Sylwester w Sydney

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miranda Lee
Sylwester w Sydney

Tłumaczenie:

Karol Nowacki

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jesteś spakowana i gotowa, Violet? – zawołał z kuchni ojciec.

– Już idę – odpowiedziała. Święta nareszcie się skończyły i mogła na kolejny rok wrócić do swego życia w Sydney.

Kiedyś uwielbiałam Boże Narodzenie, pomyślała, spoglądając po raz ostatni na swoją sypialnię. Ten pokój też kiedyś uwielbiała. Wtedy miała dwanaście lat. Rok później zaczęła dojrzewać i beztroski świat małej dziewczynki zmienił się na zawsze.

Niedługo potem pokój stał się więzieniem. Ładnym, trzeba przyznać, z różowymi ścianami, różowym prześcieradłem i różowymi zasłonami, nie wspominając o własnym telewizorze i odtwarzaczu DVD, ale jednak więzieniem.

– Czas już iść – powiedział ojciec, tym razem stając w drzwiach. – Nie chcesz przecież spóźnić się na samolot.

Zdecydowanie nie, pomyślała, przerzucając torbę przez ramię i chwytając rączkę niewielkiej walizki. Cztery dni w domu to aż zanadto. Nie chodziło tylko o wspomnienia, jakie to miejsce przywoływało, ale też o niekończące się pytania rodziny: Jak tam praca? Kariera pisarska? Życie miłosne?

O tak, rozmowa zawsze schodziła w końcu na życie miłosne. Czy raczej na jego brak.

Kiedy powiedziała – jak co roku – że akurat nie spotyka się z nikim konkretnym, Gavin, jej cudownie taktowny brat, spytał, czy jest lesbijką. Na szczęście uciszyli go pozostali, zwłaszcza przemiły szwagier Steve, mąż Vanessy, który oznajmił, że w takim razie on sam jest gejem. Wszyscy się roześmiali. Trudno by było w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, że był wielkim, muskularnym glazurnikiem z żoną, dwójką dzieci i harleyem davidsonem.

Na tym na szczęście temat się zakończył. Następnego dnia jednak, kiedy siostry znalazły się same w kuchni, żeby pozmywać po dorocznym grillu z okazji drugiego dnia świąt, Vanessa spojrzała wymownie na Violet i powiedziała:

– Wiem, że nie jesteś lesbijką, ale chyba nie jesteś wciąż dziewicą?

Violet skłamała, rzecz jasna, że straciła dziewictwo podczas studiów. Siostra nie wyglądała na w pełni przekonaną. Na szczęście pozwoliła, by na tym rozmowa się zakończyła.

Nigdy nie były sobie zbyt bliskie; nie zwierzały się sobie tak jak inne siostry. Vanessa, o osiem lat starsza, nie nadawała na tych samych falach co Violet.

Mimo wszystko trudno by było uwierzyć, że ktokolwiek z rodziny mógł w ogóle pomyśleć, że Violet łatwo przychodziły związki z płcią przeciwną. Jako nastolatka przez lata cierpiała na ostry trądzik, co przemieniło ją ze szczęśliwej, towarzyskiej osoby w nieśmiałą introwertyczkę. Liceum było torturą. Brat – nie on jeden zresztą – mówił, że ma pizzę zamiast twarzy. Musiała znosić tyle docinków i nękania, że na ogół wracała do domu z płaczem.

Zatroskana mama kupowała wszelkie możliwe produkty, które miały rozwiązać problem, ale nie działały, a często wręcz pogarszały sytuację. Matka jednak nie zaprowadziła córki do lekarza, bo ojciec upierał się, że to z wiekiem samo przejdzie. Tak się nie stało. Ostatecznie szkolna psycholog skierowała Violet do własnej lekarki na kilka miesięcy przed końcem szkoły.

Lekarka wykazała się współczuciem i kompetencją, przepisując antybiotyk i rodzaj pigułek antykoncepcyjnych regulujących wydzielanie hormonów. Szpecące pryszcze stopniowo zanikły, ale ciągłe pocieszanie się jedzeniem i wyciskanie zdążyły już pozostawić dwa równie przygnębiające problemy: blizny i otyłość.

Nie, bez przesady. Nie była otyła. Z pewnością jednak miała nadwagę. W końcu rozwiązała oba te problemy zdrową dietą, regularnymi ćwiczeniami i niezliczonymi sesjami czyniącego cuda lasera, na które wydała co do centa dziesięć tysięcy dolarów, otrzymane szczęśliwie w spadku po zmarłej w tym czasie siostrze babci. Blizn emocjonalnych, pozostałych po latach niskiej samooceny w kluczowym momencie życia, nie udało się tak łatwo usunąć. Wciąż brakowało jej pewności siebie w sprawach wyglądu; niełatwo jej było uwierzyć, że mężczyźni uważają ją za atrakcyjną. Lustro mówiło jedno, lecz umysł co innego. W ciągu ostatniego roku została dwa razy zaproszona na randkę, ale odmówiła.

