Oto jest Kasia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mira Jaworczakowa
Oto jest Kasia


Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Oto jest Kasia

Spis treści

Okładka Karta tytułowa *** *** Skarżypyta „Nowa” Jaka z niej panna Coś dziwnego Wielkie rzeczy – porządki Piszczący tłumoczek Dlaczego, Kasiu, dlaczego? Kasia nie może dostać złego stopnia Dziadzio Hilary zapomniał „...Dostałam dwóję!” Żeby nie Agnieszka była najważniejsza Złote rybki Film o niesfornej kaczuszce Kłamczuch Błękitna królewna Brat pomoże Przecież nie chciała Przyjemny dzień Co to właściwie znaczy? Agnieszka popamięta Gdyby dziś – byłoby inaczej Niech tylko wyzdrowieje Książki Antolki i książki Kasi Pierwszy uśmiech Mama wie zawsze Nie musi się być kapitanem *** Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Nasza oferta lektur i książek edukacyjnych

www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Proszę, oto jest KASIA.

Buzia rumiana, okrągła, trochę nadąsana. Oczy ciemne, ani ładne, ani brzydkie – takie sobie zwyczajne, szarobure; nos odrobinę zadarty, włosy proste, porządnie przyczesane. Do tego jeszcze spódniczka w kratkę i sweterek granatowy, własnoręcznie przez mamę zrobiony na drutach.

– Dzień dobry, Kasiu!

Kasia stoi, przygląda się, przygląda – jakoś nie chce uśmiechnąć się na przywitanie.

Więc jeszcze raz:

– Dzień dobry, Kasiu!

Wzruszyła ramionami, wydęła leciutko wargi.

– Ależ, Kasiu, patrz: Przecież to są twoi koledzy i twoje koleżanki z tej samej co i ty klasy ze wszystkich szkół. Oni chcą poznać ciebie, chcą wiedzieć, jaka jesteś.

– Wielkie rzeczy, nie potrzebuję wcale!

Odwróciła się. Poszła.

Więc nie bardzo dobrze zaczyna się ta nowa znajomość. Ale trudno! Zobaczymy, co będzie dalej...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Skarżypyta

– Jurek, bo ja się nudzę!

– Co? – Jurek podniósł nieprzytomne oczy znad książki.

– Nudzę się! Jurek, ja chcę, żebyś się ze mną bawił.

– Baw się sama – starszy brat wzruszył ramionami, bardzo niezadowolony, że Kasia przeszkadza mu czytać. Książka była niezmiernie ciekawa: o lotniku, i to jak odważnym!

– Gdyby tatuś był w domu, toby się ze mną bawił – powiedziała stanowczo Kasia.

– Ale tatuś jest z mamą w kinie – przypomniał Jurek i znów wsadził nos w książkę.

– Gdyby rodzice byli...

– Odczep się! Nie widzisz, że czytam?

– Kiedy ja nie chcę, żebyś czytał. Chcę, żebyś się ze mną bawił.

Kasia nie miała zamiaru ustąpić bratu. Jakże Jurek może czytać, kiedy ona się nudzi? Jurek jest niedobry, jest zupełnie paskudny...

Kasia bardzo nie lubi zostawać z nim sama w domu. Że też rodzice nad tym się nie zastanowią, tylko idą sobie, jakby nigdy nic, do kina. A może już wracają?

Podbiegła do otwartego okna, wyjrzała na ulicę.

Działo się tam wiele ciekawych spraw. Jechał wóz i turkotał po bruku. Jechał zielony samochód, zatrąbił – wóz zjechał na bok, a samochód pomknął dalej. Ile ludzi idzie ulicą...

A to co znowu? Piosenka?

Śpiewała ją maszerująca ulicą niewielka grupa harcerzy. Na samym przodzie – Kasia aż dech wstrzymała na chwilę – na przodzie szedł mały, chudy chłopiec z żółtym bębenkiem, na którym wybijał takt pałeczkami: ra-ta-ta-tam, ra-ta-ta-tam...

Wszyscy ludzie na ulicy patrzyli tylko na niego, zatrzymywali się nawet – tak poważnie i dumnie kroczył.

Oczy Kasi zapaliły się wielkim zachwytem. O, gdyby tak ona mogła maszerować z bębenkiem, najważniejsza z całego oddziału, najważniejsza na całej ulicy! Westchnęła głęboko i powoli odeszła od okna do swoich zabawek. Popatrzyła na nie, pokiwała głową; wszystkie, nawet śliczna Małgosia, która umiała mówić „mama” i zamykała oczy – przestały się jej podobać. Małgosia leżała porzucona na podłodze i gdy Kasia trąciła ją końcem bucika, powiedziała smutno:

– Ma–ma!

