Osiem cztery. Bombel. Bocian i LolaTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Mateusz Kołek

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Helena Nahacz, 2021

Korekta d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-211-2

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

OSIEM CZTERY

BOMBEL

Zwiastowanie

Słowacja, Cyganie, piękno i okolice

Krótko

Potop

Wieczne odpoczywanie

Pożar

Podwójne duble

Ryby

Złodzieje

Oszustwo

Pokój

Koniec

BOCIAN I LOLA

Część I

Część II

Część III (najkrótsza)

Przypisy

Kolofon

OSIEM CZTERY

Łąka była pusta, a dalej zaczynał się las. Powietrze zmieszało się z niebem, wszystko było szare z wyjątkiem wyblakłego miejsca tam, gdzie powinno znajdować się słońce. Deszcz padał albo nie, i tak wszystko było mokre i wilgotne. Od zapachu do trawy, po której chodziło się jak po rzece. Różnica tkwiła w dźwięku i kolorze. Wiał wiatr, bo tam zawsze piździło, lato, jesień, wiosna, zima. Tylko ja, Andrew i Patol szukaliśmy naprawdę, reszta, czyli Muko, Tępy i Euzubiusz, się opierdalała.

Z ziemi sterczały kępy zielonych źdźbeł, horyzont był pofalowany i mgła, jakby Pan Bóg całą noc jarał fajki. Las był ogromny, większy od wszystkiego, co zazwyczaj, większy od bloków, szpitala, banku i szkoły. Ponad nim zaczynała się góra, zupełny obłęd ogromności i monumentu, bardziej nawet niż socrealizm. Zbliżała się noc, a jak jest ciemno, nic się nie nazbiera. Właściwie było już szarawo, ale wtedy dzień różnił się od nocy tylko tym, że posiadał kształty, reszta, czyli brak kolorów, senność, marazm i powolność, była jak w nocy. Dzień stawał się na siłę, widać było, że nawet jemu nic się już nie chce.

Ale my byliśmy pełni sił, jak pionierzy w czerwonych chustkach albo harcerze szukający czegoś tam. Pełne skupienie, koncentracja, niewykorzystywane dotąd części naszych mózgów teraz na pełnych obrotach przeliczały dane, których dostarczały oczy. Nasze matki byłyby dumne, widząc nas tam na łące – jakich mają pracowitych i wytrwałych synów.

Andrew trzymał słoik, łaził pochylony, coraz bardziej chyba zrezygnowany.

– Nie ma, no kurwa, nie ma. Rano chwyta mróz, potem pada, potem świeci słońce, a tych jebanych nie ma. Wczoraj ciotka przyniosła do starej dwa kosze, tych, no, kurwa, pomarańczowych czy rudych, no, rydzów, a tych kurdupli nie ma. Już powinny być, wrzesień się kończy.

Wszyscy go słyszeli, ale tylko Patol nie olał.

– Jak to nie ma, jak muszą być, chodzisz czasami do kościoła, nie? To wiesz, że jak poszukasz, to znajdziesz. Gleba jest dobra, kępy zajebiste, barany srają, czas też jest dobry, więc tylko szukać. Może tu ktoś wyzbierał. Trzeba łazić.

Rosły najczęściej w rodzinach, po kilka sztuk, kolor się wahał w skali od miodowego po brązowy, były niewielkie i smukłe, a jak się ciągnęło za kapelusz, nóżka sama gładko wychodziła z ziemi. Kapelusz pęczniał od psylocybiny, wydawało się, że wystarczy go nakłuć, żeby halucynogenny płyn spływał w czystej postaci. Patol kiedyś wymyślił, żeby je włożyć do parowego sokownika, identycznego jak do produkcji soku z malin czy innych owoców, Soczek by nakapał i można pić z wodą albo sam, dla koneserów specyficznego smaku, tudzież jako syropek do herbatki. Ale on tylko tak mówił, nic nie zrobił, nie chciało mu się albo nie miał skąd skołować urządzenia. Szczytem był jakiś bigos czy zapiekanka, a najlepiej gdyby tylko niektórzy znali prawdziwe ingrediencje. Ludziom się wydawało, że mają fazę po alkoholu, a tu niespodzianka, darmowe halucynacje i odkrywanie pozapercepcyjnego świata. Z nimi można na wiele sposobów, dwie zapiekanki z niespodzianką, dwie bez, czary mary, która jest która? I tak wszyscy coś czują, choćby jedli tylko żółty ser, chleb i zwykłe pieczarki. Bo chcą tego, co jest ukryte z drugiej strony rzeczywistości, tego, co nawet ze zwykłego siedzenia w parku czyni niesamowitą przygodę, pełną dziwactw i niebezpieczeństw – można to potem wspominać, można o tym opowiadać, podwójne wypełnienie dziur.