Co prawda, żaden z zapraszających nie miał cech, których skrycie pragnęła: nie był zachwycająco przystojny, pociągający czy choć trochę interesujący. Jeden jeździł codziennie tym samym autobusem i był śmiertelnie nudny. Drugi pracował w supermarkecie, gdzie robiła zakupy. Choć nie można go było uznać za nieatrakcyjnego, nie wyglądał na kogoś, kto kiedykolwiek zostanie kierownikiem sklepu.

Żaden z nich w niczym nie przypominał bohaterów z nieodpartą pewnością siebie kroczących przez strony romansów, w których zaczytywała się w ciągu długich, samotnych godzin w swoim różowym więzieniu.

Omiotła spojrzeniem półkę z książkami, gdzie wciąż stały długie rzędy ulubionych romansów historycznych, z którymi nie potrafiła się rozstać. Od lat żadnego z nich nie czytała; z czasem zmieniła czytelnicze zwyczaje.

Studiując literaturę angielską, musiała czytać Szekspira, klasykę i mnóstwo współczesnych dzieł. Na romanse brakowało już czasu. Każdą wolną chwilę poświęcała czytaniu niewydanych jeszcze powieści, w większości thrillerów, przesyłanych przez Henry’ego, agenta literackiego, dla którego pracowała jako redaktorka.

Teraz, gdy została asystentką Henry’ego na pełen etat, miała także obowiązek czytać mnóstwo bestsellerów z całego świata, aby zawsze nadążać za trendami na rynku. Choć niektóre z tych książek miały wątki miłosne, żadna nie mogła się równać ze śmiałymi romansami historycznymi, od których niegdyś była uzależniona.

Nagle poczuła chęć sprawdzenia, czy wciąż fascynują ją tak samo jak kiedyś; czy wciąż potrafią przyprawić o szybsze bicie serca. Odłożywszy walizkę, podeszła do regału i zaczęła szukać szczególnie lubianej powieści o piracie, który porwał angielską arystokratkę i zakochał się z wzajemnością. Zwykła fantazja, oczywiście, lecz Violet ją uwielbiała.

– Na miłość boską, chodź już – powiedział zniecierpliwiony ojciec, gdy schylała się do dolnej półki.

– Sekundkę – odparła, przeglądając szybko rząd książek.

Stała tam, z postrzępionymi, pożółkłymi kartkami. Okładka, z przystojnym piratem czającym się na bohaterkę leżącą w podartym stroju, szokowała tak jak zawsze. Drań, pomyślała, przypominając sobie jednak przyjemność czerpaną dawniej z lektury.

– Chciałam tylko wziąć coś do czytania w samolocie – powiedziała, wrzucając książkę do walizki.

Najcięższe było pożegnanie z matką. Zawsze przy takich okazjach płakała.

– Nie czekaj znów z przyjazdem do domu do Bożego Narodzenia – powiedziała, szlochając w chusteczkę.

– Dobrze, mamo – zgodziła się Violet.

– Obiecaj, że wrócisz na Wielkanoc.

Dziewczyna zastanowiła się chwilę nad wymówką. Żadnej nie znalazła.

– Postaram się, mamo. Obiecuję.

Ojciec nie odzywał się w drodze na lotnisko. Nigdy nie był zbyt rozmowny. Z zawodu hydraulik, był prostym człowiekiem kochającym żonę i dzieci; córki zdawały sobie sprawę, że syna Gavina kocha najbardziej. Byli jak dwie krople wody; Gavin też został hydraulikiem. Vanessie najbliżej było do matki, przypominała zarówno wyglądem, jak i charakterem, zaś Violet… cóż, nigdy nie pasowała do rodziny.

Tylko ona jako nastolatka zmagała się z trądzikiem, zresztą w ogóle wyglądała zupełnie inaczej. Podczas gdy siostra i matka były niebieskookimi, niewysokimi blondynkami drobnej budowy, Violet była wyższa, miała pełniejsze kształty oraz ciemnobrązowe włosy i oczy. Ojciec i brat wprawdzie też mieli taki kolor włosów, ale byli szczupli i niewysocy.

