Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwijaćTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem
Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem
Audiobook
Czyta Albert Osik
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© by Mikołaj Marcela

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1525-7

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1: Po co w ogóle się uczymy?

Rozdział 2: Jak uczy się nasz mózg?

Rozdział 3: Jak tworzyć warunki do uczenia się?

Rozdział 4: Co miłość bezwarunkowa ma wspólnego z edukacją?

Rozdział 5: Od czego zależy motywacja wewnętrzna?

Rozdział 6: Jak przejść od kultury nauczania do kultury uczenia się?

Rozdział 7: Jak rozwijać potencjał?

Rozdział 8: Jak uczyć się szczęścia?

Rozdział 9: Jakiej edukacji wymaga od nas przyszłość?

Rozdział 10: Dlaczego i jak rodzice mogą zmieniać edukację?

Zakończenie

Bibliografia

Wstęp

Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem? Co zrobić, gdy zamiast się uczyć, ono „traci czas na głupoty”? Pozwól mu być sobą: niech odkrywa swoje talenty i mocne strony, korzysta z naturalnego potencjału i osiąga cele, które mają dla niego znaczenie. W tej książce znajdziecie wskazówki, jak zmienić edukację swoich dzieci na lepsze. To nie tak, jak nauczono nas myśleć, że dzieci są leniwymi istotami, które dopiero muszą pojąć, na czym polega nauka. To nie tak, że trzeba je motywować karami i nagrodami, żeby „wyszły na ludzi”. Wręcz przeciwnie: jeśli chcecie, by wyszły na ludzi, wy i one musicie mentalnie wyjść z dotychczasowej szkoły. Chętnie wam w tym pomogę. To ważne, bo wasze dzieci odczuwają smutek i bezradność – tym większe, im dłużej tkwią w systemie edukacji. Z tej książki dowiecie się, dlaczego szkoła, która powinna dodawać im skrzydeł i uczyć tego, jak czerpać przyjemność z poznawania świata, często je krzywdzi – fizycznie, psychicznie i emocjonalnie. To dlatego czasami tak trudno im się uczyć, a wam tak trudno z nimi wytrzymać. Jednak chcę wam uświadomić, że to, czy edukacja skrzywdzi wasze dzieci, w największym stopniu zależy od was, rodziców. To wasze wybory i działania każdego dnia wpływają na proces ich kształcenia. To od was zależy, czy będą się rozwijać i czy będą szczęśliwe.

No właśnie, gdyby poprosić was o podanie zwięzłej odpowiedzi na pytanie, czego najbardziej chcielibyście dla swoich dzieci, najprawdopodobniej odparlibyście: szczęścia. Ale szczęście można definiować na różne sposoby. Szczególnie dzisiaj, kiedy wielu młodych ludzi i ich rodziców utożsamia je z powodzeniem, sławą, byciem bogatym albo ze stabilną, dobrze płatną pracą. Historie ludzi sukcesu pokazują, że wszystko to można osiągnąć, ale jest jeden warunek: trzeba być sobą, a to wymaga rozwinięcia skrzydeł i wykorzystania swojego naturalnego potencjału. Dopiero to daje nam szczęście. Niestety często wydaje się ono daleko poza naszym zasięgiem. Szczęścia – a także zdrowia i pomyślności – życzymy sobie z okazji urodzin czy świąt, zaś rosnąca liczba praktyk terapeutycznych dla dzieci i dorosłych oraz coraz większa popularność coachów, którzy pomagają swoim klientom w odkrywaniu drogi do życiowego celu, pokazuje, że obecnie jest to stan tyleż pożądany, co dostępny coraz mniejszej liczbie osób.

Czy to nie paradoks, że myślenia o szczęściu i pomyślności – które rozumieć możemy jako dobrostan – praktycznie nie ma w edukacji? Szkoła uczy bardzo wielu nieprzydatnych rzeczy, arbitralnie przekazuje gigantyczną ilość przestarzałych informacji, poświęca czas na weryfikację, czy uczniowie przyswoili tę wiedzę, oraz na przygotowania do stresujących egzaminów. Robi tak wiele, że umyka jej, by dodać waszym dzieciom skrzydeł i nauczyć je, jak być szczęśliwymi i spełnionymi ludźmi. Nie wszędzie, ale w zdecydowanej większości przypadków. Tylko czy dążenia do szczęścia oraz osiągania tego stanu da się w ogóle nauczyć?

