Zakuty w stal

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zakuty w stal
Zakuty w stal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Zakuty w stal
Zakuty w stal
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zabraliśmy się do pracy zaraz po śniadaniu.

Nałożyłem rękawice, przyniosłem linę holowniczą i założyłem pętlę wokół centralnego dźwigara podtrzymującego głowę. Zwracałem przy tym uwagę, żeby niczego nie dotykać, i przez cały czas byłem przygotowany odskoczyć w razie czegokolwiek podejrzanego. Rigajev podobnie poradził sobie z ogonem. Tymczasem wokół nas zgromadzili się wszyscy, którzy nie mieli żadnej pilnej roboty. Posługując się dwoma transporterami Cautskiego, przewróciliśmy bota na plecy i naciągnęliśmy tak, że koła transportera aż buksowały na kamienistej powierzchni. Segmentowy kręgosłup bota stawiał znaczny opór. Już to wskazywało na jego wielką odporność.


Potem przyszła kolej na kończyny, które chcieliśmy po prostu urwać. Sterczały teraz na wysokość trzech metrów, wykonane z błyszczącego metalu i ukształtowane na wzór łap żywego stwora. Przez chwilę im się przyglądałem. Było jasne, że nie zostały wyprodukowane przez żadną linię wytwórczą, wyglądały tak, jakby same wyrosły, najwyraźniej dawało się to dostrzec w spojeniach stawów.

– Na co czekasz? – zapytał Rigajev.

Wdrapałem się na podstawiony wóz i przełożyłem pętlę przez stopę bota. Była zaopatrzona w trzy stalowe palce. Każdy zakończony grotem skierowanym ku ziemi, później rozszerzał się w trójgraniasty szpon. Dzięki takiemu ukształtowaniu stóp bot mógł się sprawnie poruszać w trudnym terenie. Szukałem miejsca przymocowania palca do nośnej konstrukcji nogi, ale nie mogłem znaleźć żadnego łączenia. Kiedy jednak obciążyłem palec całym swoim ciężarem, poczułem, jak się prawie niezauważalnie poruszył. Wyglądało więc na to, że te olbrzymie pazury były elementem resorującym bota.

Ściągnąłem pętlę liny i zlazłem na dół. To samo zrobiłem z drugą nogą i końcówki lin zaczepiłem na hak holowniczy oczekującego transportera.

– Możemy ruszać? – zawołał stojący po drugiej stronie Rigajev.

Machnąłem ręką na znak, że możemy, i odszedłem na bok. Jeden transporter pełnił rolę kotwicy, a drugi ciągnął, stalowa lina naprężyła się, coś w konstrukcji bota zaskrzypiało, kończyna niechętnie poddawała się sile ciągu. W momencie kiedy odchyliła się od pionu o około dwadzieścia pięć stopni, koła wozu zaczęły się ślizgać.

– Stać! Zatrzymajcie się! – rozkazał Rigajev.

Pięćdziesiąt stopni to był prawdopodobnie limit rozkroku bota. Nie udało się go osiągnąć nawet siłą ciągu dwóch silnych maszyn. Popsuliśmy tylko kilka lin. Po dwóch godzinach zrezygnowaliśmy.

– Myślę, że to na nic. Żadnej sekcji nie zrobimy. Może demontaż? – podsumował Rigajev.

Sekcja, moim zdaniem, była właściwym słowem, bo widziałem, jak bardzo konstrukcja bota różni się od czegokolwiek, z czym się spotkałem, za bardzo przypominała żywego stwora. Nie mogłem sobie wyobrazić narzędzi, za pomocą których można było coś podobnego stworzyć nawet w znakomicie wyposażonym warsztacie. A może ten dinozaur był żywy, tylko na inny sposób, jakiego nie mogliśmy zrozumieć?

Ogrodziłem przestrzeń wokół bota i usunąłem wszystkich ciekawskich poza linki. Tymczasem nadszedł kapitan, również był ciekawy, co będziemy teraz robili. Stanął nieco z boku, jak zwykle ubrany w uniform bez oznak, skupiony tylko na dinozaurze. Wyglądał, jakby starał się go hipnotyzować. Doszedłem do wniosku, że obserwował nas też podczas naszych jak dotąd bezskutecznych usiłowań.

Rigajev obszedł bota jeszcze raz, rejestrując go klasyczną kamerą osadzoną na głowie, i komentował nagranie. Szedłem za nim i słuchałem, co mówi.