Gdy kiedyś zastanawiała się nad swoimi genami, usłyszała, że wygląda zupełnie jak siostra babci, Mirabella, ta, po której odziedziczyła dziesięć tysięcy dolarów. Nigdy jej nie spotkała; ponoć umarła jako stara panna. Violet pomyślała, że może żaden mężczyzna nie zechciał się z nią ożenić, bo miała twarz pokrytą pryszczami i bliznami w czasach, kiedy nie istniały jeszcze cudowne pigułki i lasery.

Różniła się jednak od rodziny nie tylko wyglądem, ale też umysłem. Miała wysoki iloraz inteligencji, znakomitą pamięć, umiejętność analitycznego myślenia i talent do pisania – choć niekoniecznie literatury pięknej, jak zaczynała podejrzewać. Tego roku ostatecznie porzuciła próbę napisania pierwszej powieści, nie mogąc poradzić sobie z trzecim rozdziałem.

Stwierdziła, że jej umiejętności pisarskie tkwiły bardziej w zdolności do oryginalnego, prowokującego formułowania analiz i opinii. Pisane przez nią eseje w liceum wypadały tak dobrze, że zadziwiały nauczycieli. Zachęcili ją do udziału w konkursie na pracę o twórczości Jane Austen, gdzie pierwszą nagrodą było stypendium na Uniwersytecie w Sydney, pokrywające czesne i koszty podręczników.

Wygrała, zanim w ogóle zauważyła, że stypendium obejmuje też dwa tysiące dolarów na semestr z przeznaczeniem na codzienne wydatki. Nie wystarczyłoby to do utrzymania się, ale miała szczęście znaleźć pokój u wdowy o imieniu Joy; płaciła tylko symboliczny czynsz w zamian za sprzątanie i pomoc w zakupach.

Zaletą była też lokalizacja domu Joy. Znajdował się na przedmieściu Newtown, skąd na uniwersytet można było dotrzeć pieszo. Mimo to ojciec nadal musiał dokładać trochę pieniędzy, żeby wystarczyło na życie – w każdym razie dopóki nie dostała pracy redaktorki u Henry’ego, dzięki której mogła się usamodzielnić.

Szybko zrozumiała, że nie lubi być od nikogo zależna; lubiła brać odpowiedzialność za własny los. Brakowało jej nadal pewności siebie, gdy chodziło o wygląd, ale nie w innych aspektach życia.

 

Wiedziała, że jest dobra w swojej pracy i wielu innych rzeczach. Pomagając Joy w kuchni, nauczyła się dobrze gotować. Radziła sobie za kierownicą, co też zawdzięczała Joy, która pożyczała jej samochód i pomogła przygotować się do egzaminu na prawo jazdy. Gdyby potrzebowała samochodu, kupiłaby go, ale Henry pracował w mieszkaniu położonym w śródmieściu, gdzie dojazd autobusem był dużo łatwiejszy niż codzienne szukanie miejsc parkingowych.

Przypuszczała, że gdyby miała jakieś życie towarzyskie i mnóstwo przyjaciół rozsianych po całym Sydney, z pewnością kupiłaby samochód. Sprawy miały się jednak inaczej. Czasami ją to martwiło, ale przyzwyczaiła się do braku przyjaciół, do samotności. Z drugiej strony nie siedziała cały czas sama w domu. Często wychodziła z Joy, która pomimo siedemdziesięciu pięciu lat i dokuczającego zimą artretyzmu obu stawów biodrowych pozostawała pełna życia. Co sobotę wychodziły najczęściej do azjatyckiej restauracji, a potem do kina.

Szczerze mówiąc, była zadowolona z życia. Nie bywała już nieszczęśliwa czy przybita tak jak kiedyś. Bardzo pomagało, że mogła patrzeć w lustro bez obrzydzenia. Oczywiście w skrytości ducha marzyła o tym, by kiedyś się odważyć pójść na randkę i wreszcie zrobić coś z dziewictwem. Nienawidziła myśli, że nastaną kolejne święta i będzie powtarzać stare wymówki odnośnie braku życia miłosnego.

Uśmiechnęła się nieznacznie, myśląc o książce w walizce. Tym, czego naprawdę potrzebowała, był zabójczo przystojny pirat, który porwałby ją i nie dał czasu na rozmyślania ani zamartwianie się.

To niestety nie wydawało się prawdopodobne w obecnych czasach. Ale miło było pomarzyć. Nie mogła się doczekać, kiedy dotrze na lotnisko i będzie mogła pogrążyć się w lekturze.

– Nie wysiadaj, tato – powiedziała, gdy dotarli do terminala wylotów.

– Dobrze. Pocałuj mnie.

Nachyliła się i cmoknęła go w policzek.

