Polowanie na psy

Tekst
Z serii: Wściekłe psy #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polowanie na psy
Polowanie na psy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Polowanie na psy
Polowanie na psy
Audiobook
Czyta Filip Kosior
44,90  32,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  I

2  Gru­dzień 1981

3  II

4  Gru­dzień 1981

5  III

6  Gru­dzień 1981

7  IV

8  Gru­dzień 1981

9  V

10  Sty­czeń 1982

11  VI

12  Sty­czeń 1982

13  Sty­czeń 1982

14  VII

15  Luty 1982

16  VIII

17  Luty 1982

18  IX

19  Luty 1982

20  X

21  XI

22  Luty 1982

23  XII

24  Maj 1982

25  XIII

26  XIV

27  Maj 1982

28  Czer­wiec 1982

29  XV

30  XVI

31  XVII

32  XVIII

33  XIX

34  XX

35  XXI

36  XXII

37  XXIII

38  31 sierp­nia 1982

39  XXIV

40  XXV

41  XXVI

42  XXVII

43  XXVIII

44  XXIX

45  XXX

46  XXXI

47  XXXII

48  Koniec

49  O auto­rze

Wszyst­kie postaci i zda­rze­nia w książce są fik­cyjne.

Jakie­kol­wiek podo­bień­stwo do praw­dzi­wych osób i zda­rzeń jest nie­za­mie­rzone.

Copy­ri­ght © by Mie­czy­sław Tomasz Gorzka, Wro­cław 2021

All rights rese­rved. Wszel­kie prawa zastrze­żone, łącz­nie z pra­wem do repro­duk­cji w cało­ści lub we frag­men­cie w jakiej­kol­wiek for­mie.

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2021

ISBN 978-83-8074-306-9

War­szawa 2021

Pro­jekt okładki: © Paweł Cesarz

Foto­gra­fie na okładce: Adam Bor­kow­ski / Unsplash, Julo / Wiki­me­dia Com­mons, Star­scream / Wiki­me­dia Com­mons

Redak­cja: Bar­bara Kocow­ska

Korekta: Urszula Wło­dar­ska, Iwona Gaw­ryś

Redak­cja tech­niczna: Adam Kolenda

Wydawca:

Wydaw­nic­two Bukowy Las

ul. Sokol­ni­cza 5/21, 53-676 Wro­cław

www.buko­wy­las.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Książkę dedy­kuję żonie i synowi – cier­pli­wie zno­si­li­ście moje napady złego humoru i iry­ta­cji pod­czas pisa­nia, za co Wam bar­dzo dzię­kuję.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I

Blask nad­cho­dzą­cego świtu roz­ja­śniał wschod­nią stronę nieba.

Poli­cyjny radio­wóz mknął pustą o tej porze drogą kra­jową numer osiem z Wro­cła­wia w kie­runku Łagiew­nik. Wła­śnie minęli po pra­wej stro­nie Kobie­rzyce i auto pod­sko­czyło na torach kole­jo­wych, prze­ci­na­ją­cych w tym miej­scu jezd­nię. Sie­dzący na fotelu pasa­żera komi­sarz Mar­cin Zakrzew­ski zaklął gło­śno, gdy tro­chę kawy wylało mu się ze sty­ro­pia­no­wego kubka na spodnie.

– Wol­niej, zabi­jesz nas – wark­nęła z tyl­nego sie­dze­nia aspi­rant Karina Buczko.

– Prze­pra­szam – rzu­cił znad kie­row­nicy poste­run­kowy i zwol­nił.

Mar­cin nie zwró­cił uwagi na nie­spo­kojne spoj­rze­nie, jakim obrzu­cił go kie­rowca, ponie­waż patrzył w tylne lusterko na Karinę. Pod­krą­żone oczy i bla­dość na policz­kach suge­ro­wały, że nie­wiele spała tej nocy. W pal­cach ner­wowo obra­cała papie­rosa, jakby nie mogła się docze­kać, kiedy wresz­cie go zapali i zacią­gnie się dymem. Chciał o coś zapy­tać, lecz widząc jej minę, ugryzł się w język. Potem na pewno będzie miał oka­zję. Bez świad­ków.

Napił się kawy i spoj­rzał na zega­rek. Była szó­sta sie­dem­na­ście. Koła szu­miały na mokrym asfal­cie, porywy chłod­nego wia­tru zry­wały z drzew pożół­kłe liście i ciskały je przed maskę samo­chodu. Typowy pora­nek, jakich wiele w dru­giej poło­wie listo­pada. Taki, w któ­rym sam widok z okna znie­chęca do wsta­wa­nia z łóżka. Tele­fon obu­dził Mar­cina już przed piątą. Kilka słów wypo­wie­dzia­nych przez dyżur­nego spra­wiło, że sen odpły­nął w sekundę. Radio­wóz zja­wił się pod jego domem przy Kos­sak-Szczuc­kiej kilka minut przed szó­stą. Karina była już w środku. Po dro­dze zaje­chali na sta­cję Orlenu po kawę.

