Oskarżam Auschwitz

Tekst
Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mikołaj Grynberg

Oskarżam Auschwitz

Opowieści rodzinne

Ze wstępem Anki Grupińskiej


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Mikołaj Grynberg

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Mikołaj Grynberg, 2014

Copyright © for Wysłuchiwanie Zagłady i rozmawianie o schedzie pozagładowej by Anka Grupińska, 2014

Redakcja Justyna Dąbrowska

Konsultacja merytoryczna przypisów prof. dr hab. Barbara Engelking

Korekty Sandra Trela / d2d.pl, Hanna Antos / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-857-4

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wysłuchiwanie Zagłady i rozmawianie o schedzie pozagładowej

Od Autora

Jossi

Daniel

Zygmunt i Krzysztof

Sara

Lili

Piotr

Towa

Piotr

Esther i Arlene

Miri

Shula

Gitla

Steve

Roz

Dahlia

Szmulik

Dorota

Lea

Ela

Halina

Doron i Roger

Yehuda

Orit

Mosze

Dziękuję

Przypisy

Kolofon

Mojemu Tacie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wysłuchiwanie Zagłady i rozmawianie o schedzie pozagładowej

Przywykliśmy już do wysłuchiwania ocalałych z Zagłady. Choć to i prawda, że zaczęliśmy ich wysłuchiwać za późno. A oni za późno zaczęli opowiadać. Opowieści wysnuwane z ich odległej już pamięci zbieraliśmy dość ofiarnie przez ostatnie trzydzieści (?) lat. Gromadziliśmy nagrania, teksty, fotografie w rozmaitych archiwach, drukowaliśmy je w książkach. Z dbałością niezwykłą notowaliśmy każde słowo. Z taką samą każde zdanie. Bo te słowa i zdania brzmiały starym, nieobecnym już czasem: miały swoją szczególną barwę, która pojawiała się w splątaniu języków i tradycji. Zapisywaliśmy różne historie tych samych wydarzeń. Nie można ich było weryfikować. Każda z nich niosła swoją prawdę i była pełnoprawna. Nie rozmawialiśmy z ocalonymi z Zagłady – wysłuchiwaliśmy ich historii: z pokorą i szacunkiem.

Pierwsze zapisywanie Zagłady w Polsce to połowa lat osiemdziesiątych. Pytaliśmy o wszystko, o czym chcieli mówić. Najchętniej o przedwojniu, bo młodzi wtedy byli i świat ich był kompletny. O Zagładzie mówili czasem z potrzeby czyszczącego opowiedzenia, prawie zawsze z obowiązku świadczenia – o tym nie można było milczeć. O powojniu, w którym próbowali nowego życia, o powojniu, w którym rosły ich dzieci, mówili zdawkowo, niechętnie. Nie odmawiali rozmowy, ale nic ciekawego, jak sądzili, do powiedzenia o powojniu nie mieli. „Nie ma specjalnie o czym gadać…” Właściwie ich już tam nie było. Kiedy próbowali opowiadać, nie mówili o sobie, tylko najczęściej o codzienności jakoś lepionej. Ot, kilka faktów: jakieś miasto, w którym zamieszkali, praca, polski mąż albo polska żona (rzadko kiedy małżeństwa były żydowskie), dzieci – zwyczajnie: nie ma o czym gadać. 1968? No tak, był. Jedni rozmówcy stracili wtedy pracę, ale w końcu to nie był jakiś szczególny dramat. Inni wiedzieli, że coś się dzieje, ale ich to specjalnie nie dotykało i… nie dotyczyło. Starannie się zakonspirowali. Zniknęli. Niewidzialni dla innych. Niewidzialni dla siebie samych.

Zaczęliśmy wysłuchiwać ich za późno. Z dwóch, przede wszystkim, powodów. Bo przez kilkadziesiąt lat nie dość było przestrzeni kulturowej do takich spotkań. A też i dlatego, że polscy Żydzi ukryli się starannie w nowym, społecznym kontekście. Stali się niewidzialni: z poholokaustowego strachu, z peerelowskiego strachu, z potrzeby wycięcia, wymazania, zapomnienia… (Sprzyjała temu polityka gruntowania nowej, zglajszachtowanej przez radziecki socjalizm, tożsamości). Nabywanie cech niewidzialności służyć miało bez wątpienia poczuciu bezpieczeństwa w nowym świecie. Oni byli ukryci. A my – trochę o tym nie wiedzieliśmy, a trochę za młodzi byliśmy, żeby aż tak daleko wstecz sięgać, aż do świata, którego nie było.