– Pa, tato. Trzymaj się.

Dwanaście minut później siedziała w hali odlotów, czytając historię kapitana Strongbowa i lady Gwendaline. Zanim jeszcze weszła na pokład samolotu, dotarła do połowy trzystupięćdziesięciostronicowej powieści. Przez te wszystkie lata nauczyła się szybkiego czytania. Do czasu podejścia do lądowania na lotnisku Mascot doszła do ostatniego rozdziału.

Fabułę pamiętała dość dobrze – pełną wydarzeń, z niezwykle pociągającym bohaterem i wyjątkowo śmiałymi, ekscytującymi scenami miłosnymi. To wszystko przyprawiało ją, jak kiedyś, o szybsze bicie serca.

Tym razem dostrzegła jednak pewną różnicę: bohaterka miała dużo silniejszy charakter, niż z początku sądziła. Dawniej, czytając, skupiała się bardziej na piracie, ideale atrakcyjnego macho.

Przy ponownej lekturze zauważyła, że lady Gwendaline nie była zdominowana przez dziarskiego, zdeprawowanego kapitana tak, jak to sobie wyobrażała. Cały czas mu się opierała. Kiedy stało się jasne, że zamierza uprawiać z nią seks bez względu na jej zgodę, decyzja, by się nie bronić, nie wynikała ze strachu ani słabości, lecz z woli przetrwania. Zniosła to dzielnie, bez skarg i płaczu. O nic nie błagała, zrobiła to, co musiała zrobić.

Było dla niej szokiem, że seks z porywaczem okazał się przyjemny. Niewątpliwie postanowiła iść z nim do łóżka, zanim odkryła, jakim był wspaniałym kochankiem. Nie miała w sobie nic ze słabej ofiary. Działała czasem niemądrze, ale zawsze niezłomnie i odważnie.

Violet westchnęła, zamykając i odkładając książkę. Chciałaby mieć tyle odwagi. Tymczasem nie potrafiła zdobyć się nawet na randkę. Ależ była żałosna!

Gdy tak beształa się w myślach, uświadomiła sobie, że samolot przestał podchodzić do lądowania i zaczął całkiem szybko nabierać wysokości. Co się stało? Nie zdążyła się przestraszyć, kiedy przez interkom rozbrzmiał głos pilota:

– Panie i panowie, tu kapitan. Mamy drobny problem techniczny z podwoziem samolotu. Być może zauważyli państwo, że przerwaliśmy podejście do lądowania. Wrócimy na wysokość dziesięciu tysięcy stóp, gdzie pozostaniemy do czasu rozwiązania problemu. Proszę nie włączać w trakcie tego krótkiego opóźnienia telefonów ani laptopów. Mogą państwo mieć pewność, że nie ma powodu do zmartwień. Będę informował na bieżąco i mam nadzieję, że wkrótce wylądujemy.

Niestety, nie poszło tak gładko. Zamiast po chwili wrócić, przeczekali pełne napięcia dwadzieścia minut, po czym polecieli nad ocean, żeby zrzucić resztę paliwa przed awaryjnym lądowaniem. Pasażerom podano niepokojącą wiadomość, że podwozie prawdopodobnie nie zaryglowało się poprawnie – wysunęło się, ale jakaś kontrolka się nie zapaliła. Czy może na odwrót? Violet nie miała pewności. Jej umysł, na ogół tak błyskotliwy, wszedł w tryb paniki, kiedy kapitan wyjaśniał niefortunną sytuację. Tak czy inaczej, istniała aż nazbyt realna możliwość, że gdy dotkną pasa startowego, podwozie się złoży i rozszaleje się piekło.

Przy podejściu do lądowania w kabinie panowała grobowa cisza. Żadnego z ponad stu pięćdziesięciu pasażerów nie przekonało opanowanie kapitana ani fakt, że pas startowy pokryto już pianą przeciwpożarową, a wszystkie pojazdy ratownicze czekały w gotowości. Prawda była taka, że za jakąś minutę wszyscy mogli zginąć.

Skulona, pożałowała, że obejrzała tyle programów o katastrofach lotniczych. Nie dodawały otuchy.

Ofiary, którym udawało się przeżyć, często mówiły potem, że stanęło im przed oczami całe życie. Jej nic takiego się nie przydarzyło. W owej chwili myślała tylko o tym, że zginie jako dziewica, nie doświadczywszy nigdy niczego choćby przypominającego miłość czy namiętność. I to z własnej winy.