Było ich mało, za mało do podróży, nie dojechałoby się na nich nawet do kolorków, a co dopiero mówić o wiotkich rękach, dwuwymiarze, świdrze czy halunach. Szukaliśmy dalej, nie mogąc uwierzyć, że może ich nie być. We wrześniu, kiedy pasą się barany, czasami pada, a rano są przymrozki, jest idealna pogoda dla grzybków. To było coś oczywistego, fundament realności, nie mogło ich nie być. Musiało się coś stać. Może było za wcześnie. Znaleźliśmy pięćdziesiąt kilka. Wszystkie trzymał Andrew. Zamknięte w słoiku wyglądały jak ślimaki. Były obłe i przypominały jakiś bliżej nieokreślony syf. Tylko Muko ich nienawidził, kiedyś zagrzybił się zbyt mocno, przesadził, i teraz już rzygać mu się chce na sam ich widok. Pamiętam, że biegał po parku, bo wymyślił sobie, że psylocybinę można wypocić. Ale umysł przecież się nie poci. Teraz plątał się powoli i wciąż mówił to samo:

– To rośnie w pobliżu baranich gówien, czasami na gównach, generalnie im bardziej zasrane, tym lepiej, może lepiej od razu jeść gówna, może to w nich jest cała zabawa, która przedostaje się do grzybów, nie wiecie o tym, bo nie żarliście gówien.

Robiło się coraz szarzej. Kształty powoli znikały, a trawa przybierała jednolity brunatny kolor. Na żadne grzybki nie było już szans. Mówiliśmy niewiele, bo żal ściskał nasze dupy. Jak w reklamie silników, „nic, nic, absolutnie nic”. Tylko Tępy nazbierał sobie około czterdziestu. Ale to były inne, podróbki. Zachowana była jedynie forma grzybka jako takiego, reszta się różniła. Ale Tępy się upierał, tonący chwyta się brzytwy, „że jak nie ma innych, to właśnie to muszą być te, różnią się, bo z innej łąki i trochę innych warunków atmosferycznych, inaczej na nie wiał wiatr, że z nimi to jak z limbą, i że to właśnie te, tylko trochę inne, a tak w ogóle to się odpierdolcie, bo i tak ich nie będziecie jeść”. Zastanawiałem się, kogo bardziej chciał przekonać, siebie czy nas, bo mówił jak jakiś nawiedzony świadek Jehowy o tym, dlaczego Królestwo Boże musi spełnić się na ziemi.

Rodzice Andrewa są lekarzami, jak ktoś chce mu dopierdolić, to wyciąga właśnie to. Że ma kasę, że jest rozpieszczony, że nie rozumie. Starsi Muka też przędą całkiem nieźle, jest zresztą jedynakiem. Nieźle go wkurwia, jak mówię, jak to ma dobrze, bo nie ma rodzeństwa. Dlatego nie wjechaliśmy w ten koniec świata jakimś polonezem czy fiatem 126P. To była terenowa toyota, samochód sprowadzany podobno ze Stanów. Ale teraz już nie robi takiego wrażenia, że coś jest ze Stanów. Peweksy umarły, my pamiętamy je jak przez mgłę, tamten świat nie jest nasz, nic z niego nie jest nasze, nam wolno prawie wszystko, myśleć, mówić, a w dodatku nic nie musimy, nie trzeba się bić, zresztą nie ma o co, nie ma żadnych idei, jak ktoś chce, może na siłę zostać harcerzem albo ministrantem, może odnajdzie sens i podobne duperele, nam to nie jest do niczego potrzebne.

Andrew był najsmutniejszy, mnie powoli stawało się obojętne, jak dzisiaj w nocy pozbędę się tego świata, Patol miał swoją trawę, Muko wódkę, a Tępy pół setki podróbek. Co prawda mieliśmy jeszcze pięćdziesiąt parę oryginałów, ale nie wiadomo było, co się z nimi stanie.

 

Mieliśmy gdzie jechać. Cel był, i nie oznaczało to bezsensownego siedzenia w mieście, wiadomo było, że czas płynie i coś się dzieje, że rzeczywistość skonstruowana jest na zasadzie przyczynowo-skutkowej, że jest coś takiego, jak czas przyszły, że może zdarzyć się coś nowego, a to, co nastąpi, nie oznacza powtarzania tego, co już było. To miała być jedna z tych imprez, przed którymi, kilka dni naprzód, mówi się: „ale się, kurwa, spaćkam”; „napierdolę się jak chuj”; „ożeż kurwa, ale nic nie będę czuł”; „w dupę jebana, się porzygam”. Patol kończył osiemnaście. To dlatego.