Tak! I jednym z miejsc, w których tę umiejętność powinno się u dzieci rozwijać, jest szkoła. Pasi Sahlberg, autor najważniejszej książki poświęconej temu, czego świat może się nauczyć dzięki obserwowaniu zmian systemu szkolnictwa w Finlandii, pisze o konieczności wyznaczenia nowych dróg myślenia o edukacji. Jakich?

• Powinniśmy zacząć mówić o celu edukacji nie w kategoriach przekazywania wiedzy, doskonalenia umiejętności i zdobywania kompetencji, lecz rozwijania talentów i pasji.

• Do tak rozumianej szkoły wasze dzieci nie chodziłyby już po to, by zdobyć określone wykształcenie, ale by być sobą – pracować nad swoim potencjałem, odkrywać swoje mocne strony, dbać o swój dobrostan i uczyć się tego, co ma dla nich sens.

• Efektem takiej edukacji jest nie tylko kompetencja waszych dzieci i zamiłowanie do nauki, ale również poczucie szczęścia i spełnienia.

Może brzmi to jak bajka, ale to już się dzieje, i to w wielu miejscach na całym świecie! Jednak najważniejszym miejscem, które może dodać dzieciom skrzydeł i nauczyć je, jak być szczęśliwymi, jest oczywiście dom. Przewodnikami w realizacji tego zadania przez wiele lat pozostajecie wy. No właśnie, jak to jest z wami – rodzicami? Przywiązujecie na co dzień wagę do tego, czy wasze dziecko jest szczęśliwym i spełnionym człowiekiem? Czy ma to dla was znaczenie? Pewnie większość z was natychmiast odpowie: oczywiście, że tak! Mogę się mylić, ale obawiam się, że tego typu odpowiedź – znów w zdecydowanej większości przypadków – okaże się zbyt pochopna. A przynajmniej tak uznacie po lekturze tej książki. Czy wiecie, że badania przeprowadzone przez HBSC i WHO w 40 państwach wykazały, że polskie nastolatki są w czołówce tych, które mają niską samoocenę, źle postrzegają swój wygląd i zdrowie oraz relacje z rodzicami? To w dużej mierze wina ich edukacji. Na szczęście może też ona czynić je szczęśliwymi, sprawiać, że same będą chciały się uczyć i rozwijać swój potencjał oraz pogłębiać relację z wami – rodzicami. Jaka to edukacja? Tego dowiecie się z tej książki.

Zacznijmy jednak od kilku pytań. Czy jesteście szczęśliwymi ludźmi? Czy wasi rodzice nie podcięli wam skrzydeł w młodości? Czy czujecie, że wykorzystujecie drzemiący w was potencjał i nadal się rozwijacie? Czy wasza obecna praca to zarazem wasza pasja – coś, bez czego nie moglibyście żyć, ale nie pod względem finansowym, lecz psychicznym i duchowym? Czy jesteście sobą, czy też w głębi duszy chcielibyście jednak być kimś zupełnie innym?

Ja sam jestem szczęśliwym człowiekiem, który każdego dnia może korzystać ze swojego potencjału i spełniać się w pracy naukowej, dydaktycznej i twórczej właśnie dzięki swojej edukacji. Zawdzięczam to swoim wspaniałym nauczycielom, którzy nie tylko towarzyszyli mi na drodze mojego rozwoju, ale również dawali mi autonomię w działaniach i wspierali mnie, gdy tego potrzebowałem. Swoim przełożonym, którzy pozwalali mi się rozwijać i wcielać w życie szalone pomysły. Zawdzięczam to liberalnemu podejściu do edukacji, otwartości i bezwarunkowej miłości swoich rodziców. Wszyscy oni przez lata dopingowali mnie, zachęcając do działania i korzystania ze swojego potencjału. Dzięki nim nauczyłem się podążać za marzeniami, znalazłem motywację wewnętrzną, która do dziś napędza mnie w moich działaniach, zrozumiałem, że nie ma nic wspanialszego niż uczenie się. W szkołach podstawowej i średniej, a potem na uniwersytecie, nie brakowało mi zapału do nauki i uczyłem się bez żadnych zewnętrznych nacisków. Również teraz, każdego dnia, uczę się nowych rzeczy i rozwijam swoje talenty, chociaż nikt mi tego robić nie każe. Tak samo będzie z waszymi dziećmi. Wystarczy nie podcinać im skrzydeł i wierzyć w ich mądrość i samodzielność, a także wspierać ich pomysły na to, czego i jak chcą się uczyć. Uczenie się nie jest czymś, co dopiero muszą sobie przyswoić – one wiedzą, jak to robić, wystarczy im nie przeszkadzać.

