Teraz i na zawszeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Od Mikki

Podziękowania

Tytuł oryginału

All This Time

by Mikki Daughtry and Rachael Lippincott

Original English language edition copyright © 2020 by Mikki Daughtry

Copyright © 2021 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Published by arrangement with Simon & Schuster Books for Young Readers, an imprint of Simon & Schuster Children’s Publishing Division.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system, without permission in writing from the Publisher.

Cover illustration copyright © 2020 by Lisa Perrin

Five Feet Apart cover illustration copyright © 2019 CBS Films Inc. All rights reserved.

Polska wersja okładki Radosław Stępniak

Book design by Lizzy Bromley

Łamanie: Scriptor s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-960-0

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24

61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla tych, którzy też spotkali Marley.

Nie pozwólcie jej odejść.

R.D.

Dla Mikki

R.L.

1

Bransoletka z charmsami ciąży mi na dłoni. Patrzyłem na nią już z tysiąc razy, ale oglądam ją ponownie, gdyż musi być doskonała – musi mieć moc poskładania z powrotem wszystkiego, co wymaga naprawy. Zastanawiałem się nad delikatniejszą, misterniejszą bransoletką, podobną do tych, które Kimberly zwykle nosi, ale ta miała w sobie coś, co do mnie przemówiło – jej srebrne ogniwa zdawały się solidne i trwałe jak nasz związek... no, w każdym razie jak nasz związek w normalnych okolicznościach.

Kilka miesięcy temu, kiedy zamówiłem tę bransoletkę, miała być prezentem dla uczczenia matury, a nie upominkiem na przeprosiny, ale ostatnio Kimberly jest dziwnie milcząca. Nieobecna. Jak zawsze, kiedy się kłócimy.

Tyle że, o ile mi wiadomo, wcale się nie pokłóciliśmy, więc właściwie nie wiem, za co ją przeprosić.

Wzdychając, patrzę na swoje odbicie w lustrze hotelowej łazienki. Upewniam się, że nikogo nie ma w kabinach toalet, a potem marszczę brwi i przeczesuję palcami zmierzwione włosy, żeby je przygładzić, tak jak lubi Kim. Po dwóch nieudanych próbach zarówno ja, jak i moje włosy poddajemy się i ostatni raz zerkam na bransoletkę.

Połyskujące, srebrne charmsy grzechoczą cicho, kiedy je oglądam. Ich brzęk miesza się z przytłumionymi odgłosami balu maturalnego dochodzącymi zza drzwi. Może kiedy Kim zobaczy bransoletkę, w końcu wyjawi, co ją gryzie?

A może – kto wie? – po prostu da mi buziaka i powie, że mnie kocha, a jej kłopoty nie mają ze mną nic wspólnego?

Pochylam się jeszcze niżej, żeby obejrzeć sześć malutkich charmsów – po jednym za każdy rok, który przeżyliśmy jako para. Dopisało mi wielkie szczęście, gdy znalazłem przez Etsy osobę, która pomogła mi je zaprojektować, bo nie mam za grosz talentu plastycznego. Teraz ten przedmiot jest czymś więcej niż zwykłą bransoletką. To nasza wspólna przeszłość.

Delikatnie wodzę kciukiem po tych fragmentach naszej historii. Raz po raz jeden z charmsów mruga do mnie, kiedy pada na niego światło wiszących pod sufitem lamp.

Komplet pomponów pokrytych emalią w odcieniu ciemnego turkusu i bieli, niemal identycznych z tymi, którymi Kimberly, kapitanka drużyny cheerleaderek, wymachiwała podczas meczu tamtego wieczoru, kiedy oficjalnie zapytałem ją, czy chce ze mną chodzić.

Malutki, złoty kieliszek szampana z bąbelkami diamencików dokoła krawędzi – pamiątka starannie wyreżyserowanego zaproszenia na bal maturalny. Od tamtej pory upłynęło już kilka miesięcy. Podwędziłem mamie z barku butelkę szampana, żeby zrobić wrażenie na Kimberly. W domu dostałem za to szlaban, który trwał całą wieczność, ale było warto się poświęcić, żeby zobaczyć blask w oczach Kimberly, kiedy strzelił korek.

Zatrzymuję się na chwilę przy najważniejszym charmsie, zajmującym miejsce dokładnie na środku. To srebrny pamiętniczek z prawdziwą miniaturową sprzączką.