Gdy zbli­żyli się do miej­sco­wo­ści Cie­szyce, poste­run­kowy zwol­nił jesz­cze bar­dziej. Po lewej był pusty par­king dla tirów z zamknię­tym o tak wcze­snej porze barem Pod Topo­lami, po czym wje­chali do strefy zabu­do­wa­nej. Droga przez chwilę pro­wa­dziła tuż przy budyn­kach miesz­kal­nych, które koń­czyły się po kil­ku­dzie­się­ciu metrach. Minęli skład mate­ria­łów budow­la­nych i jechali dalej po lek­kim łuku w prawo.

Miej­sce, do któ­rego zmie­rzali, zoba­czyli z daleka. Krótki, wąski par­king poło­żony po pra­wej stro­nie, rów­no­le­gle do szosy. Pew­nie ni­gdy wcze­śniej nie stało tu tyle poli­cyj­nych aut. Dwa wozy dro­gówki blo­ko­wały wjazd na par­king z obu stron, kolejny radio­wóz stał tuż przy linii jezdni. Poste­run­kowy mocno przy­ha­mo­wał, jakby prze­stało mu się spie­szyć. Im byli bli­żej, tym wię­cej szcze­gó­łów dostrze­gali. Mniej wię­cej na środku par­kingu jeden z radio­wo­zów był ogro­dzony poli­cyj­nymi taśmami. Prze­strzeń mię­dzy autem od strony pasa­żera a polem zasła­niały para­wany, jak przy wypad­kach dro­go­wych. Tylko że to nie był wypa­dek.

Minęli auto dro­gówki i zapar­ko­wali tuż za nim. Wysie­dli i sta­nęli obok sie­bie, roz­glą­da­jąc się w mil­cze­niu. Mar­cin dopił resztę kawy, nie miał co zro­bić z kub­kiem, więc posta­wił go na dachu radio­wozu. Od pola powiał wiatr, nio­sąc ze sobą zerwane z drzew liście; kubek sfru­nął i poto­czył się po jezdni. Po chwili zmiaż­dżyły go koła prze­jeż­dża­ją­cego tira. Karina wresz­cie zapa­liła papie­rosa i zacią­gała się, jakby to miał być jej ostatni w życiu. Byli tu jedy­nymi poli­cjan­tami po cywil­nemu, więc zawie­sili sobie na szyi odznaki. W róż­nych czę­ściach par­kingu stało kilku mun­du­ro­wych z ponu­rymi minami. Nikogo nie było przy para­wa­nie. Domy­ślali się dla­czego.

 

Powoli pod­szedł do nich szpa­ko­waty poli­cjant mniej wię­cej w wieku Mar­cina. Był blady, miał prze­krwione białka oczu i tak zaci­śnięte szczęki, że z tru­dem wypo­wia­dał słowa. Uści­snął dłoń Kari­nie, potem Mar­ci­nowi.

– Jaskul­ski, poste­ru­nek w Kobie­rzy­cach – rzu­cił krótko bez żad­nych ozdob­ni­ków.

Po trzech gwiazd­kach na pago­nach poznali, że jest komi­sa­rzem. Pew­nie był tu naj­star­szy stop­niem.

– Buczko.

– Zakrzew­ski.

Z hukiem minęła ich cię­ża­rówka, zagłu­sza­jąc pre­zen­ta­cję. Kolejny powiew wia­tru przy­niósł nową par­tię liści. Było cho­ler­nie zimno i dopiero teraz to poczuli.

Mar­cin wska­zał wzro­kiem para­wany.

– Pój­dziesz z nami? – zapy­tał.

– Nie. – Komi­sarz Jaskul­ski uciekł spoj­rze­niem w bok. – Już widzia­łem i na razie mi wystar­czy.

– J-jasne.

Ruszyli, czu­jąc na sobie wzrok innych poli­cjan­tów. Zatrzy­mali się przed taśmami ota­cza­ją­cymi radio­wóz. Omie­tli spoj­rze­niami asfalt aż do para­wa­nów.

– Idziemy? – Karina pod­nio­sła wzrok na Mar­cina.

– Tylko ostroż­nie, żeby nam póź­niej Marta głów nie poury­wała, jak coś zadep­czemy.

Karina prze­szła pod taśmą, a Zakrzew­ski zde­cy­do­wał się na wielki krok górą. Taśma była dość wysoko, zaha­czył o nią butem, zachwiał się i taśma się urwała. Klnąc, poszedł za Kariną.

Wystar­czył rzut oka i już wie­dział, dla­czego Jaskul­ski nie chciał drugi raz oglą­dać tego widoku. To prze­cież byli jego ludzie, z któ­rymi pra­co­wał od dawna.