Zapytacie pewnie, dlaczego w takim razie tego nie robią. Problem w tym, że edukacja – zarówno ta w szkole, jak i po szkole, gdy wasze dzieci odrabiają zadania domowe i przygo­towują się do sprawdzianów – nie spełnia już swojej funkcji. Nie spełnia jej dlatego, że zmieniła się nasza rzeczywistość. To trochę jak ze świętami. Zapewne wielu z was poczułoby wewnętrzny opór na myśl o szykowaniu tradycyjnej wieczerzy bożonarodzeniowej złożonej z dwunastu potraw. Coraz więcej jest domów, w których zamawia się gotowe dania, byle podtrzymać tradycję. Tylko czy to ma sens? Kiedyś szykowanie się do świąt było wpisane w rytm pór roku i realia życia – wykorzystywano to, co zebrano jesienią, tak właśnie przygotowywano się na zimę, była to także sposobność do spotkania całej rodziny i wspólnego przyrządzania potraw, a przy okazji nadrobienia zaległości w kontaktach. Dziś – gdy mamy hipermarkety oferujące niemal każdy produkt przez okrągły rok, i żyjemy w świecie, w którym właściwie nie doświadczamy prawdziwej zimy i w którym nieustannie pozostajemy w kontakcie ze wszystkimi – święta nie spełniają już wielu swoich ważnych funkcji z przeszłości i nie sprawiają takiej radości jak dawniej. W dodatku przygotowania świąteczne generują masę śmieci, a z roku na rok słyszymy o rosnącej liczbie starszych osób trafiających w tym okresie do domów opieki. To samo dotyczy tradycji Tłustego Czwartku, który kiedyś – gdy wciąż jeszcze przywiązywano wagę do znaczenia Wielkiego Postu – odgrywał ważną rolę. Teraz, gdy prowadzimy o wiele mniej aktywny tryb życia, rzadko kiedy pościmy, a pączki wszelkiego rodzaju są dostępne na każdym kroku, tłusty czwartek robi nam więcej złego niż dobrego.

 

I podobnie można powiedzieć o edukacji. Kiedy nie mieliśmy dostępu do wiedzy, bo żyliśmy na wsi albo w małych miastach, gdzie nie było bibliotek, w domu książka była luksusem i nikt jeszcze nie słyszał o nowych mediach, a podróże odbywały się na niewielkich dystansach, szkoła odgrywała ważną rolę – była oknem na świat, dostarczała o nim informacji i tłumaczyła pojawiające się w nim zjawiska. Dziś dostęp do wiedzy i informacji o świecie jest powszechny. Mamy ich aż za wiele. Nie musimy też wszyscy wiedzieć tego samego. Liczy się to, byśmy byli naprawdę kompetentni w jednej dziedzinie. A taka kompetencja – wbrew pozorom – nie wymaga wykształcenia. Wymaga pasji i entuzjazmu. Wymaga polotu. O tym wiedzą wszyscy szefowie i dyrektorzy. Dla wielu z nich nie liczą się dziś wiedza, umiejętności i kompetencje – ważne, by pracownik chciał się uczyć nowych rzeczy. I jestem przekonany, że głęboko w sercu tak naprawdę wszyscy czujemy, że system edukacji nie spełnia już swojego zadania. Jest jak ten tłusty czwartek – trwa w dawnej formie po części dlatego, że taka jest tradycja, a po części z tego powodu, że nie wyciągnęliśmy wniosków ze zmian, jakim podlega otaczająca nas rzeczywistość, i z wyzwań, jakie stawia ona przed młodymi ludźmi.

Do tego, jak funkcjonuje system edukacji, zarówno w szkole, jak i w domu, przyzwyczailiście się tak bardzo, że coraz rzadziej dostrzegacie, że wasze dzieci:

• to prawdziwe bomby potencjału, z którego niemal nie korzystają;

• mają niezwykłe talenty, których wciąż nikt nie odkrył i być może nigdy nie odkryje;

• są zdolne do rzeczy, o których wam nawet się nie śniło;

• mogą i chcą się uczyć z determinacją, ale nie mają do tego warunków;

• mogą i chcą być szczęśliwe, ale system edukacji im to uniemożliwia.

