3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Iluzja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Iluzja
Iluzja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Iluzja
Iluzja
Audiobook
Czyta Filip Kosior
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

16 Paulina Czerny

1 lipca, środa rano

Paulina Czerny jak zwykle obudziła się na długo przed budzikiem. Właściwie obudził ją niepokój. To nawet nie był koszmar. Na szczęście czas leczy rany i koszmary z jej snów zniknęły, został tylko niepokój. Nieokreślony lęk zmieniający się czasem w narastające poczucie śmiertelnego zagrożenia.

Otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Szósta dwanaście. Na pewno już nie zaśnie. Zresztą senność się gdzieś rozpłynęła i nie miała zamiaru wracać.

Teraz i tak było lepiej. Kilka miesięcy po tym, jak została postrzelona przez seryjnego mordercę ze swojej własnej broni, koszmary pojawiały się codziennie, a wraz z nimi strach przed nocą. Strach, który zmieniał się w bezsenność. Błędne koło. Długo walczyła o to, żeby zacząć normalnie funkcjonować. Teraz lęki były oswojone i niegroźne.

Odwróciła się na drugi bok i jej ręka trafiła w pustkę. To był odruch. Zawsze kiedy budził ją niepokój, obejmowała leżącego przy niej Marcina Zakrzewskiego. Emanujące od jego ciała ciepło i poczucie bezpieczeństwa działały na nią kojąco. Marcina od wielu miesięcy nie było, ale odruch pozostał.

Cholerny, twardogłowy Zakrzewski! – pomyślała ze złością.

Kiedy wróciła ze szpitala do domu, zamieszkali razem. Dla niej było to kilka pięknych tygodni. Wydawało się jej, że nagle znaleźli jakąś cudowną równowagę. Zniknął gdzieś konflikt charakterów, który tlił się między nimi od czasu szkoły średniej.

Ale idylla nie trwała długo. Marcin zaczął zachowywać się irracjonalnie. Do końca nie zrozumiała, o co mu chodziło i dlaczego zaczął niszczyć wszystko wkoło siebie. W pracy nie podobało mu się, że przeciąga się śledztwo wewnętrzne, niecierpliwił się, że jest zawieszony i kierownictwo policji nic nie robi, żeby go z tego wyciągnąć. Chciał złożyć rezygnację, skończyło się na tym, że wrócił do komendy miejskiej.

Paulina nie potrafiła go zrozumieć. Zachowywał się jak dziecko, które na złość rodzicom postanowiło odmrozić sobie uszy. Potem pomyślała, że Marcin też musi w jakiś sposób odreagować traumę. Nie spodziewał się, że postrzelenie Pauliny i zdarzenia w starym domu w Szczepanowie tak mocno go poranią. Zaczął się rozpaczliwie miotać, nie mogąc sobie z tym poradzić, i pogubił się w życiu. Wtedy dała mu drugą szansę.

Wytrzymali ze sobą kilka miesięcy.

Rozstali się znów z jego winy. Trudno się było z nim dogadać, przestała go zupełnie rozumieć, a on nawet nie próbował zrozumieć jej. W każdej wolnej chwili poszukiwał ciała brata, a te poszukiwania zmieniły się w obsesję. Przeglądał akta ze śledztwa w sprawie mordercy ze Szczepanowa i sprawdzał każdy, nawet najdrobniejszy wątek. Kiedy prokuratura zakończyła postępowanie, Marcin długo nie mógł się z tym pogodzić. Stał się zupełnie nie do wytrzymania.

Teraz, z perspektywy prawie dwóch lat, Paulina uważała ich związek za katastrofę.

Mimo to nadal o nim myślała. Brakowało jej go, kiedy budziła się rano i kiedy kładła się spać, gdy jadła śniadanie przy kuchennym blacie, przypominała sobie, jak siedział po drugiej stronie i pił kawę z kubka z karykaturą funkcjonariusza ZOMO i napisem: „Zadzwońcie po milicję”.

Cholerny Zakrzewski!

Usiadła na łóżku, sięgnęła do ekspresu do kawy i włączyła go, zanim jeszcze na dobre otworzyła oczy. Zalety posiadania łóżka w kuchni. Można było sięgnąć do kawiarki i do lodówki, prawie nie wstając. Marcin zawsze śmiał się z niej, że sypia w kuchni.

– Dość – mruknęła do siebie. – Zapomnij o tym palancie, kobieto.

Powlekła się do łazienki i wzięła krótki prysznic. Potem stała przed lustrem i szczotkując zęby, oglądała się krytycznie w wielkim łazienkowym lustrze. Zmarszczki pod oczami, skóra na szyi już nie taka jak kiedyś, nowe fałdki tłuszczu na bokach, biodra pewnie znowu trochę szersze. Westchnęła i przepłukała usta.