Dwa ciała w pokrwa­wio­nych mun­du­rach leżały obok sie­bie, jakby zabójca spe­cjal­nie je tak uło­żył. Po dys­tynk­cjach poznali, że ciało leżące bli­żej nale­żało do star­szego sier­żanta Pawła Woj­nara. Jego głowa była nie­na­tu­ral­nie odchy­lona do tyłu, usta otwarte. Tra­fiło go co naj­mniej sześć kul. Miał cztery krwawe ślady na pier­siach i dziurę w skroni. Pocisk, który roz­orał mu pachwinę, musiał uszko­dzić tęt­nicę, ponie­waż Woj­nar leżał w wiel­kiej kałuży zakrze­płej krwi. Jej ślady znaj­do­wały się z boku samo­chodu, na asfal­cie i na pobo­czu w pew­nym odda­le­niu od ciała. Dru­gim zamor­do­wa­nym był sier­żant Jacek Dylong. Leżał na boku, z twa­rzą zwró­coną do ziemi, z rękami nad głową i nogami uło­żo­nymi tak, jakby chciał przy­brać postawę zasad­ni­czą. Przynaj­mniej takie sko­ja­rze­nie prze­mknęło Zakrzew­skiemu przez myśl. Prawy but znaj­do­wał się w odle­gło­ści około dwóch metrów od ciała. Ślady krwi na asfal­cie świad­czyły o tym, że zwłoki zostały prze­cią­gnięte sprzed maski pojazdu aż do tego miej­sca. But musiał zsu­nąć się po dro­dze. Być może zabójca spe­cjal­nie tak uło­żył Dylonga. A może był to zupełny przy­pa­dek.

Karina Buczko gło­śno prze­łknęła ślinę. Mar­cin stał, czu­jąc nara­sta­jącą wście­kłość. Zabój­stwo gli­nia­rza zawsze było wstrzą­sem dla innych poli­cjan­tów. Zawsze wywo­ły­wało szcze­gólne wzbu­rze­nie i nie­po­ha­mo­wany gniew. Jeśli ginął poli­cjant, zabójca ni­gdy nie mógł czuć się bez­piecz­nie. Mógł być pewien, że będzie ści­gany przez wszyst­kich mun­du­ro­wych w kraju, zawsze i wszę­dzie, już do końca świata. Dla takich zbrodni nie było umo­rze­nia, poli­cja ni­gdy nie zapo­mi­nała. Zabój­stwo poli­cjanta było zła­ma­niem pew­nego tabu, naru­sze­niem nie­ty­kal­no­ści całej insty­tu­cji. Zabi­ja­jąc poli­cjanta, sprawca musiał wie­dzieć, że wła­śnie budzi naj­gor­sze bul­te­riery, które już ni­gdy nie prze­staną za nim węszyć.

Zakrzew­ski był wła­śnie takim poli­cyj­nym bul­te­rie­rem. Psem, który ni­gdy nie odpusz­cza, dla któ­rego tro­pie­nie zbrodni jest jedy­nym zaję­ciem nada­ją­cym życiu sens. Nie miał pry­wat­nego życia i już dawno się z tym pogo­dził. Był czas, kiedy pró­bo­wał wal­czyć, zasta­na­wiał się, czy nie zmie­nić pracy, szar­pał się, oszu­ki­wał samego sie­bie, że będzie mu lepiej, zacznie żyć ina­czej. Długo trwało, zanim osta­tecz­nie uświa­do­mił sobie, że nie jest w sta­nie się zmie­nić, i pogo­dził się z tą myślą. Chaos i cier­pie­nie napę­dzały go do dzia­ła­nia. Jak chcesz iść do przodu, nie ma, że boli.

Ock­nął się z roz­my­ślań, kiedy sto­jąca obok Karina Buczko zapa­liła kolej­nego papie­rosa i szturch­nęła go w ramię. Ode­szli kawa­łek do tyłu, poza gra­nicę wyzna­czoną przez taśmy. Naj­pierw tech­nicy musieli zabez­pie­czyć ślady, a pro­ku­ra­tor z leka­rzem sądo­wym zade­cy­do­wać o prze­wie­zie­niu obu ciał na sek­cję zwłok do Zakładu Medy­cyny Sądo­wej. Tech­nicy już wyje­chali z Wro­cła­wia i powinni dotrzeć lada moment. Zwy­kle dłu­żej cze­kało się na pro­ku­ra­tora, lecz Mar­cin podej­rze­wał, że w tym przy­padku pojawi się na miej­scu wyjąt­kowo szybko.

Zabój­stwo dwóch poli­cjan­tów, zastrze­lo­nych z zimną krwią na przy­droż­nym par­kingu, na długo wstrzą­śnie opi­nią publiczną w całym kraju. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że schwy­ta­nie zabójcy jest kwe­stią naj­bliż­szych dni, jeśli nie godzin. Poli­cja musiała wyka­zać się wyjąt­kową sku­tecz­no­ścią. Po to, żeby pod­nieść morale funk­cjo­na­riu­szy i poka­zać swoją moc. Po to, żeby znie­chę­cić do podob­nych zbrodni w przy­szło­ści.