A teraz, kiedy ich już prawie nie ma, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. I ta rozmowa całkiem jest inna. Bo drugie pokolenie – dzieci ocalałych z Zagłady – nie ukrywa się: nie wymazuje, nie chce zapomnieć. Przeciwnie. Drugie pokolenie szuka wszystkich strzępów i nitek, którymi może powiązać historie swoich rodziców w pierwszym rzędzie, a potem swoje historie wiąże mocno z ich historiami. I chce o tym mówić! Dlatego powstała ta książka. Mikołaj Grynberg rozmawia ze swoimi „braćmi i siostrami po Zagładzie”. I tu już rozmawianie jest partnerskie. Jest miejsce na ironię, żart, złośliwość, na dystans i zaskakującą czasem lekkość. Rodzice opowiadali o swoim doświadczeniu. Opowiadali, jak przeżywali, jak przeżyli. Dzieci mówią o tym, jak ich (rodziców) doświadczenie wpływa na ich (dzieci) los.

Jak to jest być wychowywanym przez ocalałego? – pyta Grynberg po wielokroć. – To znaczy żyć w środku tornada całe życie. – Dlaczego to robisz? Dlaczego ze mną rozmawiasz? – pytają Grynberga. – Bo tylko wtedy mam wrażenie, że robię coś sensownego. Bo chciałbym o tym opowiedzieć ludziom z nieżydowskich rodzin – odpowiada Grynberg. – To dobrze, że powstaje ta książka, trzeba o tym opowiedzieć – mówią mu. I jeszcze kilka zdań kluczy, wokół których toczy się rozmowa Grynberga z wybranym rodzeństwem.

Oskarżam Auschwitz o pozbawienie mnie ojca.

Polska to nie jest miejsce dla Żydów.

Gdy się tego dowiedziałem, miałem trzydzieści pięć lat.

Nie wybieram się oglądać kontynentu przesiąkniętego krwią.

Rodzice robili wszystko, żebym myślała, że przedtem nic nie było.

Po tamtych doświadczeniach jestem nieśmiertelna.

Mama nigdy mnie nie dotykała. Ona w czasie Holokaustu umarła w środku.

Wiem, że nie mogłam pomóc [rodzicom], ale ciągle o tym myślę i nie mogę przestać czuć się winna.

Moje życie to ich życie.

Ja gram sztukę, że żyję, ale to nie jest prawdziwe życie.

Nie ma do kogo się odezwać, bo wokół jest pusto. Odziedziczona pustka.

[Mama] nie ustawała w wysiłkach, by zmusić mnie do poczucia winy i wstydu.

Żyję z tymi sześcioma milionami w głowie.

U nas w domu była cisza.

Był Żydem [w Polsce]. Tylko tak, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

Im jesteś bliżej zrozumienia tego, co się wtedy stało, tym bardziej zagrożona jest twoja równowaga psychiczna.

Byłam odpowiedzialna za utrzymanie ich przy życiu.

 

Być wychowaną przez ocalałych to jest przywilej i odpowiedzialność.

Byliśmy wychowani przez ludzi cierpiących na depresję.

[Odczuwamy] dumę, że jesteśmy dziećmi ocalałych.

Gdy jestem w Auschwitz, to czuję się, jakbym wreszcie wróciła do domu.

Drugie pokolenie rozproszone

Bohaterami Grynberga są dzieci ocalonych na terenach okupowanych przez Niemców, które dziś mieszkają w USA, Izraelu lub w Polsce. Najstarsi urodzili się pod koniec lat czterdziestych, najmłodsi w latach siedemdziesiątych. Wszyscy są obciążeni doświadczeniem rodziców, większość wplotła dramat ich życia w swoją codzienność kilkadziesiąt lat później. Wszyscy patrzą wstecz. Prawie nikt nie chce się od tego ciężaru uwolnić. Grynberg opisuje pomieszanych, chorych, nieszczęśliwych i smutnych. Pewnie gdzieś żyją także pogodni i radośni. Ale tych autor książki nie przedstawia. (Tę decyzję autorską można wesprzeć przekonaniem, że ci pogodni z pewnością do mniejszości przynależą). Mikołaj Grynberg wybrał tych, którzy nam przekazują, że Holokaust był czasem najokrutniejszego cierpienia ich rodziców, dziadków, bliskich i że oni są tej pamięci okrucieństwa spadkobiercami.

