciało mi się niczego specjalnie wymyślać. Przypomniał mi się Stępień.

– Nie budźcie go, niech śpi, właściwie może trzeba, żeby się porzygał, może coś zrobimy. – Było to całkiem obojętnie powiedziane, zupełnie bez emocji.

– No ale co, od wódki jeszcze nikt nie umarł. – Muko się trochę zaaferował, nie kapował pewnie, o czym mówię.

– Od wódki to nie wiem, ale od muchomorów całkiem często.

– Co ty, jakich muchomorów?

– Głupi jesteś, pamiętasz, co Stępień mówił przy ognisku, myślałeś, że co, chodziło mu o kiełbasę?

– No nie wiem, nie zastanawiałem się.

– Może trzeba było, choć raz. – Aż sam się sobie dziwiłem, ale pomyślałem, że jakby zmarł, to z mojej winy. Namawiałem go, sam nie wiem po co. Nie warto przecież. Często tak robię, nie myślę, tylko mówię albo coś robię, i potem konsekwencje, czasami po prostu z ciekawości.

Ale to mnie denerwowało, Tępy był w porządku, przyszedł i powiedział, że zjadł, wszyscy wiedzieli, że miał podróbki, nie chciałem nic mówić, zmarłby i mieliby nauczkę. Ale chyba nie potrafię dotrzymać tajemnicy, chciałem, żeby się coś działo.

– Trzeba wody z solą, albo coś takiego.

– No tak, powiesz „Tępy, wypij”, a on wstanie, sam sobie zrobi, wypije i się porzyga. Nie ma rady, trzeba mu wepchać palce. Twiks, twiks. Ja nie zrobię, bo powiedziałem, że trzeba go ratować, tyle mojej dobroci wystarczy.

– To ja pójdę po Andrewa. – Wysupłał się ze środka. Nie miałem zamiaru tam na nich czekać. Euzubiusz patrzył na dziurę. Powiedziałem, że idę się odlać.

Znowu noc. Dzisiaj już któryś raz. Odszedłem trochę od całego szumu, w ciemność, widziałem wszystkich, a oni mnie nie. Odwróciłem się plecami i usiadłem na mokrej trawie. To czarne, które było brakiem światła, ściśle do mnie przylgnęło. Do ubrania i skóry na twarzy i dłoniach. Przejechałem ręką po trawie i potem ją polizałem. Zielony smak, trochę jakby miętowy i gazowany. Drętwiała mi noga, czekałem, aż będzie prawie jak nie moja, żeby się trochę poszczypać. Zastanawiałem się, o czym za moment będę myślał, bo po to tam poszedłem. Park. Nasze miejsce. Teraz właśnie. Że tam jest jesień, a tu jeszcze nie. Że czas płynie jednak naprawdę inaczej. Że tam nie pada deszcz, tylko liście, i wiatr robi z nimi, co chce. Że liście mają kolor, a bloki nie, i chodniki też nie, dopiero jak są przykryte i szeleści, jak się chodzi. Że obok jest rzeka i las. Że nad rzeką zawsze ktoś pije wino, a w lesie bawiliśmy się w Wietnam i nikt nigdy nie chciał być „żółtkiem”, bo oni na filmach zawsze przegrywali. Tam inaczej pachniało, ściółką i gniciem. Nigdy nie mogliśmy uwierzyć, że trochę dalej zaczyna się miasto. Łapaliśmy robaki i dżdżownice, kto zje obrzydliwszą i tłustszą, nie byliśmy głodni, chodziło o męstwo. Patol nigdy nie chciał, bił się z nami, że nie wolno. Wypalaliśmy trawy i udawaliśmy strażaków. Kilkanaście razy widzieliśmy kochające się po krzakach pary, z miłości albo tak sobie. To widać. Zawsze dziwili nas czerwoni od wysiłku faceci, którzy potrząsali szybko swoimi wackami. Raz stanąłem oko w oko z takim chłopakiem. Powiedział tylko „nie chciał sikać” i nawet się nie zapiął, tylko od razu uciekł. Próbowaliśmy robić tak samo i nic z tego nie wychodziło, dopiero potem któryś z nas przyszedł i z poważną miną kogoś lepszego i doroślejszego wszystko wytłumaczył. To był pierwszy nałóg, jeszcze przed telewizją. Nareszcie można było spożytkować obrazy pojawiające się przed zaśnięciem po wewnętrznej stronie powiek. Chłopaki nie różnili się bardzo od tamtych. Jeszcze nie, mieli trochę czasu przed sobą. Kilka lat, może więcej, nim się zacznie. Ja też. Wszyscy razem.

