Osiem cztery. Bombel. Bocian i LolaTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wyszliśmy z auta, przestrzeń się otworzyła, stała się ogromna i nieskończona, człowiek górował nad ziemią i przyrodą, czuł w sobie moc. Paliło się już ognisko i było je czuć. Opadała mgła i rosa, zaczynało być zimno. Niezaprzeczalnie zapadła już noc. Wokół błąkały się jakieś cienie, przez chwilę nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale potem wszystko sobie przypomniałem. Łącznie z tym, że mamy pięćdziesiąt parę grzybów. Tych prawdziwych. Mało mnie ciekawiło, co Stępień zrobi ze swoimi podróbkami.

– To jak, panowie, grzybimy, kurwunia kureweczka?

Jakoś nie pomyślałem o ilości grzybów względem ilości chętnych na nie ludzi. Ja, Andrew, Patol. Trzy. Ten ostatni ma urodziny, to musi, tak wypada, a co do Andrewa, to w sumie jego działka, więc też jakoś tak głupio. Pomyślałem, że jednak sobie nie przygrzybię, choć wtedy jeszcze nie wszystko było stracone, bo Andrew to dżentelmen, dobrze wychowany i w ogóle. Postanowiłem to chytrze wykorzystać.

– No tak, wiecie, o co chodzi, pięćdziesiąt na trzy równa się chuj do dupy. Albo dwie osoby lekko chociaż, albo trzy chujowo, czyli dwie. Coś trzeba wymyślić. – Patol spryciarz. Coś trzeba wymyślić. Myślałby kto. Doskonale wiedział, że mu się dostanie, bo ma urodziny. Ja nie chciałem mówić, żeby nie było, że jestem chamem. Czekałem na tłum. Muko się odezwał:

– Nie ma co debatować, Patol dostaje, bo ma urodziny, Andrew, bo to jego działka, a ty, Olgiert, się opijesz, i też będziesz zadowolony. Amen.

O kurwa, jak normalnie go lubię, tak się wtedy zdenerwowałem. Myślałem sobie „czekaj, chujku, jeszcze kiedyś przyjdziesz do mnie, to też ci, kurwa, powiem, że nie ma nad czym debatować”. Już byłem pewny, że gówno, choć jakaś tam nadzieja się we mnie tliła. Liczyłem na Andrewa, jako na ostatniego ze sprawiedliwych. Jak zaczął mówić, skoczyła mi adrenalina.

– Oldżi, wiem, że byś sobie grzybnął, chujowo, wiem, losujmy, dobra? Kurwa, to jest jakieś wyjście.

O Boże, pokochałem go wtedy, przez chwilę mógłbym mu nawet oddać te grzybki, ale potem się opamiętałem. Udawałem, że mi to w zasadzie lata.

– Nie no, spoko, nie ma ciśnienia, ja nie muszę jakoś koniecznie, mogę rzeczywiście się napić, zresztą są dwa wory, nafazuję się na pewno. – O kurwa, ale ze mnie hipokryta, było mi wstyd, ale tylko trochę, bo bardziej myślałem o tym, co się dzieje z człowiekiem pod wpływem grzybków. Przypominałem sobie tę euforię, gładkie ręce, fraktale i skomplikowane struktury, ciągłą zmienność świata.

– Ale możemy losować, nie będzie wtedy ani nawet minimalnej chujówki – powiedziałem to pod wpływem wspomnień, właściwie samo się powiedziało.

– W porzo, gramy w papier, kamień, nożyce, na trzy, cztery pokazujemy, dalej to już jasne.

Andrew to jednak prawdziwy kolega, co prawda skłaniałem się ku bardziej tradycyjnej grze losowej, w rodzaju ence-pence, w której rence albo orzełek czy reszka, ale nic to, jakąś szansę miałem, zdaje się, że dokładnie taką samą jak Andrew.

– Chodźmy do przyczepy, nie będzie tak piździło, lepsza akustyka, poza tym trzeba znowu coś spalić, bo jakby dochodzę do siebie – odezwał się Muko. Patol był cicho. On już myślał o grzybach i tylko o grzybach. Stępień się zastanawiał. Zapytałem go:

– No jak, próbujesz te podróbki? Przecież się nie zatrujesz, są za małe, a zresztą o to chodzi, żeby się zatruć, Stępień, pamiętaj, nie bądź cipa. Wiesz, że jak zadziałają, będzie święto. Możemy je nazwać Stępieńki, na twoją cześć, jeżeli się uda, oczywiście. – Wiedziałem, że to go połechce, każdy ma ambicje, nawet Stępień. To był zresztą dziwny człowiek. Może nie w tym sensie jak Euzubiusz – dziwny, bo pierdolnięty, ale jakiś taki kuriozalny. Mało mówił, przynajmniej do mnie. Chyba też miał permanentną depresję, po części przez chłopaków. Zrobili mu dowcip. Muko wiedział, że chłopina jest podatny na wpływy i ma słabą psychikę. Wymyślił chytry plan, żeby zarazić Stępnia miłością do Nirwany i Kombajna. Wiedział, jaką wywoła to reakcję, że wkurwi się jeszcze bardziej na świat i popadnie w ciągłą melancholię. Rezultat przekroczył oczekiwania wszystkich, nawet moje. Od początku wiedziałem, że to chujowy pomysł. Stępień tak zamknął się w sobie, że przestał się odzywać, tylko „no”, „nie” i parę innych monosylab niezbędnych do przetrwania. Dobrze, że dał mu tylko „Unpluget”, a nie jakieś inne koncertówki, bo mógłby popaść w katatonię. Ale wtedy już wychodził z dołka, mówił coraz więcej, czasami nawet się śmiał. On najbardziej z nas lubi grzybki, nie jaranie i picie, tylko grzyby.

– A chujowo, sam nie wiem, a jak się przekręcę, a jak to jakiś syf, a ja tam, kurwa, nie wiem, ale jak to będą te, to zajebiście, wszędzie rosną w tym roku, a chuj, spróbuję.

Stępień podjął decyzję akurat, jak wchodziliśmy do przyczepy, całkowita zmiana dekoracji.

W przyczepie nie było żadnych dupereli, panował ład i porządek, podłoga była czysta, a szafka cała. Łóżko i ławka. Spokojnie miejsce na cztery osoby do snu. Teraz było nas sześciu i przestrzeni wystarczało na wszystko, tlenu też. Usiedliśmy jak popadnie, ja w rogu, bo najbardziej lubię.

– Muko, nabijaj, a my zajmiemy się losowaniem. Ma ktoś jakąś zagrychę na grzybki? No to jedziemy, na trzy-cztery. Trzy, czte-ry.

Wyciągnął wyprostowaną dłoń, czyli papier. Nigdy nie lubiłem tej gry. Papier wygrywa z kamieniem, bo może go okleić, przegrywa natomiast z nożyczkami, bo nożyczki mogą go pociąć. Nożyczki przegrywają z kamieniem, wiadomo dlaczego. Ja miałem kamień, czyli zupełnie nie to, co powinienem. Na sekundę odechciało mi się pić, jarać, grzybić, wszystkiego. Ale zaraz się otrząsnąłem. Coś chyba mnie pojebało lekko. Lekka schiza. Przecież mogłem dzisiaj spokojnie bazować na alkoholu i trawie.

Znowu się zaczęło, ciągle się coś zaczynało. Ktoś zaczynał coś mówić, ktoś zaczynał coś pić albo palić papierosa, ktoś zaczynał przestawać palić, pić czy cokolwiek. Pamiętaliśmy tylko początki, wszystko się zaczynało, końce zawsze były daleko, nikt ich nie zauważał.

Picie się nie kończyło, tylko zaczynał się kac, tak było ze wszystkim. Początek i trwanie, coraz to nowe początki przyćmiewały stare zakończenia.

Patol nabijał lufę, a Andrew czekał na kogoś tam z soczkiem marchwiowo-bananowym, żeby zabić smak grzybów. Nie każdy lubi na surowo. Chciało się coś powiedzieć, słowa latały i zagęszczały się w przyczepie, trzeba było po nie sięgnąć i wypowiedzieć. Ale one nie chciały tak łatwo dać się złapać, trzeba było trzeźwości albo upojenia. Stan pomiędzy nie bardzo się nadawał. Byliśmy podenerwowani, dawaj, no, dawaj, szybciej, prędzej, jak wtedy, gdy strasznie chce się dostać prezent, a ktoś podaje go nam bardzo wolno i mówi jeszcze przy tym jakieś głupoty. On rozdrabniał, mieszał z tytoniem, wolno, był poza jakimkolwiek pospiechem. Zastanawiało mnie to, oni wszyscy mnie zastanawiali. Nocowałem kiedyś u Muka, przyszliśmy najebani w trzy dupy gdzieś po północy. Otworzył drzwi, weszliśmy cichuteńko, przynajmniej tak się nam zdawało. Poszliśmy spać i sza. A rano, Boże, film familijny prosto z Ameryki. Taki z nowoczesnym modelem, dwa plus jeden, i przyjaciel dziecka ze szkoły. A jak tam? co w szkole? może jeszcze serka na kanapusię? Mamusia, Tatuś i Muko. Coś mi nie grało w tym obrazku, bo ciągle pamiętałem go sprzed kilkunastu godzin, jak rzygał po drodze i dwa razy zaliczył rów. Totalna abstrakcja. Teraz tylko: tak, mamo, tato, no nie żartuj, już nie mówcie, ale było fajnie, tylko strasznie się zmęczyliśmy, bo trzeba było pomóc Adamowi sprzątać piwnicę.