Tradycyjne, szkodliwe dla młodych ludzi wyobrażenie na temat celów, jakie ma realizować szkoła, prowadzi zarówno nauczycieli, jak i was – rodziców – do postrzegania waszych dzieci w bardzo określony sposób. Między siódmym a osiemnastym rokiem ich życia skupiacie się na ocenach, sprawdzianach, zadaniach domowych, egzaminach i świadec­twach. Myślicie o nich w kategoriach lepszego lub gorszego wywiązywania się z obowiązków edukacyjnych – a gdy nie idzie im tak dobrze jak innym, sądzicie, że to problem. Tymczasem prawdziwy problem tkwi w tym, że system edukacji nie uczy tego wszystkiego, co jest kluczowe dla szczęśliwej przyszłości młodych ludzi. Czasami mówimy o alternatywnych modelach szkoły, które przeciwstawiamy wzorcowi – wydawać by się mogło – „normalnemu”. Niestety to ten model powinniśmy określać mianem „alternatywnego”, a już na pewno niedopasowanego do sposobu, w jaki funkcjonują mózgi waszych dzieci, oraz szkodliwego dla ich zdrowia psychicznego i rozwoju.

Mogłoby się wydawać, że dopiero teraz dojrzewamy do nowego spojrzenia na edukację. Ale to znów nieprawda. Edukacja Montessori, waldorfska, demokratyczna i ta korzystająca z planu daltońskiego obecna jest w Polsce i na świecie od kilkudziesięciu lat. Co więcej, w naszym kraju nie brakowało eksperymentów edukacyjnych zakończonych spektakularnymi sukcesami, pokazujących, że tradycyjna wizja szkoły powinna odejść do lamusa. Wyobraźcie sobie, że w szkole w Mikołowie przeprowadzono eksperyment, w którego ramach uczniowie pracowali wyłącznie grupowo, ciągle porozumiewając się ze sobą, zaś rolą nauczyciela było jedynie wspieranie ich w pracy oraz dostrzeganie, a następnie rozwijanie zdolności poszczególnych uczniów. W szkole nieustannie panowała atmosfera wielkiej życzliwości i zaufania, dzieci mogły się poruszać do woli, ponieważ ich nauczyciele byli świadomi faktu, że ruch sprzyja myśleniu. Rozbudzali oni w uczniach wiarę we własne siły i wspierali ich motywację wewnętrzną. Wiecie, kiedy to było? W latach 1935–1939! Na szczęście nie wszystko poszło na marne i również dzisiaj w Polsce mamy wspaniałe szkoły i mądrych nauczycieli, którzy pokazują, jak powinna wyglądać edukacja – znajdziecie na to bardzo wiele przykładów w tej książce.

Także pandemia koronawirusa sprawiła, że zupełnie inaczej zaczęliśmy postrzegać rolę, jaką szkoła powinna odgrywać w procesie edukacji. Dla wielu z was było to także zderzenie z absurdami systemu i zalewem zadań domowych. Na co dzień mogliście razem ze swoimi dziećmi doświadczać stresu, jaki jest ich udziałem każdego dnia w szkole. Oczywiście nie wszyscy z was. W szkołach, w których od zawsze przywiązywano wagę do budowania relacji z uczniami, uczenie się nawet w najtrudniejszych warunkach przebiegało bezproblemowo. Teraz jest niemal pewne, że system edukacji musi się zmienić. Z jednej strony odrobiliśmy globalną lekcję nauki zdalnej, zobaczyliśmy, że nauczycieli w przekazywaniu wiedzy mogą zastąpić platformy e-learningowe takie jak Khan Academy lub lekcje prowadzone w telewizji, zobaczyliśmy też, z jakim trudem dzieci motywują się do nauki tego, co jest dla nich nudne i pozbawione znaczenia. Z drugiej strony uświadomiliśmy sobie, jak wielu uczniów „wypadło” z systemu na skutek wykluczenia technologicznego i trudnej sytuacji rodzinnej. Innymi słowy, dziś wiemy już wszyscy, jak głęboki i poważny jest kryzys edukacji w Polsce.

Ale spokojnie, możemy zmienić tę sytuację – trzeba tylko wiedzieć jak. Właśnie dlatego napisałem tę książkę. To, jak w przyszłości będą wyglądały nasz świat i społeczeństwo, w dużej mierze zależy od tego, jak podchodzicie do edukacji w waszych domach i jak do edukacji podchodzą szkoły. Ale zadecyduje o tym także to, czy wasze dzieci same będą chciały się uczyć, czy dalej będziecie musieli je „dopingować” do nauki. Teraz pewnie jeszcze mi nie uwierzycie, ale gdy skończycie czytać Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwijać, zrozumiecie, że to, czy wasze dziecko wzleci na wyżyny edukacji – także szkolnej – w największym stopniu zależy od was i waszych działań. To ogromnie ważne, bo – jak się przekonacie – wszystkiego tego, co jest naprawdę istotne w nauczaniu, prawie nikt w szkołach młodych ludzi nie uczy.