– Dnia ósmego kwietnia trzysta dziewięćdziesiątego szóstego roku ja, Ivan Beljejewicz Rigajev, rozpoczynam publiczny demontaż bota, który został zniszczony podczas ataku na konwój handlowy pana Orfela Camuvielego. Poszczególne części będą umieszczane w oznakowanych skrzyniach, o ile ich rozmiary na to pozwolą. Elementy, których nie można będzie transportować, będą wizualnie udokumentowane oraz opisane. Wyniki zostaną przy najbliższej okazji publicznie zaprezentowane zgodnie z obowiązującymi przepisami. W przypadku, gdy przedstawiciele miasta, unii miast lub innego związku społecznego będą zainteresowani dokumentacją techniczną poszczególnych rozwiązań, każdemu z członków ekspedycji, który położył zasługi celem pozyskania tych informacji, wypłacony będzie należny mu udział zgodnie z przepisami obowiązującymi dla tego konwoju.

Wiedziałem, dlaczego Rigajev ujął naszą pracę w tak formalne zapisy. W przeszłości bywało, że miasta czy grupy ludzi potrafiły uzyskać i później z powodzeniem wykorzystać technikę naszych przodków. Po tak długim czasie praktycznie tylko technika wojenna pozostawała możliwa do zastosowania. I na ogół bywała użyta przeciw sąsiadom. Żeby się to nie powtórzyło, bo każda taka wojna niszczyła istniejącą równowagę sił, były czasem ustanawiane prawa dokładnie definiujące, jak się powinno z podobnymi umiejętnościami i materiałami obchodzić. Wszystkie uzyskane informacje podawano do publicznej wiadomości, a za ich używanie płaciło się odkrywcom i pośrednikom. Stopniowo prawa te objęły również inżynierię. Od czasu wojny Hanturiego działało to w ten sposób praktycznie bez problemów, może właśnie dlatego zwycięscy generałowie stali się tak mocni i nie mieli kłopotów z pilnowaniem tak dogodnych dla nich praw. Był tu wprawdzie jeden mały wyjątek, krótkotrwała utarczka o kopalnie miedzi, o których dowiedziano się z pamięci uszkodzonego bota.

Porzuciłem rozmyślania i zabrałem się do pracy, Rigajev już wykonał spory kawał roboty.

– Wyraźnie widoczne są masywne żebra przypominające klatkę piersiową. Ich powierzchnia jest lustrzanie gładka, przy uderzeniu brzmi metalicznie. Żebra, nadal będę używał tego terminu, są wyprofilowane i obrotowe dla zminimalizowania skutków postrzału z broni kinetycznej – nagrywał swoje spostrzeżenia.

Miał rację, nie zauważyłem tego z początku, ale każde żebro miało inny przekrój i było obrócone pod innym kątem w stosunku do pozostałych. Żebra w przedniej części klatki piersiowej miały wytrzymać trafienie czołowe, te pośrodku korpusu natomiast trafienie z boku.

– Do czego właściwie służą? Czy klasyczny pancerz nie byłby lepszy? – zapytałem Rigajeva.

Tylko na mnie spojrzał i kontynuował dyktowanie:

– Żebro na pierwszy rzut oka wygląda na czarne lub przynajmniej bardzo ciemne. To znaczy, że odbija minimalną część światła widzialnego. Stwierdziłem, że światło różnych długości fali przenika na różne głębokości. To skłania mnie do postawienia hipotezy, że pełni ono funkcję fotoogniwa. Prawdopodobnie objętościowego.

O tym nie pomyślałem. Uderzyłem w żebro kluczem montażowym. Poczułem, jakbym stuknął w element metalowy, odgłos zabrzmiał tak samo.

– Jego odporność mechaniczna jest porównywalna co najmniej do wysokogatunkowej stali – nagrywał dalej Rigajev. – Na podstawie naszych poprzednich doświadczeń sądzę, że nawet większa.

Zostawiłem go z jego dyktowaniem i stanąłem obok zaokrąglenia na nodze mniej więcej na wysokości mojej głowy. Mógł to być odpowiednik stawu kolanowego, ale nie dostrzegłem sposobu, w jaki został wykonany, ponieważ części ruchome ukryte były pod biologicznie ukształtowaną powierzchnią, będącą równocześnie pancerzem.

– To chyba samo wyrosło – mruknąłem. – W inny sposób nie byłoby to możliwe.

