W służbie klanu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Prolog

Kopacz

Czarodziej

Demon

Weteran

Epilog

Książki Miroslava Žambocha

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Casir skorzystał z tego, że Kuril wraz z Peslem znajdowali się na czele, i znowu wskoczył na wóz, aby podjechać. Personel pomocniczy, zwany po prostu pomocnikami, nie odezwał się ani słowem. Nikt z nas, młodych, nie był czarodziejem i mieliśmy tylko minimalną szansę, by stać się jednym z nich. To znaczy rzeczywistym czarodziejem, w pełnym znaczeniu tego słowa, jak nam to w czasie ćwiczeń wbijano do głów. Dlatego nie chcieli nikogo z nas rozdrażniać.

Zostawiłem Casira z jego bumelanctwem i wspiąłem się na niewielkie wzniesienie obok drogi, żeby rozejrzeć się po okolicy. W odróżnieniu od pozostałych opuściłem Vegaši z zadowoleniem. Przygnębiający krajobraz i słońce widoczne na niebie tylko przez kilka godzin, a i to niejednokrotnie spoza zasłony smogu, w żaden sposób mnie nie cieszyły. A podróż po dwóch latach ćwiczeń była raczej odpoczynkiem niż czymkolwiek innym.

Pesl mnie dostrzegł, ale nie zareagował. Ucieczka była surowo karana, o czym niektórzy dobitnie się przekonali już w pierwszych miesiącach, więc teraz podjąć takie ryzyko mógł tylko głupiec.

Przed nami wznosiły się góry. Nie tak wysokie jak te, które otaczają Vegaši, ale poprzerywane, skaliste i dzikie, ciągnące się na przestrzeni setek kilometrów. Góry Północne, nazywane również Górami Klejnotów.

– Ty bękarcie, złaź stąd i nie wygniataj sobie tyłka!

Jechać na wozie z zapasami mógł tylko jeden. Zamiast się dogadać i wymieniać, kończyło się to zawsze w ten sam sposób. Kłótnią, o której dowiadywali się nasi szefowie, więc kłopoty później mieli wszyscy. Chociaż mnie na tym dogadywaniu się nie zależało, jazda cały dzień na wozie wydawała mi się trochę męcząca.

– Stać! – rozkazał Kuril.

Woźnica posłusznie zatrzymał zaprząg. Zbiegłem na dół.

– Nałóżcie czapki – rozkazał Kuril pomocnikom.

Byli oni członkami klanu, złożyli przysięgę i zobowiązali się mu służyć, jednak nie mieli uzdolnień magicznych, i to w żadnej dziedzinie. Wszystkich ośmiu szybko wykonało rozkaz czarodzieja i nałożyło na głowy czapki z mocnej skóry wołowej. Sama skóra nie miała znaczenia, ważne było obszycie drobnymi, zielonymi jadeitami, mające kształt diagramu wytwarzającego czar ochronny. Moc, zwłaszcza chaotycznie transformowana przez surowe kryształy, powodowała wypalenie ludzkiego mózgu w przypadku dużej intensywności promieniowania. Szczególnie mózgu człowieka nieposiadającego uzdolnień magicznych. Przynajmniej tak nam mówiono.

Kuril skontrolował wszystkie czapki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Na początku rozglądałem się nerwowo, czy nie nastąpi coś niezwykłego, kłucie, iskrzenie albo pojawienie się linii sił, które jak dotąd zdołałem zobaczyć tylko w czasie nauki, przy użyciu specjalnych pomocy szkolnych. Jednak nic się nie zmieniło, więc przestałem o tym myśleć i zająłem się obserwowaniem okolicy.

Droga, którą się posuwaliśmy, już od dawna nie była brukowana. Od czasu do czasu musieliśmy wytężać wszystkie siły, żeby pomóc koniom wyciągnąć wóz z najróżniejszych podmokłych wybojów albo pokonać bardziej strome odcinki, a pomimo tego jasne było, że z traktu korzysta wiele wozów podobnych do naszego. Przyglądając się dokładnie, stwierdziłem, że tu i ówdzie odbiegają od niego mniejsze dróżki, czasem po prostu ścieżki prowadzące do spadzistych dolin u podnóża okolicznych gór.

Już przed kilkoma dniami uświadomiłem sobie, że pomimo dzikiego i bezludnego wyglądu krainy, przez którą podróżowaliśmy, na szlaku panuje nieoczekiwanie duży ruch. Właściwie nie powinno mnie to dziwić, uczono nas, że wydobywa się tu drogie kamienie. Wydobywają je wszystkie klany, które mają wystarczające środki i wiedzę, aby takie przedsięwzięcie realizować. I właśnie dlatego się tu znajdowałem. Ja, górnik, kopacz, poszukiwacz surowych klejnotów używanych do celów magicznych.