Rodzice Andrewa kupili działkę koło wsi Rzehotyń, ważne, że w górach i na odludziu. Było już tam kilkanaście osób, mieli czekać, bo my wszystkim rządzimy.

Już mieliśmy wchodzić do auta, ktoś się kłócił o to, kto ma siedzieć z przodu. Mieliśmy mokre buty, spodnie, włosy i ręce. Papierosy się tliły, a dym kłębił, gryzł w oczy i dołączał do mgły. Patol popatrzył tak dziwnie, i ja już wiedziałem.

– Chłopaki, to jak, bakamy? No bo zimno i tak coś nie pierdolicie o niczym, może jakiego dopinga dla umysłu, co? Tak żeby, kurwa, obudzić podświadomość. Na początek. To jak, nabijać? Bo ja nie wiem, ale nabiję, kurwa, bo tak coś pada i mgła.

Patol jest dyslektykiem i z mową ma coś zjebane. Generalnie ekspresja mu nie idzie. Sylabizuje swoje myśli powoli i z wysiłkiem, często się od tego poci. Mam teorię, że on jara trawę, bo wtedy mu się lepiej rozmawia, ona go odblokowuje, a jak jest trzeźwy, to mu się pogarsza, może za kilka lat zupełnie przestanie mówić, to będzie nawet śmieszne, wszyscy będą myśleli, że jest niemową, a tu nagle jebudu, mistrz retoryki, erystyki i monologu. Patol ilustruje tę „równię pochyłą” i „drogę, na końcu której znajduje się tylko śmierć”, o której ciągle napierdalają w mediach. Ostatnio słyszałem, że „najlepszym wyjściem nie wchodzić”. Nie ma co, hasło zajebiste, Patol stwierdził, że to niemożliwe, że jakiś kolo ułożył je na trzeźwo, i że na pewno był zjarany. Patol jest zwolennikiem teorii, że marihuana odkrywa nowe horyzonty i przestrzenie myśli człowieka, że pogłębia przemyślenia i że w ogóle im więcej wypalisz, tym będziesz mądrzejszy, a najmądrzejszy na świecie był Bob Marley. Patol tylko jara, pije i okresowo je grzyby, jak my wszyscy, czasami tylko u któregoś włączy się moral i wtedy przez ileś tam dni nie pali czy nie pije, zaczynają się gadki o tym, że nie wolno, że z mózgu robi się nam papka, że trzeba się uczyć, bo przecież jest szkoła, że rodzice. Moral potrafi być upierdliwy, bo ktoś, kto go złapał, zaraz próbuje wyciągnąć z bagna innych, którzy akurat nie mają żadnych wyrzutów sumienia. Ale takie rzeczy mijają, bo potwornie głupio jest rozmawiać z pięcioma nafazowanymi kolegami, jak się jest trzeźwym, nic się nie rozumie, nie łapie się asocjacji, żadnych skojarów, siedzi się jak z obcymi. Dlatego mija, dosyć szybko zresztą, i człowiek znów nurkuje w cudowny świat używek umysłowych.

Tym razem było podobnie, symptomy morala pojawiły się u Andrewa.

– Nie, ja nie mogę, prowadzę, zresztą chyba nie mam ochoty, wolę się upić na miejscu, wiecie, zresztą, co się będę tłumaczył, nie chcę, kurwa.

Popatrzyliśmy na niego jak na wariata, nie ma co, był odważny. Bo w zasadzie boimy się morali, a strach wywołuje agresję. Pięciu na jednego i nie chodzi o siłę czy żeby go bić. Wszyscy równocześnie zaczęliśmy się na niego drzeć, że „jak to nie chcesz, jak chcesz, jak to nie, jak tak”, potem trochę spokojniej, niemalże przymilnie i lizusowato: „Aaandreew, no, Aaanddreew, noooo, trochę, no, potrzymasz tylko, weźmiesz dym do płuc, potrzymasz coś tam jakąś chwilę, wypuścisz i jak gdyby nigdy nic, wsiadamy, jedziemy, nooo”. W końcu się zgodził, chciał, żebyśmy już przestali do niego mówić, że zrobi wszystko, jak przestaniemy wrzeszczeć, psychika tego nie wytrzyma, zawsze, albo prawie zawsze, kiedy atak jest solidarny, kończy się sukcesem. To właśnie jest słynna „presja kolegów”.

Nabijanie lufy to rytuał, jedna z niewielu spraw, do których podchodzi się z pietyzmem. Najczęściej robi to Patol, bo to on załatwia bakanie, od Todka albo Połki. Todek jest skejtem, a Połka drechem, oni też załatwiają od kogoś, dawniej łaziliśmy do Abdula, ale on nas kroił, skurwiel, zresztą też skejt. Todek i Połka to koledzy Patola z ulicy, fajni i głupi jak buty, Todek może nie, ale Połka niemożliwie.