Myślałem, że jego rodzice nie są chyba aż tak, no nie wiem, łatwowierni. Coś musieli wiedzieć. Chyba że standardowa procedura, rano przy gościu pięknie, a naprawdę to matka nie ma czasu, ojciec jest pojebany, a dziecko odreagowuje. „Sięga po alkohol”, jak mówią w telewizji. Jakoś nie nawykliśmy zwierzać się sobie z problemów rodzinnych, kogo to zresztą obchodzi.

Najlepsze, że wszyscy chodzimy do tej samej szkoły. Inaczej się nie da. Nie możemy po prostu jej olać. Chodzimy do szkoły, jakoś udaje się nam przechodzić z klasy do klasy, to się wszyscy odpierdolcie. Tak jest najprościej. Muko nie opuścił nigdy ani jednego dnia. To nie do pojęcia. Reszta już gorzej. To, że jakoś trwamy, jest skutkiem obojętności. Na prawie wszystko. Całkowita afirmacja życia. Tępy jest w niej mistrzem. Wszystko go jebie i jest mu obojętne. Facet nie do ruszenia. Szkoła to tabu, nigdy się o niej nie mówi, chyba że się całkiem upijemy albo jeżeli nie chcą się pojawić żadne inne tematy.

Dawniej często myślałem, że kiedyś rzucę wszystko i spierdolę, nie wiem, na Ukrainę albo do Rumunii. Takie wypielęgnowane marzenie. Największe. Nigdy tego nie zrobię, jestem za słaby, boję się, czyli tchórz. To by się zresztą nie udało, nie ma poezji w takich rzeczach. Za bardzo przywykliśmy do wygody, bo strasznie nam jest dobrze i mamy co jeść. Podane pod sam nos. Lepiej o tym tylko myśleć i nie przekładać na rzeczywistość, bo ta jest popsuta i nie działa.

Oczekiwanie potwornie męczyło, bo czas jak zwykle szwankował. Mogliby go kiedyś porządnie naprawić. Chciałem coś powiedzieć, ale czułem się tak, jakbym zapomniał wszystkich słów. W końcu się udało.

– A co tam pojutrze w szkole? – Na filmach tak się czasami zdarza, że wszyscy jednocześnie obracają głowę, żeby spojrzeć w to samo miejsce. Robią to szybko, ale wygląda tak, jakby robili powoli. No właśnie, bo szkoła to temat zabroniony, nigdy się o niej nie mówi, nawet nie wspomina, zwłaszcza na imprezach, a to, jak by nie patrzeć, była zajebiście duża impreza. Zgłupieli trochę, bo zrobiłem to bardzo perfidnie. Nie mogłem jeść grzybów, nie starczyło dla mnie, to proszę bardzo. Zaserwowałem im coś bardzo niemiłego – pamięć. Patol miał zdawkę z polskiego, a nigdzie nie było do kupienia trawy. Tylko hasz. Hasz jest cięższy i po nim Patol z odpowiedziami na polskim nie bardzo, wyszłyby za mądre, nawet dla polonistki. Musiał na żywca. Mógłbym tak wyliczać. Ludzi i przedmioty. Przez kilka sekund myśleli tylko o tym, próbowali się jeszcze śmiać, ale potem już się nie dało. Wyglądali jak zaszczuci. Zrobiło mi się ich szkoda, dlatego nie trzymałem ich długo w tym stanie.

 

– E tam, będzie jedzie spoko oko. Nie ma co się dupczyć, no nie? – To był jeden z tych zwrotów, które nie znaczą absolutnie nic, semantycznie doskonale puste. Ale przestali myśleć już o szkole, zapomnieli, to strasznie łatwo przychodzi.

Patol nabił, a ktoś wrócił z buteleczką rudego popychacza do grzybów. Przyczepa była idealnie zamknięta, hermetyczna i zdrowa. Na zewnątrz obco. Ciemność i mnóstwo nie wiadomo czego, bo nie widać, bo noc.

– To jemy i palimy, i kto co ma, bo potem trzeba do ogniska, się integrować. Zresztą są flaszki i trzeba pić.

Powiedział i wziął ogromnego bucha, potem poprawił i jeszcze raz. Aż dziw, że wszystko się tam mieści. Andrew podał mu słoik. Patol wysypał wszystko na blat małej szafki i podzielił na pół. Jedną część włożył do ust on, a drugą Andrew. Żuli długo i na koniec popili soczkiem. Pozostawało czekanie. Mnie to nie obchodziło, trzymałem lufkę w ręce. Z mojego planu, żeby najpierw się ujarać, potem upić, a na koniec zagrzybić, nie wyszło nic. Ale miałem lufkę, a Stępień mnie poganiał, bo Euzubiusz akurat teraz nie palił. Powiedział mi jeszcze, żebym nie wypalił sobie dziury w swetrze. Stępień niezależnie od swojej wiecznej deprechy jest jak dobra matka. Zawsze się martwi, przykryje kocykiem, odprowadzi do domu, posprząta. Kiedyś dostanie wrzodów. Wziąłem i poprawiłem dwa razy, bo omne trinum perfectum.