Olga Tokarczuk, chcąc skomentować rzeczywistość po wybuchu epidemii COVID-19, napisała esej o znamiennym tytule Nadchodzą nowe czasy. Wiele wskazuje na to, że to będzie niespokojny okres dla wielu z nas – w szczególności dla ludzi młodych, którzy będą musieli się odnaleźć w jeszcze szybciej zmieniającej się rzeczywistości. Ekonomiści zapowiadają kryzys ekonomiczny i radykalne zmiany na rynku pracy. Psycholodzy piszą, że w najbliższych pięciu latach czeka nas globalna terapia po traumie, której doświadczyliśmy. A co na to specjaliści z zakresu edukacji? Powtarzają to, co mówią już od wielu lat – jest jedna zasadnicza kompetencja, która sprawi, że z jednej strony bez trudu znajdziemy pracę, a z drugiej będziemy szczęśliwymi ludźmi realizującymi się w tym, co robimy. Tą uniwersalną kompetencją jest… uczenie się.

To nasza supermoc, którą każdy z nas, bez wyjątku, ma we krwi. A jednak rzadko korzystamy z niej zarówno w szkole, jak i w domu. A przynajmniej tak nam się wydaje. Jakim cudem? Ponieważ mamy wiele błędnych wyobrażeń na temat tego, jak przebiega ten proces i jak pracuje nasz mózg, który nim zawiaduje. Najważniejsze badania w tym zakresie pojawiają się od kilku dekad i dopiero teraz możemy zrozumieć, jakie błędy popełnialiśmy i nadal popełniamy w edukacji w szkole i w domu. W czym tkwi problem? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należałoby się zastanowić, po co w ogóle nam edukacja. Czy powinna ona być kulturą nauczania, czy kulturą uczenia się? Wielu rodziców i nauczycieli nie wie, jak proces uczenia się dzieci warunkowany jest przez ich układ poznawczy i najbliższe im osoby. Niestety pod tym względem bardzo dużo rzeczy robicie źle i przykładacie wagę nie do tego, do czego powinniście. Ale bez obaw, skoro czytacie tę książkę, to znaczy, że chcecie się czegoś nauczyć. I wybraliście na to najlepszy moment. Nie wiem, czy wiecie, że słowo „katastrofa” etymologicznie pochodzi właśnie od „zmiany”. I według mnie to doskonały czas, byśmy zmienili swoje podejście do edukacji.

Jakiej w takim razie potrzebujecie edukacji, by nie zwariować ze swoimi dziećmi i by wyrosły one na szczęśliwych ludzi? I jak wy możecie im w tym pomóc? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na te pytania – a dla rodziców nie ma chyba ważniejszych kwestii – przeczytajcie tę książkę. Dzięki niej zrozumiecie, dlaczego nauka może sprawiać autentyczną radość, i dowiecie się, jak to zrobić, by wasze dzieci same chciały się uczyć.

Rozdział 1: Po co w ogóle się uczymy?

Zadajcie sobie następujące pytanie: czy wasze dzieci chodzą do szkoły, by się uczyć? Na początku na pewno tak. Większość młodych ludzi nie może się doczekać pierwszego dnia w szkole. Przecież tam będą mogli się dowiedzieć tak wielu fascynujących rzeczy, znajdą odpowiedzi na nurtujące ich pytania i rozwiną swoje pasje! „To ptak? To samolot? Nie! To superman!” A przynajmniej jeśli chodzi o uczenie się. Tak moglibyście wykrzyknąć w pierwszych dniach szkolnej nauki pod adresem swoich dzieci, bo one często przypominają właśnie edukacyjnych superbohaterów. Potem jednak entuzjazm wielu z nich stopniowo gaśnie, a w jego miejsce pojawia się marazm, utrata sił, zanik zainteresowań. Jakbyśmy obserwowali Supermana poddanego działaniu kryptonitu. To smutny widok, szczególnie dla was, rodziców. Co idzie nie tak?