– Ciśnienie metalurgiczne – powiedział Rigajev. – To jest technologia, która umożliwiłaby coś takiego. Kiedyś, przed wojną, ludzie dysponowali taką technologią. Teraz już nie. Oczywiście nie wiem, czy ten bot został wyprodukowany przy użyciu ciśnienia, czy też całkiem innym sposobem. – Znów mówił głośno i wyraźnie, żeby każde jego słowo zostało zapisane. – Sterujący hardware, aparat ruchowy i inne konieczne elementy obsadzone są bezpośrednio w szkielecie. Do walki na dalszych dystansach bot jest wyposażony w dwa działka rotacyjne. Nie używał ich, prawdopodobnie z braku amunicji. Konstrukcja bota nie umożliwia zabudowania klasycznej broni większego kalibru.

Z tym się zgadzałem.

– Bezodrzutową czterdziestkę pewnie by uniósł i mógłby jej używać nawet w ruchu, jeśli byłaby właściwie zainstalowana – powiedziałem. – Większy kaliber nie jest określeniem precyzyjnym.

– Czy możesz to powtórzyć? – poprosił Rigajev, odwracając ku mnie mikrofon.

Powtórzyłem.

– Na jakiej podstawie tak uważasz?

– Na podstawie mojego doświadczenia z konstrukcją zdalnie sterowanych maszyn przeznaczonych do ochrony pól – odparłem.

Rigajev przytaknął i wrócił do swojej pracy.

– Masę bota oceniam na...

W przybliżeniu osiem ton, dokończyłem w duchu.

– ...około osiem ton – powiedział Rigajev.

Potem jego zapisy dotyczyły spraw, które już dawno przemyślałem. Dinobot był niezwykle ruchliwy i bardzo szybki. Nie umiał wspinać się na skały, ale zdolność pokonywania terenu miał o wiele wyższą od czołgu. Swoimi potężnymi szczękami mógł się z łatwością przegryzać przez lekki pancerz.

Rigajev zatrzymał się obok głowy. Metalowa czaszka była długa na dobre dwa metry i osiągała półtora metra szerokości. To wystarczało, żeby stereoskopowe widzenie bota zauważyło wszystko, co tylko biegało po tej planecie.

Cała ta konstrukcja nie wygląda na dzieło człowieka, pomyślałem, przyglądając się zdumiewającemu zestawowi urządzenia tnącego w paszczy dinozaura. Może to skonstruował komputer, może sztuczna inteligencja, albo powstało w wyniku ewolucji.

Rigajev podszedł do jednego z ramion i zauważyłem, że po raz pierwszy sprawiał wrażenie trochę niepewnego. Gapie też to zauważyli i ucichli.

– Rexexmachina – mruknął jeden z nich i odsunął się o parę kroków.

Nie zrozumiałem tego mamrotania, moją uwagę przykuł znowu Rigajev.

 

– Temperatura bota jest taka sama jak otaczającego nas powietrza, sprawdziłem kamerą cieplną – kontynuował swój monolog. – Należy przypuszczać, że jego źródła energetyczne są już wyczerpane.

Przerwał na moment, jakby rozmyślając nad swoimi słowami.

– Konstrukcja broni zaczepnej bota nie jest jasna i wygląda na złożoną. Jednak byliśmy świadkami jej nadzwyczaj sprawnego działania – znów zaczął nagrywać.

Zatrzymał się jednak i przekazał mi kamerę.

– Podajcie mi jakiś drąg – zwrócił się do gapiów.

Po chwili jeden z nich przyniósł stalową lagę. Rigajev ujął ją ostrożnie, musiał do tego użyć obu rąk, tak była długa i ciężka.

– Drąg holowniczy – mruknąłem, celując w Rigajeva kamerą.

Odsunął się od głowy dinobota i wraził drąg pomiędzy szczęki. Nie zauważyłem, co się właściwie stało, nagle pojawił się tuman kurzu, w uszach mi dzwoniło od wycia piły wibracyjnej, a Rigajev stał o dwa metry od bota. Z drąga, który trzymał w rękach, pozostał tylko ułomek.

Gapie uciekali. Nie było takiej potrzeby, ponieważ bot znów znieruchomiał.

– Był chłodny. – Rigajev splunął ze złością. – Akumulatory powinny być wyczerpane. – Odrzucił ułomek drąga. – Chyba została w nim jakaś szczątkowa energia.

I ta resztka energii zdołała zmienić dwa metry stali w drobne opiłki.

– Naciągnąłem sobie coś w pachwinie, kiedy odskakiwałem, muszę przerwać na jakiś czas – warknął Rigajev. Był blady, wyglądał na wstrząśniętego. – Głowy już więcej nie dotknę i tobie też nie radzę. Badanie kadłuba, kończyn i kręgosłupa będę kontynuował, jak trochę odpocznę.

Wcale mu się nie dziwiłem.

– Oczekiwałbym od ciebie więcej zapału naukowego – oznajmiłem.

