Ich tajemnicaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mieczysław Srokowski

Ich tajemnica

Powieść

Warszawa 2020

Spis treści

I

II

III

I

Gdy pociąg się zatrzymał, Kaniowski, wyskakując z wagonu, natychmiast zapytał Semka:

– Czy pani Zamczyńska z córką są już w Porohach?

Ale stary nie mógł odpowiedzieć, wiatr mu prosto w twarz wiał i zasypywał śniegiem oczy i usta – zgiął się tylko wpół i objął kolana Kaniowskiego – potem wziął z rąk jego torbę podróżną i poszedł w stronę stacyjnej budki mającej dworzec zastępować.

Gdy się znaleźli w małej, silnie ogrzanej poczekalni, Semko ponownie przypadł do rąk Kaniowskiego – głos mu drżał i łamał się:

– Paniczu... paniczu... radość będzie, radość – powtarzał w kółko... Ucieszą się państwo, bo ucieszą. Natęsknili się przez te dwa lata.

Kaniowski drżał z niecierpliwości, ale zgniótł wzruszenie i począł na przekór samemu sobie, na pozór spokojnie dowiadywać się o zdrowie rodziców i sióstr. Gdy się stary wygadał, zapytał cicho, powstrzymując oddech.

– Czy panie Zamczyńskie przyjechały już?

– Przyjechały, jeszcze w zeszłym tygodniu – odparł stary.

Kaniowski uczuł ciepło w piersi – światło oblało mu oczy – stary to spostrzegł...

– O, już dawno w Porohach takiego wesołego Bożego Narodzenia nie było, jak tego roku będzie – da Bóg...

Kaniowski zamyślił się, Semko zapytał:

– Czy zaraz jedziemy, paniczu?

Kaniowskiemu, który odwykł od nazwy panicz w czasie swej dwuletniej włóczęgi po świecie, teraz słowo to wydawało się dziwnie kochane i swoje. Popatrzył w rozrzewnione oczy starego i szepnął:

– Jedźmy jak najprędzej, żeby, nim zmrok zapadnie, minąć Stawiska. Dzięki Bogu zaczyna się rozpogadzać.

– To i zawsze tak – odparł stary – cały dzień wieje tym śnieżyskiem i wieje, dopiero pod wieczór ucicha, jak makiem siał, i już cała noc jest piękna.

Trójka rysaków pomykała szybko głęboką kopną sanną. Wicher ustał. Kaniowski pod białym nakryciem śniegowym wyczuwał serdeczną naddniestrzańską ziemię swoją; pieścił okiem ten lekko falisty krajobraz, daleki, rozciągły, bezkresny taki, że oczy mgłą mu zachodziły. A gdzie tylko na wzgórku zaświeciła cerkiewka, tam zaraz widniały ogromne, ustrojone puchem śniegowym, czarne świerki i bielił się dziwnie spokojny, biedny a jasny wiejski cmentarz.

Kaniowski szeptał w myśli:

– Jak się to jednak kocha – jak kocha... Pojęcia nie miałem.

Kraj równy, przestronny – i zda się, że milczy tą równiną swoją, a gdy zagada czasem jaką wyniosłością, to chyba bezimiennym dawnym kopcem albo kurhanem tak starym, że i pamięć o nim zagasła.

Witał oczyma, pieścił, całował w duchu to wszystko.

Wieczór zapadał. Na zachodzie buchnęła purpurowa łuna – rozlała się po chmurach u nieboskłonia i rzuciła ogromne plamy roztopionego złota na śnieg. Strugi tego czerwonego płynnego złota polały się szczytami drzew nad granatowym rąbkiem dalekiego boru i odbiły się w każdym niemal jaśniejszym płatku śniegowym, zapalając istny pożar blasków. Od wschodu i północy szedł do walki z tym szkarłatnym przepychem świetlnym pewny swego zwycięstwa sinawy cień wieczorny. Pełzał powoli, otoczył z trzech stron broniący się jeszcze zachód i postępował szary, nieubłagany, przywitany silnym ogniem ostatnich już promieni, zatrzymał się jeszcze na chwilę – krótką, decydującą chwilę przed ostatnim atakiem i posunął się nagle gwałtownie naprzód. A szkarłatny ostatni ślad dnia, walcząc z przeważną nawałą mroków i znacząc krwawo swój ślad, cofał się z wolna, coraz to gasnąc bardziej i malejąc, aż za siny, daleki i nie wiadomo dlaczego tak bezkreśnie tęskny rąbek nieboskłonia zapadł.

