Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXIX

Rozdział XL

Rozdział XLI

Podziękowania

Bibliografia

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: MARIANNA SOKOŁOWSKA

Konsultacja historyczna: dr KRYSTYNA SAMSONOWSKA

Korekta: HENRYKA SALAWA, EWELINA KOROSTYŃSKA, JACEK BŁACH

Projekt graficzny: PRZEMEK DĘBOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Mikołaj Łoziński

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07115-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Mojemu Ojcu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

NATHAN

To dla Rywki wrócił z Ameryki. Opowiadał, że przez cztery lata codziennie myślał o tej dziewczynie, aż w końcu kupił powrotny bilet na statek. Nie opowiadał, że wrócił bez grosza i że nawet na ten bilet musiał pożyczyć pieniądze od starszego brata. Za to wciąż lubił wtrącać w rozmowie amerykańskie słowa, których nikt z rodziny nie rozumiał.

Przywiózł z Ameryki skórzany pas z mosiężną klamrą. Pożegnalny prezent od brata na drogę powrotną do Polski. Na nowojorskim nabrzeżu uściskali się i więcej nie zobaczyli. Na pasku można było prześledzić, przyglądając się zużyciu kolejnych dziurek, jak przez lata zmieniała się jego figura. Nathan sam nie dowierzał, że kiedyś był taki szczupły.

Podobnie jak jego ojciec i dziadek, z wyglądu przypominał zapaśnika. Starego zapaśnika. Szerokie ramiona, ledwo widoczna szyja i wypięta do przodu, jak u koguta, klatka piersiowa. Był dumny, że w mieście mówią na niego „Boss”.

Na ulicy na pytania, co słychać, odpowiadał:

– Jest dobrze, ale nie beznadziejnie.

Ręką dotykał kapelusza i szedł dalej.

Co kilka miesięcy przychodził list z Nowego Jorku. Ben pisał, że niestety, na razie musi odłożyć podróż do Tarnowa. Nie może teraz zostawić sklepu papierniczego. Zaczyna się rok szkolny i ma zbyt wiele zamówień. Musi zwolnić nieuczciwą pracownicę, a nie znalazł jeszcze na jej miejsce nowej, godnej zaufania. Niedługo chrześcijańskie święta Bożego Narodzenia, czas prezentów, a u nas nie tylko Żydzi kupują! Żona znowu się rozchorowała. Zaczął się kryzys, gdyby teraz zostawił sklep, nie miałby po co wracać do Ameryki. Ale tęskni i planuje w przyszłym roku. Nie może się już doczekać, żeby poznać Rywkę, ich synów i córki.

Jako rodzice najlepiej wiecie, czego potrzebują, więc kupcie to ode mnie.

Pomiędzy napisany na firmowym papierze (BEN STRAMER GENERAL MERCHANDISE, 33 Grand St, NY) i złożony na trzy list wkładał zielone banknoty. Dodatkowo obkładał je fioletową bibułką, żeby nie było widać, co jest w środku. Bibułka za każdym razem barwiła banknoty, które po wyjęciu z koperty były zielono-fioletowe i Rywka musiała je delikatnie obmywać, a potem suszyć nad piecem w kuchni.

Nathan dzieciom dawał tylko amerykańskie znaczki z kopert. Dolary odkładał.

– Pracuję cały czas, więc nie mam czasu zarabiać – tłumaczył żonie.

I czekał. Czekał, czekał, czekał. Aż trafi się dobry interes. Interes, który zmieni życie rodziny Stramerów. Wyniesie ich z jednopokojowego mieszkania z małą kuchnią na parterze na samym końcu ulicy Goldhammera, uniesie wysoko w górę i opuści dopiero na najwyższych piętrach kamienic z kolorowymi witrażami na klatkach schodowych, w eleganckiej polsko-żydowskiej dzielnicy, najlepiej w pobliżu przystanku linii tramwajowej, z której Tarnów był tak dumny. W jednym z tych przestronnych, wielopokojowych i wysokich mieszkań z toaletą i łazienką z bieżącą wodą, ze światłem elektrycznym i ukwieconym balkonem.