Patol wyciągnął z rastamańskiej torebeczki mały foliowy woreczek. Przyłożył do ust i wdmuchnął do środka to, co miał w płucach, zatrzaskując prawie równocześnie zamknięcie. Worek się nadymał. Patol potelepał nim trochę i włożył do środka szklaną lufkę. À propos lufek, gdyby zakazano sprzedaży lufek i bibułek, mogłoby to ograniczyć spożywanie owych substancji, chociaż nie, bo są papierosy, tak więc nie ma sposobu.

Kiedy naładował lufę, rozluźniły mu się mięśnie twarzy, nie był już skupiony. W szkole mówili, że jest nerwowy i nie potrafi się skoncentrować. Moglibyśmy zrobić mu zdjęcie, jak nabija lufę. Z twarzy emanuje spokój, jak na antycznych posągach, a ruchy połączone są ze sobą w jeden pięknie płynący ciąg, jak w tai-chi, nic się nie marnuje, nic nie wypada, trawę traktuje się jak świętość, nic nie może spaść na ziemię, tylko dla zasady, z żadnego innego logicznego powodu.

Zaczyna się. Permanentna cyrkulacja szklanego narzędzia. Wdech, czas nie płynie, wydech, zatrzymanie, i znów doganiamy spóźnione minuty, redukcja wymiarów, intensyfikacja kolorów, policz do sześciu, ja tylko małego, bo prowadzę auto, weź dużego, to polecimy, kurwa, na tę imprezę, ciepło w usta, pocałunek wycałowany, wyustowany w lufę, przerwa, take a break, śpiewamy, mówimy, bredzimy, mamrzemy, plączemy, uwięziony w okowach szarej rzeczywistości, zanurzony w brei zwykłej realności, pochłaniają mnie ciągłe wariacje samotności, semazjologia i hermeneutyka to mnie nie tyka moja muzyka moja miłości oda do radości. Przyspiesza i zwalnia, szybciej pal, czujesz już, trzymaj, trzymaj, trzymaj, nosem ci, kurwa, ucieka, ale się naćpałem, między rymem a rymem zaciągnę się dymem, patrzę na kalendarz dzisiaj jest wtorek naszła mnie ochota na mały zielony worek, bo my jaramy blanty w szkolnej ubikacji, dużo dużo dymu, mało wentylacji, chwiejemy się wszyscy razem, dwie sekundy normalności – Boże, co się, kurwa, dzieje, rodzi się w żołądku, zaraz przyjdzie, wybucha, cha, cha, płacz i zgrzytanie zębów, hamowanie rzeczywiste, uczepić się jakiejś myśli, nie przeskakiwać, stop.

– Ale się, kurwa, najebałem tym bakaniem. Jedziemy, Andrew, mam nadzieję, że nie jesteś w takim stanie pojmowania świata przedstawionego jak ja, bo jak tak, to się, kurwa, na pewno zabijemy, a stosunek podmiotu lirycznego do wspomnianego, kurwa jego mać, świata przedstawionego jest ambiwalentny.

Łatwo mi się mówiło, wszystko było łatwe, żadnych niejasności, traumatycznych wspomnień, wypaliliśmy niedużo, ale ja do narkotyku mam słabą głowę, wystarczy mi zapach, wsiedliśmy do auta, wydawało mi się niemożliwie wręcz wygodne i komfortowe, czułem się jak w limuzynie, dym powoli odpływał z głowy do pozostałych części ciała, do rąk – poczułem mrowienie, do żołądka – poczułem euforię brzuszną, do nóg – poczułem szczypanie i do kutasa – poczułem, że mi stoi. Prawie zawsze tak mam po trawie, nie myślę o żadnych tam, samo się robi. Czasami jak się zastanawiam, czy się nafazowałem, czy z rzeczywistością po prostu coś się stało, reakcje mojego wacka przyjmuję jako werdykt.

Nawet nie spostrzegłem, kiedy wsiedliśmy do auta, przez chwilę pomyślałem, co się będzie działo na imprezie, a potem Andrew zapalił i poczułem przyjemny odgłos silnika w brzuchu. Zrobiło się ciemno, tak w międzyczasie. Zazwyczaj zauważam, a wtedy dup i już, jak w tym kawale o dzieciaku, co zamknął się w kiblu z lufką i jaraniem, ściągnął macha i w pomieszczeniu zgasło światło, przestraszył się i ściągnął drugiego, wtedy ponownie się zapaliło, powtórzył jeszcze dwa razy cały cykl, siedzi skulony, w kucki, lekko roztrzęsiony, i słyszy, jak ktoś puka do drzwi kibla, machinalnie odpowiada: kto tam, i słyszy zdenerwowany głos matki, który pyta, co on robi w tym kiblu, dzieciak trochę się speszył i odpowiada równie machinalnie jak poprzednio, że sra, wtedy matka z krzykiem: Trzy dni!