Pewnego dnia, jeszcze w gimnazjum, uczyliśmy się w kuchni jej domu. Kiedy Kimberly pobiegła na piętro do toalety, potajemnie wyjąłem z jej plecaka różowy pamiętnik i napisałem na pierwszych trzech pustych stronach: „I ♥ U”.

Kiedy to zobaczyła, wybuchnęła płaczem i zaczęła się złościć.

– Przeczytałeś moje sekrety?! – krzyczała, oskarżycielsko wyciągając palec w moim kierunku, a drugą ręką przyciskając zeszyt do piersi.

– Nie – odpowiedziałem i obróciłem się do niej na krześle. – Myślałem, że to będzie takie... nie wiem. Romantyczne.

 

Nagle mnie pchnęła. Pozwoliłem jej przewrócić mnie na podłogę, bo było coś niesamowicie ekscytującego w tym, że jej śliczna twarz znalazła się tak blisko mojej. Po chwili złość jej minęła i popatrzyliśmy sobie w oczy.

– Było – powiedziała, a potem jej usta nieśmiało dotknęły moich.

Nasz pierwszy pocałunek. Mój pierwszy pocałunek.

Ostrożnie otwieram malutki charms i obracam delikatne srebrne strony – trzy, a na każdej wygrawerowany napis: „I ♥ U”. Na pewno zawsze będą między nami drobne sprzeczki, ale mimo to będziemy się kochać.

Patrzę z uśmiechem na puste ogniwa – te, które wciąż czekają na kolejne historie z życia, na zdarzenia, które razem będziemy wspominać. Po jednym na każdy rok na UCLA. A potem kupię jej następną bransoletkę, którą też zapełnimy wspomnieniami.

Nagle drzwi łazienki otwierają się z hukiem i uderzają z całej siły w stoper przybity do ściany. Szybko chowam bransoletkę do wyściełanej aksamitem szkatułki. Charmsy znowu pobrzękują, a po chwili ładuje się do toalety grupa chłopaków ze szkolnej reprezentacji koszykówki. Rozbrzmiewa chór głosów: „Kyle! Co słychać?!” i „Matura dwa tysiące dwadzieścia!”. Uśmiechając się do kumpli, wsuwam szkatułkę z powrotem do kieszeni marynarki. Kiedy to robię, moje palce prześlizgują się po wciśniętej za pasek piersiówce z Jackiem Danielsem. To podstawowy punkt planu przekonania dwojga moich najlepszych przyjaciół, żebyśmy urwali się z tej zorganizowanej przez szkołę imprezki i poszli do naszego ulubionego miejsca nad stawem, gdzie porządnie uczcimy zakończenie szkoły.

Ale najpierw... Muszę jej wręczyć tę bransoletkę. Wychodzę do krótkiego korytarza, który łączy toalety z pełną po brzegi salą balową wypasionego hotelu.

Przechodzę pod morzem turkusowych i białych balonów, z których kilka już się odczepiło i poleciało wysoko, aż pod sklepiony sufit. Na środku pomieszczenia góruje nad rzęsiście opadającymi setkami papierowych serpentyn olbrzymi transparent z napisem: GRATULUJEMY MATURZYSTOM!

Gwar zalewa mnie niczym fala, we wszystkich kątach buzuje energia podsycana ekscytacją i radością z powodu ukończenia szkoły. Mnie też się udziela ten klimat. Po ostatnim roku jestem absolutnie gotowy, żeby zmienić otoczenie i zacząć coś nowego.

Przepycham się między uczniami, którzy dobrali się w przedziwne grupy. Wystarczyło wywołać ich po odbiór dyplomów, a już przestało się liczyć wszystko to, co jeszcze rano było dla nich ważne. Jaki sport uprawiasz. Jakie masz oceny. Kogo zaprosiłeś albo nie zaprosiłeś na bal. Dlaczego pan Lewis się na ciebie uwziął przez całe półrocze.

Lucy Williams, przewodnicząca klasy, flirtuje z Mikiem Dillonem, ćpunem, który dwa razy powtarzał dziesiątą klasę, a dwaj kapitanowie zespołów turnieju matematycznego konspirują z dwoma zawodnikami grającymi w ataku naszej drużyny, jak by tu zwinąć piwo zza baru.

Dzisiaj wszyscy jesteśmy równi.