Minęli jedną i drugą wioskę, rzucone, jak małe czarne plamy na ogromnej przestrzeni śniegowej. Mrok gęstwiał i granatowiał coraz bardziej, błękit zimowej nocy na nowiu zaiskrzył się miliardami niepojętych, tajemniczych świateł, zamajaczyły przejrzyste smugi Mlecznej Drogi.

Kaniowski siedział w obszernych saniach szczelnie otulony w ogromne niedźwiedzie futro ojca i baranice, które dla niego przysłano. Sanie śmigały, odgłos dzwonków płynął wśród ciszy nocnej po białej pościeli śniegowej, odbijał się echem dalekim i wyśpiewywał mu jakąś dobrze znaną dumkę swojską... bez słów... Z wolna zaczął sobie uprzytomniać, że lada chwila ma ujrzeć matkę swoją... i doznał uczucia głuchego bólu. Aż do tej chwili nie pomyślał nawet, że jedzie do rodzicielskiego domu, że po tak długiej rozłące ma znowu ujrzeć ich, tych najbliższych swoich, a szczególnie matkę, ukochaną, oddaną, poświęconą!... Zapomniał nawet o niej, tak mu myśl całą zajęła słoneczna biała Zaza Zamczyńska. Ogarnął go wstyd a równocześnie radość dziwna, ciepła jakaś, dziecinna a wielka, pierś mu przepełniać zaczęła. Matka... Postać kobieca – siwe włosy, dobre szare oczy – cicha, kochająca... Myśl o niej zwyciężyła w nim nagle wszystkie inne nadzieje i radości i wypełniła mu duszę sobą.

Zaczął się unosić tą radością, niecierpliwić... Sanie mknęły szybko. W myśli widział stary dwór porohowiecki z licznymi przystawkami, które z biegiem lat dobudowywano – witał oczyma ducha każdy kąt. Czuł drżenie w piersi na myśl powitania, które za chwilę obejmie go tym ukochanym ciepłem; za nim tak bardzo tęsknił. I znowu szeptał niemal bezwiednie.

– Jednak, jak to się kocha...

Zaczęli nagle zjeżdżać z pochyłości. Semko zdjął czapkę – Kaniowski spostrzegł ogromny, czarny, pochylony krzyż... uczuł mdłość, w oczach mu się zaćmiło. Semko zwrócił się do niego z kozła, wskazując w dół przed siebie batem!

– Ot i Porohy, paniczu!

Młody siwek idący w lewym lejcu zadrżał radośnie – konie ruszyły jak z kopyta, w oczach Kaniowskiego migały szybko znane topole przydrożne, potem zabudowania wioski – karczma, parę domków, dalej długa aleja lipowa... Semko nagle podniósł się z siedzenia i stojąc, wypalił z bata, wjechał w otwartą bramę, wypalił po raz drugi – przed oczyma Kaniowskiego błysnął rzęsiście oświetlony dom jego: jakieś łkanie kurczowe chwyciło go za gardło – Semko strzelił po raz trzeci z bata, aż okna zadrżały, i osadził konie przed gankiem.

Kaniowski sam nie zdawał sobie z tego sprawy, kiedy wygramolił się z niedźwiedzi i baranic; drzwi wchodowe od ganku same otworzyły się przed nim z trzaskiem... Światło... długi, głośny okrzyk radości...

– Stachu!

Uczuł nagle gorące łzy na twarzy, jakieś drżące usta szukały jego czoła...

II

W sali jadalnej Porohowieckiego dworu płonęły ogromne szczapy sosnowe na starym kominie. Złotoczerwony blask kładł się długimi słupami po podłodze i powale – w sali była zgromadzona cała rodzina i wszyscy w domu obecni goście. W półkole szerokie przed ogniskiem, na krzesłach, fotelach, taboretach, rozsiedli się państwo Kaniowscy, dwie ich córki – Hanka i Nina, kruczowłose, osiemnastoletnie bliźniaczki – i syn Stanisław Kaniowski, dwudziestoczteroletni młodzieniec. Rosły jak topola nasza, smagły, siwooki szatyn, w ruchach i geście silnie trącony zagraniczną kulturą, rasowy sarmacki typ.