„Wielkie rzeczy: mama” – skrzywiła się Kasia. Wcale dziś nie chciała być Małgosiną mamą. To nie jest przecież coś, czym można zadziwić całą ulicę, coś takiego jak żółty bębenek.

I Kasia z wielkiego zmartwienia, że nie ma żółtego bębenka, znów przypomniała sobie o Jurku.

– Jurek, słuchaj! Słuchaj, Jurek! Ja ci coś powiem.

– Dobrze, dobrze – brat machnął ręką zupełnie tak, jakby się opędzał od bardzo dokuczliwej muchy – tylko nie przeszkadzaj!

Bo właśnie lotnikowi, temu z książki, zepsuł się silnik. Jeszcze chwila i samolot runie w dół...

Ach, Boże drogi! Jurkowi serce tłukło się w piersi, w gardle zaschło z przerażenia.

„Uratuje się czy nie? Żeby się uratował, żeby mu się tylko nic nie stało!”

Cały świat przestał istnieć dla chłopca, a wraz ze światem zniknęły dwa pokoje z kuchnią i łazienką na pierwszym piętrze w domu przy ulicy Wesołej numer jedenaście. I Jurek ze swoim lotnikiem leciał teraz nad nieprzebytą afrykańską dżunglą i razem z nim przygotowywał się do skoku!

A co będzie, jeżeli spadochron się nie otworzy? Nawet pomyśleć straszno...

– Rodzice kazali, żebyś się mną zajmował! – wrzasnęła mu w samo ucho rozzłoszczona Kasia. – Ja wszystko powiem mamie i tatusiowi, jaki ty jesteś, ja im powiem, żeby cię zbili!

Tego już było za dużo. Jurek z całej siły trzasnął książką w stół.

– Zabieraj się, smarkata, bo ci takie lanie sprawię, że popamiętasz!

– Uaaaaa! – rozwrzeszczała się Kasia.

Zasłoniła twarz rękami, żeby brat myślał, że płacze, ale zerkała na niego przez rozstawione palce.

– No, czego beczysz? – spytał Jurek bezradnie. – Przecież ci nic złego nie zrobiłem.

– A właśnie, że zrobiłeś. Wszystko powiem, wszystko powiem.

– Skarżypyta! – Jurek szarpnął się niecierpliwie, a że w odpowiedzi Kasia pokazała mu język, brat z kolei trzepnął ją lekko w rękę.

Teraz rozpłakała się już na dobre, z chlipaniem, ze łzami – nie dlatego, żeby ją ręka zabolała, tylko z ogromnej złości.

– Nie cierpię ciebie! – zatupała nogami.

I nagle... zamek w drzwiach zgrzytnął: wrócili rodzice. Jurek nie wyszedł do przedpokoju, Kasia natomiast wypadła z wielkim hałasem. Na całe mieszkanie rozległ się jej płaczliwy głos:

– Jurek mnie bił i krzyczał na mnie!

 

Ojciec zaczął zaraz uspokajać:

– Popatrz, cośmy ci przynieśli, córeczko. Patrz, przecież lubisz czekoladę.

Głos ojca był miękki, czuły.

Mama tymczasem weszła do pokoju, stanęła przy Jurku.

– Jak mogłeś, synku...

Chłopiec zerwał się z krzesła, podniósł obie ręce do góry, chcąc coś zawołać.

Mama ociężałym ruchem osunęła się na krzesło; była bardzo blada, pod oczami miała ciemne cienie i taka była zmartwiona...

Jurek wolno opuścił ręce w dół.

– Ja... ja już nie będę tak, mamusiu. Nie będę – powiedział cicho przez zaciśnięte zęby.

„Nowa”

Tak ni stąd, ni zowąd w ciągu roku przybyła do klasy nowa uczennica. Ewce, która siedziała w jednej ławce z Kasią, bardzo się ta nowa od razu spodobała.

– Patrzcie, dziewczynki, jaka ona ładna i jaką ma kokardę!

– Wielkie rzeczy: kokarda – ostro powiedziała Kasia. – Ja też mam w domu kokardę, nawet dwie.