O co chodzi, jak się siedzi, małe koło, przestrzeń hermetyczna, skąd mamy pewność, że za ścianą przyczepy istnieje jakikolwiek świat, póki tego nie sprawdzimy?

Za drugim razem moment oderwania był znacznie krótszy, postanowiłem wyjść, nagły atak klaustrofobii i pęcherza.

Otwarte drzwi mnie wyssały. Przez sekundę ciemność była zupełna, potem zarysowały się kształty; kolory, jak to w nocy, były schowane. Poruszyłem dłonią przed oczyma. Rozejrzałem się wokół. Oddaliłem się od wszystkich. Zostałem sam i było słychać, jak oddycham, i moje serce. Linia horyzontu nie istniała, niebo i ziemia stały się tożsame. Pomyślałem, że mam zbyt pompatyczną i emfatyczną fazę. Ale nic, gapiłem się dalej. Wiatr schował się w ciemnym, a ziemia twardo wciskała się poprzez podeszwy w moje stopy. Było prosto i nie chwiejnie. Nie byłem przytłoczony paleniem, myśli miałem trochę dziwne, ale odczuwanie normalne. Księżyc był trochę niestabilny. Zastanowiło mnie, dlaczego go widać, jeżeli są chmury. Przestrzeń była ogromna, zajmowałem jej tylko trochę, nic nie ograniczało ruchów. Z radości o mało nie pociekły mi łzy. Każdą odrobinę powietrza wypełniała wilgoć, przy ziemi była gęstsza, bo opadała rosa. Zachłystywałem się głębokim oddechem. Krople zostawały na podniebieniu i języku. Były trochę słodkie albo słonawe. Raz tak, raz tak. Rozpiąłem rozporek i zacząłem sikać. Jakby strumień przepływał mi przez głowę, robił tam kilka serpentyn i wracał, meandrując, poprzez tors i prawą rękę do wacka. Szybko wsiąko w ziemię. Pomyślałem, ile przestrzeni jest nade mną, i aż zakręciło mi się w głowie. Postanowiłem wracać, bo to nie była jeszcze pora na samotne siedzenie i gadanie do siebie. Powietrze rozstępowało się przede mną, nic nie stwarzało oporu i klasycznie płynąłem. Brakowało gwiazd i ciągle myślałem, jak to jest, że księżyc widać, a gwiazd nie. Wgramoliłem się do przyczepy po drabince. Chłopaki rozmawiali, czy raczej mówili o tym, jak dawniej bywało, o minionych imprezach, o podróżach. Wszystko im się mieszało. Idealizowali przeszłość, to częsta praktyka. Wszyscy tak robią. Ja tam nie pamiętam socjalizmu, ale nie wydaje mi się, żeby było fajniej niż teraz. Każda impreza sprzed roku była niesamowicie wręcz udana i interesująca, wydarzenia obrastały bohaterskimi legendami i zmieniały się w magiczne przygody. Przekrzykiwali się nawzajem, każdy coś dopowiadał, a że rzadko ktoś jeden pamiętał całość, historie okazywały się zadziwiające dla wszystkich. Pewne rzeczy każdy widział inaczej, o niektóre fakty kłócili się jak zawsze. Przypominało to zwykłe siedzenie w normalne dni. Na trzeźwo, jak na nic nie ma pieniędzy. W ulubionej knajpie, w sercu parku. Muzykę puszczają taką, jaką się przynosi. Choćby dlatego można tam ciągle tkwić. Ta knajpa jest obskurna i trochę śmierdzi nie wiadomo czym. Stęchłym piwem i fajkami może, ale w zasadzie subtelnie. Tępy uważa, że pachnie. Ona połyka czas. Wchodzi się, jest dzień, wychodzi, jest noc, abrakadabra. Czas zostaje w domu, świadomość o nim też, przychodzi się zmęczonym i nagle kop w dupę. Jutro do szkoły, tyle do zrobienia, najlepiej jest iść od razu spać, żeby nie myśleć. Naczelny szef knajpy to rodzina którejś z mend, więc nie było problemu z piciem alkoholu. W innych się zdarzały. Wpadał jakiś kolo i legitymacja albo dowód, zaraz. Nie, że to jakiś problem dla nas, ale dwie knajpy już zamknęli. A tu nic, jak się prosi o piwo, to barman tylko pyta, duże czy małe. Są piłkarzyki do grania, w końcu clubbing teraz jest w modzie. Muko zawsze opowiada, że jak gra ujarany, to za każdym razem, kiedy strzeli gola, słyszy, jak szaleją trybuny i wydaje mu się, jakby ktoś robił mu zdjęcie. Wirtualna rzeczywistość bez prądu. Mamy zresztą takiego kolegę, co siedzi ciągle przed komputerem i gra. Mówi, że nigdy nie chce mu się spać. Wystarczy, że poprzysypia sobie przed monitorem. Jest od tego zdrowo pierdolnięty, jak się z nim dłużej rozmawia, nie ma chuja, z pewnością zahaczy o gry i jakiś sprzęt komputerowy. Ale i tak jest fajny, ma mózg. Jest niezły z chemii, choć gówno się uczy. Napierdala w kółko w te ludziki i resztę. Choć w zasadzie jest czysty, ma takie oczy, jak gdyby zamiast papierosów palił blanty. Wychodzi, że media mają rację, komputer też uzależnia.