Uczesała się, trochę dłuższą grzywkę spadającą na oczy ułożyła starannie na boku i zawinięta w szlafrok usiadła w kuchni, pijąc kawę. Wspomnienie o Zakrzewskim gdzieś się rozpłynęło. Jak co rano zaczęła myśleć o pracy. Od prawie dwóch tygodni w sprawie morderstwa znanego pisarza nie posunęli się ani o krok do przodu. Paulina miała wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej grzęzną w gównie. Sprawdzili kilkanaście tropów i na razie żaden nie okazał się przełomowy. Nie mieli ani motywu, ani podejrzanego, ani narzędzia zbrodni.

Ona sama coraz bardziej skłaniała się w kierunku motywu na tle seksualnym.

Prześwietlili dokładnie życie zamordowanego Mirosława Rudnickiego i zupełnie nieoczekiwanie odkryli, że miał skłonności homoseksualne. Było to o tyle dziwne, że w przeszłości miał trzy żony i nic nie wskazywało na to, że może być gejem. Z pierwszą rozwiódł się przed wielu laty. Przyczyną były liczne zdrady – on zdradzał ją, z kobietami. Druga żona pojawiła się zaraz po pierwszej. I kolejny skok w bok, poważny na tyle, że doprowadził do rozwodu oraz trzeciego małżeństwa, które przetrwało ponad dziesięć lat. Z żadnego związku nie doczekał się potomstwa.

O skłonnościach homoseksualnych pisarza ze szczegółami opowiedziała jego trzecia żona. Właśnie z tego powodu Rudnicki rozwiódł się po raz ostatni, wiele lat temu. Po prostu któregoś dnia powiedział żonie, że dłużej nie chce jej oszukiwać, kocha ją, lecz seks z kobietą pociąga go coraz mniej, nie chce dłużej udawać i tak dalej. Wtedy był już znanym pisarzem, więc kupił sobie milczenie ostatniej żony, przelewając jej sporą sumę. Milczała przez wiele lat aż do czasu, kiedy do drzwi jej domu zapukali Paulina Czerny i Andrzej Szmidt. Uznała, że skoro Rudnicki nie żyje, tajemnica przestała ją obowiązywać.

Na potwierdzenie jej słów w komputerze pisarza znaleźli dużo gejowskiej pornografii, a w poczcie korespondencję z nowymi znajomymi z portali gejowskich. Nic jednak nie wskazywało na to, że miał stałego partnera. I tu hipoteza Pauliny się załamywała.

Telefon zadzwonił, kiedy wsiadała do swojej kilkuletniej toyoty RAV4.

– Już na chodzie? – rzuciła do słuchawki zamiast powitania. – Myślałam, że prokuratorzy nie wstają o tak wczesnej porze.

Było kilka minut przed ósmą.

– Ja też cię serdecznie witam o poranku. – Głos Marka Grabskiego miał być miły, ale zabrzmiał wyjątkowo chropowato.

– Znowu stoisz w korku w Psarach? – domyśliła się. – Sam chciałeś mieszkać na wsi.

– O dziesiątej mamy naradę z szefami komendy wojewódzkiej – powiedział bez wstępów, ignorując jej zaczepkę.

Skrzywiła się, oparła o maskę samochodu, wyciągnęła z paczki mentolowego papierosa typu slim i zapaliła.

– Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał.

– A co mam mówić? Czuję, że gromadzą się nade mną czarne chmury za Rudnickiego.

– Dziwisz się? Media ciągle jeszcze nie zapomniały. Facet już za życia był na topie. Teraz jego książki biją rekordy sprzedaży. Wiesz, że zbliżają się wybory i pewnie wygra opcja zmiany i rozliczenia się z dotychczasową władzą. Naczelnik policji zaczyna się niepokoić o stołek. Nierozwiązana sprawa głośnego zabójstwa pisarza, znanego ze swoich prawicowych poglądów i obracającego się w tych kręgach, nie będzie jego atutem po zmianie władzy.

Paulina zaciągnęła się dymem. Polityczne pomyje rozlewają się czasem bardzo szerokim strumieniem. Człowiek może sobie wmawiać, że nic go nie obchodzi polityka, trzymać się z dala od układów, ale to na nic. Od czasu do czasu musi nieprzyjemnie wdepnąć.

– Pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć – powiedziała.

– Ty to wiesz, ja to wiem, naczelnik to wie. Ale można zwiększyć środki.