– O mało nie zginąłem. – Popatrzył na mnie apatycznie. – Z tego drąga pozostały tylko małe opiłki.

Miał rację, starałem się go tylko jakoś pobudzić. Sam bym chętnie na tę sekcję machnął ręką.

Powrócił do pracy po jakiejś półgodzinie. Ciekawskich ubyło, a ci, którzy pozostali, cofnęli się sporo dalej. Asystowałem Rigajevowi przy rozcinaniu złącza stawowego, jak mi się wydawało, kolana stwora. Było chronione dziesięciocentymetrową warstwą metalu o skomplikowanej strukturze wewnętrznej, co powodowało, że musieliśmy niszczyć jeden element po drugim. Cały czas oczekiwałem na chwilę, w której odkryjemy te polimetaliczne mięśnie, ale w końcu zrozumiałem, że to metal jest tym mięśniem.

Potwierdził to Rigajev, który badał właściwości metalu na różnych głębokościach, licząc od jego powierzchni zewnętrznej, jednym ze swoich podręcznych urządzeń.

– Im głębiej, tym jest bardziej ściśnięty – komentował – w zależności od potencjału elektrycznego. Nie tak jak poprzecznie pręgowane mięśnie, ale wystarczająco do płynnego i efektownego poruszania się.

W końcu udało nam się odsłonić staw. W odróżnieniu od pozostałych materiałów, jego powierzchnia była aż diamentowo błyszcząca.

– Wanad, wolfram, molibden, chrom – odczytywał Rigajev z ekranu spektroskopu. – I inne dodatki. To z pewnością bardzo twardy i wytrzymały stop.

– Spróbujesz to przeciąć?

Męczyliśmy się ze dwie godziny ze szlifierką z węglików spiekanych, lecz nasze postępy były tak mizerne, że nikogo to już nie interesowało, a załogi wozów napinających liny zabawiały się grą w karty.

– Spróbujemy – potwierdził, zakładając nową, tym razem diamentową tarczę.

Gdy i ta się zużyła, przerwał pracę.

– Powinienem był wybrać mniejszy staw, choć nie wiadomo, czy byłby konstrukcyjnie taki sam – rozmyślał na głos, czoło i kark miał błyszczące od potu.

Chciałem go zmienić przy pracy, ale chyba uważał, że wszystko musi zrobić sam. To już jego problem.

Obserwowałem w milczeniu, jak ludzie Cautskiego demontują i odnoszą wszystko, co było użyteczne. Powróciłem myślami do chwili, w której dinobot jednym uderzeniem swych polimetalicznych mięśni podrzucił dziesięciotonowy transporter do góry. Może się myliłem co do tego czterdziestomilimetrowego działka, może był zdolny do używania jeszcze większego kalibru? Ale takiego nie miał. A jego gatlingom brakowało amunicji. To było typowe, nigdy nie spotkałem bota, który używałby broni strzeleckiej.

Zauważyłem, że dwóch mechaników zaczęło wypompowywać paliwo ze zbiornika zniszczonego transportera. Nie przypuszczałem, że do tego dojdzie, jednak oni wiedzieli, co robią. Paliwo było dla nas niezwykle ważne, a w zbiorniku pozostało jeszcze kilka litrów.

– Skończyłem. Co mamy, to mamy. Dalej się tą bestią zajmować nie będę. – Rigajev wskazał na dinobota.

Udało nam się odciąć tylko kilka drobnych części. Ale rozumiałem go, sam skończyłbym wszystko w momencie zagrożenia tnącymi szczękami.

Ponieważ już mnie nie potrzebował, zacząłem robić kawę i kątem oka obserwowałem, co się dzieje w obozie. Zabici zostali pochowani jeszcze poprzedniego dnia wieczorem, miejsce ich ostatniego spoczynku oznaczały mogiły usypane z wielkich głazów. Ta praca pomogła wszystkim, ludzie otrząsnęli się z szoku. Dziś już wszystko wyglądało normalnie.

– Rigajev? – zwrócił się do niego kapitan.

– Tak, panie kapitanie?

– Czy próbował pan dostać się do wnętrza? – Knispel spojrzał na głowę bota, skrywającą prawdopodobnie jego system sterowania.

Rigajev przytaknął ze znużeniem.

– Tak, panie kapitanie – odparł zgodnie z protokołem komunikacyjnym. – Daleko nie dotarłem. Sądzę, że to lepszy komputer niż mój.

– Niech pan użyje komputera czołgu. Są w nim przygotowane pewne wstępne protokoły, proszę je zastosować.

– Rozkaz, panie kapitanie.