Ale ponieważ zazwyczaj zauważam takie rzeczy, zmartwiłem się, że jaranie robi ze mnie warzywo i że widać „pierwsze skutki spustoszenia, jakie trucizna poczyniła w moim mózgu”. Po chwili przestraszyłem się drugi raz, jeszcze bardziej, że dopada mnie moral. Potem zapomniałem o tym wszystkim.

Auto było bezpieczne, poza nim znajdował się świat, już nie tak bezpieczny jak ten wewnątrz. Szyby nas z nim łączyły, ale do tych obrazów, które przesuwały się na ekranach, mieliśmy taki dystans, jaki ma się normalnie do rzeczy oglądanych w wiadomościach czy jakimś innym programie telewizyjnym. Wiedzieliśmy, że to, co widać, jest bez wątpienia prawdziwe, jednak wnętrze samochodu swoją prawdziwością przytłaczało tamtą prawdę, bardziej od nas odległą. Na przednią szybę patrzyłem z wysiłkiem. Szosa zawijała się pod nas, jechaliśmy na bębnie, który zwija asfalt. Ciemność stała się odrębną materią, gęstą i odbijającą w sobie czas. Było widać, jak płynie.

– Olgiert, kurwa, nie łap doła, nie bój nic, zabawa trwa, świat się kręci, a my z nim, Olgiert, nie ma to i tamto też, ty musisz wiedzieć, ty musisz to zrozumieć – przerwał w połowie zdania, popatrzył na mnie superpustym wzrokiem, głupio się uśmiechnął i dokończył: – O kurwa (śmiech z głębi gardła, taki udawany, kiedy chce się pokazać, jakie coś jest śmieszne). Ale się nafazowałem, ale pierdolę, ale ty, Olgiert, wiesz. No! Ty mi tutaj nie żadne takie, szmakie. Siedzieć ładnie, łapać śmiechawy, pierdolić duperele, opowiadać kawały, a nie żadne wkontemplowywanie się w ciemności czy inne egzystencjalne brednie. Rozumiemy się. No!

Skąd on wiedział, że ja wtedy myślałem o ciemności, nie ma co, trafił zajebiście. Trochę mnie wybiła ta jego uwaga, i jak tu nie wierzyć w zjawiska parapsychologiczne, w telekinezę, biolokację i telepatię. Patol widzi UFO kilka razy w miesiącu. Muko jest jednak niezły. Poza tym on jeden z nas naprawdę coś potrafi, coś prawdziwego, bez udawania. I ma talent, nie tak jak my. Potrafi grać na perkusji i gitarze. Nie ma co, jak gdzieś się wybieramy, zawsze zabiera ze sobą gitarę. I kapelusz. On w ogóle chodzi ubrany jak kowboj albo twardziel z późnego peerelu, dżinsy Levi’sa, buty jakieś takie brązowe, skóra albo katana też Levi’sa, i na wyjazdach gitara oraz skórzany kapelusz. Polski, spóźniony James Dean. Ta gitara jest niesamowita do tworzenia różnych klimatów. Trzeba być troszeczkę zjaranym na wesoło, żadnych pseudofilozoficznych pierdół. Wystarczy, że zagra jakąś rosyjską melodyjkę, jakieś umta, umta jak Wysocki, w tej melodyjce zmieści się jeszcze Bułat Okudżawa, stare romanse, idealna synteza pieśni rosyjskiej. Tak samo na każdy temat, ten zarozumiały jedynak potrafi z każdej kultury wyciągnąć jej muzyczną esencję. Kiedy gra włoskie, czujemy się jak na zebraniu u Vito Corleone; jak rosyjskie, wszyscy się całują i wrzeszczą, że „Ja tebia liubliu”, nawet jak gra coś po eskimosku, to wiadomo, o co chodzi, i robi się zimniej. Na garach też wymiata. Nie widać rąk i nieźle dudni. On w ogóle jest jakiś spóźniony. W kółko słucha Zeppelinów, niczego innego prawie nie, ja rozumiem, Zeppelini są w porzo, ale przecież nie można ciągle, a on, kurwa, może. I jeszcze na złość nam, jak ma łokmena, to zawsze z Zeppelinami.