* * *

– Rozbijemy obóz – zarządził Kuril.

Według mnie była to decyzja przedwczesna, do zachodu słońca pozostawało jeszcze sporo czasu. Jednakże czarodziejom nie wolno się sprzeciwiać, wbijano nam to do głowy każdego dnia i w końcu wszyscy się z tym pogodzili.

Myślałem, że wybierzemy miejsce w pobliżu traktu, ale Kuril poprowadził nas w bok, tak daleko, że drogę straciliśmy z oczu. Potem starannie zatarł ślady.

– Po co to? – zapytał Bango. – Jest nas wielu, nie musimy obawiać się złodziei.

Był to jeden z nas, nowicjuszy. Prostolinijny, ciekawy, ot, taki drobny czyżyk. Bardzo mnie zdziwiło, że po ćwiczeniach zaliczono go w poczet górników. Pomyślałem, że z taką mizerną posturą nie wytrzyma zbyt wiele.

Pesl obserwował, jak przeznaczona do tego służba szykuje jedzenie. Mieliśmy ze sobą zapas drewna, ale – ku naszemu zdziwieniu – nakazano, żeby posiłek został ugotowany na żarze wydzielanym przez aktywny jaspis. Zauważyłem, że kucharze zdenerwowali się z tego powodu, jaspisy na ogół wydzielały silny żar. Jeśli nie uważało się dostatecznie, łatwo było roztopić naczynie kuchenne. Jednak poszło im dobrze, czar zawarty w kamieniach był specjalnie przystosowany do potrzeb obozowych, co oznaczało, że nie były to zwyczajne jaspisy, lecz ich droga, rzadko spotykana odmiana.

Już myślałem, że Kuril nie odpowie na pytanie, ale po chwili podniósł głowę i popatrzył na Banga.

– Ze zwyczajnymi złodziejami poradzilibyśmy sobie, tak.

– Przecież nie jesteśmy w stanie wojny z żadnym z klanów. – Bango pojął sens odpowiedzi prędzej niż ja.

– No nie, ale Vegaši i prawo są daleko – otrzymał nowe połowiczne wyjaśnienie.

Chłopak przytaknął z zadowoleniem. Zrozumiałem, że pytał tylko po to, żeby uzyskać potwierdzenie swoich domysłów.

Mnie to w pełni nie zadowoliło i nadal miałem o czym rozmyślać.

– Kolacja – oznajmiła służba. Kuskus jedliśmy w drodze praktycznie codziennie, ale przynajmniej było go dużo. Wczoraj i przedwczoraj nazbieraliśmy zresztą jakiejś dziko rosnącej zieleniny i dlatego smakował lepiej niż zazwyczaj. Fasola z mięsem, podstawowe jedzenie w czasie ćwiczeń, stała wyżej na mojej drabince ulubionych pokarmów, ale i tak cokolwiek bym wtedy jadł, było o wiele lepsze od tego, co jadałem w domu. Dotyczyło to zapewne nie tylko mnie, ale i większości pozostałych.

Po kolacji, przeglądzie zapasów i krótkiej kontroli pomocników poszliśmy spać. Ku naszemu zdziwieniu wartę tym razem pełnili nasi szefowie.

* * *

Obudziłem się w środku nocy, z zimna, jak sądziłem początkowo. Nos mi zlodowaciał, a ręka, którą przez sen wystawiłem spod przykrycia, przemarzła. Dawno już nauczyłem się spać skurczony, tak żeby zawsze mieć przykryte nogi. Zziębnięte nogi są najgorsze ze wszystkiego.

Głęboko odetchnąłem, w świetle księżyca wyraźnie widziałem parę wydobywającą się z ust. Mimo tego zbyt zimno mi nie było. Więc co właściwie mnie obudziło? Leżąc bez ruchu, poszukałem oczami wartownika. Pesl siedział w tym samym miejscu, w którym widziałem go przed zaśnięciem. To znaczyło, że nie minęła jeszcze połowa nocy, w przeciwnym razie zostałby zmieniony przez Kurila.

Coś zaskrzypiało, wydając dźwięk, jaki powoduje żelazo pocierające o kamień.

Odgłos był cichy, dobiegł z daleka, w dzień nie miałbym żadnej szansy, aby go usłyszeć. Ktoś na nas szedł? Przestraszyłem się tylko na moment i zaraz sam siebie nazwałem idiotą. Po prostu ktoś nocą wędrował po drodze. Pesl dalej siedział zupełnie nieruchomo. Czyżby zasnął?