 

Ucichło nagle, słychać było tylko dźwięki imprezy. Widziałem, że wynoszą Stępnia. Przypominało to niemy film. Przyspieszali, zwalniali, brakowało mi tapera. Ich mimika, ruchy, porwane i niedokończone, Euzubiusz podpierał Muka, ten się wywracał na Andrewa, który łokciem zaczepiony był o pasek Euzubiusza, i ten się zachwiał, i wszyscy trzymali Stępnia, który miał wszystko w dupie, i chyba spał, bo raczej jeszcze żył. Sytuacja nabierała powagi. Zebrali się wreszcie. Euzubiusz i Muko trzymali Stępnia pod pachami, a Andrew stał naprzeciwko. Wyglądało, jakby Tępy miał nieźle oberwać. Nie wiedziałem, czy człowiek może wymiotować, jak śpi. Może powinni go obudzić, może dałoby to lepsze rezultaty. Ja bałbym się, że mi odgryzie palce. Coś się ruszało, z tej odległości, z jakiej byłem zmuszony obserwować, można było dostrzec rzadkie i brunatne rezultaty. Nie widziałem, jak wyglądał Andrew, a Tępym nieźle rzucało. Pozwolili mu uklęknąć i nadal go trzymali. Domniemana psylocybina wsiąkała w ziemię razem z nieciekawą resztą. Stępień był uratowany. Akcja skończona. Chłopaki nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Nie mieli już więcej chorych. Poszli w stronę namiotu, wlokąc ze sobą Tępego. Nie weszli do przyczepy i Andrew nie dowiedział się o dziurze. Znów zaczęło mnie męczyć, o jaką dziewczynę chodziło Euzubiuszowi, ale dosyć szybko przestało, wystarczy, że wyobraziłem sobie naszą rozmowę z nim. Było to w samym środku nocy, teraz było już więcej światła, ale jeszcze przez kilkadziesiąt minut nie wyczuwało się różnicy.

Włączyli stroboskop, trzy dziewczyny zaczęły tańczyć, wszystkie identycznie, z czego jedna zaraz skończyła, bo jej facet był zazdrosny o ruchy. Tamte dwie robiły to podobnie. Kręciły biodrami, robiąc jednocześnie przysiady i wymachując rękami. Bez żadnej metafizyki, jak to czasami bywa. Kojarzyły mi się z maszynami, które wykonują pewien program i nic ponadto. Stroboskop odbierał płynność, w zamian dając ciągi szybko robionych zdjęć. Wymazywał co drugą sekundę z rejestrów czasowych, oszukiwał wzrok i umysł. Kiedy go wyłączyli, dziewczyny stały się już całkiem nijakie, wyblakły. Swoją drogą, ciekawe, dla kogo wtedy tańczyły. Może tylko dla siebie.

Widziałem, że przy stole coś się działo. Dziewczyna Raka wstała i, pochylona, coś do niego mówiła. Stępień spał, Euzubiusz też przysypiał, Andrew szperał w płytach, żeby zmienić wreszcie techniawki. Muko natomiast szukał gitary, a Patol nie wiadomo. Ukrył się gdzieś pewnie, podobnie jak ja, i obserwuje, ucieszony.