Polska. Dopiero po 1989 roku ludzie zaczęli być ze sobą bliżej – w sposób formalny (i legalny) mogli się organizować. Dla takich, którzy mieli rodziców poukrywanych przed nimi, poukrywanych przed sąsiadami, w pracy, a także poukrywanych przed samymi sobą, powstało Stowarzyszenie Drugie Pokolenie – Potomkowie Ocalałych z Holokaustu. To oni zaczęli łapać swoje porwane nitki, wiązać je delikatnie i wspierając się jak rodzina, jęli pokazywać sobie swoje posklejane, trudne historie. Wynikało z nich kilka rzeczy. Że najczęściej są z mieszanych rodzin. Że często to mama jest Żydówką, a ojciec i jego rodzina specjalnie Żydów nie lubią, więc mama chowa swoją przeszłość najgłębiej. Że nie mają dużej rodziny albo że w ogóle nie mają rodziny. Że są z tylu powodów inni niż ich rówieśnicy (często trudno było te inności ponazywać). Że idą w życie, już dorośli, i bardzo im trudno: z przeszłością i z teraźniejszością, bo jakoś nie potrafią się ze swoim losem poukładać. Że potrzebują pomocy terapeuty, wsparcia środowiska. Że nie potrafią zbudować swoich szczęśliwych rodzin: rozwodzą się, dzieci tracą, rodziców już stracili. Że kontekst dla swojego bólu mają trudny: bo Polacy – sąsiedzi swój dramat niosą, a często jest to dramat, który się z żydowskim mocno przeplata i boli, kłuje po obu stronach. Szczególni są ci polscy Żydzi powojennego czasu. Wychowani bez żydowskiego świata (społeczność, tradycja, kultura, edukacja, język) mówią, że są Żydami, czują, że są Żydami, są Żydami.

Ameryka, czyli USA. Tam drugie pokolenie ocalonych z Zagłady wyrosło w zgoła innych niż polskie warunkach. Spróbujmy podobnej wyliczanki. Najczęściej są z rodzin żydowskich. Z reguły nie doświadczają antysemityzmu w swoim pobliżu. Mają większe rodziny. Są podobni do swoich rówieśników, bo wychowali się w żydowskiej (mniej lub bardziej tradycyjnej) społeczności. Jeśli chcą, mają szkoły, synagogi, kluby, organizacje. I kontekst dla swojego i swoich rodziców bólu mają prostszy. Nic nie muszą ukrywać. Przeciwnie – mogą i chcą mówić o swoich losach głośno. Wyróżniają się swoją traumą i odbierają od innych sporo współczucia. A jednak idą w dorosłe życie obarczeni przeszłością rodziców, często trudno im się z ich losem przyjaźnie poukładać mimo pomocy terapeuty i wsparcia środowiska. To oni i ich rodzice zazwyczaj nie lubią Polski, nie lubią Europy: mają złość wymieszaną z nieskrywanym bólem, które – bywa – objawiają agresywnym zachowaniem.

Jako że każda zasada większości wsparta jest swoimi wyjątkami, przytoczę taką informację. Arwen Donahue zarejestrowała około siedemdziesięciu wywiadów z Żydami ocalałymi z Zagłady, którzy po wojnie zamieszkali w stanie Kentucky. Dziwne to rozmowy, dziwni ci Żydzi, jak nie amerykańscy. Całkiem poukrywani. Nie nazywają siebie Żydami, nie mówią o swoim ocaleniu, nie wracają do przeszłości w Europie. Mówią, że są zasymilowani, że są Amerykanami. Jesteśmy z Kentucky. Tu jest nasz dom. (Statystyki podają, że obywatele Kentucky są bardziej antysemiccy niż obywatele innych stanów).