Obok niego na niskim, wygodnym karle, z łokciami wspartymi na kolanach, siedziała Zaza Zamczyńska, za nią jej matka, taka zwyczajnie sobie dystyngowana siwa dama.

Zaza ma brązowe włosy, duże ciemnozielone oczy w czarnej oprawie, kształty kwitnące i dojrzałe, cerę twarzy alabastrowobiałą, bez rumieńców, a ciepłą!

Obok pani Zamczyńskiej, zamyka półkole biała jak gołąbek babusia Kaniowska, matka pana domu.

Salę jadalną u góry zdobiły z jednej strony głowy dzików i rogi jelenie, trofea myśliwskie całego szeregu pokoleń, z drugiej zaś – szereg portretów poczerniałych, naiwnie malowanych, zawsze z herbem po prawej stronie płótna u góry.

Milczenie przerwał w tej chwili, głośny jak strzał, trzask płonącej smolnej kłody na kominku.

– Strzela jakby na gości – rzekł pan Kaniowski.

– Na taką okrutną zamieć, wątpię chyba – wtrąciła babusia – żeby się kto zjawił; chociaż roku zeszłego Weryhowie z Czołhan przyjechali. Pamiętasz? Jakoś to było tak jak dziś, po wigilii.

W tej chwili Zaza Zamczyńska zwróciła oblane światłem oczy, jak dwa płonące szmaragdy, na Stanisława Kaniowskiego i zapytała, niby bardzo rozciekawiona:

– Czy to dalekie sąsiedztwo ci państwo Weryhowie?

– Czołhany, w których mieszkają, są stąd o jakie trzy mile – ale wie pani, takie podolskie mile, co to w zawieje można i pięć godzin wlec się. Wątpię też, czy przyjadą, byłem przed wieczorem w stajni, mówił mi Semko, że drogi są zupełnie zawiane. Onegdajszej nocy, mówił, pomiędzy Czołhanami a Równią, czterech chłopów chwyciła zamieć w polu, tuż przed ich domem; zbłądzili i zamarzli do rana biedacy! U nas – mówił, śmiejąc się, zwrócony do Zazy – to zawsze tak! Gdy zimno, to ludziska zamarzają, a jak gorąco, to się palą!

– Na przykład przy kominku – wtrąciła, wędrując spojrzeniem spod rzęs prosto w oczy Stanisława! – Ale to jest sztuczne palenie – dodała po chwili.

– E! nie bardzo tam sztuczne, tylko podwójne – bąknął nieznacznie...

Spojrzał na nią, a po jej twarzy przeszedł falą cień rumieńca i zaczęła z dziwną pilnością badać ogień na kominku.

– A ci Weryhowie – rzekł pan Kaniowski zwrócony do pań Zamczyńskich – to dziwni ludzie! Majątek należy do niej. On – Bóg wie skąd się wziął i kto jest. Pani Weryhowa, cudnej urody kobieta, była majętną sierotą, z domu Herburtówna, córka mego serdecznego przyjaciela. Czołhany są w ich rękach lat blisko trzysta, toteż gdy osierociała i sama została dziedziczką pięknej fortuny, starano się o nią na prawo i lewo, ale kosze sypały się jak grad! Zdawało się, że panna zakroiła na księcia, czy co? Ale ba! Bo to i książę Sołomerecki zawitał, zakręcił się i trzask! dostał kosza.

 

– Jak ojciec dziwnie opowiada – wtrącił Stanisław – dlaczego trzask dostał kosza?!

Wszyscy buchnęli śmiechem.

– A bo ja tak, mości dobrodzieju, po dawnemu gadam, rzekł, śmiejąc się, trochę zażenowany pan Kaniowski. Otóż co się dalej dzieje. Panna Maria – bo tak jej na imię – wyjeżdża z jakąś tam swoją ciotką do Rzymu, będzie temu trzy lata, i trzask...