Był krótki czas, kiedy wydawało się, że to się spełni. Kupił akurat niedrogo cały wagon kalafonii. Powiedziano mu, że używają jej skrzypkowie do smarowania włosia smyczków. Skąd miał wiedzieć, że w Tarnowie jest tak niewielu skrzypków? W końcu sam dokupił skrzypce ze smyczkiem i kazał Salkowi, o którym Rywka mówiła, że ma piękne, długie palce, na nich grać.

Mimo że nigdy nie był w filharmonii czy w operze, oczami wyobraźni widział już tam swojego siedmioletniego syna – na scenach Krakowa, a nawet Wiednia. Rywce też najłatwiej było go sobie wyobrazić w małym smokingu, z muszką i burzą kręconych włosów. W przeciwieństwie do swoich braci, nie lubił się bić ani brudzić.

– Masz – powiedział Nathan, wręczając mu instrument. – Słynny skrzypek jeszcze żadnej rodzinie nie zaszkodził.

A wiadomo, ile można zarobić na biletach.

Ale z tego też nic nie wyszło.

Co prawda, parę razy posłał go na lekcje skrzypiec do polskiej nauczycielki. Tylko czy Salek na pewno na nie docierał? Bo za każdym razem, kiedy przychodzili goście i Nathan prosił go, żeby dał „mały koncert”, Salek się wykręcał. Aż po pół roku Nathan przestał prosić i kazał „w tej chwili przynieść skrzypce”.

Po występie milczał.

 

Dopiero kiedy goście wyszli, powiedział, kręcąc głową na ledwo widocznej szyi:

– Goddammit!

Nikt nie zrozumiał, więc dodał:

– Pieniądze wyrzucone w błoto.

Tego wieczora pierwszy raz zamiast chwycić za pas, chwycił za smyczek. Przynajmniej na coś się przyda! I rzeczywiście tak było. Nie musiał wcale mocno uderzać, a Salek wydawał odgłosy podobne do tych, które jeszcze przed chwilą, w czasie „małego koncertu”, sam wydobywał ze swoich skrzypiec.

W pracy, za kasą w żydowskiej rzeźni, Nathan też czekał na interes życia. Dlatego zdarzało mu się w ferworze myśli, planów i drobiazgowo wyliczonych przyszłych zysków źle wydać klientom resztę.

– Shit – mówił, jeśli pod koniec dnia brakowało pieniędzy w kasie.

Ale zdarzało się też, że pieniędzy było za dużo. Wtedy nic nie mówił, tylko dyskretnie chował różnicę do kieszeni spodni.

Mam dzieci – myślał.

Kiedy przychodził wreszcie ten odpowiedni moment, miał ochotę biec z pracy do domu. Po drodze robił zakupy. W domu nie siadał ani na chwilę. Pomagał Rywce przygotowywać jedzenie. W czasie kolacji wypytywał dzieci, co słychać w szkole. Inna sprawa, że nie miał cierpliwości słuchać. Ale przynajmniej zapytał – myślała Rywka. Potem prosił ją, żeby usiadła sobie i odpoczęła. Sam zbierał talerze, podwijał rękawy koszuli i zmywał naczynia w miednicy.

Dopiero kiedy skończył, a dzieci już spały, wyjmował z metalowej nogi łóżka zwinięte w rulonik dolary.

– Mam przeczucie, że tym razem się uda. Że to będzie to.

Rywka nic nie mówiła. Ale Nathan wiedział, co myśli:

Dlaczego przy ostatnim interesie nie przyszło ci do głowy obejrzeć porządnie przynajmniej jednej świecy?

Nie chciał tracić czasu, bał się, że ubiegną go inni kupcy, że ktoś zaproponuje wyższą cenę. Ale najbardziej bał się, że sprzedawca, który przyjechał tu aż z Kołomyi, zorientuje się, ile kosztują świece w Tarnowie, i zda sobie sprawę, że sprzedaje swoje za bezcen. Nathan musiał działać szybko. Taka okazja na pewno się już nie powtórzy. Cztery razy tańsze świece niż ze słynnej żydowskiej fabryki Pszczółka, która zaopatrywała wszystkie kościoły w Tarnowie! A może nawet i w Krakowie. Tak słyszał, ale nie wiedział, czy to prawda, czy reklama. Zresztą słyszał też, że właściciel, pan Szpilman, daje po cichu pieniądze socjalistom. Ale to z kolei mogła być antyreklama rozpowiadana przez konkurentów Pszczółki.

Nathan w momencie płacenia poczuł się nawet przez chwilę jak oszust. Może powinien coś jeszcze dorzucić temu nieszczęsnemu sprzedawcy z Kołomyi albo przynajmniej zaprosić go na obiad? Ale zaraz to uczucie ustąpiło miejsca żalowi, że sprzedawca nie ma więcej towaru na sprzedaż. Więc może jednak nie warto.

Tak Nathan odpowiadał w myślach na pytanie, którego nie zadała mu Rywka.

Siedzieli naprzeciwko siebie przy lekko chyboczącym się kuchennym stole, podłoga była nierówna, a drewienko musiało znowu wypaść spod stołowej nogi. Nathan jak zwykle próbował butem wsunąć je z powrotem. Nie udało się, więc się pochylił, znalazł szczapkę i włożył na miejsce. Jutro rano, jak zrobi się jasno, wreszcie oczyści ją i przyklei – postanowił.

Oboje wiedzieli, że żadne z jego tłumaczeń jej nie przekona, i pewnie dlatego rozmawiali ze sobą bez słów. A może po prostu nie chcieli obudzić dzieci? Tylko patrzyli na siebie, ale Nathanowi i tak przez moment wydawało się, że w jasnych oczach Rywki zamiast jednej świeczki, która paliła się na stole, widzi tysiąc, które kupił bez knotów.

Co z tego, że kiedy się zorientował, od razu pobiegł na dworzec i za ostatnie pieniądze kupił peronówkę? Pociąg z kupcem i wciąż lekko fioletowymi dolarami Nathana dawno odjechał do Kołomyi. Nathan długo stał wśród ludzi na peronie i powtarzał niezrozumiałe amerykańskie słowa, zanim przyznał się Rywce, co się stało. A wieczorem mimo zamkniętego okna słychać było na Goldhammera płacz jego dzieci.

Potem położył się do łóżka i przez tydzień nie wstał do pracy. W rzeźni Rywka powiedziała to samo co dzieciom:

– Nathan zachorował na katar żołądka.

Tym razem będzie inaczej – mówiło teraz jego spojrzenie.

Na Rywce nie zrobiło wrażenia, że znowu zaświeciły mu się oczy, jak w czasach, kiedy go poznała. Czasem zastanawiała się tylko, skąd bierze się ta jego przychodząca i odchodząca falami energia. Raz nawet zapytała Nathana.

– Przywiozłem z Ameryki – powiedział.

Pomyślała wtedy o morzu, o którym opowiadał jej po powrocie do Tarnowa. Też było targane falami, były przypływy i były odpływy. Rzadko stało spokojne – jak ona.

– Raczej złapałeś na morzu – uśmiechnęła się.

W każdym razie zdecydowanie wolała historie o morzu i wielkich statkach niż o Nowym Jorku. Uspokajały ją. Lubiła wyobrażać je sobie przed zaśnięciem.

RYWKA

Nathan wiele razy obiecywał, że ją zabierze nad morze, ale to było jeszcze przed ślubem i dziećmi. Dotąd najdalej była w Krakowie.

Oczywiście w młodości proponowano jej wyjazd do Ameryki. Której dziewczynie nie proponowano? Na ulicy zaczepił ją przyjemny, szpakowaty mężczyzna z sygnetem na małym palcu. Żyd oczywiście. Przedstawił się jako przedsiębiorca, właściciel dobrze prosperującej fabryki w Nebrasce, a „przede wszystkim niepocieszony wdowiec, który wrócił do Europy w poszukiwaniu miłości”.

Te poszukiwania zaprowadziły go nawet do jej rodziców. Ojciec Rywki zagroził, że pójdzie na policję. Nieprzypadkowo na Galicję mówiło się wtedy „Skandalicja”. Wszyscy wiedzieli, o co tak naprawdę chodzi i kogo tak naprawdę szukano. Mimo to dwie jej koleżanki z Niska, Nesa Schnur i Lila Flaum, się zdecydowały. A może to rodzice je namówili i wypchnęli z domu? Słyszała, że skończyły w Argentynie czy Brazylii. Więcej ich nie zobaczyła.

W Nisku opowiadano, że na ładne dziewczyny sutenerzy mówią „srebrne łyżeczki”, „bele jedwabiu” i „dywany ze Smyrny”. Na mniej urodziwe „beczki mąki”, a na brzydkie „worki kartofli”. Pamiętała jeszcze te określenia. Może dlatego że dziewczyny przezywały się nimi. Zastanawiała się też, do której kategorii ją zaliczyli.

Zdawała sobie sprawę, że była zbyt niska na srebrną łyżeczkę. Ale za to miała ciemną oprawę jasnych oczu, gęste czarne włosy i zgrabną talię. Nie była więc raczej beczką mąki ani tym bardziej workiem kartofli.

Teraz, na Goldhammera, te czasy wydawały jej się nierzeczywiste. Wyszła za mąż, przeniosła się do Tarnowa, urodziła dzieci. Dużo zmieniło się w jej życiu. Ale czy też na świecie? Dalej słyszało się o sutenerach handlujących „delikatnym mięsem”. W sumie nie minęło tyle lat. Wciąż przecież jeszcze zdarzało jej się przez pomyłkę zacząć list od daty tysiąc osiemset... Jakoś nie mogła się przestawić na ten dwudziesty wiek.

Może dlatego, że rzadko czytała gazety. Kto przy szóstce dzieci miałby na to czas?

Właściwie rodziła siedem razy. Pierwszy syn, Kuba, urodził się za wcześnie, bez rzęs i paznokci. Wyrzucała sobie, że niepotrzebnie w ciąży pomagała Nathanowi malować i urządzać ich pierwsze, mniejsze jeszcze od tego na Goldhammera mieszkanie. A raz nawet poślizgnęła się i upadła przed wejściem. Trzeba było zostać w łóżku. Zresztą to nie miało już znaczenia.

Była zima, opatulali go najcieplejszą pierzyną, ale to nie pomogło. Żył niecałe trzy tygodnie. Tak nienaturalne było urządzanie pogrzebu własnemu dziecku, chodzenie po śniegu za trumną własnego syna. Zmuszała się do łez. Nie mogła, dlatego zasłoniła twarz dłońmi. Żeby inni nie widzieli, że nie płacze.

Mała trumna nie była droga, ale i tak wydali na nią wszystko, co mieli. Pochowali Kubę pod murem cmentarza.

W nocy po pogrzebie obudził ją tłumiony płacz. Przytuliła się do Nathana i dopiero wtedy sama się rozpłakała.

Nie wiedziała, czy Nathan też tak tęsknił do ich maleństwa. Nie wiedziała, czy też bał się, że Rywka nie zajdzie więcej w ciążę. Jak jego bratowa Pepi, która jeszcze przed wyjazdem do Ameryki też urodziła za wcześnie i razem z dzieckiem trafiła do szpitala, ale wyszła już z niego sama. Z tego, co opowiadał Nathan, ta strata przesądziła o ich wyjeździe. Z drugiej strony wiadomo, że w Ameryce są najlepsi lekarze od tych spraw.

Ale Ben i Pepi w listach pisanych równym pismem na firmowym papierze nigdy nie wspomnieli o ciąży czy dziecku. To w tych, które płynęły w przeciwnym kierunku (i możliwe, że mijały się gdzieś na morzu – myślała Rywka), Nathan swoim nerwowym charakterem pisma za każdym razem zawiadamiał brata o przyjściu na świat kolejnego Stramera i opisywał pozostałych. Może właśnie dlatego nie udawało im się przyjechać do Tarnowa. Mimo że byli przecież najbliższą rodziną. Za to ani razu nie zapomnieli włożyć do koperty pieniędzy.

Rywce łatwiej to było zrozumieć niż Nathanowi. Bo co, gdyby było odwrotnie? Gdybyśmy to my pozostali bezdzietni, a zza oceanu płynęłyby zamiast dolarów wieści o kolejnych amerykańskich bratankach i bratanicach? Jak byśmy się czuli?

Myślała więc o Benie i Pepi z sympatią. A zawsze kiedy o nich myślała, przypominał jej się Kuba.

– Pierwsze dziecko dla Boga – powiedział kiedyś Nathan.

– Nie gadaj jak rabin – odpowiedziała.

Do kogo byłby podobny? Czy jak najstarszy, Rudek, nigdy nie radziłby się ich w żadnej sprawie i całe dnie latał po mieście? Co on właściwie robił i skąd brał pieniądze, które ukradkiem dawał jej na dom?

Mogła się tylko domyślać.

RUDEK

Kiedyś w niedzielę Nathan przypadkiem wypatrzył go wśród polsko-żydowskiej bandy wyrostków, którzy wygłupiając się, szli za pułkiem austriackich żołnierzy, maszerujących w obcisłych galowych mundurach głównymi ulicami Tarnowa. Możliwe, że z okazji pierwszej rocznicy śmierci cesarza Franciszka Józefa, bo była nawet grająca marsza orkiestra. To właśnie ją przyszedł zobaczyć Nathan. A właściwie przyjrzeć się skrzypkowi. W tym czasie wróżył jeszcze Salkowi muzyczną karierę, dopiero co kupił mu używane skrzypce firmy Höfner. I chciał się przekonać, jak wygląda prawdziwy skrzypek. Ale dlaczego nigdzie go nie widział?

Jak wszyscy zapatrzył się na dyrygującego orkiestrą tamburmajora, na jego białą laskę z mosiężną kulą na końcu. Kula raz była w górze, raz w dole, raz obracała się wokół własnej osi, a w finale wylatywała w powietrze.

Ciekawe, ile mu za to płacą – pomyślał Nathan i zastygł w oczekiwaniu: może przynajmniej raz tamburmajor nie złapie swojej ozdobnej laski?

Prędzej by się tego spodziewał, niż że spotka tu Rudka. Na początku nie mógł uwierzyć, że jego syn razem z innymi podnosi z ziemi niedopałki, robi obraźliwe miny i gesty w kierunku żołnierzy. A w dodatku drze się na cały plac Sobieskiego:

Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz

Braliśmy w dupę, nie gadaliśmy nic.

Tę piosenkę Nathan akurat znał jeszcze z własnej młodości. Zaczął przepychać się w kierunku Rudka.

Bo my Austriacy taki zwyczaj mamy,

Że w dupę bierzemy i nic nie gadamy.

Nie dał mu dośpiewać następnych zwrotek. Wyciągnął syna za kołnierz z tłumu. I na oczach wszystkich zlał amerykańskim pasem. Paru austriackich oficerów z podkręconymi wąsikami, nie przerywając marszu, odwróciło się, niektórzy z nich przyłożyli binokle do oczu.

Nathan przeciągnął pas przez szlufki spodni i spytał:

– Czy kiedyś będzie nam lepiej niż za cesarza Franciszka Józefa?!

I dodał:

– A jak jeszcze raz zobaczę cię z papierosem w gębie, wyrwę ci go razem z płucami.

To było niecały rok temu, ale widać poskutkowało, bo ostatnio Rudka codziennie można było spotkać pod murem wojskowych koszar, po drugiej stronie ulicy Goldhammera, gdzie stacjonował austriacki garnizon, a papierosy miał nie w gębie, tylko w kieszeniach.

Od tygodnia po szkole zabierał tam ze sobą Salka. Czy Rudek wyglądał na dużo starszego, czy Salek na dużo młodszego niż w rzeczywistości? A może bracia robili takie wrażenie przez kontrast. Wysoki, szeroki w ramionach chłopak w kaszkiecie i pumpach pochylony nad drobnym chłopcem – w dodatku wciśniętym w ciasny szkolny mundurek z wysokim kołnierzem – właściwie wciąż jeszcze dzieckiem.

Zresztą dzieliło ich więcej niż trzydzieści centymetrów czy półtora roku. Salek nie grał w piłkę ani na prawym skrzydle, w niebieskiej koszulce i białych spodenkach, jak Rudek w Samsonie Tarnów, ani na żadnej innej pozycji w żadnej innej drużynie. W ogóle nigdzie i w nic nie grał. Nie nauczył się gwizdać na palcach ani porządnie pluć. Zalewał sobie mundurek, kiedy pili pod sklepem na spółkę lemoniadę z butelki. I co najgorsze, wciąż zdarzało mu się pod drzewem obsikać sobie nogawki spodni, mimo że Rudek parę razy pokazywał mu, jak tego uniknąć.

 

– Choćbyś strząsał dwa tygodnie, i tak kropla spadnie w spodnie – pouczał go. – Ale nie na spodnie.

Podobnie było z boksem i zapasami. Rudek kazał Salkowi ćwiczyć na młodszych braciach, Hesiu i Nusku, też bez większych sukcesów. W końcu mniej więcej nauczył go jednego uderzenia – czołem w nos. To po nim Hesio zaplamił krwią koszulę i skończyło się na amerykańskim pasie dla całej trójki.

W każdym razie kiedy ktoś go zaczepiał, Salek w złości najwyżej zaciskał pięści i robił kręciołka rękami.

I tak nie grozi mu niebezpieczeństwo, bo wszyscy wiedzą, czyim jest bratem – Rudek czuł ciepło w środku. Ale też przygotował go na wypadek, gdyby w innej dzielnicy nie wiedzieli i ktoś próbował Salka uderzyć. Miał powiedzieć, że zna Omegę, Zachara albo Bändera. Nie było chyba w Tarnowie nikogo, kto by o nich nie myślał ze strachem.

– Nikt cię nie tknie.

Nie przyznał się Salkowi, że sam też ich nie zna. Bo czy inni muszą o tym wiedzieć?

Za to wszyscy wiedzieli, że Omegę, Zachara i Bändera, jeśli nie siedzą akurat w więzieniu, można spotkać wieczorem w towarzystwie prostytutek pod Hotelem Polskim na ulicy Dworcowej. Ale każdy wolał tego uniknąć. Mówiono, że nikogo się nie boją.

Niby niechcący potrącają innych ramieniem, spychają przechodniów z chodnika i zrzucają im nakrycia z głów. Szkolne czapki, kaszkiety, kapelusze, jarmułki i futrzane sztrajmle chasydów lądowały w błocie i w kałużach, których nawet po małym deszczu pełno tam o każdej porze roku.

A to dopiero początek. Potem nożownicy czekali na reakcję. Czy ofiara zdobędzie się na najmniejszą, choćby wyrażoną samym tylko spojrzeniem uwagę, na najdrobniejszy, w ciemnościach widoczny tylko dla ich oczu gest niezadowolenia?

– Taki jesteś kozak?

I zaraz podchodzili tak blisko, że czuć było, co tego dnia zjedli i wypili w restauracji trzeciej klasy na stacji kolejowej.

Z nich trzech tylko Dawid Bänder nie bił od razu. Najpierw bawił się nożem. I tego bano się najbardziej, bo Bänder był nieprzewidywalny. Zdarzało mu się jednego puścić wolno, a drugiemu nagle wsadzić nóż.

– Obrzezać cię, kozaku? – miał podobno kiedyś zapytać przerażonego księcia Romana Sanguszkę, któremu w nocy zepsuło się auto w okolicach dworca.

Rudek zdawał sobie sprawę z wagi takiego spotkania. W szkole uczono, że rodzina Sanguszków to dawni właściciele Tarnowa, a na ulicy, że Bänder to prawnuk Idelego Muca, legendarnego herszta tarnowskich złodziei. A ponieważ Rudek i tu, i tu był jednym z najpilniejszych uczniów, rozumiał, że naprzeciw siebie stanęli potomkowie władców miasta.

– Obrzezać cię, kozaczku? – Rudek z braćmi wiele razy dla żartów odgrywali tę scenę na podwórku przy Goldhammera.

– Tylko nie to! Litości dla książęcej mości! – Salek w roli Sanguszki zakrywał się rękoma i mdlał przy ścianie drewnianego wychodka.

SALEK

Podpatrzył to w teatrze. W prezencie urodzinowym dostał od Rudka bilet na miejsce stojące. Grano Samsona i Dalilę w reżyserii i z główną rolą męską Dantego Baranowskiego. W czasie przedstawienia, w chłodnej i pustawej sali Sokoła, nie mógł się skupić na rzucających się po scenie, na przemian ryczących z wściekłości, płaczących i mdlejących aktorach. W Dalili od razu rozpoznał Jadwigę Geron, elegancką żonę gimnazjalnego nauczyciela od polskiego, której kłaniał się na szkolnych korytarzach. Czy jak zwykle powinien się teraz przynajmniej dyskretnie ukłonić z daleka? Nie chciał, żeby poczuła się urażona. Nie wiedział też, czy ma prawo usiąść, mimo że ponad połowa czerwonych foteli była wolna. Kogo miałby o to zapytać? Poza tym cały czas zastanawiał się, czy Dante Baranowski rzeczywiście urodził się jako Dante Baranowski.

Może wcześniej też był zwykłym Salkiem albo Jurkiem. I dopiero jako dorosły, żeby pojawić się na afiszu i wystąpić na scenie, najpierw musiał zmienić sobie imię na brzmiące bardziej artystycznie. Skojarzyło mu się to z ulicą Goldhammera, która kiedy się na nią wprowadzili, nazywała się jeszcze Zdrojowa.

A jak by to brzmiało: Dante Stramer?

Po przedstawieniu Rudek czekał pod budynkiem Sokoła.

– Rudziu, czemu Baranowski ma na imię Dante? – zapytał w drodze do domu Salek.

– Matka Baranowskiego po prostu była Włoszką, a Dante to typowe włoskie imię.

Jak on to robił, że wszystkich znał i tyle o nich wiedział? Salek z podziwem spojrzał do góry na brata.

Ale on też potrafił Rudkowi zaimponować.

Szybko zdobył popularność w gimnazjum, już w pierwszej klasie, kiedy w czasie pauzy, na widok księdza Wątorka od religii katolickiej i Izaaka Bleiweissa od religii mojżeszowej spacerujących pod rękę po nierównym dziedzińcu, rzucił do kolegów:

– Stary Testament chodzi pod rękę z Nowym.

Wprawdzie niektórzy twierdzili, że wymyślił to ktoś ze starszych klas, ale Rudek im nie wierzył. Niepodważalnym świadkiem pierwszeństwa Salka był przecież ich kolega, uczeń tego samego gimnazjum, Romek Brandstaetter.

Po chwili żart opanował cały rozwrzeszczany dziedziniec i ceglany budynek szkoły. A co odważniejsi zaczęli wykrzykiwać go w stronę nauczycieli od religii.

– Słyszy to pan profesor? – zapytał w końcu Wątorek.

A Bleiweiss odpowiedział:

– Dlaczego miałbym nie słyszeć, proszę księdza prałata?

Po szkole krążyły o nich różne plotki. Na przykład szeptano, że tak często lubią chodzić pod rękę, bo obaj nie mają żon.

Salek nie słuchał ani nie notował na lekcjach religii mojżeszowej. Rozwiązywał zadania domowe z matematyki, pisał wypracowania z polskiego, przygotowywał się do korepetycji, które dawał po szkole. A kiedy skończył, patrzył przez okno na przechodzących ulicą ludzi. Myślał o tym, że też będzie szedł tamtędy po lekcjach i ci, którzy wtedy go zobaczą przez okno, zobaczą po prostu chłopca, który idzie ulicą. Nie było w tym nic niezwykłego czy nadzwyczajnego i sam nie wiedział, czemu często wraca do tej myśli, że za chwilę będzie dla innych tym, kim oni są teraz dla niego.

Patrzył też na kosz na śmieci przy skrzyżowaniu po drugiej stronie ulicy. Liczył, ile osób między jednym a drugim dzwonkiem nachyli się nad nim i włoży rękę do środka. Teraz była już czwarta – mimo że od dzwonka nie minął jeszcze kwadrans – stara kobieta odgarniała śmieci, szukając chyba resztek jedzenia. Przed nią był chłopiec, najwyżej w jego wieku, który szybkim ruchem zebrał do kieszeni płaszcza powyginane niedopałki. Do śmietnika przylatywały też gawrony i to one robiły nie tylko największy hałas i bałagan, ale też psuły opinię innym, bo wyrzucały śmieci na chodnik. Ale ich Salek nie był w stanie zliczyć.

Hebrajski alfabet wydawał mu się teraz smutny, ponury. Kojarzył się z najbiedniejszą częścią Tarnowa, starą dzielnicą żydowską. Litery zwisały ku dołowi jak pejsy, brody i za długie, wiecznie ubłocone na dole czarne płaszcze mieszkańców Grabówki.

I tak znał wszystko, o czym uczył Bleiweiss. Kiedyś to było ciekawe, mogło mu się podobać. Bajki dla trzyletniego chłopca, którym był, kiedy ojciec pierwszy raz zaprowadził go za rękę do chederu. Nie tego najbliżej domu, gdzie Rudek chodził w poprzednim roku, tylko dużo dalej. Salka bolały nogi, biegł prawie, żeby nadążyć za ojcem. Nie zauważył krawężnika, przewrócił się, upadł na ręce, ale pobrudził sobie też spodnie, w dodatku przedarły się na kolanie.

– Goddammit! – ojciec szarpnął go do góry.

Salek rozpłakał się, nie chciał już iść do chederu.

– Bo pójdziesz do tego koło domu.

Rok wcześniej Rudek przybiegł stamtąd z gorączką i postanowieniem, że więcej tam nie wróci. Długo trwało, zanim mama wyciągnęła z niego, co się stało. Dopiero kiedy obiecała, że nikomu tego nie powtórzy, Rudek opowiedział, że mełamed nie tylko szarpie za uszy i bije trzcinką za źle powtórzone hebrajskie słowa. Kazał mu rozebrać się do naga i stanąć w kącie pokoju, a inne dzieci miały podchodzić i pluć mu w twarz. Wtedy uciekł.

– Za co ci to kazał? – spytała.

– Bo nie wierzyłem, że Żydzi przeszli Morze Czerwone suchą nogą.

Salek bez słowa poszedł dalej za ojcem. Przez cały dzień w chederze trzymał rękę na kolanie i razem z innymi powtarzał za mełamedem fragmenty Tory.

Stary nauczyciel co prawda nie podnosił na dzieci ręki ani nawet głosu, ale za to na wszystkie pytania i wątpliwości miał zawsze jedną niezmienną odpowiedź:

– Głuptasku, tak stoi napisane w Pięcioksięgu.

To samo usłyszał Salek, kiedy po roku nauki w tym wilgotnym pokoju, który jednocześnie był całym mieszkaniem mełameda, ośmielił się zadać pierwsze, od wielu dni starannie przygotowywane pytanie:

– Czemu na widok dzieci, siedzących na murze i śmiejących się z łysiny przechodzącego pod murem proroka Eliasza, Bóg wypuścił z lasu dwie rozszalałe niedźwiedzice, a one rozszarpały czterdzieścioro dwoje dzieci?

Dopiero Rudek wytłumaczył mu, że po prostu trzeba szanować ojca i obu dziadków, mimo że pod kapeluszami są łysi.

W każdym razie na szczęście Bóg nic równie okrutnego nie powtórzył w chederze. Podobnie jak mełamed, milczał na widok najstarszych chłopców, którzy pod stołem spokojnie grali w karty, w guziki i w łapki. Równie niewzruszony pozostał, kiedy stawali za nauczycielem i udawali, że z nim tańczą walca, albo z obrzydzeniem, zatykając nosy, dwoma palcami wyjmowali mu z szafy stare pocerowane kalesony i skarpetki, czy naśladowali psa, który pomylił starego mełameda z suką.

Może chodziło o to, że mełamedowi daleko było do potęgi, świętobliwości i jasności umysłu proroka Eliasza – pomyślał Salek. – A może o to, że nie był łysy, spod jarmułki wystawały mu długie, pozlepiane siwe włosy.

Inne książki tego autora:
Reisefieber
24,90 19,67
Książka
24,90
Rozwiń