On też coś łapał z tego wszystkiego, on i Andrew. Wiedzieliśmy, że i tak kiedyś to się skończy żoną, rodziną, domem i uporządkowanymi duperelowatymi błędnymi kołami. Chyba że ktoś z nas wpadnie w syf, ale raczej nie. Wiedzieliśmy, że inaczej udaje się tylko nielicznym, że o tych nielicznych potem się opowiada, że to są legendy. Wiedzieliśmy też, że mimo wszystko jesteśmy tak samo głupi jak wszyscy, jak całe nasze rozpieszczone pokolenie, że samym gadaniem się nie wygra. Ale nie można przecież wygrywać, bo nie ma o co się bić. Zresztą to i lepiej, bo teraz nikomu by się nie chciało. Andrew był kasiasty, nikt z nas nie przymierał głodem, nigdy nie chodziło też tak naprawdę o to, że czegoś nam brakuje, albo że ktoś wyrządził nam krzywdę, że ojciec był alkoholikiem, że kogoś tłukli w domu. Sęk w tym, że często jest iluzorycznie normalnie. I że mimo wszystko coś jest nie tak w rzeczywistości, że jakiś jej komponent jest wyjątkowo zjebany. Coś się nie kręci tak jak powinno. Pewnie wyrośniemy z tego. Zapomnimy. Chuja. Jak nic się nie stanie, rozjebiemy w końcu tę planetę. Nawet głupio czasami o tym mówić, bo logika rzeczywiście jest przeciwko, przecież nie stało się nic, żadna wojna jak u Kolumbów, żaden prześladujący wolną myśl reżim jak u naszych rodziców, nic. Mamy co jeść, co prawda z pracą kruchawo, a co za tym idzie – z perspektywami, ale zagwozdka nie tkwi w formie rzeczywistości, tylko w niej samej, w jej podstawie, w budulcu może, sam już nie wiem, może demiurg coś spierdolił.

 

Mieliśmy częściową świadomość beznadziejności, mnie na okrągło chciało się rzygać, wcale nie od jarania, bo często robiłem sobie przerwy, zresztą paliłem najmniej spośród chłopaków. Jakoś mi się udawało. Objawy przypominały jakiś rodzaj permanentnej deprechy. Rano nie chce się wstawać i dopada absolutny bezsens wszystkiego, potem jakoś się telepie i znowu atakuje. Bóg nam robi kawał, żeby nie było za nudno, myśli sobie „wszystko macie w porzo, więc dopierdolę wam ciągłe egzystencjalne lęki, żeby nie było, że macie raj na ziemi”. I słodko, wszystko się toczy i kręci. Znajdziemy sobie żony, chude, grube, podziubdziamy w nich trochę, urodzą się śliczniutkie dzidziusie, pójdziemy do pracy i wszystko się ułoży. Amen.

Jazda się dłużyła, czas się popsuł. Utracił fundament swego niezawodnego działania, stałość i jednostajność. Przyspieszał i zwalniał, w jakiś sposób stał się zależny od pedału gazu, tyle że odwrotnie proporcjonalnie. Im szybciej jechaliśmy, tym wolniej płynął. Gdybyśmy się zatrzymali, pewnie nastąpiłaby teleportacja. Las się kończył, stawał się rzadki, a droga z kamienistej cudownie przemieniła się w asfaltową. Nie trzęsło już tak bardzo i dlatego zaczęliśmy rozmawiać, Patol zaczął: – Pamiętacie Star Treka, oni tam latali statkiem kosmicznym, mieli łorpowy napęd, odkrywali nowe światy i, kurwa, napierdalali się z tymi, no, klingonami. Mieli osłony i działa fotonowe, kapitan był łysy, a pilot ślepy. – Chyba nie zrozumieliśmy prawdziwego sensu tego, co powiedział, bo zapanowała cisza, nawet silnik przestał pracować, osoba Patola wsysała całe powietrze mogące przenosić dźwięki, zrobiło się duszno i gapiliśmy się na niego. Poczerwieniał: – A nieee, nic. – Skończył, a my zaczęliśmy się śmiać, trzymało nas z dziesięć minut non stop (z poprawką na ówczesną względność czasową), śmiech, który napędza się sam, śmiejesz się z tego, jak się śmiejesz, ile się śmiejesz, jak się śmieje ktoś inny i że on nie przestaje się śmiać. Euzubiusz się kiwał w tył i w przód, jakby miał chorobę sierocą. On jeden spośród nas był naprawdę chory, nic sobie nie wymyślał, nawet gdyby nie chciał, i tak byłby nieźle zjebany. Nie to, że nie był fajny, tyle że osobowość miał wybitnie neurotyczną. Nie zdziwię się, jak mu coś pierdolnie za jakieś dziesięć lat i na przykład kupi karabin i wyjdzie na ulicę strzelać do ludzi, do kobiet, dzieci, do ciężarnych, do babć, noworodków w wózeczkach, piesków i kotków. Ostatnio tłumaczył mi, jak można łatwo zaopatrzyć się w jakąś broń, z tłumikiem i amunicją, za jakąś osiągalną nawet teraz dla niego kasę. On to wszystko wie z internetu, ma założone na stałe, płacą rodzice, to sobie chłopina serfuje po różnych „Poradnikach dla młodych zabójców, trucicieli, podpalaczy i gwałcicieli”. Czasami jak łapię jakąś schizę, zaczynam się go panicznie bać. Raz wydawało mi się, że ma czarne oczy, Boże, mało się nie zlałem.