Zostawiłem Rigajeva z tą robotą, zadowolony, że mnie żadnej kolejnej nie przydzielono.

Pomyślałem, co robi Natasza. Może nic, może tylko próżnuje, a może pomaga ojcu. Zauważyłem, że jest praktycznie jego handlową asystentką, a Valerie i Elizabeth dawały to do zrozumienia w naszych rozmowach.

Przespacerowałem się nieco, żeby nie tkwić bezczynnie w miejscu. Tylko pomagałem Rigajevowi, a mimo to czułem się zmęczony. Było to raczej psychiczne niż fizyczne zmęczenie, ale i tak nie zależało mi na jakichkolwiek dalszych rozkazach. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, co mi bardzo odpowiadało. Znów zacząłem obserwować okolicę. Kucharze krzątali się przy kuchni polowej, mechanicy zajmowali się maszynami, inni sprawdzali stan ładunków.

Jednak trzy największe transportery ciężarowe pana Camuvielego pozostawały zamknięte i opuszczone. Zastanowiło mnie to, po takiej dzikiej jeździe właściciel mógłby zainteresować się stanem ładunku.

Natomiast obok wozu Cautskiego pracowało kilku ludzi, wznosząc maszt zwieńczony dużą anteną. Maszt był naprawdę bardzo wysoki i jego budowa kosztowała załogę sporo trudu.

– Obijasz się – rzekł do mnie Marlon, wynurzając się zza czołgu.

– Tak – nie zaprzeczyłem.

Woda już się zagotowała, poszedłem przyrządzić kawę. Zbyt długo gotowana woda nie jest dobra, przynajmniej mnie się tak wydaje.

– Że też im się chce coś takiego robić, jutro będą musieli wszystko zdemontować – zauważyłem, nalewając kawę do przygotowanych kubków.

Marlon głęboko wciągnął powietrze.

– Też im się dziwię. Pachnie wspaniale. – Sięgnął po kubek.

Napił się i przez chwilę wraz ze mną obserwował pracę ludzi Cautskiego. Pomiędzy nimi zauważyłem samego pana Camuvielego.

Maszt liczył co najmniej sześćdziesiąt, siedemdziesiąt metrów, samo zmontowanie go nie było proste.

Informacja, którą za jego pomocą zamierzano przesłać, musiała być bardzo ważna.

Zapach kawy przyciągnął Cyra i Katzinskiego. Obaj mieli ręce usmarowane olejem, pracowali wewnątrz czołgu nad mechanizmem ładowania działa.

– Zainstaluję na lufie pomocniczą antenę. Uniesiesz ją później do maksymalnej wysokości – powiedział Marlon do Katzinskiego.

– Żaden problem.

– Do czego ci to potrzebne? – nie rozumiał Cyr.

– Ciekawi mnie, co Camuvieli chce usłyszeć albo co przekazać, może uda się czegoś dowiedzieć.

– Możemy posłać drona – podsunął Rigajev.

Katzinski spojrzał na niego i pokręcił głową. Sprawa musiała go zainteresować, bo bywały dni, kiedy nie wypowiedział ani jednego słowa.

– To by wszyscy zobaczyli i musielibyśmy się tłumaczyć. Camuvieli dowiedziałby się, że podsłuchujemy.

– Czy ty coś podejrzewasz? – zapytałem Marlona. Zazwyczaj nie był tak aktywny, wolał mieć święty spokój.

– Nie podobają mi się te echa radarowe, które wczoraj kilkakrotnie przechwyciliśmy. Zauważyłem też, że ludzie Cautskiego pełnią dyżur przy karabinie maszynowym. Obserwują niebo, szykują obronę przeciwlotniczą.

Słowo „przeciwlotnicza” było zdumiewające, ponieważ stara orbitalna technika nie pozwalała nam na loty. Jak dotąd nie zetknąłem się z bojowymi dronami ani też pterobotami, ale to nie znaczyło, że nie istnieją. Może Camuvieli obawiał się dronów zwiadowczych, a do zestrzelenia takiego wystarczał karabin maszynowy z dobrą optyką.

Kolacja jak zawsze była wspólna, przy stole przysiadł się do mnie Herbert Camuvieli. Zanim zaczęliśmy rozmawiać, pomachał do kogoś za moimi plecami i za moment dołączyły do nas Natasza, Valerie i Elizabeth.

– Cały dzień cię nie widziałem, gdzie się podziewałaś? – zwrócił się Herbert do Nataszy.

– Znasz tatę. – Wzruszyła ramionami. – Musiałam pracować.

Posłała mi zmęczony uśmiech, ale równocześnie nie wyglądało na to, żeby jej ta praca przeszkadzała. Była zmęczona, lecz zadowolona.