Ostrożnie wypełzłem spod przykrycia. Sądząc po tym, jak błyszczały kamienie w świetle księżyca, już wieczorem pokrył je szron. Jak najostrożniej przesuwałem się dalej od naszego obozu. Ale nie w kierunku traktu, tylko równolegle do niego. Gdyby mnie ktoś przyłapał, powiedziałbym, że poszedłem się wysikać.

Wreszcie oddaliłem się na tyle, żeby nie być widzianym, a przy odrobinie ostrożności również słyszanym, i skręciłem w kierunku drogi. Przez cały czas niczego nie słyszałem, oprócz uderzeń mojego serca, szelestu spodni i kurtki oraz chrzęstu kamieni pod nogami, gdy stąpnąłem nieostrożnie. Aż się z tego wszystkiego zadyszałem.

– Robisz taki hałas jak ciężarna maciora – usłyszałem z ciemności.

Kamienie pod moimi nogami zachrzęściły, gdy błyskawicznie przyjąłem postawę bojową.

 

– Szybki jesteś wystarczająco, ale jak na przyszłego czarodzieja, używasz niewłaściwych części ciała. Zamiast mięśni powinieneś użyć mózgu.

Poznałem Banga.

Stłumiłem przekleństwo. Poczułem sporą ulgę.

– Co tutaj robisz?

– To samo co ty. Chcę się przyjrzeć nocnym wędrowcom.

Zamierzałem odpowiedzieć, że żadnych wędrowców nie ma, ponieważ już dobry kawał czasu niczego nie słyszałem, ale naraz dobiegł mnie odgłos rozmowy. Jedno głośniej wypowiedziane zdanie, ale to wystarczyło. Bez dalszych ustaleń zaczęliśmy się ostrożnie zbliżać do drogi. Znaleźliśmy dobrą kryjówkę za kamieniem, który wprawdzie wydawał się nieco za daleko od traktu, żeby w ciemności można było coś dokładnie zobaczyć, ale odgłosy zbliżały się i nie chcieliśmy ryzykować, że nas spostrzegą.

Skuliliśmy się po obu stronach głazu. Małe kamyki boleśnie uciskały mnie w kolana, ale po naszym skradaniu się nie było mi już zimno i mogłem się nie bać, że zacznę szczękać zębami.

Odgłosy zbliżały się, ale w ciemnościach nie widzieliśmy tajemniczych wędrowców. W czystym górskim powietrzu dźwięki rozchodziły się daleko. Nareszcie się pojawili, czarne sylwetki na tle kamienistej ziemi pokrytej szronem.

Na czele posuwało się czterech jeźdźców na koniach; dostrzegłem skórzane czapki nabijane kryształami, w których błyskało światło księżyca. Pomocnicy, ale uzbrojeni i pewnie siedzący w siodłach. W miarę jak się zbliżali, zaczęło mi się wydawać, że nasza kryjówka wcale nie jest za daleko od drogi, ale przeciwnie, zbyt blisko.

Za nimi maszerowała czwórka wielkich mężczyzn w ciężkich kabatach. Wyglądali jak wędrujące szafy. Ręce mieli ukryte w szerokich rękawach, na głowach czapy, i nagle zrozumiałem, że to nie wojownicy w pancerzach, ale ktoś zupełnie inny i o wiele bardziej niebezpieczny. Czarodzieje bojowi w pełnych zbrojach.

Miałem ochotę uciec, ponieważ oni, gdyby chcieli, mogli odkryć naszą obecność przy pomocy jednego prostego zaklęcia. Ale gdybym się poruszył, zostalibyśmy dostrzeżeni. Więc wcisnąłem się jeszcze głębiej w ziemię, zapominając o ostrych kamieniach, i nadal obserwowałem dziwną karawanę, mając nadzieję, że nikt nas nie wykryje.

Za czarodziejami jechał wóz zaprzężony w dwa konie i przykryty plandeką. Czegokolwiek by tam nie wieziono, nie mogło tego być dużo. Wóz otaczali piesi pomocnicy, również uzbrojeni. Później znów czarodzieje, a na końcu jeźdźcy. Kiedy przejeżdżali obok mnie, wstrzymałem oddech. I nagle, bez żadnego ostrzeżenia, lewe przednie koło złamało się.

Metalowa obręcz pękła, woźnica nie zareagował w porę i konie jeszcze przez chwilę ciągnęły wóz, aż wreszcie koło rozpadło się i oś zaszorowała po ziemi.