To siedzenie w knajpie jest czystym marazmem i zanikiem czasu. Nic się nie robi. Telewizor znów mówi prawdę, pijemy alkohol i jaramy, bo się nudzimy, nie potrafimy zorganizować sobie wolnego czasu. Amen.

Wspominali, a ja powoli dostawałem mdłości, ciągle to samo, że Muko po pijaku lizał się z panienką, a rano okazało się, że ona miała dwadzieścia pięć lat, nadwagę i na imię Krystyna, dla znajomych, czyli Muka, Krycha, że Patol raz tak naćpał się bielunia, że potem grał na grze telewizyjnej ze swoimi nowymi kolegami: Murzynem, Japończykiem i jakimś gościem ze Skandynawii, śpiewał przyśpiewki ludowe w każdym w ich ojczystych języków, a na koniec przedstawił ich mamie, i wiele innych. Znali wszystko na pamięć, każde słowo, nie rozumiałem, ale i tak się śmiałem razem z nimi.

Andrew i Patol czekali. Szukali w rzeczywistości pierwszych śladów psylocybiny. W płaszczyznach i kolorach dopatrywali się falowania. Poszukiwacze głębi i kalejdoskopowego ruchu. Rozglądali się za najmniejszym odchyłem, najmniejszą irracjonalnością. Wpadało się jak w sen. Nie było momentu. Nie było powolnego przechodzenia. Po prostu w pewnej chwili dochodziło się do wniosku, że widzi się więcej niż jest naprawdę. Pamiętam moją pierwszą porcję. Na granicy polsko-słowackiej, zaraz przy przejściu granicznym. Czekaliśmy na kolegę, który pojechał do najbliższego miasta po buty, jakąś tanią podróbkę adidasów czy najków. Zjadłem i po półgodzinie przestałem wierzyć, że stanie się cokolwiek. Potem był Dzień Niepodległości. Jak w tym filmie. Niebo przysłonił latający spodek, później zamienił się w Syrenę, taką jak w Warszawie, następnie w Nike, też ze stolicy, a potem wszystko i nic. Płakałem, że już nie chcę. Ale i tak jadłem jeszcze kilka razy. Wtedy na imprezie też chciałem. Sam nie wiem, o co chodzi. Wcześniej próbowałem grzybów, niż jarałem, to był pierwszy inny świat, po którym miałem największego morala w życiu. Z tym moralem poszedłem do pierwszej klasy szkoły średniej.

Już chyba znajdowali się w środku, Patol i Andrew. Inaczej patrzyli, przez takie źrenice nie można patrzeć tak samo. Siedzenie stawało się nijakie, w oczy rzucał się brud w prawym górnym rogu, nie mogłem go już znieść, chciałem wyjść, uciec, ogarniał mnie szał, chciałem, żeby oni przestali być, mówić i cieszyć się. Ale nic po sobie nie pokazałem, śmiałem się dalej.

Czułem, że nie ja się śmieję, że to powłoka cielesna, a ja jestem w środku, i ona po prostu się zablokowała, coś się w niej zacięło, akurat gdy się śmiałem, dlatego nie mogłem przestać. Przestraszyłem się, aż zobaczyłem swoje przestraszone oczy i twarz, potem popatrzyłem na resztę chłopaków jak na wariatów, co oni robią, przecież zaraz się pozabijamy, zaczną się kłócić i ktoś wyciągnie ukryty nóż, i wbije go w czubek mojej głowy, potem zapyta „co ja zrobiłem?”, ale będzie już za późno, ze schizami nie ma żartów, albo rzucimy się na kogoś, sam nie wiem, coś się stanie, coś może się stać, za dużo napięcia, które trzeba wyładować. I wtedy Euzubiusz gdzieś poszedł, a Andrew zaczął śpiewać mantrę, modulował głos, i wiedziałem, że to jest cholernie głupie, wstydziłem się swojego głosu, tego, co robię i jak się zachowuję, przestraszyłem się, że może usłyszeć mnie mama, co jej wtedy powiem, potem zrozumiałem, że nie jestem w domu i że nikt nie przyjdzie, ale bać się nie przestałem, bo to tak działa, że strach zostaje i się zbiera, i dalej śpiewałem, i ściany drgnęły, bałem się cholernie, to się zbliżało, zaraz się miało stać, coś ogromnego, największego, Bóg i Szatan razem wzięte, na skórze czułem obecność i w przeponie, wielkie, ogromne, dalej śpiewaliśmy, doganiając ciągle uciekającą melodię.