Dla­tego tuż po zna­le­zie­niu zwłok około czwar­tej rano odbyła się szybka tele­fo­niczna narada komen­danta woje­wódz­kiego z naczel­ni­kiem wydziału kry­mi­nal­nego. Sprawę miał popro­wa­dzić naj­lep­szy, naj­bar­dziej doświad­czony i naj­sku­tecz­niej­szy śled­czy. Aktu­al­nie był tylko jeden kry­mi­nalny, o któ­rym można było to powie­dzieć – Zakrzew­ski. Komen­dant woje­wódzki gwa­ran­to­wał kadry, sprzęt, środki finan­sowe i sta­wiał tylko jeden waru­nek: szyb­kie uję­cie sprawcy.

Zanim Karina zdą­żyła coś powie­dzieć, sta­nął obok nich komi­sarz Jaskul­ski. Mar­cin wci­snął ręce głę­boko w kie­sze­nie spodni, jakby dzięki temu miało mu się zro­bić cie­plej. Poli­cjantce wyda­wało się, że wiatr znowu przy­brał na sile. Słońce, obie­cu­jące wcze­śniej pogodny dzień, skryło się za cału­nem sza­rych obło­ków.

– Co o tym sądzi­cie? – zapy­tał miej­scowy poli­cjant.

Zakrzew­ski wzru­szył tylko ramio­nami, wpa­trzony gdzieś przed sie­bie. Kil­ka­set metrów dalej droga wspi­nała się na pagó­rek i mijała kopal­nię pia­sku. Pamię­tał, że kiedy ostat­nio tam­tędy prze­jeż­dżał, przy bra­mie stały dwa działa z cza­sów wojny.

– Kiedy mel­do­wali się ostatni raz? – zapy­tała Karina.

– Wczo­raj około dwu­dzie­stej dru­giej.

– Jest w tym coś nie­po­ko­ją­cego…

Jaskul­ski spoj­rzał na Karinę i prze­niósł wzrok na mil­czą­cego Mar­cina.

– Nie rozu­miem, co?

– Oni nawet nie mieli roz­pię­tych kabur – odparł Zakrzew­ski.

– Ale co to ma do rze­czy?

– Dużo. – Karina znowu zapa­liła cien­kiego papie­rosa. – Zostali zastrze­leni po zmroku, na pustym par­kingu, w dość odlud­nym miej­scu. Jeśli zatrzy­mali się tutaj, żeby kogoś skon­tro­lo­wać, nie zacho­wali ostroż­no­ści. Obaj wysie­dli z wozu i zamknęli drzwi.

– Skąd to wie­cie?

– Dylong zgi­nął dwa metry przed maską radio­wozu, Woj­nar w miej­scu, w któ­rym stał – wyja­śnił Zakrzew­ski. – Gdyby drzwi były otwarte, mógłby się za nimi scho­wać i nie dostałby kuli w tęt­nicę udową.

Komi­sarz Jaskul­ski mil­czał przez jakiś czas. Patrzył po twa­rzach swo­ich ludzi, na któ­rych malo­wały się wście­kłość i chęć natych­mia­sto­wej zemsty.

– Jak według was do tego doszło? – ode­zwał się po dłuż­szej chwili.

Zakrzew­ski nie odpo­wie­dział, zapa­trzony gdzieś w dal. Wyobraź­nia pod­po­wia­dała mu, jak ta scena mogła wyglą­dać.

Około dzie­wię­ciu godzin wcze­śniej wóz patro­lowy numer 117 jechał kra­jową ósemką w kie­runku Kobie­rzyc. Sier­żant Jacek Dylong mocno naci­skał pedał gazu, aż wresz­cie gdzieś na wyso­ko­ści Jor­da­nowa Ślą­skiego utknęli za trzema tirami, wlo­ką­cymi się jeden za dru­gim. Dylong dwa razy przy­mie­rzał się do wyprze­dza­nia, ale dał sobie spo­kój. Taki manewr w zupeł­nych ciem­no­ściach, na wąskiej i krę­tej dro­dze gra­ni­czył z sza­leń­stwem. Sier­żant zaklął tylko i dosto­so­wał pręd­kość do jadą­cych z przodu. Po chwili za nimi cią­gnął już cały sznur pojaz­dów. Widok poli­cyj­nego radio­wozu sku­tecz­nie znie­chę­cał do nie­bez­piecz­nych manew­rów.

Przez radio ode­zwał się dyżurny:

– Sto sie­dem­na­ście, gdzie jeste­ście?

Woj­nar się­gnął po nadaj­nik, zie­wa­jąc przy tym sze­roko.

– Tu sto sie­dem­na­ście, nie­da­leko. Koń­czymy służbę.

– Mie­li­ście jakieś pro­blemy?

– Jak zwy­kle. On nawa­lony jak mesersz­mit, ona wście­kła, że sam wszystko wypił. Awan­tura gotowa.