– Zaczyna się robić ciekawie. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu usłyszałam, że firma nie ma wolnych mocy.

– Priorytety się zmieniają. Wzmacniamy ekipę.

Paulina paliła w milczeniu. Domyślała się, do czego zmierza Grabski. Był tylko jeden śledczy, który mógłby być wzmocnieniem.

– Rozmawiałem z naczelnikiem wydziału kryminalnego. Postanowiliśmy zmienić taktykę. Wzorem FBI chcielibyśmy powołać do życia niezależną, mniejszą ekipę śledczych. Dwie, trzy osoby. Taka strategia w Stanach sprawdziła się w wielu trudnych śledztwach. Obie ekipy nie dzielą się informacjami, żeby się nie sugerować, z założenia ta mniejsza ma sprawdzać każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną czy wręcz głupią teorię.

Paulina rzuciła niedopałek i zgniotła go obcasem.

– Nie musisz mi mydlić oczu FBI i ich metodami – powiedziała. – Powiedz wprost, że Marcin Zakrzewski wchodzi do gry.

– Taak – potwierdził przeciągle prokurator. – Właśnie jego miałem na myśli.

– Do cholery, Marek, z nim nie da się normalnie procować! Nie znam większego indywidualisty.

– Przy tamtej sprawie poszło wam całkiem nieźle. Powiedziałbym nawet, że byliście cholernie skuteczni.

– Wtedy były inne okoliczności, zresztą wiesz, jak to się skończyło.

– Dlatego Marcin będzie pracował niezależnie.

Paulina zapatrzyła się za okno. Pomimo rosnącej z każdą minutą temperatury poczuła nieprzyjemny, zimny dreszcz na karku.

– Nie podoba mi się taka rywalizacja – powiedziała.

– Nie możemy mówić o rywalizacji. Dwa niezależne zespoły…

– Wiem, jak to się skończy – przerwała mu.

– Nie masz wyjścia.

Milczała.

– Poza tym jest coś jeszcze. – Grabski zawiesił na moment głos. – Zabójstwo Rudnickiego jest prawdopodobnie jednym z kilku. Chyba mamy serię.

17 Powiązanie

1 lipca, środa przed południem

Czarno-biała fotografia zajmowała cały ekran. Czterech uśmiechniętych mężczyzn i piękna kobieta w środku, na tle budynku kojarzącego się z ośrodkiem wypoczynkowym z czasów peerelowskich.

Paulina Czerny próbowała się rozejrzeć po twarzach osób siedzących przy stole konferencyjnym, ale zgaszone światło i zaciągnięte żaluzje skutecznie ukryły w półmroku wszelkie przejawy emocji. Mogła obserwować tylko dłonie na stole oświetlonym blado światłem rzutnika. Prokurator Marek Grabski uderzał się nerwowo długopisem po nadgarstku lewej ręki. Naczelnik wydziału kryminalnego, inspektor Godlecki bębnił niecierpliwie palcami po swoim notatniku z logo komendy wojewódzkiej policji, a złożone dłonie komisarza Andrzeja Szmidta drgały niespokojnie. Przeniosła wzrok obok ekranu, gdzie widać było wysoką postać Marcina Zakrzewskiego. Wydawało jej się, że jego pewny głos jest przytłumiony.

 

Po całym stole rozrzucone były wydruki zeskanowanych zdjęć, na których ta sama piątka ludzi w różnych konfiguracjach kąpała się w morzu i bawiła na plaży. Przy Zakrzewskim leżała książka, której w półmroku nie mogła rozpoznać. Znała go trochę. Pewnie przygotował coś na deser, co jeszcze bardziej wstrząśnie uczestnikami narady. Chociaż nie mogła sobie wyobrazić, co jeszcze musiałoby się stać, żeby napięcie wrosło.

Zakrzewski wskazywał osoby na fotografii srebrnym wskaźnikiem, w którym obijało się światło rzutnika. Mówił spokojnie i rzeczowo, jakby prowadził wykład dla studentów. Omówił po kolei dwa morderstwa z ostatnich dni.

– Sobotni wieczór w parku przy ulicy Granicznej. Adam Kurzaj – przystojny blondyn ze starej fotografii – został przybity do pnia drzewa kilkucalowym gwoździem. Wcześniej Kurzaj dostał intrygujący list, który skłonił go do umówienia się z mordercą na wieczorne spotkanie w mało uczęszczanym miejscu. List już państwo czytali.