Izrael. Tu o Zagładzie nie mówiło się do połowy lat sześćdziesiątych. (Cezurą był proces Eichmanna, który wywołał wszystkie ukryte bóle i demony). Nie mówiło się o Zagładzie wcześniej, bo budowano nowe, silne państwo. Innych trzeba było wzorców niż cierpienie. Nie tylko milczano w sprawie Zagłady, ale i nasycano to milczenie pogardą. (Pojawia się w książce dwukrotnie określenie sabon – mydło. Tak bywali nazywani ocaleńcy). Imigranci z Polski wstydzili się mówić po żydowsku, nie chcieli mówić po polsku, a ich niesabrowski hebrajski przemycał wstyd upokorzenia galutem. Ocaleńcy z Zagłady asymilowali się do izraelskiej rzeczywistości. Kontekst społeczny, w którym rozpoczynali swoje nowe życie, był trudny, często wręcz nieprzychylny. Nie strach, jak w polskim przypadku, ale wstyd, skrępowanie, poczucie gorszości wobec tych, którzy byli tu już od lat dwudziestych, trzydziestych, długo im towarzyszyły. Ich dzieci wychowywały się w domach pełnych milczenia o Zagładzie albo pełnych mówienia o niej. Ulica, świat zewnętrzny, kontekst nie pochylały się jednak nad ich pokoleniową traumą. A zatem oni także, ci nowi Izraelczycy, żyli w cieniu ukrycia. I choć byli z żydowskich rodzin, to żyli nie w żydowskim, a w izraelskim świecie. (Wszystko tam było inne niż w świecie rodziców: język, kultura, klimat, polityka…)

Szoa było instytucjonalnie wspólne. Przez lata nie mówiło się o dramacie pojedynczych losów, przez lata odwoływano się do dramatu narodu. I wokół niego budowano siłę nowej tożsamości. I tak jest do dziś. Zagłada jest istotnym spoiwem dla nowego państwa, skupia wszystkich Żydów (także i tych, którzy pochodzą z Iraku, Maroka i Tunezji). Z niej wyrasta przekonanie o prymacie ideologii syjonistycznej, na niej buduje się morale izraelskiej armii, jej używa się dla konstruowania patriotyzmu, ona też jest dowodem na morderczy europejski antysemityzm. I tak to trwa.

Trzecie pokolenie ocalonych z Zagłady

Izrael. Dwudziesto-, trzydziesto-, czasem czterdziestoletni potomkowie ocalonych przyjmują za swój obowiązek pamiętanie i pielęgnowanie pamięci o Szoa. Podstawową lekcją, którą odbywają na rok, dwa przed maturą, są tak zwane miszlachot, czyli delegacje do obozów Zagłady znajdujących się w Polsce. Bywa, że taka delegacja składa się z przedstawicieli trzech pokoleń. Grupę młodzieży (trzecie pokolenie) prowadzi nauczycielka (drugie pokolenie), a historię swoją w Auschwitz opowiada ocaleniec (tu nazywany świadkiem). Trzeba pamiętać, nie można zapomnieć – nikt nie ma wątpliwości. A ci młodzi Izraelczycy, którzy tatuują sobie numery na rękach, mówią, że walczą o pamięć…

Ameryka, czyli USA. Doron opowiada Mikołajowi Grynbergowi o swojej mamie, która „podarowała swój zielony sweterek, w którym przeżyła wojnę, muzeum Holocaust Memorial w Waszyngtonie”. Kiedyś przy wystawie rozpoznała ją przewodniczka i powiedziała o tym grupie. „Słuchajcie, mamy dziś niesłychane szczęście i zaszczyt. Tuż obok nas stoi właścicielka tego sweterka. Przeżyła okropności wojny, a dzisiaj jest wśród nas. […] Ludzie zaczęli podchodzić do mamy i dotykać jej, jakby sprawdzali, czy jest prawdziwa. […] Mam dwóch synów. Obydwaj bardzo dobrze znają historię dziadków i są z nich dumni”.

Polska. Tu w trzecim pokoleniu zaskakujący jest mocny powrót młodych Żydów do tradycji, często do religijności, czasem do religijnej ortodoksji. Babcia albo dziadek przeżywali swoje powojenne życie w ukryciu. Rodzic zmagał się ze sobą długo, zanim nazwał się głośno Żydem. A wnuk czy wnuczka z radością i przekonaniem demonstrują swoje żydostwo – swoje wielkie odkrycie i swój wielki powrót. Działają żydowskie organizacje, stowarzyszenia, realizowane są projekty związane z jidiszkeit – dziś najczęściej już prowadzone przez trzecie pokolenie.