Wtedy solennie sobie obiecała, że jeśli przeżyje, zmieni się i będzie się zgadzać na randki, wszystko jedno, kto ją zaprosi. Zmieni się też pod innymi względami. Nie będzie więcej chodzić na siłownię tylko dla kobiet. Zacznie się modniej ubierać, robić makijaż, używać perfum i nosić biżuterię. Będzie wierzyć temu, co zobaczy w lustrze, a nie wytworom skrzywionej wyobraźni. Kupi nawet samochód – w końcu będzie go potrzebować, gdy będzie się częściej spotykać z ludźmi. I to nie jakiś nudny, a czerwony, dwudrzwiowy! Dość już zamykania się w sobie. Przyszedł czas, żeby skończyć z dotychczasową głupotą i powitać zupełnie nową przyszłość.

O ile będę miała przyszłość, pomyślała ze zgrozą. Zamarła z bezgłośną modlitwą na ustach, kiedy samolot dotknął pasa startowego. Koła ślizgały się nieco na pianie, ale trzymały. Na Boga, trzymały! Wyprostowała się jednocześnie z mnóstwem innych pasażerów. Wszyscy zaczęli się śmiać, klaskać, obejmować się i całować. Nigdy wcześniej nie czuła takiej ulgi i szczęścia.

Dostała w życiu drugą szansę i nie zamierzała jej zmarnować!

ROZDZIAŁ DRUGI

Leo siedział na balkonie mieszkania ojca, popijając bardzo smaczne czerwone wino, kiedy usłyszał dzwoniący telefon. Nie jego; swój zawsze trzymał przy sobie.

– Henry, telefon! – zawołał, kiedy dzwonek się powtórzył. Mówił ojcu po imieniu, odkąd podjął studia prawnicze w Oksfordzie ponad dwadzieścia lat temu. Zawsze byli ze sobą blisko. Matka zmarła, gdy był bardzo młody, a ojciec nigdy nie ożenił się ponownie.

Kiedy Leo szedł na studia, ich relacje miały już więcej z przyjaźni niż ze stosunków ojciec – syn. Henry zaproponował przejście na „ty”, a Leo chętnie się zgodził.

Już chciał wstać i odebrać telefon, ale przestał dzwonić, więc mógł skupić się na winie, odpoczynku i podziwianiu widoku – niezrównanego, zwłaszcza w ciepłe letnie popołudnie. Intensywnie niebieską wodę, błyszczącą w promieniach słońca, zdobiły najprzeróżniejsze łodzie i statki, od maleńkich żaglówek po promy i pięciogwiazdkowe liniowce. Nieopodal, w tle, stał most Harbour Bridge, z którego Sydney słynęło, a na lewo – zachwycający budynek Opery.

Gdy osiem lat temu Henry oświadczył, że na emeryturę przenosi się na antypody, Leo miał wątpliwości, jak długo tam wytrzyma. Ojciec, świetny agent literacki, tak jak on sam był londyńczykiem z krwi i kości. Zawsze obracał się w świecie sztuki. Jego rodzice wykładali historię; starsza siostra zdobyła pewne uznanie w garncarstwie. Żona, przedwcześnie zmarła na zapalenie opon mózgowych w wieku zaledwie trzydziestu lat, była znaną rzeźbiarką.

Choć nigdy nie ożenił się ponownie, przez te wszystkie lata wiązał się z wieloma kobietami; wszystkie były spełnionymi artystkami – śpiewaczkami operowymi, baletnicami, malarkami i, rzecz jasna, pisarkami. Jak człowiek o takich gustach miałby zadowolić się życiem w Australii? Choć nie była już aż taką pustynią kulturalną jak kiedyś, wciąż nie mogła się równać z Londynem.

Leo spodziewał się, że ojciec szybko się znudzi. Tak się jednak nie stało. Zaczął pracować w swoim mieszkaniu w biznesowym centrum Sydney, poprzez zamówioną u profesjonalisty stronę internetową gromadząc szybko grupę obiecujących australijskich pisarzy. Inaczej niż w Londynie, tutaj nie miał w agencji wspólników, a z początku nawet pracowników. Obsługiwał niewielką liczbę klientów, skupiając się na thrillerach i wysyłając większość rękopisów wynajętym redaktorom.

Znalazła się wśród nich prawdziwa perła – studentka imieniem Violet z prawdziwą smykałką do rozpoznawania surowego talentu. Umiała też zaproponować poprawki zmieniające ciekawy, lecz nienadający się do publikacji rękopis w komercyjny sukces. Henry szybko nauczył się bardzo poważnie traktować opinie i rady dziewczyny, co poskutkowało całą serią bestsellerów, których autorzy dostawali teraz wysokie zaliczki i tantiemy.