Druga ofiara. Kolejna osoba ze zdjęcia – Zbigniew Koskowski. Zamordowany w brutalny sposób na terenie swojej firmy. Na miejscu zbrodni sprawca nie zostawił żadnych śladów organicznych, które pozwoliłyby na jego identyfikację. W obu przypadkach zachowywał się w bardzo nietypowy sposób. Prawdopodobnie już po zabiciu Adama Kurzaja wyciągnął mu z kieszeni klucze i poszedł do jego mieszkania. Niestety, sąsiedzi niczego nie słyszeli. W mieszkaniu również nie znaleźliśmy prawie żadnych śladów.

– Prawie? – przerwał mu Godlecki.

– To wymaga głębszego wyjaśnienia. Zaraz do tego wrócę. Po opuszczeniu mieszkania Kurzaja morderca wrócił na miejsce zbrodni i podrzucił dokładnie wyczyszczone klucze.

– Po co wracał? – zapytała Paulina.

– Nie wiemy. Chyba nic nie zginęło. Ale jeszcze bardziej zagadkowo zachował się w przypadku Koskowskiego.

Marcin opowiedział pokrótce o prawdopodobnym szantażu, reklamówce z pieniędzmi, nieoczekiwanym świadku i pomocniku w morderstwie, zdjęciach konającego Koskowskiego wysłanych do żony oraz do redakcji stacji telewizyjnej.

Przy stole panowała pełna napięcia cisza.

– Po pierwszych przesłuchaniach jesteśmy pewni, że Banaszkiewicz zjawił się tam zupełnie przypadkowo – ciągnął Zakrzewski. – Najciekawsze jest jednak to, że morderca go znał. Koskowski był kobieciarzem i przed kilkoma laty skrzywdził córkę Banaszkiewicza. Nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Morderca o tym wiedział i dlatego Banaszkiewicz mu pomógł. Poza tym nie ustaliliśmy, skąd znał kod do alarmu w zakładzie. Komórka ofiary po wysłaniu e-maila ze zdjęciami zniknęła z sieci. Pewnie morderca gdzieś ją wyrzucił.

– To ma być jakaś gra, do jasnej cholery? – Godlecki nie wytrzymał.

– Prawdopodobnie tak.

Paulina Czerny patrzyła na ciemną sylwetkę Zakrzewskiego. Takie sprawy zawsze same go znajdowały. W życiu nie widziała większego szczęściarza. A może to było jego przekleństwem?

Zakrzewski zmienił obraz na rzutniku. Teraz widzieli komputerową rekonstrukcję twarzy kobiety z długimi czarnymi włosami. Była uderzająco podobna do kobiety z czarno-białej fotografii.

– Kilka dni temu na poddaszu kamienicy przy ulicy Siemieńskiego robotnicy budowlani odkryli zmumifikowane zwłoki kobiety. Jeszcze nie potrafimy jej zidentyfikować. Zmarła około trzydziestu lat temu. Obrażenia ujawnione podczas sekcji zwłok świadczą, że mogła zostać zamordowana, jak sugeruje list podrzucony Kurzajowi. Mogła też zginąć w wyniku obrażeń poniesionych w wypadku. Być może w wypadku samochodowym. Po śmierci jej zwłoki zostały poddane procesowi mumifikacji, dokładnie takiemu, jak zwłoki Lenina.

– Czyli ktoś musiał się na tym znać – raczej stwierdził, niż zapytał Grabski.

– I w tamtych czasach mieć takie możliwości – dodał Marcin. – Oględziny zwłok kobiety wskazują, że przez te wszystkie lata była ofiarą nekrofilii.

Paulina poczuła mrowienie na karku.

– Chcesz powiedzieć, że …

– Tak – przerwał jej Zakrzewski. – Pomijając nieprzyjemne szczegóły, o których możecie przeczytać w raporcie z zakładu medycyny sądowej, ktoś przez wiele lat odbywał ze zwłokami regularne stosunki seksualne.

– Jasna cholera! – wyrwało się Szmidtowi.

– Rekonstrukcja jej wyglądu na podstawie czaszki, wykonana komputerowo, wykazuje uderzające podobieństwo do kobiety ze zdjęcia.

– Nie za mocno puszczasz wodze wyobraźni? – Paulina postanowiła niczego mu nie ułatwiać.

Pokręcił głową.

– Rozmawiałem z mieszkańcami kamienicy przy Siemieńskiego, którzy są pewni, że od kilku tygodni widywali tam Mirosława Rudnickiego. W lokalu, gdzie została znaleziona kobieta, zebraliśmy odciski palców należące do Rudnickiego.

Paulina zacisnęła szczęki, starając się ukryć złość. Mimowolnie popatrzyła w kierunku Szmidta.