– Kurwaaa, nie wytrzymam, co my robimy, kurwaaa, cicho. – To Muko, zawsze wiedziałem, że on potrafi czytać w myślach. Próbował moich i nie mógł ich znieść. Cisza i wszyscy dyszeliśmy. Przestraszeni, czekaliśmy na śmiech, ale nie przychodził. To znak, że na razie koniec palenia. Coś mówili, ale nie pamiętam co, włączyłem się, dopiero jak przyszedł po nas chwiejny Euzubiusz.

– No co, idziemy świętować? Brat Patola was woła, bo będzie piekł kiełbaski i trzeba pomóc. Ognisko się pali, ruszać się, ćpuny zajebane.

Jezu, wybiłem się z myślowego bagna. Dzięki kiełbaskom z powrotem do kochanej realności, trochę pozakrzywianej w środku i na bokach. Euzubiusz mnie uratował, Euzubiusz i kiełbaski. Nie mogło być nic bardziej normalnego, wyobraziłem je sobie, nie byłem głodny, ale kiełbaski widziałem w myślach, tak jakbym strasznie chciał jeść, umiejscowiłem je sobie w ciągu, kilka zdjęć, najpierw na desce do krojenia całe, potem pokrojone i suche, potem pokrojone na ruszcie i smażone. Wróciłem na dobre. Pogardzałem sobą trochę, że tak łatwo wpadłem w paskudną schizę, teraz się z niej śmiałem w duchu. Wszyscy czekali, spoglądali na siebie nawzajem, kto pierwszy się ruszy. Pomyślałem wtedy dodatkowo o widelcu i talerzu, to mnie zebrało na dobre.

– No to spadamy, gównarzeria, idziemy bawić się w starych ramoli i pić wódkę – powiedziałem, a po chwili, jako że czasami lubię być trochę wredny, dodałem melodyjkę:

– Ama ama ra ra ra. – Wyczułem pobudzone napięcie i strach, to pociąga, panować nad emocjami innych, ale to kumple, więc szybko zakończyłem zabawę. – Idziemy jeść kiełbaski, kiełbaski. – Zaufałem sile słowa, liczyłem na to, że im też ono pomoże i wyzwoli całkowicie spod władania schizy. Udało się, pojęczeli, że zimno, i wyszli gęsiego, za Euzubiuszem i za mną. Znów noc i przestrzeń. Tylko Patol, zdziwiony, powiedział do Andrewa coś w stylu „o kurwa mać”, wskazując palcem na namiot. Andrew popatrzył chwilę, nie mogąc uwierzyć, i równie zafascynowany dodał: „ja pierdolę”. Trzymałem się Euzubiusza, szedłem pewnie i odważnie. Stępień wziął swoje czterdzieści podróbek, zajrzał do przyczepy, czy nikt niczego nie zapomniał, i ruszył za nami. Szliśmy kilka sekund, do innego świata, ludzie rozmawiali ze sobą, obcy jacyś, inni niż my. Zmiana kasety wideo, inny klimat, wszystko inne, zapomniałem od razu o wszystkim, co było wcześniej, o całej schizie i przyczepie. Coś podejrzanie dużo myślałem o kiełbaskach, ale wytłumaczyłem sobie, że jestem głodny, bo człowiek wszystko potrafi sobie wytłumaczyć. Z namiotu dolatywała muzyka z magnetofonu, jakieś regularne umta tididi umta, zapętlające się w sieć skomplikowanych permutacji. Stępień musiał coś majstrować, bo tylko on i Patol lubią techniawki, a Patol był zagrzybiony.

Obok namiotu stał długi stół i dwie ławki, dalej ognisko i wiatrochrony z patyków z każdej strony, ale na chuja, bo od lasu przecież nie wieje. Postanowiłem zapytać o to Andrewa. Przy stole siedział Raku, brat Patola, Patol nie podchodził, bo resztki świadomości, czy może raczej instynktu, nakazywały mu nie pokazywać się w takim stanie przed jakąkolwiek rodziną, instynkt to instynkt, trudno wymagać precyzji. Stali z Andrewem naprzeciwko namiotu, pokazywali coś sobie i zastanawiali się. Obok Raka, który dawniej był skinem, a teraz jest tylko kibicem, siedziała dziewczyna, o której Raku mówił, że jest jego. Jak się na nią patrzyło, szczególnie na oczy, czoło i usta, myślało się jedno – głupota. Ona ją uosabiała, aż sam się dziwiłem, że można tak bardzo. Widziałem, że Muko też się dziwi, ale on się do takich rzeczy nie przyznaje. Patol też był skinem, mieszkają po prostu na takiej ulicy. Teraz chodzi ubrany normalnie, tyle że w żółto-zielono-czerwonej czapce z wełny, czyli bliżej mu do rastamanów. Ale zawsze mówi, że nie jest. Można się fajnie bawić z Patolem. Pokazywać mu hajhitla i mówić do niego per Führer. To go wkurwia i jest się z czego śmiać.