Krótko opowiedziana długa historia

Jan został wzięty do niewoli w powstańczej Warszawie w pierwszych dniach września 1944 roku. Niemcy wywieźli go do obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Miał osiemnaście lat. W tym samym transporcie był jego ojciec i dwóch jego braci. Matka była więźniarką KL Auschwitz i KL Ravensbrück. Kiedy spotkali się po wojnie, Jan nie powiedział mamie, że widział śmierć ojca i dwóch braci w KL Mauthausen. Nigdy jej tego nie powiedział. A ona szukała swoich mężczyzn przez kolejne kilkadziesiąt lat życia. I czekała na nich.

Jan ożenił się z Haliną – dziewczyną, która także w czasie powstania 1944 została wzięta do niewoli z całą rodziną: z mamą, tatą i babcią. Tata zginął w Buchenwaldzie. Kobiety przeżyły wojnę. Jan i Halina próbowali ułożyć sobie życie. Mieli córkę, Anię. Rozwiedli się jednak po kilku latach. Ania była wychowywana przez matkę i babkę. Matka w pracy była silna i zdeterminowana (była lekarką). W domu była słabym, nieporadnym i przestraszonym człowiekiem. Umarła kilka miesięcy po odejściu na emeryturę. Ania, wtedy już pięćdziesięcioletnia kobieta, straciła sens życia, bo swojego nie miała, czerpała go od matki. Ania była strażniczką pamięci obozowego doświadczenia wszystkich jej bliskich. Tak o sobie mówiła. W pierwszą rocznicę śmierci Haliny Ania popełniła samobójstwo. W pierwszą miesięcznicę śmierci Ani Jan popełnił samobójstwo. To jest historia prawdziwa. Zapisana w jednym z warszawskich archiwów. Tak. To jest zupełnie inna historia. Z innego świata te doświadczenia wyrosły. Z polskiego koszmaru wojny.

Pytania

Czy naprawdę to zupełnie inne światy? Czy cierpienie nie ma zawsze wspólnej gleby: okrucieństwa, przemocy, potworności nieludzkich w ludzkim wykonaniu – zła? Co jest nam potrzebne: wsobność chroniona czy otwartość na innych i siebie? Czy chcemy pielęgnować nasz dramat, nasze cierpienie uwypuklać? Czy może wolimy uśmierzać, łagodzić wszelki ból i wszelkie zło wygaszać? Czy myślimy o przeszłości przez zbiorowe doświadczenie? Czy indywidualne ma inną wartość? I wreszcie: czy dziedzictwo Zagłady jest naszym żydowskim czy także naszym polskim – wspólnym, człowieczym dziedzictwem nieludzkiego czasu?

1 lipca 2014

Anka Grupińska

Od Autora

Bohaterów mojej książki łączy to, że wychowani zostali tak jak ja, przez ocalałych z Holokaustu. Łączy nas też to, że jesteśmy Żydami, i to, że mieliśmy nie istnieć, bo już naszych rodziców miało nie być.

Łączą nas również nasze domy rodzinne, trwające w cieniu wielkiej żałoby. Smutek był ich niezbywalną częścią, często pozostającą w sferze poza słowami.

Narzekanie brzmiałoby w naszych ustach jak bluźnierstwo, więc tego nie robimy. Czujemy, że mamy „drugą szansę”, mimo że sami nigdy nie straciliśmy pierwszej.

Moim rozmówcom towarzyszy szczególny rodzaj smutku, może nawet nostalgii – za czymś, czego nie znali. Rzadko dzielą się nim z innymi, bo łatwo jest być źle zrozumianym. Tak jak ich rodzice, prowadzą takie rozmowy głównie we własnym środowisku, by nie musieć się wzajemnie przekonywać do rzeczy, w które nie sposób uwierzyć.

Książka ta jest próbą podzielenia się treścią rozmów, które prowadzę od lat. Wierzę, że te historie zasługują na obecność w przestrzeni szerszej niż tylko grupa wsparcia.