Dobre pytanie. Przecież obserwujecie dzieci, które zachowują się inaczej! To te wyjątkowe jednostki w naszym systemie edukacji: malują, grają na instrumentach, biorą udział w debatach, przygotowują się do konkursów i olimpiad przedmiotowych, są wolontariuszami albo aktywistami, działają w polityce na poziomie samorządowym, w tygodniu trenują, a w weekendy jeżdżą na zawody. I nie wyobrażają sobie bez tego życia! Mali bohaterowie – jak oni to robią? W czym tkwi ich sekret? Po prostu zajmują się tym, co kochają. Zupełnie tak jak wy, którzy w pracy oddajecie się bez reszty swojej pasji i dzięki temu rozwijacie potencjał. Niestety wielu ludzi odkrywa swój talent dopiero po ukończeniu szkoły – często dlatego, że byli zbyt zajęci spełnianiem wymagań i nadziei pokładanych w nich przez rodziców.

Dobra wiadomość jest taka, że dzieci nie muszą tracić najlepszych lat swojego życia. Jeśli chcecie się dowiedzieć, jak je przed tym uchronić, zapraszam was do dalszej lektury tej książki. Napisałem ją, aby:

• dostarczyć wam pomysłów i narzędzi, dzięki którym dostrzeżecie potencjał swoich dzieci i będziecie mogli je wesprzeć w jego zwiększaniu;

• podsunąć wam gotowe rozwiązania, jak pomóc waszym pociechom stać się małymi superbohaterami, którzy sami się uczą i odkrywają swoje talenty;

• pokazać wam, jak wygląda edukacja, w której dba się o dobrostan dzieci i sprzyja ich rozwojowi, a także przedstawić sposoby na wprowadzenie jej w waszych domach i w szkołach waszych dzieci.

To poradnik, w którym dzielę się praktycznymi wskazówkami. Dzięki nim krok po kroku dokonacie wielkiej i potrzebnej zmiany w życiu swoich dzieci. To co, jesteście gotowi?

Edukacja dla X-Menów

Wszyscy chcemy być wyjątkowi. Od najmłodszych lat marzymy o zrealizowaniu tego, co ostatecznie uznajemy jednak za niedostępne. Dla dzieci nie ma niczego, czego nie mogłyby zdobyć, ale po wkroczeniu w dorosłość zaczynają one postrzegać świat zgoła inaczej. Mimo to potrzeba zachowania indywidualności nie opuszcza nas nigdy – w końcu żyjemy w kulturze i społeczeństwie, które wyjątkowość i indywidualność cenią ponad wszystko. W dzieciństwie pasjonujemy się przygodami komiksowego Batmana lub Oliwii z Lego Friends, a gdy stajemy się dorośli, z uciechą ruszamy do kina na kolejny film o Avengersach – z dziećmi… lub bez nich.

 

Ale to żadna nowość: od zawsze pociągali nas indywidualiści gotowi dzięki swoim szalonym wizjom i działaniom przeobrażać rzeczywistość. Jakim więc cudem godzimy się, by dzieci spędzały dwanaście najważniejszych lat życia w miejscu, które pozbawia je indywidualizmu? Odpowiedź jest trochę bardziej skomplikowana niż „bo taki jest system”.

Zacznijmy jednak od tego, że edukacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Słyszeliście o Instytucie Xaviera? Fani opowieści o superbohaterach zapewne już wiedzą, że odwołuję się do serii komiksów o X-Menach stworzonej przez Stana Lee i Jacka Kirby’ego. Poznajemy w nich historię Profesora Xaviera, mutanta obdarzonego wyjątkowymi zdolnościami, który wraz ze swoimi młodymi uczniami mieszka i trenuje w Instytucie Xaviera. Każdy z X-Menów posiada inną specjalną moc: wysuwane z dłoni trzy kostne szpony, umiejętność samoleczenia, możliwość kontroli warunków atmosferycznych, skórę zmieniającą się w organiczną stal, zdolność teleportacji albo latania. Tym, co odróżnia X-Menów od innych superbohaterów (między innymi od Supermana), jest pochodzenie ich mocy: są one wynikiem mutacji, a więc to naturalne uzdolnienia.

Czemu o tym piszę? Bo to dla mnie wyobrażenie idealnej szkoły:

• X-Meni są uczniami – przybywają do Profesora Xaviera, by rozwijać swoje zdolności;

• w odróżnieniu od tradycyjnej szkoły tutaj, by uczyć się latać czy kontrolować warunki atmosferyczne, nie muszą najpierw zaliczać testu z kuloodporności albo telekinezy;

• mają supermoce i koncentrują się na tym, by właśnie je wykorzystywać jak najlepiej – dzięki nim wspólnie z innymi X-Menami mogą ratować świat.

Czy nie o to powinno chodzić w edukacji? Pewnie powiecie, że to tylko komiksy. Ale spójrzcie sami: od blisko stu lat żyjemy opowieściami o superbohaterach, a obecnie Avengers czy Strażnicy Galaktyki to jedne z najlepiej sprzedających się filmów. Gdzieś w głębi duszy każdy z nas chciałby być jednym z nich! Chociaż oczywiście bardzo często nasi superbohaterowie to ludzie z krwi i kości, w dodatku przedstawiciele świata nauki lub biznesu: Albert Einstein, Maria Curie-Skłodowska, Stephen Hawking, Steve Jobs. Jednak nie stajemy się nimi. Trochę przez szkołę, która zupełnie nie widzi w nas potencjalnych superherosów, a trochę przez rodziców. „To szczególnie uderzające w odniesieniu do naszych dzieci: chcielibyśmy, by były Albertami Einsteinami czy Steve’ami Jobsami, ale nie chcemy, by podążyły ich szaloną drogą”, pisze w jednej ze swoich książek André Stern. Czy to także wasza historia?

Niedawno napisała do mnie jedna z moich czytelniczek z py­taniem, co ma zrobić: jej syn nie chce się uczyć, zamiast tego najchętniej całymi dniami jeździłby na hulajnodze. No właśnie: co zrobić? Przecież jazda na hulajnodze to zupełna strata czasu, kiedy można na przykład uczyć się biologii, przygotowując się w ten sposób do egzaminów na medycynę. Shaun White, trzykrotny złoty medalista igrzysk olimpijskich i zawodowy skateboardzista, albo Tony Hawk, amerykański skater i bohater serii gier komputerowych Tony Hawk’s Pro Skater, mogliby się z tym nie zgodzić. Może dla tego młodego człowieka od hulajnogi zacznie się sportowa kariera złotego medalisty igrzysk?

Niestety nasza edukacja sprawia, że potencjał i talent swoich pociech postrzegacie bardzo wąsko, sprowadzając go niemal wyłącznie do dobrych wyników w nauce. Poza tym rzadko dostrzegacie ich supermoce. Carl Rogers, amerykański psycholog i psychoterapeuta, powiedział kiedyś, że ziarna nie można zmusić do rozwoju i kiełkowania. Można natomiast stworzyć warunki, by rozwinęło wszystkie tkwiące w nim możliwości. To samo oczywiście odnosi się do was i waszych dzieci. Dlatego jeśli chcecie, by zostały superbohaterami, zapewniajcie im dobre warunki do rozwoju i wzrostu zarówno w domu, jak i w szkole.

Jak wytresować dziecko

Niestety szkoła – zwłaszcza publiczna – rzadko daje takie możliwości. Pod tym względem system edukacji przypomina inną serię filmów. Przypuszczam, że jako rodzice widzieliście przynajmniej jedną część trylogii Jak wytresować smoka. No właśnie, w obecnym systemie edukacji – zarówno w szkole, jak i w domu – chodzi o tresurę małych smoków, jakimi są wasze dzieci. Rzeczywistość nie jest jednak ani tak kolorowa, ani tak pozytywna jak w filmach wytwórni DreamWorks. Młodym ludziom w systemie edukacji znacznie bliżej bowiem do zwierząt niż do mitycznych latających istot. Skąd w ogóle ten pomysł, by poddawać je tresurze?

Po rewolucji przemysłowej, a więc w epoce umaszynowienia, rynek pracy potrzebował pracowników, którzy perfekcyjnie i z dużą precyzją wykonywaliby to, czego od nich wymagano i do czego zostali przyuczeni metodą nagradzania i karania. Aby maszyny mogły działać bez przeszkód, obsługujący je ludzie musieli zostać niezawodnie wytrenowani. Tak jak maszyny mieli pracować planowo, bezbłędnie, nieprzerwanie i bezmyślnie. Kto w takich realiach był niezastąpiony?

• Ludzie, którzy nie spóźniali się do pracy i sztywno trzymali harmonogramu pracy.

• Ludzie, którzy dokładnie stosowali się do przepisów (na przykład do instrukcji obsługi maszyn).

• Ludzie, którzy nie chcieli i nie potrafili myśleć samodzielnie.

• Ludzie, którzy nie chcieli i nie potrafili samodzielnie układać planu dnia pracy.