– Znowu trzask? – zapytał Stanisław.

– Nie przeszkadzaj!... i powróciła panią Weryhową – dokończył.

– Weryhę znałam jednego na Litwie... zaraz... zaraz – zaczęła sobie przypominać pani Zamczyńska...

– Ja tych litewskich też znam – wtrącił Kaniowski, to są inni, lecz nasz, proszę pani, to zupełnie nieznana osobistość. Ani kto wie, kto on, ani skąd on. Przywiozły go sobie z Rzymu i basta. Był, jak sam mówi, oficerem pruskich huzarów – jest nawet komandorem czy też kawalerem maltańskim, jakieś podobno ma w zagranicznych bankach kapitały – ale... ale to wszystko jest jakieś niejasne.

– Jednak gospodaruje dobrze, nieprawdaż? – zapytał Stanisław.

– A gospodaruje tam nawet nieźle, porządek u niego jest, pieniędzy nie traci, nigdzie nie wyjeżdża; jednym słowem rządny jest.

– Lubię takich tajemniczych ludzi – szepnęła Zaza.

– A ja się boję, powiedziała Ninka i przycisnęła się silnie do boku siostry – może on był rozbójnikiem albo jeszcze gorzej, ten pan Weryha.

– Naturalnie – może to jest włoski Rinaldo albo inny opryszek, nieprawdaż? – spytał Stanisław, śmiejąc się.

Pan Kaniowski schylił się i dorzucił kilka smolnych drewek na ognisko, i znowu jaskrawa jasność oblała twarze siedzących. Na dworze kładł się dużymi płatami śnieg – od czasu do czasu wiatr silniej zadzwonił o szyby.

Wśród ogólnego milczenia nagle odezwał się głęboki głos Hanki:

– Zeszłego roku tańczyliśmy o tej porze po wigilijnej wieczerzy – tylko smutniej nam było, bo Stach nie przyjechał.

– A no, to zatańczmy dzisiaj – zaśmiał się Stanisław.

– O, dzisiaj... trzy panny – jeden danser.

– Przepraszam, a ojciec? – zapytał Stanisław.

– Daj no ojcu spokój – ojciec należy już, mości dobrodzieju, do wojskich – rzekł pan Kaniowski. – Zresztą – już późno.

Stanisław sięgnął po zegarek i nachylił się do ognia.

– Pół do dziesiątej dopiero...

W tej chwili babusia powstała i zaczęła się żegnać, wszyscy ruszyli z miejsc.

– Ale na mnie czas, idę spać – dobranoc – Stanisław zbliżył się do Zazy. Dziwił się samemu sobie, dlaczego ta dziewczyna, która tyle miała dla niego uroku tam w Paryżu, Rzymie, Neapolu, tu wydała mu się zupełnie inna na tle jego domowego ogniska. Miał za to niesłuszny żal i pewną niechęć do niej... Czuł, że jakiś cień niewidzialny a silny rozdziela ich myśli i uczucia.

Stali w tej chwili sami w małej bocznej salce i czuli dziwnie to samo; blask lampy padał wprost na twarz Stanisława i oświecał jasno wyraz jakiegoś kłopotliwego znudzenia. Tyle się o tym Bożym Narodzeniu w Porohach, tam, za granicą mówiło, tyle było o tym rozmów, marzeń, projektów. On sam przyjazd tych pań urządził i przygotował... a teraz...

Zaza czuła nerwowo każdą myśl Stanisława i badała wyraz jego twarzy...

– Widzi pan – przemówiła po długim milczeniu, jakby rzucając dalszy ciąg do jego myśli – nie trzeba nigdy urzeczywistniać swoich marzeń...

Ale jego jeszcze bardziej to niecierpliwiło, że Zaza tak intuicyjnie wchodzi w sfery jego myśli i uczuć i począł się maskować niezgrabnie.

– Dlaczego?

– Nic... zdaje mi się tylko – zaczęła lekko drżącym głosem – że... że piękniejsza była pieśń niewyśpiewana...

– Nie rozumiem?

– Tym lepiej – może się mylę.

A powiedziała to tak smutno, że przykro mu się zrobiło i zaczął łatać nastrój.