Wkrótce Agencja Literacka Wolfe stała się pierwszym miejscem, do którego kierowali swe kroki autorzy thrillerów. Henry ze względu na wiek nie dążył co prawda do rozbudowy agencji, ale kiedy Violet skończyła studia, zatrudnił ją jako asystentkę. Kupił też to mieszkanie, z pełnym umeblowaniem, gdy dwa lata temu ceny nieco spadły.

Leo musiał przyznać, że robiło wrażenie. Sydney zresztą też. Miasto prezentowało się olśniewająco, ze znakomitym klimatem i licznymi atrakcjami. Może nie mogło się pochwalić tyloma teatrami i muzeami co Londyn, ale restauracje były na najwyższym poziomie, sklepom niczego nie dało się zarzucić, a plaże zapierały dech w piersi. Nie mówiąc już o porcie. Przebywał tu dopiero od tygodnia, ale szybko zrozumiał, co przyciąga tutaj mieszkańców starej, ponurej Anglii. Widok czystego, błękitnego nieba, na którym jasno świeciło słońce, poprawiał nastrój.

Zwłaszcza w jego przypadku. Ostatnio, odkąd jego najnowszy film okazał się klapą finansową, Leo był nieco przybity. Oczywiście sam był temu winny. Nigdy nie powinien próbować przerobić tysiącstronicowej powieści, z narracją skupioną na postaciach, a nie na wydarzeniach, na dwugodzinny film. Porażki nie dało się uniknąć.

Mimo wszystko, po wyprodukowaniu serii hitów w ostatniej dekadzie niepowodzenie go zabolało. Przyjął zaproszenie ojca na Boże Narodzenie i Nowy Rok między innymi po to, żeby uciec mediom – nie mówiąc już o tak zwanych przyjaciołach, którym najwyraźniej sprawiało przyjemność mówienie, że jego dotyk Midasa w kwestiach filmów zaczyna słabnąć. Liczył, że zanim wróci do Anglii, krytycy znajdą inny cel do mieszania z błotem w recenzjach. Przecież film nie był aż tak zły!

Właśnie kończył kieliszek syrah, kiedy szklane drzwi po lewej otwarły się i na wielki, ciągnący się łukiem wzdłuż całego mieszkania balkon wyszedł ojciec. Leo z zadowoleniem zauważył, że wziął ze sobą butelkę i kieliszek.

– No, tego się nie spodziewałem – stwierdził enigmatycznie Henry, siadając i nalewając sobie wina.

Taki już miał irytujący zwyczaj, że zaczynał rozmowę od podobnych wypowiedzi i niczego nie wyjaśniał, dopóki się go nie zapytało. Lubił wzbudzać ciekawość. Nazywał to budowaniem napięcia.

– Czego? – Leo odłożył opróżniony kieliszek na dzielący ich okrągły stolik. Ojciec mu nalał.

– Dzwoniła Violet. Wiesz, moja asystentka. W życiu byś nie zgadł: przyjdzie na przyjęcie sylwestrowe!

Leo rozumiał zaskoczenie ojca. Wiedział co nieco o tej asystentce. Choć wyjątkowo inteligentna, była też skrajnie nietowarzyska. Henry mówił, że nie jest brzydka, ale ubiera się fatalnie, bez wyczucia stylu i wiary we własną kobiecość. Szkoda, bo miała wiele do zaoferowania – o ile tylko wyszłaby ze swojej skorupy i zadbała o siebie. Nie miała nic przeciwko wspólnej kawie czy wspólnemu lunchowi z samym Henrym, niemniej nigdy nie towarzyszyła mu na spotkaniach z klientami ani przy innych okazjach, pomimo licznych i zróżnicowanych zaproszeń.

Henry zawsze świetnie czuł się w towarzystwie, uwielbiał wernisaże i wszelkiego rodzaju imprezy. W Londynie o jego przyjęciach sylwestrowych krążyły legendy – jedzenie i wino były najwyższego sortu, a listy gości wypełniały fascynujące osoby. Tutaj kontynuował tę tradycję.

 

Violet nie pojawiła się jednak na żadnym z tych sylwestrów, nawet kiedy Henry przeprowadził się do obecnego mieszkania, z widokiem na port i most, skąd goście mogli bez przeszkód podziwiać słynne fajerwerki o północy w Nowy Rok. Mogłaby przyjść chociaż po to, żeby je obejrzeć. Nic z tego.