– Cholera jasna! – powtórzył Andrzej. – Nie dotarliśmy do takiej informacji. To nam przewraca całe śledztwo do góry nogami. Skupiliśmy się na hipotezie zemsty lub zabójstwa na tle seksualnym. Powiązanie śmierci Rudnickiego z pozostałymi dwoma zabójstwami bardzo dużo zmienia.

Paulina otwierała już usta, żeby coś dodać, ale uprzedził ją Marcin.

– Niczego bym jeszcze nie przesądzał. Zemsta jako motyw wydaje się bardzo dobrym punktem wyjściowym. Zanim Koskowski umarł, powiedział Banaszkiewiczowi, że jest winny i żałuje. Nie zdążył dodać nic więcej. Istnieją jednak inne fakty, przy których motyw zemsty staje się co najmniej wątpliwy.

Na ekranie rzutnika znowu pojawiło się zdjęcie całej piątki.

– To zdjęcie wydaje się mieć kluczowe znaczenie. Kobieta nie żyje od wielu lat, trzech mężczyzn zostało zamordowanych w ostatnim czasie. Nie wiemy, kim jest ten czwarty. Od rana wszyscy wolni śledczy z komendy miejskiej starają się dotrzeć do dawnych i obecnych znajomych Kurzaja i Koskowskiego. Musimy ustalić, kto jeszcze jest na tym zdjęciu. To może być nasz sprawca albo kolejna ofiara.

Moment ciszy wykorzystała Paulina.

– Możemy już zapalić światło?

Przez chwilę mrużyli oczy przywykłe do półmroku. Paulina próbowała przeczytać tytuł książki leżącej przy Zakrzewskim. Niestety, widziała tylko nazwisko Rudnickiego i sugestywnie krwawiące serce na okładce.

– Mówiłeś o dowodach na miejscu zbrodni – przypomniał szef wydziału kryminalnego.

– Wkraczamy teraz na bardzo delikatny grunt – zaczął Zakrzewski i Paulina wyraźnie dostrzegła dziwne spojrzenie, jakim obrzucił Grabskiego. – Tak jak mówiłem przed chwilą, morderca nie pozostawił śladów. Banaszkiewicz zeznał, że ubrany był w gumowe rękawiczki, czarny kombinezon i czarną kominiarkę. Rękawy i nogawki kombinezonu były przewiązane taśmą. Prawdopodobnie pod kominiarką miał jeszcze siateczkę na włosach. Bardzo profesjonalne zabezpieczenie, używane czasem przez przestępców napadających na banki, kantory i konwoje z pieniędzmi.

– Ale coś macie?

– Bardzo kontrowersyjne znalezisko – wycedził wolno Marcin. – W mieszkaniu Kurzaja i w zakładzie Koskowskiego zabezpieczyliśmy niedopałki papierosów. Dokładnie po jednym w każdym miejscu.

Szef wydziału najwyraźniej się ożywił.

– No, czyli coś mamy.

– Niekoniecznie. – Zakrzewski pokręcił głową. – Technicy określili markę papierosów jako mentolowe LM. Ale niedopałki nie są, że tak powiem, świeże.

– Jak to?

– Mają co najmniej dwa tygodnie. Wyraźnie zostały przez kogoś podrzucone.

– Ale znaleźliście na nich jakieś ślady?

– No tak. Ślady śliny są wyraźne, na ich podstawie technicy w laboratorium określili kod DNA. Oczywiście było mało czasu, więc to wstępne dane. Jak wiecie, w przypadku ustalania kodu DNA pierwsze wyniki mają prawdopodobieństwo trafienia około dziewięćdziesięciu procent. Najdłużej trwa podciąganie wyniku do stu procent, czyli do uzyskania pełnej zgodności. Porównaliśmy próbkę z naszą bazą danych i mamy jedno trafienie.

– Świetnie! – Godlecki był wyraźnie poruszony.

Po minie Marcina Paulina widziała, że chyba jednak nie ma się z czego cieszyć.

– Tylko że trafienie uzyskaliśmy w tej drugiej bazie.

Oprócz głównej bazy danych policja tworzyła jeszcze drugą bazę danych z odciskami palców, grupą krwi oraz z kodami DNA. Baza zawierała dane wszystkich policjantów, techników kryminalistycznych i prokuratorów, którzy mają dostęp do miejsca zbrodni i swoimi działaniami mogli takie miejsce zanieczyścić. Chodziło o to, żeby szybko takie zanieczyszczenia wyeliminować i nie opóźniać śledztwa.

– To policjant? – zapytała ostrożnie Paulina.

– Prokurator. Nazywa się Marek Grabski.

Nagle w pomieszczeniu zapanowała taka cisza, że nie było słychać nawet oddechów. Prokurator Grabski wybałuszył na Marcina oczy.

– Chcesz powiedzieć, że na miejscu zbrodni odkryliście ślady mojej śliny?! – wykrzyknął w końcu.

Podinspektor Godlecki wydusił tylko jedno słowo. Niecenzuralne.

– Nie wiem, jak te ślady tam trafiły. Może ty mi to wytłumaczysz. Przecież nie palisz.

Wszyscy mimowolnie drgnęli, kiedy Paulina Czerny wybuchnęła śmiechem.

– No przyznaj się, Marku! Przecież nie masz już innego wyjścia!

Prokurator Grabski otworzył usta i zaraz potem je zamknął. Najwyraźniej jeszcze się wahał.

18 Martwe oczy

1 lipca, środa przed południem

Zbrodniarze od czasów wczesnego średniowiecza stawiali w miejscu zbrodni krzyże pokutne. Na Dolnym Śląsku zachowało się wiele takich symboli.

W Glinicy – miejscowości oddalonej o trzydzieści sześć kilometrów od Wrocławia, niedaleko Jordanowa Śląskiego – taki krzyż z ukruszonym jednym ramieniem stał na placu przed kościołem, nieopodal budynków mieszkalnych. Właściwie to nie był plac, tylko skrzyżowanie asfaltowej drogi lokalnej z ulicami wyłożonymi kostką brukową pamiętającą czasy sprzed drugiej wojny światowej. Na środku znajdowała się trójkątna wysepka i to na niej właśnie stał zaparkowany policyjny radiowóz. W otwartych drzwiach, oparty o maskę, stał policjant w letnim mundurze i palił papierosa. Miał koło pięćdziesięciu lat, sporą nadwagę i dobroduszny wyraz twarzy. Grube krople potu na jego łysej czaszce wyglądały, jakby za moment miały ruszyć kilkoma strumieniami w dół, w kierunku twarzy. Energiczne wachlowanie się czapką nie pomagało.

Afrykańskie upały nadciągnęły nad Europę i zbliżały się do zachodniej Polski. W Hiszpanii od kilku dni notowano ponad czterdzieści stopni Celsjusza, w Wielkiej Brytanii słupki termometrów poszybowały do poziomów nieoglądanych od kilkudziesięciu lat, rząd Francji ogłosił stan zagrożenia upałem i zmobilizował służby ratunkowe. Nad całym Dolnym Śląskiem rozciągało się bladobłękitne niebo bez najmniejszej chmurki, a temperatura cały czas rosła. Prognozy pogody w programach informacyjnych na wszystkich kanałach telewizyjnych wieszczyły, że taka sytuacja potrwa jeszcze wiele dni. Oczywiście roześmiani od ucha do ucha prezenterzy pogody zapewniali wszystkich telewidzów, że to wymarzona pogoda dla osób, które spędzają urlop nad morzem lub jeziorem. Biorąc pod uwagę, że statystycznie w tym czasie na wyjazdach urlopowych w kraju znajdowało się tylko dziesięć procent społeczeństwa, swoimi uwagami denerwowali pozostałe dziewięćdziesiąt procent.

Na widok radiowozu stojącego na wysepce aspirant Szawczak zwolnił i gorączkowo rozejrzał się za jakimś zacienionym miejscem. Niestety, w najbliższej okolicy nie dostrzegł nawet fragmentu ocienionego miejsca. Niechętnie zaparkował swojego golfa obok radiowozu i opuścił klimatyzowane wnętrze. W twarz uderzył go żar bijący od nagrzanego asfaltu. Co prawda klimatyzacja w aucie nadal niemiłosiernie śmierdziała po dezynfekcji, ale lepsze to niż ubranie nieprzyjemnie lepiące się do ciała.

Policjant z komendy w Jordanowie Śląskim zatrzymał wzrok na kaburze z pistoletem pod pachą Szawczaka i zaraz przywitał go serdecznie, mocno ściskając dłoń. Miał spoconą i pulchną rękę. Parol miał wrażenie, że ściska gąbkę umazaną zużytym olejem silnikowym. Dyskretnie wytarł dłoń o udo. I znowu, jak podczas rozmowy telefonicznej dwie godziny temu, nie zapamiętał nazwiska policjanta. Brzmiało jakoś obco i z niczym mu się nie kojarzyło.

– Więc chce pan rozmawiać ze Stanisławem Jaroszem. – Głos policjanta brzmiał młodo i energicznie. – Chodźmy do niego.

Zostawili auta na wysepce i ruszyli w prawo brukowaną ulicą. Wioska wyglądała na wymarłą. Nawet psy pilnujące domów, które wolno mijali, nie miały ochoty obszczekiwać obcych i drzemały ukryte w cieniu. Starszy policjant zapalił papierosa.

 

– Stasiek jest o coś podejrzany? – zapytał.

Parol pokręcił głową.

– Może być świadkiem w pewnej sprawie. Zna go pan dobrze?

Policjant zaciągnął się głęboko papierosem.

– Tu się urodziłem, tutaj wychowałem, tutaj mieszkam i pracuję. Znam wszystkich.

– Może mi pan coś o nim opowiedzieć?

– On jest nietutejszy. Kupił dom po dalekiej krewnej i sprowadził się do Glinicy jakieś dwadzieścia lat temu z Wrocławia. Nie wiem, jaką przeszłość tam zostawił. Nigdy o tym nie mówił, jakby tamten okres życia w mieście nie istniał. Pod tym względem jest bardzo skryty, zresztą nikt go specjalnie nie wypytywał. Każdy od czegoś ucieka albo coś goni. Ale odkąd tutaj mieszka, nie można o nim powiedzieć złego słowa. Uczynny, pracowity, uśmiechnięty. Bardzo wierzący. Wie pan, kościół jest stary i trzeba dużo rzeczy naprawiać. Stasiek jest złota rączka, wszystko potrafi. Ile on dobrego zrobił w kościele zupełnie za darmo. Proboszcz nie może się go nachwalić. A to naprawił ogrodzenie, to załatał dach, to posprzątał. Wszędzie nasz Stasiek. No i został w końcu kościelnym.

– Rozumiem. Alkohol?

Policjant zatrzymał się i rozgniótł niedopałek butem na bruku.

– Nie odmawia, ale w knajpie nie przesiaduje. Nigdy go nie wiedziałem pijanego.

– Kobiety?

– Nie słyszałem. Mieszka sam, nikt go nie odwiedza, jakby nie miał rodziny. Na początku pytałem go o krewnych, ale tylko się smutno uśmiechał i mówił, że nie ułożyło mu się w życiu. Odniosłem wrażenie, że stracił wielką miłość i się z tego nie otrząsnął. Ale to tylko podejrzenia starego gliniarza.

Zaśmiał się chrapliwie i wskazał mały, żółty domek otoczony drzewami owocowymi za plecami Szawczaka.

– Jesteśmy na miejscu.

Minęli skrzypiącą, zardzewiałą furtkę i po kilku krokach stanęli przez drzwiami. Z desek łuszczyła się brązowa farba. Bluszcz porastający daszek nad wejściem dawał przyjemny cień.

Policjant nacisnął przycisk przy drzwiach. Z wnętrza domu rozległ się staroświecki dzwonek o takim natężeniu, że mógłby obudzić zmarłego. Ale kiedy umilkł, w domu zapanowała absolutna cisza. Za drugim i trzecim razem również nie było odzewu.

– Mówił pan, że Jarosz powinien być w domu – odezwał się Parol.

– Stasiek jest na rencie. O tej porze nie wychodzi. Szczególnie w taki upał.

Ruszyli ścieżką na tyły. Żwir chrzęścił im pod stopami, w ciszy upalnego południa ten odgłos brzmiał nienaturalnie głośno.

Obeszli dom dookoła, zaglądając do okien. W środku nie dostrzegli najmniejszego ruchu.

– Wszystkie okna są zamknięte – powiedział Szawczak, kiedy stanęli znowu na progu.

Policjant coś sobie nagle przypomniał, bo spojrzał na niego uważnie.

– Pies. Owczarek niemiecki. Nigdzie go nie ma.

Parol poczuł nagle dreszcz niepokoju na plecach.

– Czy ktoś z sąsiadów ma klucze? – zapytał.

Miejscowy policjant miał powiedzieć coś uspokajającego, lecz na widok jego miny zmienił zdanie.

– Sąsiadka z domu obok sprząta u Staśka. Pójdę do niej.

Podeszwy zachrzęściły na żwirze, furtka zaskrzypiała rozpaczliwie i zapadła cisza.

Aspirant Gotard Szawczak zaczął się pocić jeszcze bardziej obficie. Przeklinał swój brak doświadczenia. Wahał się. Może nie powinien sam próbować dostać się do tego domu, tylko zadzwonić po wsparcie? Może nawet po grupę antyterrorystów? Dom co prawda wyglądał na opuszczony, ale kto wie, co kryje się pod tą ciszą? Jeśli Jarosz jest niezrównoważonym psychicznie zabójcą, może czaić się tuż za drzwiami z siekierą lub równie efektownym, dostępnym szczególnie na wsi, narzędziem zbrodni. Parol z trudem otrząsnął się z wizji okrwawionych ostrzy kos, sierpów i tasaków.