Większość skupiła się wokół ogniska, jedni się gapili, inni gawędzili. Postanowiłem tam iść, porozmawiać i dowiedzieć się kilku towarzyskich nowinek. Nic innego nie przychodziło mi na razie do głowy. Siedzieli w równych odległościach od siebie, każdy coś mówił, nikt chyba nie słuchał, panował harmider, ktoś wołał, żeby mu polać, ktoś inny krzyczał o zapitkę, ktoś kręcił się i podchodził kolejno do wszystkich, szukając fajki, bo sam zgubił. Urywane w połowie zdania krążyły wokół, podobnie jak niedokończone myśli i niedokonane ruchy. Wlazłem w sam środek tego niespełnienia, zajmując miejsce między Mukiem a Andrewem. Poczułem się, jak gdybym nigdy się stamtąd nie ruszył, może siedziałem z nimi cały czas, tylko na chwilę przysnąłem i nic się nie wydarzyło. Bo właściwie nic się nie wydarzyło. Różnica między tamtą rzeczywistością a teraźniejszą sprowadzała się do jednej dziury w szafce i ugniecionej w kilku miejscach trawy. Nuda i znużenie.

Ale coś powoli iskrzyło, chyba łapałem inny nastrój, zadowolenia i obojętności. Czułem, że powoli przechodzi w euforię. Ktoś przyniósł tequilę, cytryny i sól. Dał mi, żebym sobie wykroił ćwiartkę, potem nasypali soli na nadgarstek i kazali lizać. Byłem posłuszny. Wypiłem i ktoś inny zaczął powtarzać to samo. Potem zagryzłem cytryną. Sok piekł mnie w wewnętrzną część ust i w język. Jak doszło do Muka, nie chciał ani soli, ani cytryny. Buntował się, argumentując, że rzyga po cytrynach i soli, że cytrynę je się z cukrem, a nie z solą. Poczuli się obrażeni, że nie chce tak jak oni. Wypił samą tequilę na siedząco i w końcu zagryzł cytryną, bo jakoś dziwnie denerwowała mnie myśl o tym, że może jej nie zjeść, więc byłem cholernie uparty. Popatrzył w prawo i w lewo, potem odbiło mu się tym, co wypił, i jeszcze czymś.

– Kurwa, mówiłem, że ja nie mogę jeść cytryn, bo mnie mdli – powiedział przez łzy, chciał jeszcze coś dodać, ale tequila weszła mu w słowo. Popluł chwilę, pocharkał i już miał spokój.

– A nie w ta dziura – dodał na koniec.

– W ta, w ta, tyla że za wiela – Andrew był dziwnie podkurwiony. Chodził i mówił, że ma wszystkich w dupie i że wszyscy wszystko mu psują, brudzą i nikt nie uważa. No fakt, że na końcu musiał się ze wszystkiego tłumaczyć i sprzątać, i ta ciągła świadomość bycia gospodarzem musiała być upierdliwa. Zaglądał wszędzie, zbierał lufki i puste woreczki, z petami dawał sobie spokój. Zawsze był taki miły, dobry i wzór. Porankami rozwoził nas samochodem do domów. Teraz już nie, bo w końcu dowiedział się tego, co skrzętnie przed nim ukrywaliśmy. Że rano ma się jeszcze promile i na policyjnej dmuchawce wychodzi ponad dozwolone. Mnie rzadko zatrzymywali, bo widzieli, że jeżdżę rozwalającym się maluchem i nie mają na co liczyć. Z policją nasze kontakty były zresztą różne. Raz jedliśmy jakieś zapiekanki w którejś z knajp. W rodzaju tych amerykańskich. Że szybko, mało i się ciągnie. Nasz znajomy skejt opowiadał o superjaraniu, wrzeszczał przy tym strasznie głośno, chciał się po prostu pochwalić, przy ladzie stały dwie takie sobie. My siedzieliśmy cicho, ja nie lubię rozmawiać publicznie o niektórych rzeczach. Nagle podchodzi dwóch facetów, jeden łysy, a drugi z nadwagą i wąsami. Tylko nauczycieli i policjantów potrafię rozpoznać z daleka, a oni byli blisko. Dzień dobry, taki i taki, z komendy takiej i takiej, chcielibyśmy porozmawiać z kolegą. Dobrze, że nie chcieli porozmawiać z Patolem. Schodziła mu faza i był w takim nastroju, że mógłby im wszystko powiedzieć. Baliśmy się naprawdę, choć oni prawdopodobnie robili sobie jaja z chłopaka. Mieli poczucie humoru, prawda, choć jakby trochę przestarzałe. Nigdy już potem nie łaziłem do tej knajpy, normalne chyba.