– Nie ma pani pojęcia, jak matka moja ucieszyła się z przyjazdu pań, a szczególnie matki pani. One są z tych czasów, co to i miłości, i przyjaźnie bywały dozgonne... Są przyjaciółkami tak dawno, wychowały się prawie razem...

– Dobre czasy... – wtrąciła Zaza.

– Z tradycji tylko wiemy o tym, bo wówczas oboje byliśmy jeszcze między aniołkami w niebie – ale dlaczego pani nazwała je dobrymi czasami?

– Bo... bo wówczas ludzie, jak pan sam powiedział, umieli czuć dozgonnie...

Obrzucił ją w tej chwili spojrzeniem i teraz dopiero spostrzegł, że stała przed nim w interesującym półcieniu, jednym kolanem oparta o fotel, którego oparcie trzymała obiema rękami; skonstatował na nowo, że ma bajeczny profil, a w całej pozie wiele dystynkcji i swobody. Czuł, że nastrój się naprawia i był jej wdzięczny za to. Podtrzymał wątek rozmowy.

– Mówi pani, że wówczas tylko umieli czuć dozgonnie?

– To nie ja powiedziałam, ale pan...

– Ja nie powiedziałem tylko...

– Ja tak zrozumiałam...

– Tym gorzej dla mnie.

Zapytała go miękko i ciepło:

– Czy zależy panu na tym?

Ale w nim, na ten ton jej, znowu zakiełkowała znudzona niechęć... Zapanowało milczenie. Odczuła to...

– Wie pan, do jakiego ja wniosku dochodzę?

– Mianowicie?

– Że pan siebie nie zna...

– Doprawdy?

– Z pewnością... Niech mi pan powie, dlaczego przez pana falą, od czasu do czasu, przechodzi to chęć, to niechęć do mnie?

Był w tej chwili jak student schwycony na gorącym uczynku i począł się jąkać...

– Niech pan nie przeczy, ja to nie tylko czuję, ale i widzę w panu jak na dłoni. Tak, tak! A wie pan dlaczego?

On stał i udawał głębokie zamyślenie, bo nie wiedział, co ma powiedzieć czy też zrobić w tej chwili...

– Ja panu powiem...

Usiadła tuż przed nim i podniosła z ogromnym wdziękiem głowę do góry, żeby mu spojrzeć w oczy – po chwili przemówiła:

– Przeczuwałam, że tak będzie, bo znam pana na wylot, panie Stachu. Wiedziałam, że nasz przyjazd tu na święta, to nieszczególny wynalazek dla pańskich przeestetyzowanych nerwów... Ale pan tak się cieszył na to, jak dziecko... Święta od trzech lat pierwsze w kraju... Boże Narodzenie w stepie... tęsknota za matką – bo pan matkę nad życie kocha – wielka śnieżyca... coś, prawda, i ja... Czy nie tak? No i omylił się pan! Wiedziałam, że tak będzie, powtarzam, ale nie chciałam panu psuć radości i... sama pomagałam w urzeczywistnieniu planu, a pomagałam, jak pan widzi, gorliwie, bośmy przyjechały z matką; ale czy pan wie, dlaczego nastrój się nie udał? Oto po prostu dlatego, że kwestia tutaj stanęła zanadto... jakby to powiedzieć?... zanadto jasno... Jasno milcząco-mariażowo!... Otóż to... widzi pan, to pana drażni – może bezwiednie nawet – i nie może być inaczej...

Stanisław bezwiednie prawie pocałował ją w rękę i usiadł obok niej – czuł, że te jakieś lody nowe zaczęły naprawdę tajać...

– Ale ja panu nastrój poprawię – rzekła, śmiejąc się wesoło Zaza – będzie pan znowu zakochany we mnie jak wtedy – pamięta pan? – na rynku świętego Marka w Wenecji, gdyśmy razem karmili gołębie!...

Kąty jej ust zaczęły drgać gwałtownie powstrzymywanym śmiechem.

– Wówczas rozanielała pana myśl, czy tam nadzieja, że zostanę pańską żoną – nieprawdaż? Teraz nadzieja tutaj zaczęła wyglądać jak pewność, w dodatku familijne otoczenie i... urok klapnął! Otóż niech pan wie i będzie pewny, że ja nigdy – rozumie pan – nigdy nie zostanę pańską żoną! Ot i nastrój naprawiony.