Jeźdźcy i czarodzieje bez słowa utworzyli obronny krąg wokół uszkodzonego wozu. Wydawało mi się, że widzę odblask światła na grotach kopii i ostrzach obnażonych mieczy. Ale to mi się na pewno jedynie zdawało. W takie historyjki wierzyłem tylko na pierwszym roku nauki. Magia na ogół przejawiała się w o wiele bardziej pragmatycznym działaniu. Na ogół...

– Wszystko w porządku! – zawołał jeden z czarodziejów. – To wypadek, sprawdźcie skutki.

Powoli i bardzo ostrożnie wypuściłem z płuc długo wstrzymywany oddech i równie ostrożnie nabrałem powietrza. Pomimo uznania, że mają do czynienia z wypadkiem, czarodzieje nie przerwali obronnego kręgu.

Piesi bez żadnego rozkazu wyczarowali skądś koło zapasowe i zabrali się do roboty. Zapewne wieźli je umocowane po przeciwnej stronie wozu, tam gdzie nie mogłem go widzieć. Zdumiało mnie, że pracują bez światła. Jasną nocą, przy blasku księżyca odbitym od szronu, widoczność była niezła, ale do prac naprawczych nie mogło to wystarczać.

– Skrytka się poruszyła, urwało się mocowanie – zameldował jeden z pomocników.

Nawet ze swego oddalonego miejsca dostrzegłem, że czarodzieje zareagowali nerwowo.

– Przerwać pracę – rozkazał ten sam mężczyzna co poprzednio. – Janvir, sprawdź ładunek.

Napięcie zgęstniało. Poczułem strach, choć nie wiedziałem, przed czym.

Jeden z czarodziejów bojowych ostrożnie, żeby jak najmniej poruszyć uszkodzony pojazd, wspiął się do ładunku i przez chwilę coś badał.

– Zamki nie są uszkodzone – oznajmił.

– Otworzyć, podajcie mu klucze.

Nie mogłem dostrzec tych kluczy, ale wydawało mi się, że wyglądają zupełnie tak jak te normalne.

– Zamki otworzyły się bez trudu – zabrzmiał kolejny meldunek.

– Otworzyć skrzynię – rozkazał dowódca.

Wydawało się, że czarodziej na wozie waha się przez chwilę, ale rozkaz wykonał.

Wciągnąłem głęboko powietrze, gdy z otwartej skrzyni wystrzeliły niezliczone linie mocy, wbijające się głęboko w ziemię i ginące wysoko w ciemnym niebie. Właściwie nie ginące; gdyby starczyło mi odwagi i możliwości, to mógłbym je obserwować, aż... sam nie wiedziałem dokąd. Zamknąłem oczy, ale mimo to nadal je widziałem. Widziałem? Odczuwałem! Zmysłem, o którym nie sądziłem, że go mam, i o którym jak dotąd wszyscy mi tylko opowiadali.

– Skrytka nieuszkodzona, cechy zewnętrzne na swoim miejscu.

– W porządku. Zamknąć, umocować skrytkę, naprawić wóz.

Usłyszałem odgłos zatrzaskiwanego wieka skrzyni, linie mocy zniknęły, ale ja nadal widziałem je przed sobą, jak wypalone.

– Wszystko z tobą w porządku? – Uświadomiłem sobie, że Bango już od pewnego czasu mną potrząsa.

Tajemniczy wędrowcy byli już daleko, a mnie umknął spory kawał czasu.

– No, w porządku. Tylko że trochę to mną wstrząsnęło – powiedziałem, nie znajdując trafniejszego słowa.

– Już się bałem, że ci to wyżarło mózg – wymamrotał. – Tak się czasem zdarza.

Wiedziałem, że to może spotkać człowieka pozbawionego talentu, ale teraz zacząłem wierzyć, że coś podobnego może spotkać również człowieka posiadającego odpowiednie umiejętności.

Ruszyliśmy z powrotem w kierunku obozu, powoli, ale o wiele mniej ostrożnie niż w przeciwną stronę.

– Ciekawi mnie, co oni tam wieźli? – mruknąłem.

– A mnie, co by z nami zrobili, gdybyśmy rozbili obóz w pobliżu drogi – odparł.

Rozeszliśmy się i wrócili na swoje miejsca.

Jego pytanie było chyba ważniejsze od mojego.

* * *

Cel naszej podróży osiągnęliśmy po kolejnych dwóch dniach harówki na coraz bardziej stromych i trudnych do przebycia drogach, które miejscami stawały się raczej kozią ścieżką niż przejezdnym traktem. Ostatniego dnia Pesl i Kuril też musieli się zabrać do roboty.

Jeszcze dwa lata temu przeklinałbym ich, że nam nie pomogą jakimiś czarami, ale dzisiaj już wiedziałem, że to wcale nie jest proste. Czarów należy się nauczyć, zapamiętywać w najdrobniejszych szczegółach struktury uruchamiające moc, a podczas każdej ich zmiany konieczne jest dokładne rozważenie, jakie mogą być skutki. Wystarczy mały błąd, który z ludzkiego punktu widzenia nie musi zasługiwać na miano błędu, po prostu minimalne odchylenie w diagramie ukierunkowującym moc, zakłócenie jej przebiegu, a wywołane zostaną zawirowania, turbulencje narastające ponad wszelką miarę. Efektem będzie niekontrolowany wyciek energii; destrukcja i śmierć tego, kto zmienił diagram czaru.

Mówiono nam, że każdy nowy czar przypłaciło życiem dwóch lub trzech czarodziejów. A ten, który kosztem swego życia zdoła ulepszyć jeden zaledwie czar, zasłuży na umieszczenie jego nazwiska na Tablicy Pamięci klanu.

Ja nawet w myślach nie potrafiłem stworzyć i utrzymać choćby jednego czaru, a do tego część talentu utraciłem. Pogodziłem się z tym, chociaż na początku było to dla mnie wielkie rozczarowanie. Z tego zwłaszcza powodu, że po moim przybyciu do klanu dano mi do zrozumienia, iż posiadam wielki potencjał. Uwierzyłem wtedy na krótką chwilę, że zostanę wybitnym czarodziejem. Później się to skończyło. Ale przezwyciężyłem się i nigdy niczego nie żałowałem. Było to dość dawno, prawie dwa lata temu.

Zaprzestałem wspomnień, droga pięła się stromo i miałem coraz mniej sił. Po długiej godzinie mozolnej wspinaczki otworzył się przed nami widok na kolejną z niezliczonych dolin. W pierwszej chwili zauważyłem tylko stromy spad, który będziemy musieli pokonać. Zejście było kręte i obawiałem się, że kilku z nas zapłaci za nie połamanymi kośćmi lub nadwyrężonym kręgosłupem, obolałymi mięśniami i całkowitym wyczerpaniem.

– Hohe! – ryknął Casir. – Jesteśmy na miejscu!

Straciłem zainteresowanie stokiem.

– Kurwa, ale mi ulżyło – krzyknął do mnie Bango.

W dolinie pod nami leżała osada. Nie osada. Właściwie mała twierdza, pośrodku której wznosiła się wieża szybu kopalnianego. Był to nasz cel, zakład wydobywczy klanu. Zaskoczył mnie jego niewielki rozmiar, właściwie mizerność. W cytadeli mówiono o tym zakładzie w samych superlatywach. Może to było celowe, żebyśmy nie protestowali przeciw swemu losowi.

Otarłem pot z czoła i chociaż po niedawnym wysiłku było mi gorąco, starannie zapiąłem kożuszek. Ojczym mnie tego nauczył, zwracać uwagę na zimny wiatr, będąc spoconym. Znów skupiłem uwagę na zabudowaniach pod nami. Jedynie mury zewnętrzne sprawiały solidne wrażenie. Wysokie, zbudowane z niezliczonych głazów i kamieni, stopniowane z wewnętrznej strony, żeby można się było łatwo dostać na ich szczyt.

Wydało mi się, że stawianie takich murów nie ma sensu. Kopalnia znajdowała się w dolinie, z trzech stron otoczona była wysokimi grzebieniami górskimi – wystarczyłoby kilkunastu ludzi z katapultami i balistami, a zasypaliby obrońców gradem śmiercionośnych pocisków. Jednak po chwili przypomniałem sobie, że taka broń raczej nie bywała tutaj w użyciu.

Przestałem myśleć o sprawach dla nas drugorzędnych i znów zwróciłem uwagę na stok.

– Panie – zwróciłem się do Pesla – nie damy rady wyhamować wozu, spadek jest zbyt stromy.

Popatrzył na mnie z rozbawieniem w oczach, najwyraźniej nie podzielał moich obaw.

– Chłopcze, o to nie musisz się martwić, pomocników będziemy mieli pod dostatkiem.

I rzeczywiście, jak tylko dostrzeżono nas z twierdzy, spora grupa ruszyła w naszym kierunku. Praktycznie przybiegli, a spuszczenie wozu po pochyłości załatwili bez naszego udziału.

Przyglądałem się im, byli młodsi niż ci, których widywałem w cytadeli. Zmarszczki na twarzach podkreślał wbity w nie kurz, nosili ubrania z bezbarwnego materiału, a większość z nich miała na kolanach naszyte łaty z wołowej skóry. Takie same łaty mieli na łokciach.

Tak naprawdę to wóz po prostu znieśli na dół.

Poświęcali mu o wiele więcej uwagi niż nam. Nie przeszkadzało mi to, nauczyłem się, że niezauważanie to najlepsze, co mnie może w klanie spotkać.

Kopacz

Winda trzęsła się, kiedy kończący już swoją szychtę górnicy opuszczali nas na dół. Zaskoczyło mnie, że już po pierwszych dziesięciu metrach temperatura wzrosła, ale po chwili zrozumiałem. Ziemia wokół nas utrzymywała ciepło bez względu na to, czy na zewnątrz panował mróz, czy letni upał.

Na platformie windy tłoczyło się nas ośmiu, dwie trójki górników nowicjuszy i dwóch dowodzących czarodziejów. Brahl Polteo, szef naszej zmiany, i Hardmuth, dowodzący obozem, zjadą na samym końcu. Słuchałem skrzypienia kołowrotu i starałem się nie zwracać uwagi na to, że platforma trzęsie się, obija o nierówne ściany, a mechanizm opuszczający nas w głąb skrzypi i pojękuje. W końcu dotknęliśmy dna i lina nośna się poluzowała.

– Idźcie do tamtego chodnika – nakazał nam Cochran. Szmaragd umocowany na jego skórzanej opasce czołowej rozjarzył się, w zielonkawym świetle zauważyłem ruch ręki i zrozumiałem, który kierunek nam wskazuje.

Kamienie osadzone w jego rynsztunku początkowo nie świeciły, ale tutaj, głęboko pod ziemią, widać było, że są ożywione ukrytym czarem. Cochran był przewodnikiem, miał nas oprócz tego ochraniać, tylko nie miałem pojęcia, przed czym.

Platforma zaczęła się podnosić, zasłaniając niewielką ilość światła, jaka docierała na dno szybu. Powietrze również wydawało mi się nie najlepsze.

– Nie jestem całkiem pewny – powiedział Bango półgłosem – ale myślę, że to nie był mój cel życiowy. Chyba gdzieś po drodze zboczyłem ze słusznej drogi.

Kilku ludzi zaśmiało się.

– Każdy musi być użyteczny dla klanu, a wy z waszymi marnymi uzdolnieniami najużyteczniejsi będziecie właśnie tu. Żadnych podobnych rzeczy nie chcę już słyszeć – powstrzymał śmiechy Cochran.

 

Przyszło mi do głowy, jakie zatem muszą być jego umiejętności, jeśli jest dla klanu użyteczny właśnie tutaj, w tej zapomnianej okolicy, na stanowisku niewiele lepszym od naszego.

Coś z tych myśli musiało się odbić na mojej twarzy, bo Bango szturchnął mnie, szepcząc:

– Niezbyt rozgarnięty, co? Ale mówić mu o tym nie będziemy, przynajmniej nie teraz.

– Przejdźcie chodnikiem do składziku – usłyszeliśmy rozkaz.

Jak znajdziemy ten składzik? – pomyślałem natychmiast.

– To będzie pierwsze rozszerzenie chodnika, na jakie natraficie – brzmiała odpowiedź, jakby przewodnik odczytał moje myśli.

Jednak na pewno tak nie zrobił, tego czarodzieje nie umieli. Przynajmniej nigdy o tym nie słyszałem. Raczej odgadł trafnie.

– Bez światła? Pozabijamy się – protestował półgłosem Bango.

Kilka lekcji, jakie w życiu dostałem, było dość brutalnych. Poszedłbym i po ciemku. Ciemność zaczynała się zaledwie o kilka kroków od Cochrana. Nie była jednak nieprzenikniona.

– Każda trójka dostanie jedną lampę – oznajmił. – Bango, Ducatti, Duval – wywołał skład pierwszej trójki.

Duval był milkliwym, smagłym chłopakiem, który przez całą drogę z nikim właściwie nie rozmawiał, podobnie zresztą jak ja. Nauki podobno pobierał nie w cytadeli, ale w innym ośrodku. Wydawało mi się, że od nas, zwyczajnych nowicjuszy, trochę się różni, ale nigdy niczego na swój temat nie zdradził.

Podeszliśmy bliżej. Światło w postaci opaski podobnej do tej, jaką miał Cochran, złapał Bango. Włożył ją na głowę i przez chwilę zmagał się z aktywacją kamienia. Dopiero gdy go kilkakrotnie pogłaskał palcami, ten się powoli rozżarzył. Popatrzyliśmy na siebie i niepewnie ruszyliśmy w ciemność. Przypomniałem sobie, jak brzmiał głos Cochrana. Ten chodnik był długi, bardzo długi.

– Marnie to świeci, Cochran ma stokrotnie lepszy – poskarżył się Bango, zaraz potem uderzając głową w niski strop. – Do dupy z tym, zaraz sobie tu łeb rozwalę – narzekał.

– Pochyl się, czasami jest to potrzebne – poradził mu Duval.

Milczałem, nie mając nic do powiedzenia. Spróbowałem wyobrazić sobie, jak to wytrzymamy, dzień po dniu przez następne osiemnaście lat.

Po pięciu minutach ostrożnego posuwania się naprzód dotarliśmy do miejsca, w którym chodnik rozszerzał się, tworząc większe pomieszczenie. Jego rozmiarów w nędznym świetle nie zdołałem określić, a nie miałem najmniejszej ochoty iść gdziekolwiek po omacku.

– Czuję się, jakbym w najbliższej godzinie miał tutaj umrzeć – oznajmił Bango.

Ściany połyskiwały wilgocią, powietrze było dość ciężkie, ale nie zupełnie stęchłe. O ile początkowo wydawało mi się, że w podziemiach jest ciepło, o tyle teraz zaczynałem szczękać zębami.

– Przyzwyczaisz się – powiedział sucho Duval.

Tutaj, w podziemiach, powiedział więcej słów niż podczas całej podróży. Miałem nadzieję, że ma rację.

– Mam na to kilkanaście lat, na razie nie wiem – odparł Bango.

Pokręcił przy tym głową, a słaby stożek światła oświetlił ścianę półkolem kilka razy w tę i z powrotem.

– Popatrz tam! – powiedział Duval.

Chwilę potrwało, zanim się dogadali, co znaczy tam.

Duval podszedł do ściany, obejrzał ją, obmacał, a później z nieoczekiwaną zwinnością wspiął się aż do stropu, gdzie niczym ogromny pająk przywarł do niewidocznych dla mnie występów skalnych i z uwagą czemuś się przyglądał.

– Ma któryś z was nóż? Albo dłutko? – zapytał.

Niechętnie podałem mu swój składany nóż, jedyną rzecz, która była naprawdę moja i którą wysoko ceniłem. Był to podarunek. Nie widzieliśmy z dołu, co właściwie robi tam pod stropem. Słyszeliśmy tylko postukiwanie, oddech Duvala i w końcu skrzypnięcie. Później częściowo ześlizgnął się, a częściowo zeskoczył na ziemię.

– Możliwe, że zrobiłem szczerbę na ostrzu – usprawiedliwiał się, zwracając mi nóż. – Ale inaczej się nie dało.

Szczerbą się nie przejąłem, przeważyła ciekawość tego, co tam właściwie znalazł.

– Pożycz mi, proszę, opaskę – zwrócił się do Banga. Ten podał mu ją z pewnym wahaniem.

Powiedział „proszę”, najwyraźniej nie chciał pretendować do objęcia dowództwa.

Poświecił sobie na dłoń i wtedy zobaczyliśmy, że pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym trzymał przezroczysty kryształ.

– Kryształ krzemienia – wyjaśnił. – Nie zauważyli go i został tutaj. Pewnie znalazłoby się ich więcej. Chyba im na nich nie zależało – dodał, wzruszając ramionami.

Położył oba kamienie na dłoni i uważnie je obserwował. Czułem, że używa mocy, że w jakiś sposób używa magii. Nic więcej stwierdzić nie mogłem, moje zdolności dalej nie sięgały.

– No, teraz to powinno działać.

Wtłoczył mały kryształ do obejmy obok szmaragdu, zamocował go kilkoma skrawkami materiału.

– Aktywuj je i dezaktywuj, oba powinny działać wspólnie – powiedział do Banga, zwracając mu opaskę. – Spróbuj je rozświetlić, a potem zgasić, tak jak to robiłeś poprzednio – dodał, widząc, że Bango nie zareagował na jego słowa.

Dopiero teraz posłuchał Duvala i od razu mieliśmy do dyspozycji o wiele lepszy reflektor.

– Myślałem, że kryształy służą tylko do leczenia – rzekł zaskoczony Bango, świecąc po ścianach wokół siebie. Leżało pod nimi sporo narzędzi, których przeznaczenia nie mogłem się nawet domyślać.

– Bzdura, każdego aktywnego kamienia można użyć do wszystkiego. Różnią się tylko skutecznością. Jeśli jest ci to potrzebne i zależy ci na tym, to nawet w obsydian możesz włożyć jakiś czar – oznajmił Duval.

