PoufneTekst

Z serii: Poza serią
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Poufne
Poufne
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Poufne
Audio
Poufne
Audiobook
Czyta Andrzej Hausner
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mikołaj Grynberg
Poufne


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Mikołaj Grynberg, 2020

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Ewa Ostafin / d2d.pl, Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-036-1

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Rejwach przeszłości

Anglicy

Ja to wszystkim opowiadam

Podwodna odyseja

Latałezy

Pesach

Po lekcji

Pogrzebowy scenariusz

Tryb warunkowy dokonany

Zmiłuj się nad nami

Dzień Pojednania

Chanuka

Amfilada

Warzywkowanie

Sukot

Siostry dziadka

Pies taty

Przerzutnik

Szczęście

Kawowe znaki

Szwajcarski scyzoryk

Próba generalna

Rezerwacja

Telefoniczny notes rodziców

Ojcze nasz

Przeszczep

Szampański lament

Podziękowania

Kolofon

Jak piję, to mnie pali,

jak palę, to mnie pije.

Zygmunt Grynberg

Rejwach przeszłości

Chyba że umiesz wyprzedzić bieg wydarzeń i zaklinając przyszłość, napisać dobre zakończenie. Nie umiesz, wiem, co mówię. Ugrzęzłeś, nogi masz zaplątane w wyschnięte korzenie. Susza ci nie sprzyja, przydałyby się raczej wielomiesięczne ulewy, korzenie stałyby się oślizgłe, szybciej byś się wykaraskał. Tymczasem zachęcam do ćwiczeń z żegnania wspomnień. Od lat jesteś spóźniony, musisz zmierzyć się z linearnym czasem. Pętle pamięci są domeną staruszków, którym upływ lat odcina retrospekcję. Czas uwolnić czas. Rób to powoli, organizm potrafi płatać figle, na gwałtowne zmiany może zareagować wstrząsem. Zamień okrąg na oś czasu, nie na odcinek – to brzmi jak dziwne zadanie z geometrii.

Nie mogę obiecać, że gdy wreszcie czas ruszy naprzód, życie nabierze rumieńców. Wszystko ma swoje wady i mało zalet. Wynurz głowę z rejwachu przeszłości. Stamtąd jesteś, ale tam już nie ma nikogo oprócz ciebie. Rozejrzyj się i wyrzuć rzeczy, których twoje dzieci nie będą chciały odziedziczyć. W głowie zrób to samo, choć to znacznie trudniejsze. Co potrafisz – opowiedz trenami. To się czasami sprawdza, pozwala oddalić temat na bezpieczną odległość. Bezpieczną, czyli taką, która otwiera na myślenie o własnym życiu. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Czy dobrze żyjesz? Czyim życiem żyjesz? Już nie chodzi o to, czy byliby z ciebie dumni, skończyło się. O jutrze myśl od dzisiaj.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Anglicy

Byli już naprawdę blisko, zostało tylko zejść z placu i przejść dwieście metrów.

– Jeśli znowu zacznie się wydzierać na całą ulicę, tym razem pójdziecie sami – powiedziała.

Od kiedy urodzili się chłopcy, niedzielne obiady u teściów stały się obowiązkowe. Na szczęście nie co tydzień, ale co najmniej raz w miesiącu. Scenariusz powtarzał się w stu procentach.

Wyłaniali się zza rogu ulicy, by spojrzeć w ten sam punkt – ku balkonowi na drugim piętrze. On stał tam i czekał, mimo że była dopiero za piętnaście druga. Widać go było z daleka, rudy starszy pan gestykulujący energicznie. Im byli bliżej, tym wyraźniej było słychać, że nie ogranicza się tylko do gwałtownego poruszania rękami.

– Ile wy macie lat, do jasnej cholery?! Nie można się z wami na godzinę umówić?! Stoję tu od piętnastu minut i umieram ze strachu, że coś wam się stało! Jak śmiecie narażać mnie na takie nerwy?!

– Powiedziałam i tak zrobię, więcej tego nie zniosę.