Henry twierdził, że mieszkała u wdowy w podeszłym wieku i nigdy nie miała chłopaka – a w każdym razie nie, odkąd zaczęła pracować u niego na pełen etat. Co nie znaczyło, że nie miała go wcześniej. W końcu studiowała, a na uniwersytecie nawet najbrzydsze, najnudniejsze dziewczęta ktoś zawsze podrywał. Violet nie była brzydka ani nudna. Może przeżyte niegdyś przykre doświadczenie nastroiło ją przeciwko mężczyznom?

– Czy przypomniałeś, że to przebierana impreza? – spytał Leo. Henry zaznaczył w zaproszeniach, że goście mają się przebrać za postacie z filmów.

– Tak. Nie wydawała się zmartwiona.

– Tym bardziej dziwne.

Ludzie nieśmiali nie lubią się przebierać. Może Henry pomylił się w ocenie osobowości asystentki. Czyżby miała potajemne życie miłosne, na przykład z żonatym mężczyzną?

– Ciekawe, jaką postać wybierze ta twoja wcale nie taka wstydliwa Violet – zastanowił się Leo.

Henry wzruszył ramionami.

– Bóg jeden wie. Mam nadzieję, że coś bardziej oryginalnego niż ty.

– Daj spokój, naprawdę spodziewałeś się, że będę paradował całą noc w zielonych trykotach i kapeluszu z piórkiem?

– Byłby z ciebie fantastyczny Robin Hood, jesteś przecież taki wysportowany.

Leo trzymał niezłą formę, ale miał już czterdzieści lat, a nie dwadzieścia pięć. Czas na kostium bardziej odpowiedni dla dorosłego.

– Myślę, że postać, którą wybrałem, bardziej do mnie pasuje.

– Dlaczego? – spytał Henry, nalewając sobie następny kieliszek szampana. – Bo też jest kobieciarzem?

Leo nie przypuszczał, że ojciec powie coś takiego. Nigdy nie uważał się za kobieciarza. Mógł wyglądać na takiego w oczach ludzi nieznających go dobrze. Owszem, miał za sobą dwa małżeństwa i faktycznie rzadko zdarzało mu się pokazywać publicznie bez młodej, atrakcyjnej aktorki przy ramieniu. Media nie wiedziały, że z nimi nie sypiał. Już nie, w każdym razie. Nauczył się na błędach. Uprawiał teraz seks tylko z jedną kobietą, Mandy, rozwiedzioną pracoholiczką koło czterdziestki, prowadzącą w Londynie agencję castingową. Łączył ich tylko seks, a ona ceniła dyskrecję. Lubiła Lea, ale nie chciałaby pojawić się w plotkarskich działach londyńskich tabloidów jako nowa zdobycz Lea Wolfe’a. Miała dwóch ukochanych, nastoletnich synów w szkole z internatem i znienawidzonego byłego męża. Nie chciała wychodzić ponownie za mąż, zależało jej tylko na towarzystwie w łóżku od czasu do czasu. Spotykali się w jej domu w Kensington raz czy dwa razy w tygodniu, o ile Leo przebywał akurat w mieście.

– Nie jestem kobieciarzem – zaprzeczył, zdenerwowany, że ojciec w ogóle mógł tak pomyśleć.

– Oczywiście, że jesteś – upierał się Henry. – Masz to we krwi, jesteś zupełnie jak ja. Kochałem bardzo twoją matkę, ale czasem myślę, że dobrze się stało, że odeszła właśnie wtedy. Nie wytrwałbym w wierności. Uczyniłbym ją nieszczęśliwą, tak jak ty Grace – powiedział, popijając wino.

– Nie zdradzałem Grace – wycedził Leo przez zaciśnięte zęby. – I nie uczyniłem jej nieszczęśliwą. – W każdym razie nie była nieszczęśliwa do czasu, aż poprosiłem ją o rozwód, pomyślał. Do tego momentu Grace w ogóle nie zdawała sobie sprawy, że jej nie kochał. Nigdy – choć kiedy prosił o jej rękę, wydawało mu się inaczej. Miał jednak zaledwie dwadzieścia lat, a ona była z nim w ciąży. Pomylił pożądanie z miłością.

Pożądanie skończyło się po narodzinach Liama, kiedy Leo odnalazł prawdziwą miłość – do syna. Desperacko próbował ułożyć jakoś życie małżeńskie ze względu na dziecko. Udawał i udawał, niemal do szaleństwa. W końcu, tuż przed dziewiątą rocznicą ślubu, przyznał się do porażki i poprosił Grace o rozwód. Właśnie zainteresował się branżą filmową i zrozumiał, że chce zmienić w życiu więcej niż tylko zawód. Nigdy nie odpowiadała mu praca prawnika i nie mógł już znieść sypiania z kobietą, której nie kochał.