 

Muka miałem po prawej stronie, a Euzubiusza po lewej. Tego drugiego byłem mniej pewny, ale i tak czułem się bezpiecznie. Noc wypełniał szum wielu ludzi. Bo ktoś siedział jeszcze obok Raka, albo klęczał przy ognisku, i wielu wypychało namiot. Pachniało rzeczywiście kiełbaskami, a ja, jako że wydawało mi się, że jestem głodny, zacząłem ich poszukiwać. Od kilkunastu chwil nic się nie działo i potwornie się nudziłem. Wydawało mi się, że Muko też, więc postanowiłem zabawić go rozmową. Moją i Raka. Trochę się bałem, bo w stosunku do obcych czasami jestem tchórzliwy, a Raku na pewno nie był moim kolegą. Właściwie go nie znałem. Z wyglądu był brutalny, duży, grubawy, a cerę miał poharataną przez trądzik. Ale przy dziewczynie wyglądał jak wykładowca fizyki jądrowej albo badacz pisma. Zacząłem bezpiecznie i neutralnie.

– No i jak tam, słyszałem, że pieczesz kiełbaski. – No trudno, stało się, pomyślałem, kiedy usłyszałem to, co powiedziałem. Pozostało czekanie. Niecierpliwiłem się, bo sam byłem ciekaw tego, co usłyszę, jak otworzę usta. Prawie tak bardzo, jak słów Raka. On już chyba był nieźle pijany, bo wyjebał od razy z grubej rury, żadnych kiełbasek, tylko poważne pytania, bo i osoba poważna, i starsza od nas o jakieś trzy lata.

– Ty wiesz, jakie są cztery zasady najważniejsze w życiu? – miał gruby i przytłumiony głos. Pomyślałem, że może się myliłem co do jego osoby, że może wszystko zaraz się skończy, bo będę już wiedział, może nawet założę jakąś sektę albo zamieszkam w pustelni, jeśli prawda zbyt mnie dotknie.

– Po pierwsze, nigdy nie odmawiaj zaproszeń, po drugie, patrz rozmówcy zawsze prosto w oczy, po trzecie, jeżeli cierpisz, to znaczy, że było warto, i po czwarte, nigdy nie nadużywaj gościnności.

Powiedział i nie zaczął się śmiać. Ja też jakoś wytrzymałem i Muko, i Euzubiusz. Reszta nie słyszała, a dziewczyna Raka przytuliła się do swego mądrali. Udałem zamyślonego i usiadłem obok ogniska. Euzubiusz i Muko zrobili to samo, więc stałem się podejrzliwy. Nigdy nic nie wiadomo, może właśnie dostawali jakiejś schizy.

– O kurwa, skąd on to zna, pewnie z internetu, www.zasady.pl. Albo z książki. Zasady są zajebiste, nie ma co – Muko lubił się podniecać. Gapiłem się w ogień. Cały się poruszał i wił, języki podnosiły się, zrywały do podróży, końcówki się odrywały, iskry odlatywały, rozpuszczając się po chwili w czerni. Czasami spadały komuś na ubranie i wtedy wypalały dziurę, bo szybkość reakcji ciągle spadała. Biele były dwie. Dym i mgła. Obie przytłumione i z domieszką nocy. Mgła to świeżość, a od dymu nie można oddychać, wdziera się do płuc, jest taki gęsty, że zlepia tam wszystko i nie starcza już miejsca na tlen.

W ogień łatwo można wpaść myślami. Wystarczy gapić się bezmyślnie. Na początku, bo potem płomienie przywołają wspomnienia, wszystko się przypomina, chwile z gatunku tych najważniejszych, czasami aż chce się ryczeć. Albo człowiek tak poważnieje, że robi mu się niedobrze od całej imprezy. Widzi całą beznadzieję, całą bezsensowność wszystkich rozmów. Megamoral. Chce się gdzieś iść, spierdalać najszybciej, jak tylko można, albo żeby ktoś przyszedł, ktoś inny, trzeźwy, bez pierdolenia o niczym, żeby usiadł obok i nic nie mówił, bez chwiejącej się głowy i wiotkiej szyi, ktoś, sam, kurwa, nie wiem kto. Ogień robi sieczkę. Jest jak modlitwa, zaczyna się rozumieć wszystkie błędy i od razu chce się wszystko naprawiać. Tak z marszu. Iść i reperować. Od zaraz zacząć się uczyć i poważnie myśleć, nie olewać i lubić rzeczywistość, wszystko, niektóre rzeczy nawet pokochać, przyzwyczaić się i mieć spokój. Uśmiechać się i na ulicy wszystkim znajomym mamy i taty krzyczeć „dzień dobry”. Rozumieć błędy. Kupić sobie w chuj kwiatuszków, kolorowych, poprzystrajać nimi dom, świat, nosić koszulkę z napisem „Jezus jest zajebisty” i nie myśleć o niczym, tylko o tym, co trzeba, nie chcieć myśleć, niech nic nie przychodzi do głowy, bo po co.

Muko klepnął mnie po ramieniu:

– Co ty, kurwa, zwariowałeś, będziesz się tak gapił, to zaraz się przekręcisz. Zimno, trzeba porozszerzać naczynia krwionośne, że tak powiem, biologicznie. Kielonek zaraz się znajdzie, zapojka też, pełna kultura.

Ale mnie nie tak łatwo było wyrwać, bo przy ognisku siedziałem już zupełnie sam. Ciepło ogrzewało twarz, a spodnie tak się nagrzały, że nie mogłem się ruszać, bo materiał parzył w skórę. W plecy trochę marzłem. Leciałem dalej, coraz głębiej i głębiej, wspominanie, marzenie, myślenie, o miejscu najwięcej, tym, w którym jesteśmy, o chodzeniu po nim rano i siedzeniu w nim, kiedy jest ciemno, że nic nie widać, ale i tak jest inaczej niż gdzie indziej.

Wokół było pomarańczowo; im dalej od ogniska, tym bardziej barwa płowiała i dematerializowała się. Muko coś mówił, Euzubiusz też, chyba coś im odpowiadałem, ale tak naprawdę siedziałem w sobie, między nimi a mną było za dużo dymu, żebyśmy mogli się porozumieć. Stawałem się autystyczny i nieobecny. Euzubiusz z Tępym rozmawiali o Dragon Balu. Kojarzyło mi się to z gotowaniem i przyprawami. Ciągle o jakiejś Wegecie. I kto jest lepszy, Songo czy Wegeta, kto ma większą moc i kto kogo lepiej zabił. Przedłużenie dziecięcych pierdoleń z gatunku Ford jest lepszy od Volvo. Ta japońska bajka działała na nich jak pierwsze telenowele na moją matkę i jej koleżanki. Niewolnicę Izaurę oglądali zresztą wszyscy, kiedy ją puszczali w telewizji, ulice były puste, jak w poniedziałek była powtórka jednego z ważniejszych odcinków, odwołali nam lekcje. W pokoju nauczycielskim ustawili sobie telewizor, cwaniaki. Byliśmy gówniarzami, nie rozumieliśmy powagi sytuacji. Potem taką furorę zrobiła tylko Dynastia, ale to już nie było to, bo po którejś setce w fabułę wmieszali kosmitów. Zresztą Dynastia była serialem politycznym. Specjalnie ją wprowadzili, żeby pokazać, jaki zajebisty jest kapitalizm, popatrzcie na Aleksis, ma pięćdziesiąt lat, a i tak jest laską, to od lepszego, nowoczesnego jedzenia, limuzyny, pałace, trąbki w czołówce, faceci w drogich garniturach, wszystko amerykańskie, a nie z peweksów, cuda. Nawet podobało mi się tamto życie, mimo że warstwa ideologiczna znajdowała się jeszcze poza zasięgiem. Wnuk Blejka Karingtona jeździł po swoim domu małym samochodem, który wyglądał jak prawdziwy. To był strzał w dziesiątkę, scenarzyści mieli w sobie pierwiastek geniuszu, bo takie małe auto było marzeniem prawie wszystkich dzieciaków. Z nami zresztą mieli największy problem. Nie tak łatwo zastąpić Janka Kosa i Szarika albo Wilka i Zająca. Ale i tak im się udało. Spajdermen, Batman i Supermen. Współczesna wersja Boga. Ale wprowadzenie superherosów było dosyć ryzykownym krokiem, bo rzeczywistość w tych bajkach i komiksach jest jeszcze realniejsza niż w Dynastii. Pokazywały syf, brud i przestępczość, nie do końca same cukierki. Dobrze, że u nas dorośli nie czytają komiksów, bo socjalizm mógłby nie upaść.

Potem te obrazy straciły wyrazistość i przez to stały się symbolami. Pokolenie Koła Fortuny, Ulicy Sezamkowej i gum Turbo. Ikony z autami zbierali wszyscy, najrzadszy był niebieski peugeot i pomarańczowy pontiac, srebrne alfy romeo walały się wszędzie. Ktoś kupił antenę satelitarną, kolory, bajki i Ameryka.