Chciałbym kiedyś usłyszeć, że są naszym – czyli wszystkich ludzi – dziedzictwem.

Mówią, że czas leczy rany.

Zapraszam do lektury.

Mikołaj Grynberg

(ur. 1966)

Jossi
(ur. 1960)

Wstęp do rozmowy odbywa się przez telefon. Rozmawiamy po ­angielsku.

Jossi: Zgadzam się na tę rozmowę pod jednym warunkiem. Przyjdziesz do mnie do domu, ja albo żona otworzymy ci drzwi, przywitamy się i pójdziemy do mojego gabinetu. Porozmawiamy sobie i odprowadzę cię do drzwi. Może się zdarzyć, że moja żona zaprosi cię na kolację albo chociaż na coś zimnego do picia, ale ty kulturalnie jej odmówisz, pożegnamy się i wyjdziesz. Zgoda?

Zgoda.

To jesteśmy umówieni.

Z Jossim spotykam się w jego telawiwskim mieszkaniu. Szybko prowadzi mnie do swojego ciemnego gabinetu, w którym spędzamy kilka godzin.

Nazywam się Jossi, po dziadku, którego Niemcy zamordowali w Przemyślu. Mam o cztery lata starszą siostrę, która nazywa się Miriam, po siostrze taty, którą Niemcy zamordowali w Auschwitz.

Jak wiesz, zrobiłem w Izraelu karierę i jestem z tego bardzo dumny. Nie jestem nieudacznikiem życiowym. Urodziłem się w Auschwitz, wychowałem się w Auschwitz i dojrzewałem z tym Auschwitzem na co dzień.

 

Kiedy się urodziłeś?

Za późno. Kiedy mój ojciec już udowodnił światu, że żyje. Miał pierworodną córkę, która zawsze była do niego bardzo podobna. Jawny dowód, że przeżył. Czego chcieć więcej? Ja się pojawiłem, bo mama chyba chciała mieć jeszcze jedno dziecko.

Jak było w waszym domu?

W naszym domu był Auschwitz. „Zjadaj to i ciesz się, że nie jesteś w Auschwitz. Tam byś docenił, co to jest jedzenie”. „Zagotowałeś wodę, jak cię prosiłem? Nie? W Auschwitz już byś nie żył”. Jeździliśmy też na auschwitzowe wakacje. W hotelu, w którym zamieszkaliśmy, jakiś głupek poskarżył się tacie, że nie lubi swojej pracy. I co usłyszał? „Tu nikt cię siłą nie trzyma, to nie Auschwitz”.

Gdzie mieszkaliście?

W Hajfie. Tata, razem z innymi członkami Mścicieli[1] od Aby Kownera, wstąpił do marynarki i bardzo szybko został oficerem. Oni wszyscy mieszkali obok siebie. Łączyła ich nierozerwalna więź. Największe święto tych rodzin to był 19 stycznia. Przyjęcie, prezenty i opowieści z Auschwitz.

Dlaczego 19 stycznia?

Bo wtedy uciekli z „marszu śmierci”. Ukryli się nocą w dachu jakiejś stodoły i poczekali, aż cała kolumna rano ruszy dalej. Tak się uratowali i całe życie tylko o tym mówili.

Dziwi cię to?

Mnie dziwi co innego.

Co?

Im się tylko wydawało, że z tego Auschwitz uciekli. Wśród tej grupy przyjaciół była taka nietypowa rodzina: mąż, żona i jej brat. Oni sobie kupili amerykański samochód, żeby razem zginąć.

Razem popełnili samobójstwo?

Nie. Kupili samochód, który w razie czego zabijał całą trójkę.

Nie rozumiem.

No pewno, że nie rozumiesz. Tego się nie da zrozumieć.

A ty rozumiesz?

Oczywiście.

Czyli to się da zrozumieć.

Amerykańskie samochody nie miały z przodu dwóch siedzeń, tylko kanapę. Oni siedzieli na niej razem, bo w razie wypadku zginęliby wszyscy. Nie byłoby ocalałych.

Teraz już rozumiem.

Jeśli rozumiesz, to znaczy, że z tobą też jest coś nie tak. Oni już nie mieli siły na kolejną samotność po czyjejś śmierci.

Dlaczego zgodziłeś się ze mną porozmawiać?