– Hej, Kyle. – Czyjaś dłoń nieco zbyt ciężko ląduje na moim obolałym ramieniu. Starając się powstrzymać grymas, odwracam się i widzę Matta Paulsona, najsympatyczniejszego gościa na świecie. Jest mi głupio, że się na niego wkurzyłem. – Och, sorry – mówi, kiedy dociera do niego, jak bardzo boli mnie ramię. Szybko cofa rękę. – Słyszałeś, że idę do Boston College? Już jesienią będę grać w ich drużynie.

– O, to spoko – odpowiadam, próbując ukryć dobrze mi znaną falę zazdrości, która wzbiera pod powierzchnią spokoju. „To przecież nie jego wina”, napominam się. – Gratulacje, stary.

– Słuchaj, gdyby nie to, jak prowadziłeś drużynę na początku sezonu, w ogóle nie pojawiłbym się na ich radarze. Byłeś zarąbistym rozgrywającym. Nigdy w życiu nie dostałbym stypendium futbolowego, gdyby nie twoje nauki – mówi, nieświadomie sypiąc sól na wciąż żywą ranę. – Ale przykro mi, że to się stało...

– W porządku. – Wchodzę mu w słowo, a potem wyciągam do niego rękę, żeby nie wyjść na obrażalskiego dupka. – Powodzenia w przyszłym roku.

Puszczam jego dłoń i obracam się na pięcie, żeby kontynuować poszukiwania. Szybko przebieram nogami, chcąc jak najbardziej zwiększyć dystans między nami. W tej chwili zależy mi na znalezieniu tylko jednej osoby.

Zatrzymuję się przy barze i wyciągam szyję, żeby rozejrzeć się w tłumie za Kim. Mój wzrok prześlizguje się po ludziach, ale bez skutku.

– Hors d’oeuvre? – dobiega mnie czyjś głos.

Zerkam w bok i widzę faceta trzymającego przede mną tacę z przekąskami – grudowatymi bryłami na śnieżnobiałym talerzu. Mężczyzna uśmiecha się nieszczerze z miną, która wskazuje, że już nie może się doczekać, by za dwie godziny stąd wyjść.

Zauważam na jego koszuli logo „Owl Creek”, jedynej z okolicznych restauracji, która trafiła do Food Network, gdzie chwalono jej „modną, nowoczesną kuchnię”.

Podobno sam Gordon Ramsay tam jadł i nie znalazł nic, do czego warto by się przyczepić.

– Owszem – odpowiadam, odwzajemniając uśmiech.

Sięgam po jedną z przekąsek i wkładam w całości do ust, a on odchodzi, żeby kontynuować swoją rundę dokoła sali.

Od razu żałuję, że dałem się skusić.

Czy to krewetka, czy guma? Do diabła, dlaczego taka twarda? I dlaczego smakuje jak stara szynka?

Widocznie Gordon nie próbował akurat tego gumowatego mięsa.

Rozglądam się na boki, a potem szybko pochylam się, żeby wypluć to coś w czarną serwetkę, którą dał mi kelner. Nagle oślepia mnie błysk tuż koło mojej twarzy.

Unoszę wolną rękę, żeby zasłonić oczy. Czarne plamy powoli bledną i wyłaniają się zza nich łagodne, brązowe oczy i identyczne jak moje, wysokie kości policzkowe. Ich właścicielka ma na sobie swoją ulubioną białą sukienkę w kwiaty. Dostrzegam częściowo ukryty za telefonem jej szeroki uśmiech.

– Mamo, przestań... – próbuję powiedzieć, ale ona znowu dotyka przycisku na wyświetlaczu i kolejny promień światła atakuje moje oczy. – Wiesz co? Jeśli już musisz robić mi kompromitujące zdjęcia, to przynajmniej mogłabyś wyłączyć flesz. Chcesz mnie oślepić?

– Dziewczyny na Insta zwariują, jak to zobaczą – mówi mama, chichocząc szelmowsko.

Mruży oczy i przesuwa palcem po wyświetlaczu.

– Mamo, nie wstawiaj tego na forum – protestuję i rzucam się w jej kierunku.

Przyciągam ją do siebie, a potem obejmuję, żeby odwrócić jej uwagę i wyrwać z ręki telefon. Udaje mi się przez chwilę zobaczyć zdjęcie, które mi zrobiła – twarz wykrzywioną odrazą i krewetkę zwisającą z czubka języka tuż przed jej zniknięciem w serwetce.

Do licha, nie ma mowy, żebym pozwolił, by „dziewczyny na Insta” to zobaczyły. Ani nikt inny.