Jak pozyskać takich ludzi? Wypełniaczy obowiązków naj­efektywniej wychowuje się za pomocą tresury. A im wcześniej, tym lepiej, dlatego edukacja szkolna zaczęła coraz bardziej przypominać tresurę. Nagrody dla tych, którzy posłusznie robili to, co zostało im zadane, a kary dla tych, którzy buntowali się przeciwko stawianym im wymogom. I chociaż w trakcie ostatnich dwóch stuleci powstało wiele alternatywnych mo­deli wychowania i edukacji, to szkolna tresura okazała się najskuteczniejszą metodą przyuczania do realiów rynku pracy przełomu XIX i XX wieku. Zrobiła na tyle zawrotną karierę, że do dzisiaj przetrwała w większości szkół i rodzin. Co gorsza, wielu osobom wytresowanym przez system nie mieści się w głowie, że dzieci nie potrzebują takiego modelu kształcenia, by odnieść sukces w życiu. A ja powiem, że w naszym wspólnym interesie jest, by dzieci nie były poddawane tresurze. Niestety to nadal norma w edukacji.

Dzieci Pawłowa

W XX wieku tresura uczniów otrzymała niespodziewane wsparcie ze strony behawioryzmu. Większości z was ów kierunek psychologiczny kojarzy się z odruchami bezwarunkowymi i warunkowymi, które u psów badał rosyjski fizjolog Iwan Pawłow. I słusznie, bo dla behawioryzmu uczenie się to proces, który prowadzi do względnie trwałej zmiany w zachowaniu w wyniku nabycia określonych doświadczeń. Jak eliminować niepożądane działania, a wzmacniać te, na których nam zależy? Na przykład metodą kija i marchewki, czyli kar i nagród. Behawioryzm stawia w tym zakresie na mechanizm warunkowania klasycznego i sprawczego.

• Warunkowanie klasyczne: co wywołuje największą radość i ulgę wśród uczniów w szkole? Dźwięk dzwonka. Dlaczego? Bo kojarzy im się z odpoczynkiem i wolnością, czymś przyjemnym. Skąd to skojarzenie? Codziennie przez wiele lat ich życia dzwonek oznacza przerwę – gdy zadzwoni, w końcu można się wyluzować. Bodźcem bezwarunkowym jest dzwonek, a reakcją bezwarunkową uczucie radości. Ale warunkowanie klasyczne to nie tylko skojarzenia pozytywne, może ono leżeć u podstaw lęków: wielu z nas ma duży problem z wypowiadaniem się przed publicznością, bo przez wiele szkolnych lat taka czynność skojarzona została z odpowiadaniem przy tablicy, co było niezwykle stresującym doświadczeniem.

• Warunkowanie sprawcze: co robicie, kiedy dziecko wraca do domu i informuje was, że dostało piątkę ze sprawdzianu? Jesteście szczęśliwi i skłonni odpuścić na przykład któryś z obowiązków domowych albo dajecie mu pieniądze na kino. Co w takim razie chce robić wasze dziecko? Dostawać piątki! Przykład z życia? Niedawno podsłuchałem w sklepie, jak kobieta chwaliła się swojej koleżance, że znalazła sposób na syna, który do tej pory miał z historii dostateczny z plusem, podczas gdy ona marzyła o czwórce. Co zrobiła? Zaproponowała synowi, że dołoży mu 50 złotych do kieszonkowego, jeśli dostanie z historii ocenę dobrą na koniec roku. Jaki płynie z tego komunikat? „Jeśli otrzymasz dobrą ocenę, dam ci za to 50 złotych”. Rozumiem intencje, ale proszę was: nie bądźcie jak ta mama! Istnieje duże prawdopodobieństwo, że teraz ten chłopak będzie się uczył historii wyłącznie dla tych 50 złotych. A w przyszłości tak samo może podejść również do nauki innych przedmiotów i wypełniania obowiązków…

Podejście behawiorystyczne spowodowało, że w sferze edukacji wasze dzieci traktowane są – zarówno w szkole, jak i w domu – z jednej strony jak zwierzęta, z drugiej jak maszyny. W szkole do warunkowania sprawczego używa się ocen i uwag. W domu wykorzystujecie do tego celu rozbudowany system kar i nagród – szlabanów lub pieniędzy. Na pierwszy rzut oka punkt wyjściowy behawioryzmu, czyli schemat pracy „określ cel – określ punkt wyjściowy – wzmacniaj działania pożądane”, wydaje się w porządku, ale w rzeczywistości, gdy stosujecie mechanizmy warunkowania, wasze dzieci w głowie mają jedną myśl: „Zrobię coś, gdy będę coś z tego miał” (i to coś musi być dla mnie wystarczająco atrakcyjne). Robią więc coś, choć nie widzą w tym sensu – dlatego z takim trudem przychodzi im nauka w szkole lub wykonywanie niektórych waszych poleceń.