Bo chciałbym, żeby w twojej książce były różne punkty widzenia.

A jaki jest twój?

Gdyby dzisiaj ktoś przed szkołą zlał psa smyczą, to jutro dzieci miałyby do dyspozycji kilku psychologów i pogadankę o niekontrolowaniu agresji. Natomiast kiedy ocalali wracali z wojny, nikt do nich ręki nie wyciągnął. Nikt nie dał im narzędzi, które pomogłyby powrócić do życia.

Myślisz, że są takie narzędzia?

Są różne sposoby wspierania ludzi po traumie. Nie chodzi o zapomnienie o tym, co im się wydarzyło.

A o co chodzi?

O to, żeby jakoś mogli żyć i nie zatruwać życia innym.

I jak by to miało wyglądać?

Nie wiem, na pewno są jakieś sposoby. Ja sobie musiałem radzić w trudnych sytuacjach, które pojawiały się w moim życiu z powodu ojca.

W jakich na przykład?

Gdy miałem pięć lat, wyjechaliśmy na cztery lata do Anglii. W tamtym czasie Anglicy nam sprzedawali łodzie podwodne, a mój ojciec zajmował się tymi sprawami. Tam byłem nowy i nie pasowałem. Nie mówiłem po angielsku, nie znałem ich zwyczajów. W końcu wszystko nadrobiłem i wtedy wróciliśmy do Kraju. Nie pisałem po hebrajsku, miałem dziwny akcent. Nie pasowałem. I znowu wszystko nadrobiłem. Ale jeśli myślisz, że usłyszałem dobre słowo od ojca, to jesteś w błędzie. Zresztą nigdy go nie usłyszałem, mimo że zacząłem sobie naprawdę nieźle radzić. Mój ojciec nigdy nie był ze mnie dumny. Może raz. Przyszedł do mojej kancelarii, obejrzał wszystko i chyba mnie poklepał po plecach.

Chyba czy poklepał?

Poklepał, ale to było i za mało, i za późno.

Twój tata żyje?

Nie.

Zdążyłeś z nim o tym wszystkim porozmawiać?

Nie mogę tego tak nazwać. Byliśmy razem w Polsce. Poprosił mnie, żebym z nim pojechał. Byliśmy w Krakowie, bo stamtąd była nasza rodzina, i w Przemyślu. Tam były jakieś rodzinne nieruchomości, które tata chciał sprzedać. Uprzedzając twoje pytanie: nie, nie byłem w Auschwitz. Do Przemyśla zresztą też już nigdy nie wrócę.

Rozumiem, że ta podróż do Polski nic między wami nie zmieniła?

Można tak powiedzieć.

A dlaczego…

W moich żyłach płynie – od najwcześniejszych lat – bardzo dużo Auschwitzu. Nie wydaje mi się, żebym potrzebował go więcej. Ci, którzy tam jadą, to ci, którzy chcą więcej zrozumieć. Ja już nie chcę więcej zrozumieć. Oskarżam Auschwitz o pozbawienie mnie ojca. Auschwitz jest dla mnie zarówno konkretem, jak i symbolem całego Holokaustu.

Chciałem zapytać, dlaczego nigdy już nie wrócisz do Przemyśla?

Zakończyliśmy tam sprawy związane z nieruchomościami. Gdy wyszliśmy od prawnika, poprosiłem tatę, żebyśmy poszli na cmentarz żydowski. Tam jest pochowany mój dziadek, ojciec mojego ojca. Tata bardzo nie chciał, ale powiedziałem mu: „Słuchaj, musimy znaleźć ten grób i postawić tam nowy kamień”. Tata powiedział, że to nie ma sensu, bo przecież nigdy tu już nie wrócimy. „No właśnie, dlatego musimy to zrobić”. Niestety nie udało nam się znaleźć grobu dziadka. Cmentarz był w bardzo złym stanie, a my szukaliśmy po omacku.

W drodze powrotnej do Krakowa pociąg zwolnił. Tata spojrzał przez okno i powiedział: „Widzisz tę rampę? Tam nas wtedy wysadzili”. Powiedział to tak, jakby mówił: „Patrz, jakie ładne kwiatki tu rosną”. Nie mam powodu, żeby tam wracać.

Do Krakowa też nigdy nie wrócisz?