Kim nigdy nie zapomniałaby mi takiej wpadki.

Mama pozwala się przytulić, dzięki czemu nieco zwalnia uścisk, więc mogę porwać telefon i usunąć zdjęcie.

– Co to, to nie, moja droga pani.

Mama udaje, że zbiera się jej na płacz. Szminka w różowym odcieniu podkreśla wygięty w dół łuk jej ust.

– Dobrze, złam serce swojej starej matce. Niczego mi nie wolno.

Śmieję się, całuję ją w policzek i tym razem naprawdę mocno przytulam, ale wciąż zachowuję ostrożność, żeby nie wyczuła ukrytej za paskiem piersiówki.

– Przecież masz mnie, prawda?

Mama wzdycha teatralnie.

– Chyba to musi mi wystarczyć. – Jej słowa toną w grubym materiale mojej marynarki. – Hej – mówi, nagle odsuwając się ode mnie z uśmiechem. – A dlaczego jesteś sam? Dałeś już jej tę bransoletkę?

Serce mi wali tak, jak przed meczem.

– Czekam na właściwy moment – odpowiadam i przebiegam wzrokiem salę. – Widziałaś ją gdzieś?

– Kilka minut temu stała z Samem koło tarasu – mówi, wskazując ruchem głowy w prawo, gdzie wysokie, sięgające od ziemi do sufitu okna oddzielają nas od wyłożonego polnymi kamieniami tarasu, z którego rozciąga się widok na dziedziniec hotelu.

Mama z ledwo widocznym uśmieszkiem, który unosi kąciki jej ust, czule poprawia mi węzeł krawata. To węzeł windsorski – ale fakt, że kojarzę jego nazwę, wcale nie znaczy, że jestem na tyle pretensjonalny, by znać inne sposoby wiązania krawata. W ostatnim dniu mojej nauki w gimnazjum mama poświęciła całe przedpołudnie opanowaniu sztuki eleganckiego wiązania krawatów jedynie po to, żeby potem przekazać mi tę umiejętność. To było przed pierwszym balem, na który poszedłem z Kim.

Mama od początku była świadkiem wszystkiego, co się działo w naszym związku.

– Naprawdę sądzisz, że jej się spodoba? – pytam.

Zamawiając bransoletkę, byłem pewien swojego pomysłu, ale teraz...

– Absolutnie tak.

Delikatnie głaszcze mnie po policzku. Uspokojony oddaję jej telefon. To wielki błąd.

Mama szybko go unosi i pstryka dwa zdjęcia – znowu z fleszem, który prześwietla mi oczy na wylot. Staram się zrobić groźną minę, ale kurze łapki w kącikach jej oczu pogłębiają się, kiedy patrzy na mnie z niewinnym uśmiechem, więc nie bardzo mi się to udaje. Dzisiaj nic nie jest w stanie zepsuć mi humoru, nawet nieustanne dokumentowanie mojego życia przez mamę.

Godzę się więc posłusznie na jej zabiegi, przyjmuję kiczowatą pozę do ostatniego zdjęcia, a kiedy mama w końcu jest usatysfakcjonowana, idę dalej szukać Kim. Wyrzucam do kosza zwiniętą w kulkę serwetkę z krewetką i kieruję się na taras. Przez szybę widać niebo, które z tej strony wydaje się ciemne i złowróżbne.

Zwykle udaje mi się szybko ją znaleźć.

Kim emanuje wewnętrznym ogniem, magnetyczną energią, która przyciąga ludzi w jej orbitę. W szkole zazwyczaj muszę się do niej przepychać przez gęsty tłum, więc tym razem też szukam wzrokiem największej grupy oraz błysku jedynego w swoim rodzaju odcienia blond, który skupia całe światło w najbliższym otoczeniu.

Odkąd pamiętam, ten kolor zawsze był taki sam jak wtedy, gdy w trzeciej klasie posprzeczaliśmy się o to, kto ostatni może się huśtać na placu zabaw przed szkołą.

Przepycham się przez tłum, ludzie się rozstępują, żeby mnie przepuścić, wszędzie widzę uśmiechy i dłonie uniesione do przybicia piątki.

– Lafferty! Będzie mi brakować twoich artykułów w dziale sportowym – mówi pan Butler, mój nauczyciel dziennikarstwa, i klepie mnie po plecach, kiedy go mijam.