Herbert tylko przytaknął i zabrał się do jedzenia, pozostali raczej gmerali w posiłku. Ja natomiast czułem się wściekle głodny.

Przez chwilę rozważałem, czy powinienem zapytać o ten maszt, jednak się nie zdecydowałem. Nie chciałem, żeby rozmowa zeszła na interesy jej ojca.

– Ta sekcja bota była raczej straszna. Muszę przyznać, że się trochę bałam – zmieniła temat Valerie, patrząc na mnie. – Obawiałam się, że ten bot się przebudzi i wszystkich nas pozabija.

Ja też się obawiałem, a Rigajev chyba najwięcej.

– Zaskoczył nas – przyznałem. – To jest... – przez moment szukałem odpowiedniego słowa – najdoskonalszy bot, jakiego spotkałem, o jakim słyszałem, a nawet jakiego potrafiłem sobie wyobrazić.

– W botopedii znajdują się setki typów. – Herbert wzruszył ramionami i otarł sobie usta, jego miska była pusta.

Botopedia była moją biblią, sam zresztą dodałem do niej dwa zapisy, z których byłem dumny. Zdziwiło mnie jednak, że Herbert o niej wie. Była to w końcu literatura techniczna, encyklopedia tworzona na całym obszarze cywilizacji, katalog botów i zbiór wszystkich znanych informacji o nich, który stale się rozszerzał.

– Jeśli się nie obrazisz, kuzynku, chętnie się podzielę. – Z tymi słowy Natasza podsunęła ku niemu swoją porcję.

Kiedy tak siedzieli obok siebie, starałem się znaleźć jakieś podobieństwo między nimi. Ale go nie było, może dlatego, że Natasza była kobietą i bardzo mi się podobała.

– Czasem opłaca się mieć rodzinkę – zaśmiał się Herbert, zabierając się do jedzenia.

Moja porcja całkiem mi wystarczyła, natomiast naszła mnie ochota na kieliszek wódki. Niestety, żadnego w pobliżu nie było.

Z nastaniem wieczoru ruch w obozie się zmniejszał, ludzie z cicha rozmawiali przy stołach, niektórzy szykowali się już do snu.

– Więc czy ten bot jest w botopedii, czy też nie? – Valerie wróciła do poprzedniego tematu, zwracając się do mnie, jakby do głównego autorytetu. – Nie podoba mi się, że jedziemy w czymś, co nie jest zabezpieczone przed atakiem maszyny znanej nam od dawna – wyjaśniła.

Botopedię znałem niemal na pamięć. Wiedza o tym, czego można się spodziewać po bocie, była jedynym sposobem przeżycia. To u nas w domu wiedzieli wszyscy.

– Takiego bota nikt nigdy dotąd nie widział. A raczej nikt nie był zdolny przekazać o nim informacji – dodałem.

– Denerwuje mnie, a może jestem wystraszona, że podróżujemy po opuszczonej ziemi, gdzie grasują maszyny, o których nikt niczego nie wie!

Valerie zamilkła i wbiła wzrok w stół, widziałem, jak szybko oddycha. Naprawdę się bała, choć starała się stłumić swój strach i wrócić do równowagi.

Zdawałem sobie sprawę, że dla innych wczorajsza bitwa musiała być o wiele gorszym przeżyciem niż dla mnie. Ja boty i mechanoidy do pewnego stopnia znałem.

Natasza objęła Valerie za ramiona, a ta się częściowo rozluźniła, jakby w dotyku koleżanki poczuła się bezpieczniej.

– Został już tylko kawałek drogi i wreszcie zawrócimy z tej ziemi niczyjej, pozostał nam tylko jeden dzień – uspokajała ją dalej Natasza.

 

Valerie nie spuszczała ze mnie wzroku, czekając na to, co powiem.

Nazajutrz powinniśmy dotrzeć do skrzyżowania przedwojennych autostrad i skręcić na południowy wschód. Teren był znacznie gorszy, niż przypuszczaliśmy. Z jednego planowanego dnia podróży zrobią się prawdopodobnie trzy, ale nie był to dobry czas, żeby o tym mówić.

– Jutro zaczniemy wracać do cywilizacji, więc na pewno będzie lepiej – powiedziałem. Na wszystkich podziałało to jak dawka środka antydepresyjnego, a najbardziej na Valerie.

Jeszcze przez pewien czas gawędziliśmy, lecz wieczór szybko dobiegał końca. Myślałem, że uda mi się wyciągnąć Nataszę na przechadzkę, ale kiedy zobaczyłem, jak Valerie zależy na jej obecności, porzuciłem tę myśl.