– To już czwarty raz w tym mie­siącu – jęk­nął dyżurny. – Musimy coś z tym zro­bić. Sze­ro­kiej drogi.

– Przy­ją­łem, bez odbioru.

Tiry zwol­niły przy kopalni pia­sku po pra­wej stro­nie. Dylong zaklął pod nosem i wci­snął mocno hamu­lec. Po chwili przy­spie­szyli, zjeż­dża­jąc z górki w kie­runku Cie­szyc. Gdy mijali par­king po lewej stro­nie drogi, Woj­nar nagle chwy­cił kolegę za ramię.

– Ktoś tam do nas machał!

Dylong, sku­piony na pro­wa­dze­niu auta i ośle­piony świa­tłami nad­jeż­dża­ją­cych z naprze­ciwka pojaz­dów, niczego nie zauwa­żył.

– Gdzie? – zapy­tał nie­chęt­nie.

– Na par­kingu. Zawróć, chyba coś się stało!

– Cho­lera jasna, tu nie ma gdzie…

Musieli prze­je­chać przez cen­trum miej­sco­wo­ści, gdzie droga pro­wa­dziła mię­dzy domami. Zawró­cili na par­kingu przy barze Pod Topo­lami. Już z daleka w świe­tle reflek­to­rów jadą­cych z naprze­ciwka samo­cho­dów widzieli ciemny zarys auta i syl­wetkę czło­wieka. Zatrzy­mali się kilka metrów przed nim. Świa­tła radio­wozu padły na czarne audi, lata świet­no­ści mające już dawno za sobą. Męż­czy­zna w czapce z dasz­kiem stał tro­chę bli­żej. Osła­niał twarz ramie­niem. Dylong zmie­nił świa­tła na posto­jowe, otwo­rzył drzwi i wysiadł, wkła­da­jąc czapkę. Woj­nar bez waha­nia poszedł w jego ślady.

– Sier­żant Jacek Dylong, poste­ru­nek poli­cji w Kobie­rzy­cach, pan nas wzy­wał?

– Tak. – Głos męż­czy­zny drżał, jakby sta­rał się zapa­no­wać nad zde­ner­wo­wa­niem. – Pano­wie, stało się coś strasz­nego.

Dylong postą­pił jesz­cze krok do przodu. Ośle­piły go świa­tła cię­ża­rówki, zjeż­dża­ją­cej z górki od strony pia­skowni. Cią­gle nie widział twa­rzy męż­czy­zny.

– Pro­szę się uspo­koić i opo­wie­dzieć, co się stało. – W jego gło­sie zabrzmiały pew­ność sie­bie i pro­fe­sjo­na­lizm.

– Kiedy wła­śnie nie wiem. Coś… – rzu­cił bez­rad­nie męż­czy­zna.

Zapa­dła ciem­ność, roz­świe­tlona tylko posto­jo­wymi świa­tłami radio­wozu. Przez chwilę główną drogą nic nie jechało.

– Pro­szę się nie dener­wo­wać… – zaczął Dylong, zbli­ża­jąc się jesz­cze bar­dziej do męż­czy­zny, i zamilkł nagle.

Nie­zna­jomy wyko­nał nie­do­strze­galny w ciem­no­ściach gest, a potem nagle roz­legł się huk i lufa trzy­ma­nego przez niego pisto­letu plu­nęła ogniem. Sier­żant Jacek Dylong dostał w brzuch, jęk­nął, pochy­lił się do przodu i upadł bokiem na asfalt.

– Jezus Maria! – krzyk­nął Woj­nar, lecz nie zdą­żył zare­ago­wać.

Czarna postać z twa­rzą przy­sło­niętą dasz­kiem czapki sko­czyła w jego stronę, a z lufy pisto­letu znowu buch­nął ogień. Raz, drugi, trzeci. Pierw­szy pocisk tra­fił Woj­nara w pierś, drugi w skroń, trzeci w pachwinę. Pchnięty ude­rze­niami poci­sków poli­cjant zato­czył się do tyłu i upadł na plecy obok auta, nie wyda­jąc z sie­bie żad­nego dźwięku. Krew z uszko­dzo­nej tęt­nicy try­skała wokoło przez dziurę w spodniach.

Od strony Cie­szyc nad­je­chało kilka aut i minęło ich z szu­mem. Potem kilka innych pojaz­dów minęło par­king, jadąc w prze­ciw­nym kie­runku. Zabójca cze­kał cier­pli­wie, aż ruch usta­nie. Wtedy pod­szedł do Dylonga, chwy­cił go za ręce i pocią­gnął. Poli­cjant zawył z bólu. Z jego ust popły­nął ciąg nie­wy­raź­nych prze­kleństw i zawo­dze­nie.

– Kurwa… ja pierd… Jezu… co ty? Aaaagh…!!