Ewka zamilkła i niepewnie spojrzała na Kasię. Kasia jest bardzo dobrą uczennicą, więc pewnie ma rację, że kokarda to żadne „wielkie rzeczy”. Chociaż ta nowa podobała się Ewce nie tylko z powodu kokardy; była taka ładna, rezolutnie patrzyła spod długich rzęs na wszystkie dzieci.

– Ma brzydką sukienkę – zauważyła Kasia. – I pocerowaną.

Ewka potrząsnęła głową i odrzuciła na plecy dwa jasne warkoczyki spięte klamerkami w kształcie czerwonych biedronek. Westchnęła, bo miała wielką ochotę zaprzyjaźnić się z tą dziewczynką, ale jakoś nie śmiała powiedzieć o tym Kasi.

Tymczasem dzieci obskoczyły nową koleżankę; pytały jedno przez drugie:

– Jak się nazywasz?

– A gdzie mieszkasz?

– Kim jest twój tatuś? A mamusia?

– Będziesz się z nami bawić na pauzie?

Kasia była bardzo ciekawa, co dziewczynka odpowiada, ale nie podeszła do niej, tylko trzymała się z daleka. Ewka natomiast podbiegła do tamtej. Nie wytrzymała i podbiegła, chociaż jeszcze przedwczoraj zaklinała się, że będzie przyjaciółką Kasi – taką od serca i na całe życie... Na znak przyjaźni wymieniły wtedy między sobą zakładki do książek, uplecione z kolorowych wąskich wstążeczek na lekcji robót.

No i proszę, a teraz co ta Ewka wyrabia? Nawet nie spojrzy na Kasię, tylko gada i gada z tą nową. Inne dzieci tak samo.

Wreszcie Ewka wróciła na miejsce, zaróżowiona, podniecona.

– Wiesz co? Umówiłam się, że na pauzie będziemy razem skakać przez skakankę, po kolei. Ona będzie z nami...

– Pewnie wcale nie potrafi! – burknęła Kasia.

– Ależ umnie, powiedziała, że umie skakać – zapewniła Ewka gorąco. – A wiesz, kim jest jej tatuś? – Ewka aż zachłysnęła się z zachwytu. – Nigdy, nigdy byś nie zgadła!

– No? – niespokojnie zapytała Kasia.

– Strażakiem – powiedziała powoli Ewka, śledząc z uwagą, jakie też ta wiadomość zrobi na Kasi wrażenie. – Jest strażakiem i ma błyszczący hełm, i po drabinie umie się wspinać, takiej rozkładanej. Jak się dom zapali, to ojciec Antolki...

– Co? – przerwała Kasia. – Jakiej Antolki?

– No, tej nowej; ona się nazywa Antolka. Jej tatuś ratuje ludzi!

– Wielkie rze... – zaczęła Kasia, ale w porę ugryzła się w język. Popatrzyła tylko z zazdrością na Antolkę.

Antolka siedziała koło Wisi i tak śmiesznie jakoś, niezgrabnie wstała, gdy pani weszła na lekcję do klasy, że zrzuciła swój zeszyt na podłogę. Kasia parsknęła śmiechem. Antolka obejrzała się na nią, zagryzła wargi i poczerwieniała. Potem podniosła zeszyt i położyła go na ławce.

W czasie lekcji okazało się, że wcale nie była z niej taka znowu dobra uczennica; przy odpowiedzi zacinała się, myliła...

Kasi wyraźnie poprawił się humor.

– Masz, jaka jest ta twoja Antolka – szepnęła do Ewki. – Przecież myśmy to przerabiali bardzo dawno, a ona nie umie...

– Dopiero w zeszły piątek przerabialiśmy – usiłowała wytłumaczyć nową koleżankę Ewka. – Ona jeszcze nas dogoni.

Na pauzie Kasia zaraz upomniała nową:

– Musisz się dobrze uczyć, bo inaczej wstyd przyniesiesz naszej klasie. My tu nie chcemy mieć dwójarzy.

Powiedziała to z wielką powagą i zmarszczyła brwi.

Antolka speszyła się trochę, ale nic nie odpowiedziała.

– Magdziu, Kasiu! – zawołała Ewka. – Chodźcie, będziemy skakać na podwórku.

Więc pobiegły wszystkie cztery w stronę rozłożystych krzewów jaśminu, rosnących w samym rogu szkolnego podwórka.