Andrew czasami czytał jakieś książki, inni się nie skusili. Muko tylko biografię Zeppelinów, a Patol coś o hodowli roślin i Indianach w Ameryce Północnej. Euzubiusz próbował jakiejś fantastyki.

Wiedziałem, że przyszedł czas na rozmowę. Działo się tak na każdej imprezie, kiedy byliśmy już dostatecznie pijani. Niejednokrotnie doprowadzało to do konfliktów, które kończyły się, albo zaczynały, dymami. Bo czasami zdarzało się, że wszyscy się tłukli ze wszystkimi. Tak żeby się wyładować. Jak na filmach o Dzikim Zachodzie, gdzie napieprzają się w saloonie. Tylko nie do końca każdy z każdym. Wychodzą ukryte powiązania. Ale najbardziej liczy się ubiór. Zazwyczaj. My na przykład ze skejtami. To nie tak, że leją się ulicami, jak w amerykańskich filmach. U nas jest po naszemu, polska wersja. Czasami tylko ktoś dostanie nożem, a najczęściej stoją naprzeciwko i zachowują się jak małpy. Bluzgają, robią miny i pokazują sprzęt. Jakieś drągi przyniesione z parku, kawałki metalowych rurek, czasami wystrugana pieczołowicie pałka. Ale rzadko się tłuką tak naprawdę, raz na rok. Jak się uzbiera. A na imprezach nawet często. Jest dwóch takich gości, którzy niemal to gwarantują. Jeden wygląda normalnie, nikt by nic nie powiedział. Ale ja odkryłem prawidłowość. Jest subtelniejszy od tego drugiego. Wydaje mi się, że lubi nie tyle się bić, ile patrzeć. To go pociąga. Na początku łazi i napuszcza na siebie dwóch szefów jakichś grup, tak żeby załatwić od razu kilkunastu naraz. Szczuje ich na siebie, kłamie i mota. A potem odsuwa się w cień. Musi tylko zdążyć, zanim wszyscy tak się upiją, że nikt nie będzie miał siły na jakieś pierdoły. Ale zazwyczaj mu się udaje, tyle że go wyczaiłem. Powiedziałem chłopakom. Tak to rozegrałem, że mu wpieprzyli. Mogło mi się wydawać, to nawet prawdopodobne, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Ten drugi robi to zupełnie inaczej. On sam dymi, nie martwi się o innych, sam idzie, ma do tego predyspozycje. Nie jest wysoki, ale szerokością sobie rekompensuje. Nigdy nie wiem, czy jest taki ogromny, bo jest gruby, czy napakowany. Ale raczej to drugie, bo bije się bez żadnej techniki, nic, tylko po prostu idzie i wpierdala gościom. Tak bez gadania. Łamie też krzesła. Ale potem za to płaci. Albo jego siostra. Elegancko i z szykiem. Ale jak się leje, nie ma żadnego szyku. To nasz kolega. Czasami kupuję mu piwo. Bo warto. Kilku takich mamy i czasami fundujemy im winko. Nigdy nie wiadomo, czy się nie przydadzą. Ale jak już się zacznie, robi się całkowity chaos. Nic nie wiadomo, każdy mówi, że ktoś tam, bo coś tam. Ale dlaczego dokładnie? Tajemnica. Biją się, i już.