To kolejna rzecz, która mi przypomina, że siedziałem na ławce rezerwowych i pisałem o meczach, zamiast w nich występować.

Gdzie ona jest?

Dyskotekowa, lustrzana kula nad naszymi głowami rozsiewa po sali błyski i blaski, które sprawiają, że trudno coś zobaczyć. Już mam wyjąć telefon i wysłać esemesa, gdy...

Jest.

Burza jej jasnych włosów wychyla się na chwilę zza szerokich ramion Sama, kiedy Kim w opinającej ją jedwabnej sukience lekko przenosi ciężar ciała na lewą nogę. Wygląda dzisiaj nieziemsko, długie włosy spływają jej na ramiona, jasne, błękitne oczy lśnią, usta lśnią błyszczykiem.

Ale gdy się zbliżam, widzę, że ma poważną minę, a kiedy mówi, na jej czole pojawia się znajoma zmarszczka, jak zawsze, gdy dzieje się coś złego. Tę samą minę widziałem u Kim przed tygodniem podczas rozdania świadectw oraz dzisiaj, kiedy pozowaliśmy do zdjęć do szkolnej kroniki, ale gdy ją pytałem, o co chodzi, zbyła mnie machnięciem ręki.

Przenoszę wzrok na Sama, który nerwowo przeczesuje palcami ciemną grzywę.

I nagle do mnie dociera, że na pewno rozmawiają o UCLA. Opada ze mnie całe napięcie.

Oboje z Kim już zostaliśmy przyjęci na studia, ale Sama przeniesiono na listę rezerwową. Zawsze snuliśmy marzenia, że będziemy razem grać w futbol na UCLA, ale po ostatnim meczu te plany się rozwiały z powodu mojej kontuzji. Zawiodłem nas obu. Odkąd wylądowałem na ławce, Sam przepuścił tyle podań i tyle razy zawiódł w obronie, że spędził poza boiskiem niemal tak dużo czasu jak ja. Kiedy runęły wszystkie nadzieje związane z karierą sportową Sama, jego oceny też od razu pikowały w dół. Kim pomogła mu przygotować eseje i materiały dodatkowe, które mogą przechylić szalę na jego korzyść.

Sądząc po ostatnich kilku tygodniach, mogę się domyślać, że na pewno będziemy go potrzebować na studiach. Jest nie tylko przyjacielem, który wiernie trwał przy mnie w najtrudniejszych chwilach pochrzanionego ostatniego roku, ale też spoiwem, które trzyma razem naszą trójkę. Stanowi głos rozsądku, zwłaszcza kiedy kłócę się z Kim. I to dzięki niemu wracamy do siebie, gdy coś idzie nie tak.

Jeśli się dostanie na UCLA, to przynajmniej będziemy na tej samej uczelni. Nawet jeżeli nie wyjdziemy razem na boisko.

Jednak mina Kim wskazuje, że sprawy mogą się ułożyć inaczej.

Podchodzę, obejmuję Kim w talii i pochylam się, żeby ją pocałować. Automatycznie nadstawia usta, ale robi to bez zaangażowania, jakby była nieobecna.

 

– Co się dzieje? Coś złego? – pytam, zerkając to na nią, to na Sama.

Kim pochyla się, żeby mnie jeszcze raz pocałować. Tym razem w zdecydowany sposób przyciska wargi do moich warg, jakby chciała mnie zapewnić, że wszystko w porządku, ale nie odpowiada.

Już otwieram usta, żeby powtórzyć pytanie, ale decyduję, że lepiej zignorować to dziwne zachowanie. Dzisiaj wszyscy ignorują stare nieporozumienia, więc my też możemy sobie na to pozwolić. Na razie zostawmy za sobą, co tylko się da. Bądź co bądź, przyszliśmy tu świętować. Rozglądam się na boki, a potem rozpinam guziki koszuli, żeby pokazać przemyconą piersiówkę.

– Co wy na to, żebyśmy poszli nad staw i...

Jeszcze nie dokończyłem zdania, a już za oknem błyska piorun, rozjaśniając całe niebo elektryczną błyskawicą. Długi grzmot wprawia szyby w drżenie, moje odbicie dygocze, patrząc prosto na mnie, ale odbicia Sama i Kimberly nie odrywają wzroku od siebie.

– Nie, stary – mówi Sam, wskazując palcem na niebo. – Jeszcze nie mam ochoty spłonąć dzisiaj żywcem.