Do Krakowa mogę pojechać choćby jutro i zamieszkać tam. Bardzo lubię to miasto i dobrze się w nim czuję, mimo bliskości Auschwitz. Byłeś kiedyś w Auschwitz?

Tak.

Masz jakąś rodzinną historię związaną z tym miejscem?

Mam.

Nigdy się nie bałeś Auschwitz?

Był taki moment, mogłem mieć dziesięć, dwanaście lat. Usłyszałem kolejną obozową historię opowiadaną przez babcię i pomyślałem wtedy, że pobyt tam chyba jest obowiązkowy dla wszystkich i mnie też to czeka.

Zapytałeś, czy masz rację?

Nie pamiętam.

Tylko tyle? To jakaś idylla.

Jak Auschwitz jest obecny w twoim dorosłym życiu?

Bardzo daleko od niego uciekłem, ale zdarza mi się stracić czujność i… hop, z powrotem tam jestem.

Na przykład?

Gdy mój syn miał około dwóch lat, pakowaliśmy się na wakacje. Wiesz, ile rzeczy trzeba zabrać ze sobą, kiedy się ma małe dziecko? I nagle stoję w naszym pokoju wśród tych toreb i zaczynam myśleć o tym, co się zabiera, jeśli trzeba z takim dzieckiem jechać do Auschwitz albo do Treblinki. Ledwo opanowałem sytuację.

Co by było, gdybyś jej nie opanował?

Wybuchnąłbym płaczem, który zapewne trwałby do teraz.

Powiedziałeś żonie, co ci przyszło do głowy?

Staram się trzymać moją rodzinę z dala od tego wszystkiego.

Ile oni wiedzą?

Żona wie sporo, ale nie informuję jej na bieżąco o moich przemyśleniach. Dzieci wiedzą o wojennych losach dziadka. Gdy byli trochę więksi, poprosiłem ojca, żeby napisał, nagrał lub w inny sposób opisał swoje losy. Powiedziałem, że jego wnuki mają prawo wiedzieć, co się z nim działo. Tłumaczyłem, że to nie musi być nic dużego: cztery–pięć stron absolutnie wystarczy.

Napisał?

Zrobił się z tego pięcioletni projekt. Napisał książkę. Dzieci się sporo dowiedziały, choć nie o tym, jakim był ojcem. I o to chodziło.

A ty przeczytałeś tę książkę?

Tak, ale prawie nic z niej nie pamiętam. Pewnie wmieszała się w to wszystko psychologia. Czego by w tej książce nie było, to uważam, że nie da się przeżyć Auschwitz.

A ci wszyscy, którzy ocaleli?

Oni właśnie są największym zwycięstwem Hitlera. Gdyby zginęli, to na nich by się wszystko zakończyło. Ale Hitler ich wypuścił. Pozwolił im robić dzieci i dalej psuć świat.

Siedzimy tutaj we dwóch, niemal siedemdziesiąt lat później, i rozmawiamy o tym, co to w naszych życiach zrobiło. To kto wygrał? Nie Hitler? Nie wierzę w te brednie o odbudowywaniu życia po Holokauście. Robienie dzieci to odbudowywanie? Do robienia dzieci nie musisz nic umieć. Odbudowywanie życia to praca nad sobą, a nie robienie dzieci. Sam widzisz, co się dzieje z drugim pokoleniem. A już się zaczynają kłopoty z trzecim. I to jeszcze nie koniec. Zwycięstwo Hitlera nie przemija.

To co twoim zdaniem powinni zrobić ci, którzy przeżyli?

Albo zginąć w obozach, albo… Ja bym nie chciał po tym wszystkim żyć.

Czyli?

Dochodzimy do moich najbardziej radykalnych przemyśleń. Uważam, że ci, którzy przeżyli i potem popełnili samobójstwa, zrobili więcej dla odrodzenia powojennego żydowskiego świata niż ci, którzy wyszli z obozów i pozakładali rodziny. Gdyby wszyscy postąpili tak, jak ci pierwsi, nie byłoby tego całego burdelu z drugim pokoleniem. Zgadzasz się ze mną?

Nie.

Wyczerpaliśmy temat?

Doszliśmy do ściany.

To zrobimy tak, jak mówiłem na początku. Odprowadzam cię do drzwi i żegnamy się.