– Spotkamy się jutro przy kolacji? – pożegnałem się pytaniem.

– Jasne, zagramy w szachy albo omówimy nowoczesne kierunki teatralne, których zupełnie nie rozumiesz.

Valerie pierwsza zaczęła się śmiać, a za nią wszyscy pozostali.

– O co wam chodzi? – nie zrozumiał Herbert.

W ciągu ostatnich dni stracił większą część swojego miejskiego szyku i wyglądał teraz jak wagabunda. Ale nadal był bardzo sympatyczny, może nawet sympatyczniejszy niż przedtem.

– Pozwolę sobie stwierdzić, że Sanders nie miał na myśli kolacji z tobą. – Elizabeth spojrzała na Herberta z rozbawieniem.

– Rzeczywiście nie? No to jak się chcecie bawić?

Odszedłem, słysząc za sobą głośny śmiech. Cieszyłem się na jutrzejszy wieczór.

* * *

Wszyscy oprócz kapitana leżeli u sutego ogniska. W dzień ktoś zadał sobie trud i nazbierał dostateczny zapas porozrzucanego dookoła suchego drewna. Ognisko sprawiało o wiele przyjemniejsze wrażenie niż światło gazowej lub naftowej lampy.

Rigajev drzemał, demontaż, czy raczej sekcja, dał mu się we znaki. Marlon huśtał w ręce blaszankę i coś z niej ze smakiem popijał. Zawsze zadowalał się jednym drinkiem, wyglądało na to, że oszczędza swoje zapasy. Katzinski jak zwykle coś robił, czyścił jakąś drobną część, do daszka miał przytwierdzone szkło powiększające. Bardzo użyteczna do różnych celów czapka, musiałem przyznać. Nigdy go jeszcze nie widziałem siedzącego bezczynnie. Cyr po prostu bawił się ogniem, wkładając w płomienie gałązkę po gałązce.

Popatrzyli na mnie, ale nikt nic nie powiedział. Tak jak kilka razy przedtem, wydało mi się, że nie należę do zgranego zespołu załogi. Na początku trochę mi to przeszkadzało, z czasem się przyzwyczaiłem. Jako zespół działaliśmy doskonale, a ja nigdy zbytnio nie zaprzyjaźniałem się z ludźmi. Nie przeszkadzałem im w wieczornej sjeście, wyciągnąłem ze schowka wszystko, co uznałem za potrzebne, dodałem do tego latarkę o jak najmniejszym poborze prądu i okulary noktowizyjne. W końcu taśmę klejącą i cztery dwudziestopięciolitrowe kanistry. Skleiłem je po dwa, żeby wygodniej było je nieść. Miałem nadzieję, że będą napełnione.

Bez hałasu, ale nie kryjąc się, przeszedłem do zniszczonego transportera, leżącego nieopodal. Z jego powodu musieliśmy rozszerzyć sieć czujników.

Nadal spoczywał kołami do góry, bo nie było sensu trudzić się jego przewracaniem. Dzięki temu miałem nadzieję, że po dość niestarannej pracy mechaników Cautskiego uda mi się pozyskać nieco paliwa. Sporo wysiłku kosztowało mnie dostanie się do wnętrza przewróconego pojazdu, gdzie ustawiłem latarkę i zasilanie noktowizora tak, żeby widzieć potrzebne detale, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. Potem zabrałem się do pracy.

Trudno mi szło, bo wszystko było do góry nogami, co utrudniało orientację, a akumulatory częściowo się rozładowały. Zlewanie paliwa nie okazało się zbyt trudne, ale przy każdym zasysaniu wpadało mi parę kropel do ust, a nie miałem palinki, żeby spłukać wstrętny smak.

Odgłos cieknącego paliwa był jednak wystarczającą nagrodą. Jeden, drugi, trzeci kanister. To był wspaniały wynik, choć miałem nadzieję na więcej. Ten typ transportera miał dwa zbiorniki. Jednak drugi był gorzej usytuowany, a dostęp doń utrudniony. Udało mi się jednak dostać i do niego i napełnić czwarty kanister, a potem piąty, który znalazłem we wnętrzu pojazdu. Kiedy wszystkie je wywlokłem na zewnątrz, byłem spocony jak mysz.

Zapomniałem przełączyć noktowizor i ostry blask gwiazd boleśnie poraził moje oczy. Stuknąłem w wyłącznik i odczekałem chwilę, żeby odzyskać ostrość widzenia. Oceniałem, że minęła już minimum jedna trzecia nocy. Po zatęchłym wnętrzu transportera świeże powietrze smakowało wspaniale.