Stanisław uczuł coś podobnego do smagnięcia batem i zatrząsł nim jakiś głuchy ból tak silnie, że się sam zdziwił. Po chwili wycedził z wolna:

– Pani uprzedza wypadki...

– O nie – odparła, śmiejąc się już głośno – tylko po co pan ma myśleć... i truć się żalem za straconym pięknem, to jest za grą w niewiadome!

– A więc prowizoryczny kosz...

– Jeżeli chodzi o małżeństwo, wcale nie prowizoryczny.

Rozzuchwalił się:

– A bez małżeństwa?

– A bez małżeństwa figa – zawołała, błysnąwszy mu przed samymi oczyma białą jak opłatek ręką zwiniętą w odpowiednią formę – i uciekła!

Z salonu dochodziły tony walca – Hanka i Nina zawzięcie tańczyły walca ze sobą, a przy fortepianie siedziała biała babusia wyciągnięta przemocą przez wnuczki z klęcznika do fortepianu. Powiedziały babusi, że nie dadzą jej w dzień Wigilii spać tak wcześnie i babcia poddała się terrorowi. Brzmiał sentymentalny i powłóczysty walc sprzed sześćdziesięciu lat.

Zaza uciekła do salonu i stanęła za plecami staruszki, zarumieniona, z błyszczącymi oczyma. Stanisław udał się za nią, znalazł ją wzrokiem i zmierzył wprost do niej – ukłonił się...

Pomknęli walca.

– Starożytny walc mówi w tańcu, mam uczucie, że jestem swoim własnym dziadkiem.

– A ja prababką...

Wesołość zapanowała ogólna, tylko Stanisław wił się i kurczył w sobie, myśląc, że ta Zaza jest dziwnie ładna i nieodgadniona...

– Jak one wiedzą, czego nam potrzeba, żeby nie stracić uroku – szeptał w myśli – nie wiem, jak mam wziąć tego jej kosza, i w tym jest jej siła...

W tej chwili odgłos dzwonków i parskanie koni obiło się o okna.

– A co! nie mówiłam, że Weryhowie przyjadą – krzyknęła Ninka i klasnęła w dłonie.

Babcia przerwała walca.

– Ale tak późno? – zdziwiła się.

– O! co za późno, ledwie dziesiąta minęła – wołały jedna przez drugą. – Chwała Bogu.

Po chwili zaszeleściły suknie, zaszemrały zmieszane głosy urozmaicone dźwiękiem ostróg...

Do salonu weszła smukła, blada bardzo blondynka o twarzy wybitnie rasowej, niesłychanie szczupła, za nią mężczyzna słuszny, czarno i obcisło ubrany, jakby z wojskowa, w kurtce ze stojącym zamkniętym kołnierzem, w butach lakierowanych z ostrogami. Ten ostatni szczegół zwrócił uwagę i mocno zdziwił panie Zamczyńskie. Pan Weryha był ciemnym, aż niebieskim brunetem; oczy czarne, głęboko osadzone, o wyrazie bardzo zimnym. Ruchy, mimo butów i ostróg w salonie, wytwornego światowca.

W chwili, gdy go przedstawiano Zazie, rzekł lekko i swobodnie:

– Przepraszam bardzo panie za mój „koński” strój, ale przede wszystkim nie wiedziałem, że zastanę w Porohach gości, a co do domowych, to już dawno mój nałóg munduru i ostróg został mi przebaczony, dozwolony i wyjątkowo sankcjonowany i tu, i w całej okolicy nader łaskawie! Czy panie przebaczą?

– Zupełnie – rzekła Zaza – co kraj to obyczaj.

Usiadł przy niej i wpatrzył się zimnymi, otchłannymi oczyma w jej oczy.

– Panie razem z panem Stanisławem z zagranicy?

– O, my o cały miesiąc wcześniej od pana Stanisława przyjechałyśmy do kraju, a i w Porohach parę dni prędzej byłyśmy.

– Wprost z Włoch panie przyjeżdżają?

– Nie, z Paryża – przedtem byłyśmy we Włoszech.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora