3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Iluzja

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Iluzja
Iluzja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Iluzja
Iluzja
Audiobook
Czyta Filip Kosior
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marcinowi spodobała się jego reakcja, podobnie jak wcześniej uścisk dłoni. Może pozory mylą i facet ma wielkie cojones?

– W każdym markecie budowlanym – odpowiedział. – Gwóźdź ma siedem cali i kosztuje mniej niż dziesięć złotych.

– Kurde, aż się prosi na narzędzie zbrodni. Jak można było tego faceta tak przybić do drzewa? Sprawców musiało być chyba dwóch.

– Raczej jeden – odpowiedział Marcin. – Pewnie go ogłuszył uderzeniem w głowę, potem przywiązał do drzewa mocną taśmą pakową i dopiero wbił mu w oko ten gwóźdź. Potem zerwał taśmę i gdzieś ją wyrzucił, żeby zatrzeć ślady.

– Skąd wiesz? – zdziwił się Parol.

– Obejrzałem wszystko dokładnie. Na korze drzewa i na ubraniu zostały fragmenty taśmy i kleju. Nietrudno było się domyślić. Macie coś, Robert?

Robert Rajcza delikatnie sprawdzał kieszenie denata. Wyciągnął pęk kluczy i portfel. Na metalowej walizce, w której technicy przewozili narzędzia, szybko sprawdził, czy na kluczach są odciski palców. Marcin z Szawczakiem przypatrywali się temu z ciekawością. Po chwili Rajcza pokręcił głową.

– Nic nie ma – powiedział. – Ktoś dokładnie wytarł klucze.

– Ale po co? – rzucił Parol.

– Tego musimy się dowiedzieć.

Potem Rajcza zajrzał do portfela i wyciągnął z niego dowód osobisty, włożył do plastikowego woreczka i podał Zakrzewskiemu. Ten popatrzył na fotografię przedstawiającą starszego mężczyznę. Po jego twarzy od razu było widać, że alkohol pił często i w dużych ilościach.

– Adam Kurzaj, Tyrmanda dwadzieścia pięć przez sześć. Prawie mój sąsiad – zauważył zdziwiony.

Tymczasem na miejscu zbrodni pojawiały się kolejne osoby. Przyjechał komisarz Michał Ruciński, z którym Marcin współpracował od czasu, kiedy dwa lata temu na emeryturę przeszedł jego wieloletni partner, nadkomisarz Stefan Sroka. Uścisnęli sobie ręce i Ruciński stanął obok nich, paląc nerwowo papierosa. Za nim nadeszła prokurator Ewa Kowalik – niska i szczupła, energiczna kobieta po pięćdziesiątce. Zakrzewski ucieszył się na jej widok. Lubił z nią pracować, była konkretna, nie wtrącała się w działania operacyjne, pozostawiając dużą swobodę śledczym. Na początku ustalała plan śledztwa i włączała się dopiero przy przesłuchaniach pierwszych podejrzanych.

Ona również ucieszyła się na widok Zakrzewskiego.

– To dobrze, że będziemy razem pracować, komisarzu.

Jej dłoń była sucha, zimna i koścista. Przeszedł go nieprzyjemny dreszcz, kiedy ją ściskał. Jakby witał się z kostuchą.

– Mnie również bardzo miło, pani prokurator – odrzekł uprzejmie.

Wyciągnęła długiego papierosa, oderwała filtr, włożyła go w jeszcze dłuższą porcelanową lufkę i zapaliła. Policjanci za jej plecami patrzyli na siebie, z trudem tłumiąc uśmiechy. Prokurator paliła, trzymając lufkę w dwóch palcach i wyglądała przy tym jak Greta Garbo w czarno-białym filmie z pierwszej połowy zeszłego stulecia. Jej ubranie też wyglądało na pochodzące z tamtych czasów.

– Makabra – westchnęła. – Trzeba szybko złapać tego zwyrodnialca.

Marcin zbliżył się do niej na krok.

– Pani prokurator, przy denacie znaleźliśmy klucze do jego mieszkania – powiedział. – Chciałbym tam teraz pojechać. Może żona powie mi coś ciekawego.

– Oczywiście, oczywiście. Proszę jechać.

Marcin zwrócił się do Rucińskiego, który nie odezwał się dotąd ani słowem, za to rozsiewał wokół siebie mdły odór wielkiego kaca.

– Poczekaj na lekarza i posłuchaj, co ma do powiedzenia na temat czasu i przyczyny zgonu – nakazał. – Potem przejdź się do tego domu sto metrów dalej i zapytaj, czy nie widzieli czegoś podejrzanego.

Ruciński pokiwał w milczeniu głową.

– Parol, pojedziesz ze mną.

Kiedy wyszli z parku na zastawioną samochodami ścieżkę dla rowerów i chodnik, Szawczak spojrzał na Zakrzewskiego prawie z paniką w oczach.

– Chcesz powiedzieć jego żonie albo dzieciom, że on nie żyje? – zapytał.

Zakrzewski wzruszył ramionami.

– Ktoś musi – odpowiedział krótko.

9 Album

28 czerwca, niedziela przed południem

Ku wielkiej uldze aspiranta Szawczaka okazało się, że Kurzaj mieszkał sam.

Po wejściu do bramy na schodach spotkali wścibską sąsiadkę, która na widok policyjnych odznak natychmiast zaczęła nadawać na sąsiada. Że jest na emeryturze, że pijak i nierób, że niewychowany cham, że żona od niego dawno odeszła i dzieci też tu się nie pokazują już od lat, że nie chodzi do kościoła, że zakała i pewnie w wyborach nie głosuje na prawicę, jak każdy porządny katolik w kraju, tylko na tego bezbożnika Palikota albo na tego starego wariata Korwina-Mikkego i pewnie jest kryptokomunistą, a za komuny był donosicielem, ubekiem, później zaś agentem WSI. Nie musieli o nic pytać – sąsiadka mówiła sama bez żadnej zachęty.