Przy całym swoim wariactwie Euzubiusz jest bardzo poczciwy, zawsze pomoże, i w ogóle, jest całkiem bezinteresowny. Jak nie świruje, jest całkiem do rzeczy. Tylko jeżeli już mu się coś ubzdura, to wtedy koniec. Pamiętam, byliśmy kiedyś na Słowacji, w okolicach Popradu, wynajęliśmy tani hotel, pięcioosobowe pokoje, paliliśmy afgana – plastelinkę, wyglądał jak czarna modelina. Trochę baliśmy się przekraczać granicę, ale co tam. Nawet nie chowaliśmy go specjalnie, po prostu w firmowym woreczku i w kieszeni, czy na dnie plecaka w czymś tam. Pokój był obskurny. Stół na środku z koronkowym obrusikiem, a na nim pięć kieliszków, w kątach cztery łóżka i jedno dodatkowe pomiędzy. Na ścianie pejzażyk akwarelą: góry, juhas, chata, chmurki, słońce, pełna kultura. Był jeszcze balkon, całkiem spory, z widokiem na Tatry, ale nie wychodziliśmy na niego, był zamknięty. W nocy się zaczęło. Siedzieliśmy przy stole, graliśmy w karty, piliśmy tanią słowacką i średnio dobrą wódkę. Każdy coś tam mówił, ale nikt się jakoś specjalnie nie angażował w słowa. Byliśmy już zmęczeni całym dniem jarania, w końcu umysł pracował na najwyższych obrotach, ciągle tworzył nowe fantasmagorie, urojenia i fenomeny. Pamiętam, że Euzubiusz chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, a nikt nie miał ochoty go słuchać. Tak jakoś się zrobiło niekoleżeńsko. Noc była wietrzna i wiał halny, dziwny wiatr, każdy myślał o swoich problemach, zanurzał się w nich, problemy Euzubiusza nie były potrzebne nikomu. Pamiętam dokładnie, że ściągnął koszulkę, mówił coś o tym, że zacznie wpierdalać sterydy, że na siłownię będzie chodził, i po roku nikt mu nie podskoczy. Wiem, że strasznie się śmialiśmy, ja się nawet popłakałem. Chyba dręczył nas wszystkich lekki moral i szukaliśmy jakiegoś ujścia dla nerwów. Padło na śmiech i na Euzubiusza. Potem pamiętam średnio, Euzubiusz się wkurwił i poszedł na balkon. To było chyba dziesiąte piętro, w każdym razie na pewno z tych wyższych. Znikł. Nie pamiętam samego momentu, kiedy wyszedł. Nikt z nas tego nie pamięta. Do chwili, w której mówił, że idzie na balkon, jesteśmy zgodni. Potem nikt nic nie wie. Ciemna masa, czarna dziura. Minęło, nie wiem, piętnaście minut góra, kiedy zorientowaliśmy się, że jego naprawdę nie ma. Pewnie siedzi na balkonie. Nie wiem, co mnie tknęło, chyba wtedy wytrzeźwiałem, bo potem pamiętam już wszystko, ze szczegółami. Powiedziałem spokojnie: „może wyskoczył i się zabił”. O kurwa, co to była za cisza po tych słowach. Ja w życiu chyba takiej nie słyszałem, nawet najbardziej ujarany nie doświadczyłem czegoś takiego. Zazwyczaj cisza piszczy. Tamta była absolutna, wpadało się w nią, najpierw głową, potem szyją i całym ciałem, kręciła pokojem i zakrzywiała płaszczyzny ścian. To była zapaść wewnętrzna, leciało się w głąb siebie. Siedzieliśmy, a potem wstaliśmy tak całkiem nawet normalnie i wyszliśmy na balkon. Otrząsnęliśmy się z tej ciszy, bo Muko się spierdział. Rzeczywistość lubi być groteskowa. Ale dobrze, gdyby nie ten pierd, nie wiadomo, ile czasu wpadalibyśmy tak w siebie. Po tym impulsie fizjologiczno-fatalistycznym zmienił się sposób myślenia. „Nie, gdzie tam, Euzubiusz, zabić się, ochujeliście chyba”. Ale balkon był pusty. Drzwiami nie wyszedł na pewno, bo były zamknięte na klucz, zauważylibyśmy zresztą.

Ta myśl wypierała inne, była tylko ona, głośna, zaborcza i mdląca. „Euzubiusz się zabił”. Samo zestawienie słów: „Euzubiusz” i „się zabił”, wydaje się śmieszne, groteskowe, nawet surrealistyczne. Ale jego nie było, było za to jego niebycie – pusty balkon.

Czas się zatrzymał. Chwilę trwało, zanim ruszył, coraz wolniej i wolniej, jak lokomotywa z Tuwima. Wreszcie dotarł do tego miejsca, w którym Andrew miał po prostu spojrzeć za balustradę. Półtora metra niżej był rodzaj tarasu widokowego, a na nim kompletnie rozjebany Euzubiusz. Leżał na tym tarasie, jakby go coś tam jeszcze potrąciło. Problem był, żeby go stamtąd wyciągnąć, ale i to po wcześniejszych przeżyciach okazało się pestką. Przywiązaliśmy go potem do łóżka, bardziej dla zasady, bo spał snem niewinnego. Musiał być bardzo niewinny, bo nie obudził się, nawet jak go biłem po mordzie. Może tylko udawał, bo było mu wstyd. Nie mam pojęcia. Wiem, że większość ludzi zabija się po to, żeby zwrócić uwagę, ale daję głowę, że Euzubiusz nie wiedział o tym tarasie pod spodem. Ten głupi cap po prostu skoczył, i już. Do teraz nie mamy pojęcia, jak to z nim było, wiedział czy nie. Ale ja się kiedyś dowiem, weźmie go na zwierzenia, przestanę się bać, schleję go albo upalę, i wszystkiego się dowiem.

Teraz się kiwał i trochę się śmiał. Wydawało mi się, że jedziemy już kilka nocy, prawie przetrzeźwiałem, nie słuchałem nikogo, nie mówiłem nic, gapiłem się dalej na szyby, ale tak po prostu, chyba niewiele myślałem, było mi wszystko jedno. Patol rozmawiał z Maćkiem, a Stępień siedział na przednim siedzeniu. Nagle się zatrzymaliśmy, pomyślałem, że coś się zepsuło, kląłem już w duchu, że zawsze musi się coś spieprzyć. Ale nie, okazało się, że po prostu dojechaliśmy na miejsce. Boże, poczułem się jak Odyseusz po powrocie do Itaki. Znaczy wydawało mi się, że on wtedy musiał się czuć tak jak ja teraz. Czy coś w tym rodzaju.

Działka Andrewa to nie tylko kawałek pola plus szałas. Jest wojskowy namiot, duży, na metalowej konstrukcji, w środku urządzone jak klasyczny klimaciarski pokój w górach. Jakaś lekko rozjebana szafa, łóżko i mnóstwo koców, pościeli, jakaś pierzyna i poduszki. Stół zawalony mnóstwem kolorowych dupereli, kuchenka gazowa i jakaś szafeczka na inne duperele. W kącie pełno koszul flanelowych, lekki nieład. Obok zaparkowana przyczepa kempingowa, taka biała, model klasyczny, jak ktoś mówi: „przyczepa kempingowa”, to ludzie wyobrażają sobie właśnie taką, jaka stoi na działce Andrewa. Mogłaby być ideą wszystkich przyczep kempingowych. I jeszcze dom z drewna w stanie surowym. Kolejna zajebiście klasyczna budowla, może rodziców Andrewa fascynuje powszedniość, wzorce pojęciowe, schematy myślowe, idealizm i teoria idei. Dom też mógłby się załapać na hasło: „Nowoczesny dom z drewna w górach niewysokich”, wydaje mi się, że byłaby z niego zajebista idea.

Trzy auta oprócz naszego. Współczesna młodzież potrafi się bawić, ale nie było jakoś strasznie dużo ludzi, w założeniu miało być choć trochę kameralnie. Andrew mówił, że to będzie normalna impreza z chlaniem, jaraniem, rzyganiem i lizaniem się po kątach, ale nie wydawało mi się. Za mało dziewczyn, nie było też żadnych nieznanych, a chłopaki po iluś razach już się nauczyli, że jak się cośtam, cośtam z jakąś znajomą, to poranki są przejebane. Dorośleli i stawali się odpowiedzialni za swoje czyny. Nie wystarczy mówić, że się było najebanym i nic się nie pamięta. Emancypacja zrobiła swoje, już nie są takie głupie, tak się nie da, i już. Rano będą snuć plany, a jak się powie, że nie, to mogą zrobić złą reputację. W najlepszym wypadku rozgadają, że ci nie wyszło i tylko się pobrudziłeś. Wstyd, jak by na to nie spojrzeć. Lepiej sobie darować i beztrosko ślizgać się po rzeczywistości. Człowiek budzi się rano, jeszcze pijany, ale głowę zaprząta mu tylko kac, ewentualnie pęcherz, żadne tam dupy.