Kasia, biegnąc, posłyszała, jak Jędrek, najwyższy chłopiec w klasie, który nic sobie z niczego nie robił, mówił do Kazia:

– Ty, Kazek, wiesz? Niech tylko dorosnę, też będę strażakiem!

A Kazio, który w piłkę grał jak ostatnia gapa, westchnął i szepnął rozmarzony:

– Ech, strażak! To ci dopiero!

Antolka tymczasem rozglądała się z zaciekawieniem dokoła, bo nie znała jeszcze przecież szkolnego podwórka.

– Ładnie tu – powiedziała. – A w tych jaśminach na pewno mieszkają wróżki.

Dziewczynki spojrzały na nią ze zdziwieniem.

– Jakie wróżki?

– Jaśminowe – wyjaśniła Antolka. – Sukieneczki mają białe i przezroczyste skrzydełka.

– Nieprawda! – przerwała Kasia. – Nikt tu takich wróżek nie widział.

– I w ogóle wróżek wcale nie ma na świecie – dodała poważnie Ewka.

Przez chwilę wydawało się jej, że naprawdę wśród gałęzi mignęło coś białego, ale skoro Kasia powiedziała, że o wróżkach to nieprawda...

Antolka zerknęła smutnie spod rzęs na nowe koleżanki – chciała im przecież coś ładnego opowiedzieć!

– Wy nie wiecie... – zaczęła jeszcze, ale Magdzia jej przerwała:

– Właśnie, że wiemy. A Kasia wie na pewno, bo ona jest bardzo dobrą uczennicą.

Kasia kiwnęła głową.

– A widzisz?

Więc już koniec z wróżkami o przezroczystych skrzydełkach...

– Daj, Magdziu, skakankę.

– Każda będzie skakać po dwadzieścia razy, dobrze? – zaproponowała Magdzia, patrząc w stronę Kasi. – Tak będzie sprawiedliwie.

– Dobrze – zgodziły się Ewka i Antolka. – Która pierwsza skacze?

– Ona jest nowa – zaczęła Magdzia, wskazując na Antolkę – może ona...

Ale Kasia wyrwała jej z rąk skakankę.

– Ja będę pierwsza – zdecydowała szybko i niebieski sznurek już migał w powietrzu.

– Raz, dwa, trzy... – zaczęła liczyć Ewka.

Kasia aż rumieńców dostała od tego skakania, a skakała lekko, ładnie, równo. Zerkała tylko co chwila, czy Antolka to widzi.

– Ewka, patrz, jak ja skaczę. Magdziu, patrz! – wołała, z trudem łapiąc oddech.

– ...osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia – odliczała Ewka. – Kasiu, już, już! Teraz Antolka.

Kasia roześmiała się i skakała dalej.

– ...dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery... – liczyła dalej Ewka. – Przecież umówiłyśmy się, że...

– Nie wolno skakać więcej niż dwadzieścia razy – stanowczo powiedziała Antolka. – Oddaj skakankę!

– „Nie wolno, nie wolno” – przedrzeźniała ją Kasia, dalej skacząc. – Już ty wiesz, co wolno, a czego nie wolno! Mnie właśnie wolno.

Ewka i Magdzia, jak zwykle, zgodziły się z Kasią.

– Odbierzcie jej skakankę! – zawołała głośno Antolka.

– Jeszcze czego?! – roześmiała się Kasia. Była najzupełniej pewna, że ani Ewka, ani Magdzia skakanki nie odbiorą. Lubiła je właśnie za to, że słuchały jej we wszystkim i zawsze chwaliły...

Nagle stało się coś dziwnego: „nowa” podbiegła do Kasi i nie prosząc, nie pytając – wyrwała jej z rąk skakankę.

Kasia stanęła zupełnie osłupiała. Ani przez chwilę nie pomyślała, że może zdarzyć się coś podobnego. Nie wiedziała w pierwszej chwili, co ma teraz zrobić, co powiedzieć. Dopiero po pewnym czasie znalazła wyjście. Po prostu wzruszyła ramionami i jakby od niechcenia bąknęła:

– Wielkie rzeczy! Mnie się już i tak nie chce skakać.

Ewka i Magdzia spojrzały ze zgrozą na Antolkę. Ze zgrozą, ale i z podziwem.

– Skacz! – Antolka podała skakankę Magdzi, która nieśmiało spojrzała na Kasię i już–już miała zacząć skakać, jednak się wstrzymała.

– Nie, teraz ty! – oddała Antolce skakankę.