Zabójca pozo­sta­wił Dylonga obok ciała Woj­nara, wstrzą­sa­nego przed­śmiert­nymi drgaw­kami i leżą­cego w czar­nej kałuży krwi. Cof­nął się dwa kroki, odcze­kał dłu­gie kil­ka­na­ście sekund, aż na głów­nej dro­dze ponow­nie zrobi się pusto, i oddał jesz­cze kilka strza­łów.

Czarne bmw z przy­ciem­nio­nymi szy­bami zatrzy­mało się na skraju par­kingu. Pro­ku­ra­tor śled­czy Ire­ne­usz Paleczny wyglą­dał na trzy­dzie­ści pięć lat, miał czarne, sta­ran­nie przy­strzy­żone włosy, ciemną cerę, a ubio­rem nie­bez­piecz­nie przy­po­mi­nał Mar­ci­nowi pro­ku­ra­tora Wysoc­kiego.

 

– Skąd on ma taką furę? – wyce­dziła przez zęby Karina.

– Pew­nie z pro­ku­ra­tor­skiej pen­sji – rzu­cił iro­nicz­nie Mar­cin.

Jaskul­ski naj­wy­raź­niej stwier­dził, że nie chce być świad­kiem ich roz­mowy, ponie­waż bez słowa odszedł do swo­ich ludzi. Paleczny ski­nął głową Mar­ci­nowi i Kari­nie, poszedł obej­rzeć zwłoki, po czym wolno zbli­żył się do poli­cjan­tów. Z tru­dem pano­wał nad zde­ner­wo­wa­niem. Nawet jego głos zabrzmiał ina­czej niż zwy­kle. Jakby nale­żał do czar­nego cha­rak­teru z kre­skó­wek dla dzieci.

– Jak to się, cho­lera, stało?

W noz­drza poli­cjan­tów ude­rzył zapach moc­nych per­fum pomie­sza­nych z gumą mię­tową. Karina z tru­dem się powstrzy­mała, żeby nie zro­bić kroku w tył. Nie tole­ro­wała takich zapa­chów.

– Tego jesz­cze nie wiemy. – Zakrzew­ski wzru­szył ramio­nami.

Jakiś czas temu nowy pro­ku­ra­tor gene­ralny zaczął wpro­wa­dzać swoje porządki. Kilku pro­ku­ra­torów z pro­ku­ra­tury rejo­no­wej zostało odde­le­go­wa­nych do pracy w mniej­szych jed­nost­kach na Dol­nym Ślą­sku. Pro­ku­ra­tor Marek Grab­ski tak wła­śnie poże­gnał się z pracą we Wro­cła­wiu. W ich miej­sce poja­wili się nomi­naci nowej wła­dzy. Paleczny był jed­nym z nich. Mar­cin dotąd z nim nie pra­co­wał, więc na razie nie mógł stwier­dzić, czy go lubi. Miał nadzieję, że Paleczny nie został nomi­no­wany na zasa­dzie: mierny, ale wierny. Innym pyta­niem było, czy szef go lubi, skoro wyty­po­wał go do sprawy, o któ­rej od razu było wia­domo, że albo będzie począt­kiem jego kariery, albo sku­tecz­nie na kilka lat mu ją utrąci. No, chyba że Paleczny ma mocne plecy i ewen­tu­alna porażka mu nie zaszko­dzi. Patrząc na jego zde­ner­wo­wa­nie, Mar­cin bar­dzo wąt­pił w tę drugą ewen­tu­al­ność.

– Pro­szę przy­je­chać do mnie na dwu­na­stą. Usta­limy plan śledz­twa. Chciał­bym, żeby codzien­nie oso­bi­ście infor­mo­wał mnie pan o postę­pach.

Karina spoj­rzała w szare niebo, a Zakrzew­ski w ciemne oczy pro­ku­ra­tora.

– Nie. – Pokrę­cił głową.

– Słu­cham? – Paleczny widać nie przy­wykł, żeby ktoś mu się sprze­ci­wiał, bo zdzi­wiony wyba­łu­szył oczy na Mar­cina.

– Pro­szę mnie posłu­chać, pro­ku­ra­to­rze. – Mar­cin wolno cedził słowa. – Nie będę się z panem spo­ty­kał tylko po to, żeby poga­dać o niczym i napić się kawy. Wyba­czy pan, ale szkoda mi czasu. Spo­tkamy się, jak już prze­ana­li­zu­jemy ślady zebrane na miej­scu prze­stęp­stwa, będziemy mieli jakieś poszlaki i pomysł, co dalej. Wtedy pan zatwier­dzi mój plan śledz­twa.

– Pan się chyba zapo­mina… – Pro­ku­ra­tor nie dokoń­czył.

– Nie zapo­mi­nam się. Chcę po pro­stu szybko dorwać tego skur­wy­syna, który zabił naszych chło­pa­ków. Chciał­bym, żeby pan mi pomógł, a nie prze­szka­dzał. Będzie jesz­cze dużo roboty przy prze­słu­cha­niach świad­ków, potem przy akcie oskar­że­nia i na pro­ce­sie, więc będzie oka­zja się wyka­zać. Ofi­cjal­nie nie musi pan prze­ka­zy­wać pro­wa­dze­nia sprawy poli­cji, ale do pracy ope­ra­cyj­nej pro­szę się nam nie wtrą­cać.