– Spokojnie. Tylko spokojnie – wyszeptał do siebie i odetchnął parę razy głęboko.

Rozejrzał się. Policjant nie wracał. Musiał więc sam podjąć właściwą decyzję. Po krótkim namyśle i przeanalizowaniu sytuacji zrezygnował ze wsparcia. Sam wejdzie do środka. Niewiele wskazuje, że ktoś tam jest, szczególnie ktoś żywy. Znowu poczuł dreszcz na plecach.

Trzasnęła furtka, starszy policjant stanął krok przed Parolem i bez słowa pokazał mu klucz, do którego przymocowany był breloczek z Matką Boską i napisem „Częstochowa”. Parol wyciągnął broń, odbezpieczył i skinął policjantowi głową. Ten na widok broni zamarł na chwilę, jakby teraz dopiero uświadomił sobie powagę sytuacji. Potem wzruszył ramionami, włożył klucz do zamka i przekręcił. Drzwi uchyliły się bezszelestnie. Z wnętrza buchnął im w twarz zapach długo niewietrzonego domu i czegoś jeszcze, czego Parol nie rozpoznał. Chociaż przeczuwał, że powinien poznać ten zapach.

– Niech pan tu zostanie – szepnął do policjanta. – W razie problemów proszę zadzwonić po wsparcie. Wchodzę.

Pchnął barkiem drzwi i wszedł do wnętrza domu z waltherem p99 wycelowanym przed siebie. Idealna pozycja, jak na zajęciach w szkole. Poczuł się głupio.

Krótki korytarz prowadził do kuchni, w bok odchodziły drzwi do pokoju, po prawej stronie strome drewniane schody wiodły na poddasze. Było przeraźliwie duszno i gorąco. W jednej chwili poczuł, jak jego skóra pokrywa się dodatkową warstwą potu. Znowu miał nieprzyjemne dreszcze.

Pusta kuchnia. Wzrok szybko omiótł pomieszczenie. Zlew przy oknie wychodzącym na tyły domu pełny brudnych naczyń, na stole brudny talerz, szklanka z niedopitą czarna kawą, wyschnięta, nadgryziona kromka chleba. Nad wszystkim rój much, który wyczuwając zagrożenie ze strony człowieka, wzbił się w powietrze i niespokojnie krążył pod sufitem.

Szawczak wycofał się i wszedł do pokoju, który wyglądał na salon. Gorąco, zaduch, idealny porządek. Wielki pluszowy miś wodził za nim czarnymi oczami, kiedy szedł w kierunku zamkniętych drzwi po przeciwległej stronie pokoju.

Zanim jeszcze nacisnął klamkę, do jego uszu dobiegł jednostajny dźwięk. Dopiero po chwili zrozumiał, z czym mu się kojarzył. Bzyczenie owadów. Odetchnął głęboko, wytarł mokre dłonie w spodnie, mocniej ujął broń i pchnął drzwi. Otworzyły się, skrzypiąc. Rój czarnych, wielkich much wzbił się w górę ze stołu oświetlonego promieniami słońca, wpadającymi ukośnie przez małe okno przesłonięte pożółkłą firaną. Na ceracie ozdobionej kwiatowym motywem widać było wyraźnie czarne plamy. I znowu ten zapach, który Parol powinien bardzo dobrze znać. Jeszcze bardziej intensywny i ostry.

Takie same plamy zobaczył na deskach podłogowych. Wyglądały, jakby coś ciągnięto po podłodze w kierunku mniejszych drzwi po prawej stronie. Czarne plamy urywały się na progu. Drzwi były wąskie, nie miały więcej niż półtora metra wysokości. Z wyciągniętym przed siebie pistoletem Parol ruszył w ich stronę, nie zważając na chmarę owadów, latającą wokoło jego głowy.

Nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się cicho. We wnętrzu spiżarki panowała nieprzenikniona ciemność. Gdzieś tu powinien być włącznik światła. Obmacał palcami ścianę przy drzwiach. Jest! Żółte, słabe światło padło na ściany pomieszczenia.

Z haka wbitego w środek sufitu zwisało coś, czego Parol na pierwszy rzut oka nie rozpoznał. Musiał się dokładniej przyjrzeć, zanim zrozumiał. Najpierw wzdrygnął się na widok rozprutego brzucha i zwisających swobodnie poczerniałych jelit. Potem spojrzał w martwe oczy skierowane dokładnie w jego stronę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?