Kasia lekko zmarszczyła brwi; nie podobała się jej ta uprzejmość Magdzi.

Do klasy na lekcję wróciła pochmurna. Siadła w swojej ławce i starannie, staranniej niż zwykle, rozłożyła potrzebne książki i zeszyty. Gdy pani weszła, Kasia podniosła się zgrabnie i cicho.

– Kasiu, Kasiu – dobiegł ją w tej samej chwili rozpaczliwy szept Magdzi. – Nie masz zapasowego pióra? Moje gdzieś się zapodziało...

– Cicho! – ofuknęła ją Kasia. – Nie wiesz, że na lekcji się nie rozmawia?

Niech sobie Magdzia pożycza pióro od Antolki...

Jaka z niej panna

W domu Kasia zastała dziadzia Hilarego i ciocię Klocię. Ciocia naprawdę nazywała się Krysia, ale tatuś mówił na nią „ciocia Klocia” i bardzo się to wszystkim podobało. Kasia zaśmiewała się z tego tatusiowego żartu, więc już tak zostało, a ciocia Krysia nazywała się „ciocia Klocia”.

– Moje dziecko kochane! – zawołał dziadzio. – Jak tam w szkole, panie dziejku? Same piątki?

– Wiadomo – potwierdziła ciocia. – Przecież doskonała uczennica! Wszyscy z niej jesteśmy dumni.

– A jaka z niej ładna panna rośnie! – zachwycał się dziadzio.

Kasia przygładziła sobie spódniczkę, potem pieszczotliwie przytuliła się do dziadzia.

– Śliczna panna, panie dziejku! No, no, no – powtarzał staruszek.

– Udała się nam córka – kiwnął głową tatuś. Miał promienną minę. – W szkole są z niej nadzwyczaj zadowoleni, że tak na lekcjach uważa, że taka pilna, że...

– Zygmunt – wtrąciła mama. – Nie wychwalaj tak dziecka. Nie trzeba.

Kasia aż zarumieniła się z radości; skakała koło cioci, robiła różne przyjemne minki, przechylała głowę, mrużyła oczy, uśmiechała się, jakby chciała pokazać jeszcze:

„O, widzicie, jaka jestem? Patrzcie na mnie i nie rozmawiajcie o jakichś tam waszych sprawach, bo te sprawy są przecież o wiele mniej ważne niż ja!”.

– Wiecie – mówiła ciocia Klocia do rodziców – mam w przyszłym tygodniu wyjazd służbowy do Poznania. Tak się z tego cieszę, bo nigdy w Poznaniu nie byłam. Tam podobno jest śliczny ratusz...

– Ale! Nie tylko ratusz! – objaśnił tatuś. – A katedra...

– Ciociu, ciociu Klociu! – pisnęła cienko Kasia, tarmosząc ciotkę za rękaw. – A ja umiem nowy wierszyk!

– Naprawdę? – zapytała ciocia. – Więc z tym Poznaniem...

– Dziadziu, powiedzieć ci wierszyk? – zwróciła się Kasia bardzo głośno do dziadka.

– Powiedz, dziecinko, powiedz, panie dziejku! Czekajcie, teraz Kasia będzie mówiła wierszyk.

– No, powiedz, powiedz – pogłaskał ją po głowie tatuś. – Ten o motylkach, dobrze?

– Nie, ja nie chcę o motylkach! Powiem ten o szkole.

Stanęła na środku pokoju, dygnęła ładnie i zaczęła:

A w ogródku, pod szkolnymi oknami,

Rośnie trawka jak zielony aksamit...

Wszyscy słuchali w milczeniu.

– No, naprawdę! – sapnął dziadzio. – Słowo daję, jak na scenie deklamuje! Artystka, panie dziejku, z niej będzie, prawdziwa artystka!

Patrzcie, jaki u nas porządek.

Kasia wyciągnęła rękę i pokazała dokoła.

Jak prześlicznie nasza szkoła wygląda...

– Brawo, brawo! – zawołali wszyscy, gdy skończyła.

Kasia nagle się roześmiała.

– A jedna dziewczynka u nas w klasie, Wisia Kiczorek, to tak mówi. – I przedrzeźniając Wisię, zaczęła:

Patscie, jaki u nas poządek,

Jak pseślicnie nasa skoła wygląda...

– Cha, cha, cha! – wybuchnął śmiechem dziadzio. – Ale podpatrzyła, panie dziejku! Słowo daję, panie dziejku, że podpatrzyła. A cóż to za Wisia, co nie umie mówić?