– Och, daj spokój – zachęcam, chociaż ciężkie krople zaczynają się rozbryzgiwać na szkle. – Przyznaj się, co zrobiłeś z prawdziwym Samem. Małe załamanie pogody nigdy do tej pory ci nie przeszkadzało. – Stukam wierzchem dłoni w jego ramię. – Pamiętasz tamten grad dwa lata temu po wygranej w mistrzostwach stanu? Coś mi się przypomina, że to ty wtedy nalegałeś, żebyśmy gdzieś poszli. Wydaje mi się, że do dzisiaj mam odmrożenia.

Żadne z nich nie odpowiada. To milczenie wywołuje u mnie gęsią skórkę. Czuję się niewyraźnie.

– Co? – pytam, starając się spojrzeć Kimberly w oczy.

Ona jednak odwraca wzrok i patrzy na serpentyny nad moim ramieniem. Zaczynam podejrzewać, że tu wcale nie chodzi o studia Sama.

Moja dłoń zsuwa się z jej talii. Cofam się o krok.

– Coś przede mną ukrywacie.

– Ja... – zaczyna Kim, ale milknie i odpływa myślami.

Sam nie patrzy na mnie. Za oknem pada coraz mocniej.

– Powiedz – nalegam i wsuwam dłoń w jej dłoń, tak jak wiele razy przedtem.

Patrzę na jej nadgarstek i myślę o bransoletce, którą mam w kieszeni. Napis wygrawerowany na malutkich stronach pamiętnika: „I ♥ U”.

Ale nagle widzę, że Kim robi ten swój nerwowy ruch, który zawsze oznacza, że zamierza powiedzieć coś, co mi się nie spodoba. Przygotowuję się do konfrontacji, a ona po chwili patrzy mi prosto w oczy. Ulewa wypłukuje z sali wszystkie głosy. Słyszę jedynie Kimberly, kiedy w końcu mówi mi prawdę.

– Kyle! – słyszę dobiegający zza moich pleców głos Kim.

Krople głośno dzwonią na blaszanym daszku przed wejściem.

„Jak mogła?” To pytanie wciąż powraca w mojej głowie, kiedy zbiegam po schodach. Już podaję parkingowemu bilet, gdy Kimberly mnie dogania. Ignoruję ją.

– Kyle, proszę, poczekaj – mówi i chwyta mnie za ramię.

Gdy tylko czuję dotyk jej palców, pierwotny instynkt każe mi ją przytulić, ale odsuwam się, biorę od parkingowego kluczyki i wychodzę spod dachu w deszcz.

– Nie musisz. Wszystko rozumiem.

Kim idzie za mną, próbuje się tłumaczyć, chociaż mam w dupie jej argumenty. Jeśli naprawdę chciałaby o tym porozmawiać, powinna zrobić to już dawno, a nie zaskakiwać mnie akurat w ostatnim dniu szkoły.

– Wiem, że powinnam ci powiedzieć, ale nie chciałam zranić twoich uczuć...

Błyskawica znowu przecina niebo, a głośny grzmot zagłusza dalsze słowa. Obracam się, żeby spojrzeć na Kim. Jej suknia jest kompletnie przemoczona, a mokre włosy oblepiają twarz.

– Nie chciałaś zranić moich uczuć? – Śmieję się gorzko. – Dlatego knułaś za moimi plecami? Miałaś przede mną sekrety, a dzieliłaś się nimi z moim przyjacielem...

– Sam jest też moim przyjacielem.

– Kłamałaś mi w żywe oczy, Kimberly. Przez wiele miesięcy. – Otwieram zamek samochodu i ciągnę za klamkę z takim rozmachem, że niemal wyrywam drzwi z zawiasów. – Umówmy się, że jednak zraniłaś moje uczucia.

Wsiadam do samochodu i zatrzaskuję drzwi.

Berkeley. To słowo huczy mi w głowie, każda jego sylaba przebija mnie ostrzem zdrady.

Berkeley. Berkeley.

Złożyła podanie i nie powiedziała mi o tym. Już przed kilkoma miesiącami wysłała dokumenty i dodatkowe prace, przyjęli ją, a ona udawała, że nic się nie zmieniło. Nie zdradziła się, kiedy wybieraliśmy akademiki i zajęcia, na które chcielibyśmy chodzić. Opowiadała o wyjazdach do domu na wakacje, chociaż cały czas wiedziała, że w ogóle nie będzie studiować na UCLA.

Samowi powiedziała.