– Mamo, chodź, nie przejmuj się. Dziadek po prostu taki jest.

Spojrzała na męża. Bezradnie rozłożył ręce i miło się uśmiechnął, unosząc krzaczaste brwi. Nie chciała wyjść na histeryczkę, ale już od dawna miała dość tych balkonowych scen.

– Zachowuje się jak wariat, może tym razem coś mu jednak powiesz? – zapytała, choć dobrze znała odpowiedź.

– Co ja mu mogę powiedzieć? Mówi prawdę, umiera ze strachu i nic na to nie poradzimy. Umówmy się, że gdy umrze, przestaniemy do niego przychodzić. – Spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem.

– Myślisz, że dziadek dzisiaj umrze? – zapytał jeden z synów.

– Mam nadzieję, że jeszcze nie.

– A ty, mamo? Chciałabyś, żeby dziadek dzisiaj umarł?

– Wolałabym nie. I bez tego będziemy mieli moc wrażeń.

Nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze krzyki dochodzące z balkonu, dotarli do klatki, minęli skrzynki pocztowe i ruszyli po schodach. Nigdy nie wsiadali do windy, była tak mała, że nie mieli szans zmieścić się do niej we czwórkę.

Dziadek czekał w otwartych drzwiach. Najpierw schylał się do starszego wnuka, ściskał go zbyt mocno i trochę za długo.

– Mój pierworodny, mój pierworodny. Pokaż się, ależ ty mądrze wyglądasz. Kto by pomyślał, że się w ogóle urodzisz!

Następnie przychodziła kolej na młodszego. Jego też zbyt mocno przytulał.

– Czarne kudły masz, może zjaśnieją. Dobrze, że ryży nie jesteś.

Nie spuszczając oczu z chłopców, przytulał swojego syna, a na końcu witał się z synową.

– Pięknych mi wnuków urodziłaś. Wchodźcie, wchodźcie.

– Tato, mógłbyś nam następnym razem oszczędzić wrzasków z balkonu? Byliśmy umówieni na czternastą, przyszliśmy piętnaście minut wcześniej, a ty się drzesz, że jesteśmy spóźnieni?

– Wszystko będzie dobrze, nie przejmuj się. Martwiłem się, że samochód was potrącił albo jakieś inne nieszczęście… Najważniejsze, że wszyscy żyjemy i jesteśmy razem. Swoją drogą, ciekawe, czy ja doczekam prawnuków. No, chłopcy, mogę na was polegać?

– Nie wiadomo, czy dożyjesz – powiedział młodszy wnuk.

– Proszę, jaki dowcipny! – skwitował uśmiechnięty dziadek.

Po powitaniach szli do jadalnego, gdzie stał duży okrągły stół. Biały obrus, talerze ze złotym szlaczkiem i srebrne sztućce – wszystko było już naszykowane. Przy stole siedziała stara kobieta, malutka i skurczona. Od lat chorowała na alzheimera, nie reagowała na hałas, który wypełniał pokój.

– Chłopcy, przywitajcie się z babcią – mówił ojciec.

Nie lubili się do niej zbliżać, nie rozumieli, co się z nią dzieje. Rzadko się odzywała, nigdy po polsku. Podchodzili, szybko całowali ją w policzek i siadali na swoich miejscach. Czasami przez jej pomarszczoną twarz przebiegał lekko zauważalny uśmiech, trudno powiedzieć, czy świadomy.

Obiad gotowała gosposia dziadka. Garnki i patelnie stawiała na parapecie i wychodziła mimo szczerych zaproszeń, by usiadła ze wszystkimi do stołu. Rosół z makaronem domowej roboty, mielone, purée i sałata ze słodką śmietaną, której nie jadł nikt poza dziadkiem. Najmłodszy wnuk szybko pochłaniał cały obiad, by zdążyć na dokładkę zupy, nim ta zniknie w kuchni. Później grzecznie pytał, czy może odejść od stołu, i kładł się na podłodze, gdzie bawił się swoimi samochodzikami.