Pro­ku­ra­tor Paleczny otwo­rzył usta i zaraz je zamknął, nie wyda­jąc nawet dźwięku. Spoj­rzał na Karinę. Poli­cjantka nie błą­dziła już wzro­kiem po nie­bie, tylko patrzyła mu twardo w twarz.

– W niczym nie może pan teraz pomóc – rzu­ciła.

– Nam też zależy, żeby szybko schwy­tać zabójcę – dodał Mar­cin. – Jak nam się uda, będzie się pan miał czym chlu­bić, a nie każdy młody pro­ku­ra­tor może się pochwa­lić takim suk­ce­sem. Pro­szę pomy­śleć.

Pro­ku­ra­tor rozej­rzał się wokoło, jakby spraw­dza­jąc, czy nikt nie sły­szy tej roz­mowy. Inni stali za daleko. Poza tym prze­jeż­dża­jące co chwilę samo­chody sku­tecz­nie zagłu­szały wszyst­kie dźwięki.

– Będą naci­ski z góry – ode­zwał się wresz­cie. – Będzie o tym gło­śno w mediach.

– Wła­śnie tutaj liczył­bym na pana wydatną pomoc w naj­bliż­szych dniach. – Zakrzew­ski na­dal mie­rzył pro­ku­ra­tora bez­czel­nym spoj­rze­niem. – Będzie pan mógł się wykre­ować na moc­nego faceta, który trzyma śledz­two w gar­ści.

Pro­ku­ra­tor Paleczny wciąż patrzył to na Karinę, to na Mar­cina. Wahał się, jak zare­ago­wać na takie posta­wie­nie sprawy. Wresz­cie wybrał naj­lep­szą dla nich opcję. Wycią­gnął z kie­szeni wizy­tówkę i podał Mar­ci­nowi.

– Pro­szę do mnie zadzwo­nić, kiedy będziemy mogli poroz­ma­wiać o pla­nie śledz­twa – mówił tak cicho, że jego głos z tru­dem prze­bi­jał się przez hałas z głów­nej drogi. – Chciał­bym być w miarę czę­sto infor­mo­wany, muszę wie­dzieć…

– Oczy­wi­ście – prze­rwał mu Zakrzew­ski. – Ma pan wgląd do akt sprawy na każ­dym eta­pie, zapra­szam na wszyst­kie narady zespołu śled­czego w komen­dzie woje­wódz­kiej.

Kolejne dwa auta zaje­chały na par­king. Pro­ku­ra­tor odszedł w kie­runku pato­loga gra­mo­lą­cego się z pierw­szego z nich. Dru­gie nale­żało do tech­ni­ków kry­mi­na­li­styki. Jako pierw­sza wysia­dła drobna kobieta z wło­sami ufar­bo­wa­nymi na nie­bie­sko. Marta Mic­kie­wicz, od nie­dawna nowa sze­fowa tech­ni­ków. Ski­nęła im głową i zaraz pogo­niła swo­ich ludzi do pracy. Po chwili, ubrani w kom­bi­ne­zony przy­po­mi­na­jące stroje labo­ran­tów pra­cu­ją­cych przy bada­niu naj­groź­niej­szych wiru­sów w ści­śle taj­nym labo­ra­to­rium w Wuhan, prze­szu­ki­wali miej­sce prze­stęp­stwa.

– Bałam się, że nie pęk­nie.

– Tacy zawsze pękają. – Mar­cin wzru­szył ramio­nami. – Mam tylko nadzieję, że się potem nie roz­my­śli i nie będzie nam zbyt­nio prze­szka­dzał.

– Nie wia­domo.

Komi­sarz Zakrzew­ski ski­nął na Jaskul­skiego. Ten pod­szedł do nich z ocią­ga­niem.

– Komi­sa­rzu Jaskul­ski, nie ma sensu robić tu nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia. – Mar­cin spoj­rzał na niego z góry. – Pro­szę zająć czymś swo­ich ludzi.

Miej­scowy poli­cjant popa­trzył na niego, jakby nie zro­zu­miał.

– Lepiej niż my zna­cie oko­licz­nych miesz­kań­ców. – Karina mówiła wolno i wyraź­nie. – Niech pan wyśle swo­ich poli­cjan­tów do wsi, może ktoś coś widział. Poza tym jak naj­szyb­ciej potrze­bu­jemy infor­ma­cji o ofia­rach. Czy mieli wro­gów, może długi, podej­rzane kon­takty, czy mogli się komuś nara­zić, żony, kochanki, pro­sty­tutki, hazard? Nie muszę chyba mówić wię­cej?

Jaskul­ski poczer­wie­niał na twa­rzy.