Skąd on to wszystko wiedział? Bardzo uważnie słuchałem nauk i założyłbym się, że niczego nie przegapiłem. Ale o takich sprawach nie padło tam ani jedno słowo.

Usłyszeliśmy szuranie nogami i stłumione przekleństwa, kiedy nadchodzący uderzali głowami o ściany. Bango zgasił dodatkowe światło, pozostawiając tylko mocno już zużyty szmaragd.

Pomieszczenie zapełniło się, wyczuwałem to nawet bez rozglądania się wokół. Po prostu powietrza jakby nieco ubyło.

– Wszyscy już są – oznajmił Cochran. – Cisza! – zawołał, żeby przerwać nasilający się gwar. – Teraz przemówi do was dowódca obozu!

Widziałem go wcześniej tylko przez chwilę, przy wejściu do szybu. Nazywał się Hardmuth.

– To jest wasza pierwsza zmiana – głos odezwał się z innego miejsca, niż przemawiał Cochran. – Wyjątkowo zebraliśmy się na dole, żebyśmy sobie uświadomili, że jesteśmy tu wszyscy razem i wszyscy razem pracujemy dla klanu. Pamiętajcie, że pod ziemią nigdy nie jesteście sami. Gdy zajdzie potrzeba, pomożecie innym, a oni pomogą wam. Gdy pomożecie klanowi, klan pomoże wam.

Jego przemowa wzbudziła lekkie niedowierzanie, ale ja poczułem pewien optymizm. Hardmuth przerwał na chwilę, a później kontynuował:

– Dziś nie jest istotne, ile pracy zdołacie wykonać, ważne jest, abyście poznali potrzebną wam wiedzę i technikę, abyście nauczyli się ostrożności. Nigdy nie zapominajcie, że nie wydobywamy węgla ani rudy żelaznej albo złota, tylko kamienie, aktywne klejnoty, kamienie półszlachetne, które wchodzą w interakcję z mocą. Dlatego to wy tu jesteście, a nie zwyczajni górnicy. Mogą was tutaj spotkać takie zjawiska, na które was nie przygotowano podczas nauki. Macie swoich przewodników, ochroniarzy i dowódców zmiany i oni pomogą wam w razie potrzeby.

Nie wiedziałem, co ma na myśli, ale pytać o cokolwiek nie zamierzałem, podobnie jak pozostali.

– Życzę wam pomyślnego pierwszego dnia pracy – zakończył przemowę Hardmuth. Później przez jakiś czas półgłosem rozmawiał o czymś z przewodnikami – Cochranem i Zimwelem – po czym usłyszeliśmy, jak odchodzi, a w końcu dobiegło nas skrzypienie podnoszonej platformy.

– Rozejść się na miejsca pracy – zarządził Cochran.

Pozostaliśmy na swoich miejscach, nie wiedząc, dokąd iść.

Zimwel odprowadził swoje dwie trójki w głąb jednego z bocznych tuneli. Cochran popatrzył na nas z pogardą.

– Dziś wystarczy, jak wyrąbiecie połowę normy, jutro pójdzie to już na poważnie – oświadczył.

W zielonkawym świetle wyglądał jak ktoś od kilku dni nieżywy. My zresztą tak samo.

– Praca jest prosta – zaczął wyjaśniać. – Z góry spuszczą kosz. – Jakby na potwierdzenie jego słów znów zaskrzypiał mechanizm windy. – Wózek transportuje wydobyty materiał od przodka sztolni do kosza. – Wskazał na prymitywne wózki na kołach. Pod ścianą znajdowało się ich kilka, sprawny był jeden, może dwa. – Rębacz pracuje na przodku sztolni, tym oto narzędziem.

Uniósł stalowy drąg o średnicy pięciu centymetrów. Z jednej strony zakończony był ostrym grotem, z drugiej obejmą z łożem wykonanym z częściowo utwardzonej żywicy. Wcisnął w nią drobny krzemień, a potem nawlekł na drąg pierścień z brązu o dwóch wygładzonych uchwytach. Krzemień miękko się rozżarzył. Popatrzyłem na kolegów, ciekawy, co na to powiedzą, ale wszyscy skupiali uwagę na wyjaśnieniach Cochrana.

Aktywowany czar utrzymywał teraz drąg wewnątrz pierścienia. Cochran odwrócił się i przybliżył konstrukcję do ściany. Stal bez żadnego rozmachu zaczęła poruszać się w przód i w tył, aż jej obraz się rozmazał. Czarodziej zaparł się, ustabilizował ruch ostrza, uderzającego w ścianę z prędkością, której nie zapewniłby żaden człowiek.