 

Rytm tych obiadów był niezmienny. Wszystko trwało około półtorej godziny, potem dziadek ucinał sobie drzemkę, a oni, przez nikogo niezatrzymywani, wychodzili.

– Kulturysta z Dachau podniósł cegłę i się zmachał – wypowiedział którejś niedzieli młodszy wnuk, leżąc na podłodze z brzuchem pełnym zupy.

– O Boże! – jęknęła babcia po polsku.

Zapadła cisza, a rodzicielskie oczy zwróciły się ku starszemu synowi.

– To nie ja go tego nauczyłem!

– Koledzy w szkole mnie nauczyli – odpowiedział niczym niezmieszany najmłodszy członek rodziny.

– Dlaczego postanowiłeś akurat teraz się z nami tym podzielić? – zapytał ojciec.

– Przypomniało mi się.

– Patrzcie go, przypomniało mu się! A wiesz, że niektórym nigdy nie udało się zapomnieć? – zapytał wzburzony dziadek.

– A wiem.

– A skąd, jeśli można?

– Od was, ciągle o tym mówicie. Nie rozumiem, dlaczego zawsze rozmawiacie o Żydach.

– Bo jesteśmy Żydami – odpowiedział dziadek.

– Wszyscy?

Dziadek rozejrzał się i uśmiechnął.

– Tak, wszyscy.

– Ja też?

– Ty też.

Chłopiec na chwilę wrócił do swoich samochodzików.

– Wolałbym być Anglikiem – odezwał się po dłuższym milczeniu.

– Powiedzieć ci coś? – zapytał dziadek.

– A powiedzieć.

– Ja też bym wolał być Anglikiem.

Dziadek sięgnął po szklankę z herbatą, ale zdążyła już na tyle wystygnąć, że przestała go interesować. Wstał od stołu i poszedł się zdrzemnąć.

Ja to wszystkim opowiadam

Ten facet był z typu psotnik. Kochał medycynę i kobiety, właśnie w tej kolejności. Jego zaś kochała połowa miasta. Ta, którą leczył. Druga połowa dzieliła się na tych, których wyprowadzał z równowagi, i na obojętnych. Rudy był i piegowaty, czyli temperamentny. W mordę potrafił znienacka strzelić, pół litra wypić i pójść dalej, jak gdyby nigdy nic.

Udało mu się dożyć drugiej połowy XX wieku, postanowił wykorzystać szansę i żyć, nie rezygnując z przyjemności. Przydział dramatów uznał za wyczerpany. Wychowaniem dziecka zajęła się żona, on angażował się, tylko gdy sytuacja wymagała lekarza. Uważał, że los ojca jest niewdzięczny, jak w tym dowcipie o synu niejadku. Cała rodzina się martwiła, że chudy, nic nie je. W końcu ojciec nie wytrzymał i zapytał, na co synek miałby największą ochotę. Mały po namyśle odpowiedział, że na gówno. Jak to na gówno? Normalnie, na gówno. Gówno na talerzu. Matka spojrzała na ojca, ojciec na matkę, po czym wstał i wyszedł do łazienki. Wrócił z gównem na talerzu. Postawił przed synem. Ten obejrzał i powiedział, że chce gówno smażone. Matka spojrzała na ojca, ojciec na matkę, po czym wstał i poszedł do kuchni. Wrócił, postawił przed synem. Syn obejrzał i powiedział, że chce, żeby tatuś spróbował. Matka na ojca, ojciec na matkę. Spróbował, powiedział, że wyborne, i zachęcił syna, by wreszcie zaczął jeść. Nie zjem, bo tata zjadł najlepszy kawałek.

Dom działał, syn rósł jak na drożdżach, a rudy doktor poznawał kolejne kobiety i spędzał z nimi rozkoszne chwile. Pytany przez znajomych, co u niego słychać, opowiadał dowcip o Żydzie, który przyszedł do księdza, żeby się wyspowiadać. Ksiądz pyta, czy penitent jest katolikiem. Nie jest. To dlaczego przychodzi? Bo bardzo mu zależy. Ksiądz wchodzi do konfesjonału, a Żyd zaczyna mu opowiadać o wszystkich kobietach, z którymi ostatnio spał. Że ta blondynka, tamta z kręconymi włosami, a jeszcze inna miała takie małe piersi… Dlaczego pan akurat mnie wybrał, żeby mi to opowiedzieć? – pyta ksiądz. Ja to wszystkim opowiadam.

Żona udawała, że nie słyszy. Po tym, co przeszli, wiedziała, że życie potrafi przynosić poważniejsze problemy. Czasami żaliła się przyjaciółce, a ta po powrocie do domu prosiła męża, by porozmawiał z doktorem. Umawiali się, szli na wódkę, przyjaciel domu delikatnie wyjawiał, z jaką misją go wysłano. Rudy spoglądał na niego i mówił, że właśnie w tej chwili przypomniał mu się dowcip o poborcy podatkowym, który przychodzi do gminy żydowskiej. Co robicie z woskiem z wytopionych świec? Zbieramy i robimy z niego nowe świece. Aha. A co robicie z okruszkami z macy? A z nich to my robimy pyszne kulki macowe. Aha. A gdy obrzezacie małych chłopców, to co robicie z tymi, no, wiecie? A, z tymi. Zbieramy, wysyłamy do urzędu podatkowego, a stamtąd przysyłają nam takich kutasów jak pan.

Przyjacielskie odruchy dusił w okamgnieniu. Gdy rozmówca był wytrwały, wołał kelnerkę i prosił, by otworzyła okno. Nie ma się czego bać, mówił, mój kolega nie jest orłem, nie wyfrunie.

Syn ożenił się z malutką brunetką, absolwentką akademii sztuk pięknych. Doktor miał co do niego wprawdzie inne plany, ale przyjął do wiadomości, przestał szukać idealnej partii.

Żona rudego lekarza zaczęła chorować na szybko postępującego alzheimera. Doskonale się nią opiekował. Sprowadził do domu młodą dziewczynę z prowincji. Gotowała, zajmowała się chorą żoną, a i z doktorem dobrze jej się układało.

Dla wnuków stał się wspaniałym lekarzem, dziadkiem dziwnym, który miewał swoje wzloty. Raz w roku zabierał ich na zakupy. Ku zaskoczeniu wszystkich potrafił kupić stół bilardowy albo rower. Czasami brał ich do restauracji, a po złożeniu zamówienia szybko znikał. Doroślejące wnuki dopiero po latach zrozumiały, że głównym powodem wycieczek nie była bynajmniej chęć pobycia z nimi, tylko kelnerka w krótkiej spódniczce. Nie umiał być dziadkiem, był jednak dumny, że rodzina rośnie.

Rok po śmierci żony zaprosił starszego wnuka na obiad. Po wybraniu dań nie odszedł jak zwykle od stołu. W czasie gdy oczekiwali na jedzenie, dziadkowi przypomniał się dowcip o Rosenzweigu, który całą noc chodzi po domu. Około piątej rano wstaje wściekła żona i pyta go, co tak chodzi. Chodzę, bo nie mogę spać, odpowiada Rosenzweig. Dlaczego nie możesz spać? Bo jestem winny Hozenduftowi pieniądze. Dużo? Dużo. To zadzwoń i powiedz mu, że nie oddasz. Mąż chwilę myśli i dzwoni. Tu Rosenzweig. Tak, wiem, która jest godzina. Chciałem tylko powiedzieć, że nie oddam pieniędzy, dobranoc. I odkłada słuchawkę. I co teraz? – pyta żonę. Idź spać, teraz on nie śpi.

Wnuk, mimo że w sztuce dowcipu trenowany od dziecka, nie rozumie, dlaczego dziadek akurat teraz mu to opowiada. Zgrabna kelnerka przynosi jedzenie. Dziadek się do niej uśmiecha, ale zostaje przy stole.

– Słuchaj, jest takie żydowskie prawo, które mówi, że zdrowy mężczyzna nie powinien być sam. To prawo mówi też, że gdy żona umiera, mąż może się ożenić z jej siostrą. Siostra twojej babci zginęła wtedy, kiedy wszyscy.