Dlaczego więc ukrywała prawdę przede mną?

Jestem gotowy zmyć się z balu, ale kiedy wrzucam bieg, Kim już siada koło mnie na siedzeniu pasażera. Przez chwilę siedzę bez ruchu, chcę kazać jej wysiąść, ale nie mogę się na to zdobyć.

Musimy to sensownie rozegrać. Wciąż mam w kieszeni bransoletkę.

Wciskam gaz i wyjeżdżamy z parkingu na główną drogę. Na zakręcie koła buksują na śliskim asfalcie.

– Kyle! – krzyczy Kim, zapinając pasy. – Zwolnij.

Włączam wycieraczki w najszybszym trybie, który jednak okazuje się wciąż niewystarczający, by pozbyć się strug deszczu zalewających coraz bardziej zaparowane szyby.

– To nie ma sensu. Cały rok planowaliśmy studia razem. Ty, ja i Sam. To nasze wspólne plany.

Unoszę rękę i mażę dłonią po szybie, żeby wytrzeć w skroplonej parze okienko, przez które widać drogę. Niechcący muskam palcami zawieszoną pod lusterkiem wstecznym małą, lustrzaną kulę. Ta gwałtownie się kołysze. W sumie to zachowanie bardzo w stylu Kimberly. Przypominają mi się inne sytuacje, w których zmieniała zdanie w ostatniej chwili, wystawiając mnie i Sama do wiatru. Na przykład wtedy, gdy zrezygnowała z pójścia na imprezę po otrzęsinach, bo wolała się spotkać z dziewczynami z reprezentacji cheerleaderek. Albo kiedy zostawiła nas samych podczas fazy grupowej finałów, żeby pójść na zebranie szkolnych prymusów. Sytuacje, które zawsze duszę w sobie, dopóki się nie pokłócimy tak, jak teraz.

– Myślisz sobie po prostu: „Pieprzę ich! Zrobię tak, jak ja chcę”. Zawsze to samo.

Rozlega się grzmot, a błysk pioruna odbija się w srebrzystych zwierciadełkach dyskotekowej kuli. Samochód zasypują punkciki światła.

– Jak ja chcę? Ja nigdy nie robię tego, co chcę. Wiedziałbyś, gdybyś mnie posłuchał przynajmniej przez cholerne pięć sekund. – Milknie, kiedy mijamy ulicę prowadzącą do mojego domu. Skrzyżowanie znika w oddali, a Kim zwraca się ku mnie. – Przejechałeś zakręt!

– Jadę nad staw – mówię.

W mojej głowie kołacze uparta myśl, że jeśli uda mi się ją tam zabrać, to jeszcze uratujemy ten wieczór. Jeszcze uratuję to, co jest między nami.

– Zatrzymaj się. Nigdzie nie jedziesz. Do tej pory staw już się zmienił w ocean. Zawracaj.

– Myślałaś o tym już od jakiegoś czasu, no nie? – pytam, ignorując jej słowa. Mija nas ciągnik, zalewając przednią szybę fontanną wody. Ściskam mocniej kierownicę i zwalniam, żeby zapanować nad samochodem. – Na pewno tak. Kim, mogłaś po prostu powiedzieć, że chcesz iść na Uniwersytet Berkeley, a nie na UCLA. Mnie już i tak przepadło stypendium sportowe. Nie obchodzi mnie, gdzie będziemy studiować, o ile będziemy tam ra...

– Nie chcę, żebyśmy byli razem!

Czuję się, jakbym dostał w twarz. Odrywam wzrok od ulicy, żeby popatrzeć na Kim, na dziewczynę, którą kocham od trzeciej klasy gimnazjum. Teraz już jej nie poznaję.

Rozchodziliśmy się wiele razy, ale nigdy w taki sposób. Mamy za sobą częste drobne, ale gwałtowne kłótnie, które przechodziły następnego dnia niczym grypa żołądkowa. Ale Kim nigdy nie powiedziała nic takiego.

– To znaczy... – Nagle milknie, a jej oczy zwracają się w kierunku ulicy i rozszerzają ze strachu. – Kyle!

Instynktownie podążam za jej wzrokiem w samą porę, żeby ujrzeć parę mrugających, żółtych świateł ostrzegawczych przed nami. Wciskam hamulec do deski, lecz samochód nie zwalnia – ślizga się z zablokowanymi kołami.

Czuję, że nie mam żadnego wpływu na to, w którym kierunku suniemy.