– Och! – Kasia machnęła ręką niedbale. – Taka głupia jest ta Wisia – roześmiała się, zadowolona, że tak dobrze udało się jej określić sepleniącą koleżankę.

Szkoda, że goście nie zostali dłużej. Tak było z nimi przyjemnie! Kasia aż westchnęła, kiedy poszli. Chciałaby, żeby jeszcze ktoś się nią zachwycał, żeby chwalił... a tu mama zawołała:

– Zygmunt, dzieciaki! Chodźcie na kolację!

I podała jajecznicę.

Zrobiło się zupełnie codziennie, zwyczajnie.

– Jedz, Kasiu, prędko, bo czas spać.

– Kiedy ja nie chcę jajecznicy! Przecież ja jajecznicy nie lubię.

 

– Ja wiem, dziecinko, ale późno jest... – usiłowała wytłumaczyć mama.

– Nie będę jadła jajecznicy.

Jurek, który dopiero teraz wrócił z zebrania kółka mechanicznego i chciał opowiedzieć coś ojcu, skrzywił się zniecierpliwiony.

– Oj, przestań z tymi grymasami.

– Nie będę jadła jajecznicy! – powtórzyła Kasia i, odsunąwszy się trochę, zaczęła bujać się na krześle.

– Czekaj, czekaj, krzesło się przewróci i nabijesz sobie guza – zaśmiał się brat.

– Dajże spokój, Jurek! – zgromił chłopca ojciec. – Siądź spokojnie, córeczko, grzecznie. No co, naprawdę nie chcesz jajecznicy? Marysiu, może dasz jej jednak coś innego...

– Powinna jeść to, co wszyscy – łagodnie powiedziała mama.

Kasia patrzyła po kolei to na ojca, to na matkę.

– Jeszcze jest mała... – zaczął ojciec.

– Ach, Zygmunt!

Teraz Kasia patrzyła już tylko na tatusia, i to patrzyła błagalnie, tak właśnie, jak gdyby mama chciała ją, biedną, małą dziewczynkę, okropnie skrzywdzić, a jeden tylko tatuś mógł wyratować. Tatuś zauważył ten wzrok i zrobił niezdecydowaną minę. Kasia zsunęła się prędko z krzesła i podbiegła do ojca.

– Mój tatuś, mój kochany! – objęła go za szyję.

– Marysiu... – jęknął tatuś w stronę mamy.

– Kasiu, proszę usiąść przy stole i jeść to, co wszyscy – powiedziała mama.

Ciapana widelcem przez pół godziny jajecznica dawno wystygła na talerzu, chociaż i mama, i tatuś prosili:

– Kasiu, Kasiuniu, jedz prędzej!

Ale Kasia postanowiła, że skoro zmuszają ją do jedzenia, będzie właśnie jadła bardzo powoli, najwolniej, jak tylko umie.

Zresztą, gdy jajecznica już ostygła, i tak trudno ją było jeść prędzej, bo zrobiła się naprawdę niesmaczna i każdy kęs, zimny i wstrętny, niemal stawał w gardle. Kasia była w końcu bliska płaczu. Nie odzywała się wcale i nie patrzyła na ojca, obrażona, że jednak nie wziął jej bardziej zdecydowanie w obronę przed mamą.

Raz tylko podniosła na niego oczy i spytała niespodziewanie:

– Tatusiu, a ty... czym ty jesteś?

– Ja? – zdziwił się ojciec. – Jak to czym? Pracuję w wydawnictwie.

– Och! – skrzywiła się Kasia. – A czy mógłbyś być strażakiem, takim, co to po drabinie...

– Dlaczego? – Otworzyła mama szeroko swoje śliczne niebieskie oczy. – Kasieńko, co też tobie przychodzi do głowy?

– Ale mógłbyś być czy nie? – upierała się przy swoim Kasia.

– Nie, nie mógłbym. Mam inny zawód!... – tatuś przerwał i patrzył zdumiony na córkę, bo Kasia zamachała nagle rękami i wykrzyknęła z ogromną pretensją:

– No właśnie! To ty taki jesteś! No, widzisz.

A później tatuś też nie mógł zrozumieć, dlaczego Kasia odwróciła się niechętnie, gdy chciał ją pocałować na dobranoc. I nie domyślił się, że to za tę jajecznicę i za to, że nie wspina się w błyszczącym hełmie po rozsuwanej drabinie...