Miał szczęście, że Grace okazała się na tyle miła, by nie karać go za to, że jej nie kochał. Zgodziła się na wspólną opiekę nad Liamem i po dziś dzień byli dobrymi przyjaciółmi. W końcu wyszła za kogoś innego i wydawała się szczęśliwa. On jednak nie zapomniał bólu, z jakim patrzyła, kiedy powiedział, że przestał ją kochać. Nie przyznał się, że nie kochał jej nigdy, ale i tak była zdruzgotana. Poprzysiągł sobie wtedy, że nigdy więcej nikogo w taki sposób nie skrzywdzi. Dzięki Bogu, udało się, nawet przy drugim rozwodzie, kilka lat temu.

Henry odstawił kieliszek na stół, po czym popatrzył sceptycznie na syna.

– Doprawdy, Leo? W czym więc tkwił problem? Nigdy nie wyjaśniłeś do końca powodów pierwszego rozwodu. Założyłem po prostu, że była jakaś inna kobieta. Obracałeś się przecież wtedy w dość charakternym towarzystwie.

– Nie było żadnej innej. Po prostu przestałem kochać Grace.

– Rozumiem. Przepraszam, że źle cię oceniłem. Dlaczego nie wyprowadziłeś mnie z błędu wcześniej?

– Nie lubiłem o tym mówić, to wszystko. Chyba się wstydziłem.

– Nie ma nic wstydliwego w szczerości. Zatem nie byłeś niewierny; to dla mnie zaskoczenie. Podejrzewam, że twojego drugiego małżeństwa to nie dotyczy?

Leo nie potrafił powstrzymać się od śmiechu. Nieco gorzkiego.

– Niewierność z pewnością odegrała znaczną rolę przy tym rozwodzie. Tyle tylko, że nie moja.

Henry zmarszczył brwi.

– Mówisz, że Helene zdradzała ciebie?

Leo znów się roześmiał.

– To miłe, że w twoich ustach brzmi to jak coś niemożliwego.

Henry przyjrzał się uważnie synowi. Jak zawsze, zobaczył bardzo przystojnego, czarującego mężczyznę z wieloma sukcesami na koncie. Kobiety nigdy nie potrafiły mu się oprzeć, już od dziecka.

Ciotka Victoria go uwielbiała i kiedy dorastał, robiła wszystko, żeby nie zabrakło mu kobiecej miłości i uwagi. Wzięła odpowiedzialność za tę część wychowania, jakiej nie mógłby zapewnić żaden ojciec ani szkoła, ucząc go kochać rzeczy kochane przez kobiety, jak filmy czy muzyka.

Co roku w letnie wakacje zabierała go za granicę, pokazując cuda świata i rozmaite kultury. Nauczyła go także słuchać. Dlatego właśnie płeć piękna uważała go za tak bardzo pociągającego. Mężczyzna słuchający kobiet uwodził je jak nikt inny. Dobre geny oczywiście także pomagały – atrakcyjny wygląd był cechą rodzinną.

Henry nie mógł uwierzyć, że jakakolwiek kobieta zechciałaby szukać odmiany, mając w swoim życiu mężczyznę takiego jak Leo.

– Z kim więc sypiała ta niemądra dziewczyna? – spytał. – Zapewne z jednym z aktorów, z którymi grała pierwszoplanowe role?

– Najwyraźniej ze wszystkimi – przyznał Leo. – Później się o tym dowiedziałem. Złapałem ją tylko z jednym z nich. Twierdziła, że chodzi tylko o seks; że relaksowała się w ten sposób podczas zdjęć. Ja byłem innego zdania. Czy teraz moglibyśmy porozmawiać o czymś innym? Winie, na przykład?

– Smakuje ci?

– Dorównuje wszystkiemu, co można kupić w Europie.

– Nic nie może się równać z południowoaustralijskim syrah. Ani z sylwestrem w porcie Sydney.

– Oby tylko pogoda się utrzymała.

– Powinna. Mam nadzieję, że Violet nie zrezygnuje w ostatniej chwili.

– Myślisz, że to możliwe?

Henry zmarszczył brwi.

– Nie, nie wydaje mi się. Co samo w sobie mnie dziwi. Brzmiała przez telefon inaczej niż zwykle. Pewniej. Myślę, że się pojawi. Byle nie przyszła przebrana za kogoś nudnego, jak Jane Eyre. Albo zakonnica.

– Większość filmów z zakonnicami, jakie widziałem, nie jest nudna.

– Racja. Violet najprawdopodobniej przyjdzie jako zakonnica z tego starego filmu wojennego o wyspie na Pacyfiku. Jak on się nazywał?