Walczę z siłami fizyki, chcąc ominąć uszkodzony samochód, który stoi na środku naszego pasa. Ściskam kierownicę i przygotowuję się do kontrolowanego poślizgu. Jakimś cudem samochód w ostatniej chwili odzyskuje przyczepność, więc mogę wyprzedzić tamto zepsute auto.

Zjeżdżam na pobocze, ostrożnie zwalniam i w końcu hamuję, ciężko dysząc.

Mało brakowało.

– Przepraszam.

Biorę długi wdech dla uspokojenia nerwów. Patrzę na Kimberly i widzę, że jest blada, wstrząśnięta, wyraźnie zarysowane łuki jej obojczyków unoszą się i opadają, kiedy próbuje odzyskać oddech.

Nic jej nie grozi.

Ale o naszym związku nie można powiedzieć tego samego.

„Nie chcę, żebyśmy byli razem”.

– Czy my... – zaczynam. Słowa z trudem przechodzą mi przez gardło, bronię się przed wypowiedzeniem ich na głos. – Czy to znaczy, że koniec z nami?

Kim zwraca ku mnie oczy i widzę łzy rozświetlające jej błękitne tęczówki. W normalnej sytuacji otarłbym je i zapewnił, że wszystko będzie dobrze.

Jednak tym razem sam muszę usłyszeć to od niej.

– Musisz mnie posłuchać – mówi drżącym głosem.

Potakuję ruchem głowy. Po uniknięciu o włos kolizji opuściła mnie złość, ale zastąpiło ją coś jeszcze silniejszego.

Strach.

– Słucham.

Zaciskam zęby, kiedy Kim zbiera myśli. Moja dłoń sama wędruje do kieszeni, żeby dotknąć bransoletki z charmsami szczęścia, a tuż nad nią serce wali w piersi głośno jak młotem.

– Zawsze byłam jedynie „dziewczyną Kyle’a” – mówi w końcu.

Patrzę na nią zaskoczony. Co to w ogóle znaczy?

Kim wzdycha, widząc moją pełną niedowierzania minę. Dobiera w myślach właściwe słowa.

– Kiedy naderwałeś sobie ramię...

– Nie chodzi o moje pieprzone ramię! – wtrącam, uderzając dłonią w kierownicę. – Mówimy o nas.

– Właśnie, że tak – odpowiada Kimberly z frustracją dorównującą mojej. – Właśnie że, kurwa, o to chodzi. Miałeś tyle marzeń i byłeś tak bliski ich spełnienia.

Jej słowa zbijają mnie z tropu, bo trafiają w najczulszy punkt. Przymykam oczy, niespodziewanie czując w ramieniu ból fantomowy. Znowu widzę w wyobraźni olbrzymiego liniowego, który pędzi prosto na mnie. Numer 9 na jego koszulce. Dłonie chwytające mnie za prawą rękę i ciągnące z impetem ku ziemi. A potem... chrzęst kości i odgłos rozrywanych ścięgien, gdy jego potężne ciało mnie przygniata. Wszystkie zwycięskie gole, stypendia sportowe i niebiesko-żółta koszulka z moim nazwiskiem na plecach. Wszystko, co miałem w zasięgu ręki. Przepadło. Wystarczył jeden mecz.

– Przepraszam – dodaje szybko Kim, jakby też to zobaczyła. – Trudno sobie wyobrazić, jakie to uczucie, kiedy wszystko nagle się kończy, łowcy talentów przestają się tobą interesować, tracisz propozycje stypendiów...

Zaciskam zęby i staram się myśleć jedynie o deszczu. Czy ona zamierza się dalej nade mną znęcać?

– Dlaczego o tym mówisz? Ten temat nie ma nic wspólnego z tobą i mną...

– Kyle. Stop. Słuchaj. – Jej głos brzmi stanowczo. Od razu zamyka mi usta. – Kochałam cię.

Moje wnętrzności zmieniają się w bryłę lodu. „Kochałam”. Czas przeszły.

Kurwa.

– Ale odkąd nie możesz grać w futbol, zaszła w tobie zmiana. Stałeś się... Nie wiem... – Milknie na chwilę, zastanawiając się nad odpowiednim słowem. – Przerażony. Boisz się ryzyka, boisz się spróbować czegoś nowego. A ja stałam się twoją protezą. Kulą inwalidzką. Zawsze musisz mieć mnie pod ręką.