Nareszcie odzyskałem sprawność widzenia i ustawiłem kanistry na piasku. Sto dwadzieścia pięć litrów, to się naprawdę opłaciło.

Oblepiłem kanistry taśmą, żebym mógł je nieść wszystkie pięć, dwa w jednej ręce, trzy w drugiej. No i żeby nie hałasowały, obijając się o siebie. Naraz oślepił mnie blask latarki. Stary noktowizor natychmiast się przestroił.

– Wiedziałem, że spróbujesz coś ukraść – odezwał się znany mi już głos.

Chłopisko, które powaliłem kolbą śrutówki. Teraz też nie był sam. Żałowałem, że nie mam ze sobą broni. Błąd, za który przyjdzie zapłacić.

– Wyście już tu skończyli, zabraliście wszystko, co wam było potrzebne – tłumaczyłem, dobrze wiedząc, że to na nic.

Mieli rację, to paliwo było ich. Jeśli się przy tym uprą, będę musiał je oddać. Kilka godzin pracy pójdzie na marne. Zresztą im nie chodziło o paliwo, mieli go pod dostatkiem.

Zacząłem ich widzieć, trzy sylwetki, ten, który mówił, pośrodku.

– Myślę, że należy ci się mała lekcja.

No tak, to był powód, dla którego tu na mnie czekali. Albo mnie zauważyli, albo przewidzieli mój zamiar. Obuszek świsnął w powietrzu, to była tylko próba zastraszenia, dopiero się szykowali. Ucieczka wydawała się najmądrzejszym rozwiązaniem, ale oni rozstąpili się, blokując mi drogę powrotną. Za plecami miałem tylko transporter.

– To będzie bolało, możesz być pewny. – Środkowy ruszył na mnie.

Nazywał się Hacknesmith, przypomniałem sobie. Powinienem był się nim zainteresować, sprawdzić, kto to taki, i przewidzieć jego reakcję. Cofnąłem się aż do ściany transportera, upuściłem trzy związane kanistry, dwa złapałem w ręce, jakby to był taran, i skoczyłem na tego z obuszkiem. Uderzyłem go w ramię, ale nie z całej siły, ponieważ cios kanistrów wybił go z równowagi. W chwilę później puściłem kanistry i skoczyłem przeciwko temu z prawej, który się na mnie rzucił. Zdawało się, że z pustymi rękami. Po chwili wściekle tarzaliśmy się po ziemi, chciałem się od niego uwolnić, ale trzymał mnie mocno. Widziałem dwie pary ciężkich butów blisko mnie. Kopniak, drugi, ten na szczęście dosięgnął mojego przeciwnika.

– Kurwa! Uważajcie! – ryknął.

Spróbowałem uderzenia głową, lecz nie miało wystarczającej siły i się ześliznęło.

Cios, westchnienie, odgłos upadku ciała na ziemię.

Nie wiedziałem, co się dzieje, turlając się po ziemi ze swoim przeciwnikiem.

Dobiegł mnie odgłos rozdzieranego materiału, bolesny jęk, trzeszczenie stawów naciągniętych do granic wytrzymałości.

Nadal nie wiedziałem, co to wszystko znaczy, ale nikt już mnie nie kopał. W końcu udało mi się złapać jedną ręką za kołnierz kurtki przeciwnika, drugą zaprzeć o potylicę i przydusiłem go.

– Cholera, nie mieszaj się do tego – usłyszałem sapanie Hacknesmitha. Miał do czynienia z kimś innym, nie ze mną.

Nieco dalej trzeci napastnik oddychał ciężko, starając się podnieść na nogi.

– Jeżeli się ruszysz, zwalę cię z powrotem na ziemię i tym razem już nie dasz rady wstać – poznałem głos Cyra.

Tymczasem mój przeciwnik zemdlał, duszenie okazało się skuteczne. Puściłem go i stanąłem z trudem na nogi.

Hacknesmith nie był ułomkiem, ale w objęciach Cyra prawie zniknął. Wił się na wszystkie strony, starając się wyzwolić z bolesnego uścisku.

Podniosłem nogi swojego przeciwnika, żeby krew szybciej napłynęła mu do mózgu. Potem poszukałem noktowizora, który spadł mi z głowy podczas bójki. Znalazłem go i schowałem do kieszeni, jego odporna konstrukcja wytrzymała upadek. Okazał się bardzo pomocny, postanowiłem włączyć go do swojego codziennego wyposażenia. Przynajmniej do czasu, kiedy będę musiał zwrócić noktowizor Knispelowi, ponieważ należał do wyposażenia czołgu.