– Nie – wyce­dził przez jesz­cze bar­dziej zaci­śnięte szczęki.

– Przy­ślę panu czło­wieka, który będzie koor­dy­no­wał wasze dzia­ła­nia. To młod­szy aspi­rant Adam Wilicz­kow­ski. Będzie­cie rapor­to­wać mu o wszyst­kim, on zde­cy­duje, co jest ważne.

Komi­sarz Jaskul­ski spoj­rzał na nich pra­wie wrogo.

– Nie miesz­kamy na zadu­piu – wark­nął. – Znamy się na poli­cyj­nej robo­cie.

– Bez urazy, Jaskul­ski. – Zakrzew­ski patrzył na niego zimno. – Ja nie powie­dzia­łem, że się nie zna­cie. Po pro­stu uwa­żam, że może­cie być nie­obiek­tywni. To byli wasi kole­dzy z pracy. Popatrz po swo­ich ludziach. Są wstrzą­śnięci, wście­kli i żądni zemsty. Pójdą w teren i jak znam życie, będą nad­gor­liwi. Będą zwra­cać uwagę na bzdury i mogą prze­oczyć coś waż­nego albo zasy­pią nas dro­bia­zgami. Nie chcę tra­cić czasu na oddzie­la­nie infor­ma­cji war­to­ścio­wych od nie­istot­nych. Tym zaj­mie się Wilicz­kow­ski. On jest z zewnątrz i potrafi zacho­wać dystans.

Komi­sarz patrzył na Zakrzew­skiego w sku­pie­niu, jakby oce­niał szcze­rość jego słów. Mar­cin zazwy­czaj wzbu­dzał zaufa­nie. Tak było i tym razem. Z Jaskul­skiego zeszło tro­chę powie­trze, bąk­nął coś pod nosem i odszedł. Po chwili jeden z radio­wo­zów odje­chał. Czte­rech poli­cjan­tów na razie zostało, ponie­waż Marta Mic­kie­wicz zaan­ga­żo­wała ich do prze­szu­ka­nia przy­droż­nych krza­ków, rowu i frag­mentu przy­le­głego pola.

– No to usta­wi­li­śmy wszyst­kich, zado­wo­lony? – ode­zwała się Karina.

– J-jasne – burk­nął w odpo­wie­dzi. – Trzeba jesz­cze usta­wić Martę.

– Jej nie musisz. Za kilka godzin będziesz miał szcze­gó­łowy raport. Powiedz, co ty jej zro­bi­łeś, że ona cię tak lubi?

– Posta­wi­łem piwo. – Mar­cin wzru­szył ramio­nami, roz­bu­dza­jąc tylko jej cie­ka­wość. – A tobie co się stało?

– Takie tam, nie­istotne teraz pro­blemy. – Karina zba­ga­te­li­zo­wała jego pyta­nie. – Zabili naszych, to jest prio­ry­tet.

– Czyli coś jest na rze­czy?

– Ale ty jesteś upier­dliwy – żach­nęła się. – Mam małe pro­blemy w związku, wystar­czy?

– Na teraz wystar­czy.

Patrzyli na tech­ni­ków pochy­lo­nych nad cia­łami.

– Co o tym sądzisz? – rzu­ciła. – Zle­ce­nie czy przy­pa­dek?

– Moim zda­niem przy­pa­dek. Zna­leźli się w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wym cza­sie.

– Tylko dla­czego musieli zgi­nąć?

– Jesz­cze nie wiem. Myślę jed­nak, że to będzie pro­sta sprawa.

– Chyba że będą kom­pli­ka­cje.

W tej chwili jeden z poli­cjan­tów prze­szu­ku­ją­cych krzaki wypro­sto­wał się i krzyk­nął:

– Tutaj!

Tech­nik w bia­łym kom­bi­ne­zo­nie pod­szedł do niego i po chwili pako­wał do folio­wych worecz­ków dwie poli­cyjne czapki nale­żące do ofiar. Marta Mic­kie­wicz ski­nęła ręką na Buczko i Zakrzew­skiego. Pode­szli, sta­nęli przed para­wa­nami i ponow­nie spoj­rzeli na ciała zamor­do­wa­nych. Karinę prze­szedł nie­przy­jemny dreszcz. Marta ścią­gnęła maseczkę z twa­rzy, wska­zała uma­zane krwią drzwi radio­wozu i zapy­tała z zagad­ko­wym wyra­zem twa­rzy:

– Zauwa­ży­li­ście to?

Karina tylko zaklęła pod nosem. Mar­cin od razu wie­dział, że oto wła­śnie poja­wiły się te nie­prze­wi­dy­walne kom­pli­ka­cje.

Na pierw­szy rzut oka wyglą­dało to na zwy­kły roz­bryzg krwi na karo­se­rii. Dopiero po dokład­niej­szym przyj­rze­niu się można było coś w nim wyczy­tać. Sprawca napi­sał krwią kilka cyfr.

To była data: 8-12-1981.