Co teraz będzie? – myśli wnuk. Dziadek bierze głębszy oddech i oznajmia, że się żeni. Od razu dodaje, że jego syn nie będzie zadowolony z wyboru żony.

– Skąd wiesz? – pyta wnuk.

– Coś mi tak mówi. Rzadko się lubi swoje macochy. Moja przyrodnia siostra nie znosiła mojej matki.

– Miała powody? – pyta wnuk.

– O, miała same powody!

Wnuk martwi się, że został wydelegowany, by oznajmić ojcu tę dziwną nowinę. Czuje, że nie będzie ani łatwo, ani miło. Wybawienie przychodzi nieoczekiwanie.

– Ale na razie nic nie mówmy twojemu ojcu… – zarządza dziadek, po czym zawiesza głos. – Drugą żonę, taką na starość, wybiera się, nie myśląc o innych. Szuka się kogoś, kto cię zrozumie. Nawet jeśli wiesz, że mówi, zanim pomyśli, że jest trudna, że rani wszystkich wokół. Idziesz w to, bo chcesz zagłuszyć samotność. Myślisz, że niedopasowaniem zajmiesz się później.

Wnuk ma kilkanaście lat i czuje, że później może być za późno, ale przecież to są sprawy dorosłych. Wtedy jeszcze nie wie, że w jego rodzinie typ macochy okaże się dziedziczny.

Podwodna odyseja

Kłamstwo nie ma krótkich nóg. Ojciec zawsze mówił, że ma, ale sam nie wiedział, jak bardzo się myli. Ono wypływa na wierzch, kiedy poświęca się zbyt mało uwagi, żeby je ukryć.

Gdy miał kilka lat, nie kłamał – mówili, że pięknie wymyśla historie. Gdy został nastolatkiem, nazywali to już kłamstwem. Wiele nad tym nie rozmyślał, zarządzał życiem na swoją miarę.

System wartości wykuwał na potrzebę chwili.

Najważniejsza zasada: spokojni rodzice – spokojne życie. W tym systemie były pewne luki, ale z czasem stał się on integralną częścią cyklu: zapewnić rodzicom spokój między wywiadówkami, z godnością i nadzieją na lepsze jutro przetrwać ich powrót z wywiadówki. Znaleźć ukojenie w domowej poawanturowej ciszy i nie traktować osobiście pretensji ani złości. Po kilku dniach dać im coś ku pokrzepieniu serc, nie musiało być prawdziwe, ważne, by tymczasowo działało. Pamiętać, że zasada „spokojni rodzice – spokojne życie” jest priorytetem, a najlepsze chwile płyną między wywiadówkami. Nie szarżować, ale też nie poddawać się walkowerem.

Był pogodnym, pierwszym powojennym dzieckiem w swojej rodzinie. Czuł, że źle znoszą brak rzetelności. W naturalny sposób wykształcił modus operandi. Można by powiedzieć, że wzory czerpał z natury. Płynął jak strumień – tam, gdzie mniejszy opór, a nie tam, gdzie się go oczekuje. Zasada tyleż prosta, ileż źle widziana.

Otworzyły się drzwi, do sali kinowej wpadła smuga światła.

– Czy jest na sali? – Tu padło jego nazwisko.

Pomyślał, że się przesłyszał.

– Czy jest na sali?

Teraz już nie mieli wątpliwości. Ani on, ani – niestety – koleżanka, którą zaprosił do kina.

– Jego imię i nazwisko, proszę do wyjścia. Mama czeka przy kasie.

Miał trzynaście lat i sto czterdzieści pięć centymetrów wzrostu. Wcisnął się w kinowy fotel, ale już czuł, że w tym semestrze wywiadówkowy nastrój zawita do ich domu z dużym wyprzedzeniem. Nie śmiał spojrzeć na swoją pierwszą zaproszoną do kina dziewczynę.

– Jego imię i nazwisko, proszę wstać i przejść do wyjścia, inaczej zapalę światło.

Nie było szans na ucieczkę, w jednych drzwiach stał bileter, w drugich mama. A już tak dobrze mu szło z tą dziewczyną! Namówił ją na wspólną ucieczkę ze świetlicy, co nie było łatwe. Ukradł mamie pieniądze na bilety, co też wymagało odrobiny sprytu. Właśnie zaczynał rozważać powolne podniesienie ramienia i położenie go na oparciu tuż za plecami koleżanki. Wszystko toczyło się według planu, który rodził się na bieżąco w nastoletniej głowie. W połowie projekcji Podwodnej odysei poczuł, że dorośleje. Wraz z wrogim światłem z kinowego korytarza plany obróciły się wniwecz. Ogarnęła go wściekłość. Wstał, nachylił się do ucha dziewczyny i powiedział:

– Przepraszam, do zobaczenia jutro.

– Nie mogłaś mi dać obejrzeć do końca? – zaatakował.

Był jeszcze za młody, by wiedzieć, że ta strategia nie zadziała.

– A ty zapomniałeś, że miałam cię odebrać wcześniej? Jesteśmy umówieni do lekarza.

Nie pamiętał. Od kiedy koleżanka zgodziła się pójść z nim do kina, o niczym już nie pamiętał. Lekcje skończyły się godzinę wcześniej, a oni we dwójkę siedzieli w świetlicy i z obrzydzeniem przyglądali się pani świetliczance, która ściągnęła rajstopy i obcinała sobie paznokcie u nóg. Co jakiś czas to robiła. Potem wybierała jedną z dziewczynek, by zmiotła obrzynki z podłogi.

Teraz albo nigdy. Wstali z krzeseł i powoli podeszli do drzwi. Pani siedziała bokiem i dalej obcinała paznokcie. Nacisnął klamkę, uchylił drzwi, przepuścił koleżankę przodem i w absolutnej ciszy oboje wyszli.

Gdy biegli do kina odległego o przecznicę od szkoły, czuł, że frunie. Był początek roku szkolnego, życie nabierało rumieńców. Biegli obok siebie, jakby nadal trwały wakacje, a oni mieli już po osiemnaście lat. Uśmiechała się, warkocz unosił się jak ogon latawca, piersi rytmicznie podskakiwały.

– Skąd wiedziałaś, gdzie mnie szukać?

– Najpierw chciałabym wiedzieć, skąd miałeś pieniądze na bilet.

– Na bilety.

– Z kim tam byłeś?

– Z kimś ważnym, wszystko mi zepsułaś.

Lekarz powiedział mamie, żeby się nie martwiła, syn jest teraz niski, ale ma wielkie stopy, co znaczy, że będzie z niego chłop na schwał.

Zaraz po powrocie do domu położył się do łóżka, głowę nakrył kołdrą.

– Wstawaj, tchórzu! – krzyknął ojciec, zapalając światło w pokoju.

Chłopak wiedział, co się stanie, tak było po każdej wywiadówce. Znał przebieg wieczoru, włącznie ze słowami młodszego brata, które padały, gdy po rozmowie z rodzicami wracał do wspólnego pokoju.

– Już nie będziesz tak robił, prawda? Zrozumiałeś, że kłamstwo zawsze ma krótkie nogi? – pytał brat słowami ojca.

Rozumiał, co nie oznaczało, że się zgadzał. Brat cenił sobie spokój, a jemu chwile wolności sprawiały radość nieporównywalną z przykrościami rodzicielskiej reprymendy.

 

Nazajutrz – nie bez obaw – poszedł do szkoły, koleżanki nie było. Nie przyszła też następnego dnia ani kolejnego. Wyjechała z rodzicami do Szwecji. A przecież powiedział jej: „Przepraszam, do zobaczenia jutro”. Czuł, że umknęło mu coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.

Dwadzieścia lat później przeczytał opowiadanie szwedzkiej pisarki Podwodna odyseja. O dwójce zakochanych w sobie młodych ludzi chowających się przed światem w kinie. O najlepszej chwili w jej życiu.