Szawczak stał dwa schodki niżej od Marcina i patrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy. Wyglądał, jakby się zaraz miał roześmiać albo wybuchnąć gniewem, tylko jeszcze nie mógł się zdecydować. Marcin ze smutkiem skonstatował, że w każdej bramie mieszka pewnie taka ziejąca nienawiścią do bliźnich katoliczka, co to wie wszystko o wszystkich. Też miał taką sąsiadkę, może tylko mniej ekspresyjną.

Wreszcie udało im się uwolnić i weszli do mieszkania denata.

*

Uderzył ich w nozdrza niemiły odór. Zakrzewski przypomniał sobie, jak cztery lata temu wchodzili z Pauliną Czerny do mieszkania, gdzie od wielu dni leżały zwłoki. Tam też w powietrzu unosił się taki trupi zaduch. Po chwili jednak zrozumiał, że się pomylił. Mieszkanie wypełniał nieprzyjemny zapach z toalety, pomieszany z mdłą wonią zalegających w kuchni pod zlewem śmieci, smrodem dymu z papierosów i czymś jeszcze, czego nie mógł zidentyfikować. Przez krótki korytarzyk wszedł do pokoju i wtedy od razu rzucił mu się w oczy ten list leżący na stole. Jakby ktoś zostawił go specjalnie, żeby od razu można było go znaleźć, napisany cienkopisem, drukowanymi literami na pożółkłej kartce papieru.

Na progu pokoju Zakrzewski włożył lateksowe rękawiczki i patrząc uważnie pod nogi, wszedł do środka. Za nim Szawczak zrobił dokładnie tak samo, tylko skierował się do kuchni, a później do łazienki. Marcin czytał list zgięty wpół, nie dotykając stołu.

To była piękna kobieta, prawda? Jej długie czarne włosy, gładka skóra, brązowe oczy i kształtne piersi doprowadzały Was do szaleństwa. Was wszystkich. Wszystkich czterech. Kochaliście ją, prawda? Na pewno Ty ją kochałeś, prawda? Jeśli ją kochaliście, dlaczego jeden z Was ją zabił? Naprawdę uwierzyłeś, że wyjechała za granicę? Wiem, że to nie Ty. To jeden z tamtych trzech? Pewnie chciałbyś wiedzieć, który. Kto jest mordercą? Przyjdź dzisiaj o 23.00 na mostek nad Ługowianką w drodze do nowego terminala lotniska. Powiem Ci, kto zabił. Nieznajomy.

Przeczytał tekst dwa razy, po czym otworzył leżący obok stary album ze zdjęciami i oglądał je z narastającym zainteresowaniem. Poczuł znajomy i bardzo przyjemny dreszcz na plecach, a serce zaczęło mu żywiej bić w piersiach. Z trudem się powstrzymał, żeby się nie uśmiechnąć. Czuł, że złapał właściwy trop. Teraz tylko musiał wyciągnąć właściwe wnioski z tego, co miał przed sobą.

Słyszał, jak Szawczak chodzi po mieszkaniu, zaglądając w różne miejsca. W tym czasie wolno przeglądał album. Zdjęcia były czarno-białe, trochę wyblakły przez lata, ale zachowały bardzo dobrą jakość. Twarze można było rozpoznać od razu. Dziewczyna na plaży w zwiewnej sukience, z czarnymi prostymi włosami spiętymi w koński ogon uśmiechała się zalotnie w stronę obiektywu. Potem ta sama kobieta brodziła w morzu w towarzystwie dwóch mężczyzn. Marcin zdawał sobie sprawę, że uczucie, które go nagle ogarnęło, jest irracjonalne. Gdzieś już widział tę kobietę. Albo była do kogoś bardzo podobna. Zastanowił się. Nie, niemożliwe, to tylko jego własny mózg próbował go oszukać. Przecież mózg człowieka zostaje zaprogramowany na rozpoznawanie twarzy jeszcze w łonie matki. To umiejętność wykształcona w drodze ewolucji, która miała zwiększać szanse na przetrwanie gatunku w pierwotnym świecie. Mózg wszędzie dostrzega twarze – w słojach drzew, w plamach na ścianie, na zaparowanej szybie, w ułożeniu chmur na niebie i w tysiącu innych sytuacji. Trudno się więc dziwić, że od czasu do czasu mózg podnosi fałszywy alarm – tę twarz już gdzieś widziałem. Nic nadzwyczajnego w natłoku informacji.

Kolejne zdjęcia sprawiły, że Marcinowi opadła szczęka ze zdziwienia. Kobieta szła przed obiektywem i powoli się rozbierała, aż do naga. Była piękna, jej ciało miało idealne proporcje. Potem fotografia uwieczniała kąpiel w morzu. Do dwóch mężczyzn z wcześniejszych fotografii dołączył trzeci. Ostatnie zdjęcie z plaży przedstawiało kobietę w towarzystwie mężczyzn, do których dołączył jeszcze jeden, miły blondynek o twarzy chłopca. Wszyscy byli nadzy i obejmowali się w taki sposób, że mężczyźni zakrywali kobiecie piersi i podbrzusze, a ona zasłaniała dłońmi członki dwóch stojących z przodu.

Zakrzewski wyciągnął z kieszeni bluzy dowód osobisty Adama Kurzaja i porównał go ze zdjęciem. Na pewno jednym z czterech mężczyzn był młody Kurzaj.

Ostanie zdjęcie znowu przedstawiało całą piątkę przed budynkiem, który na pierwszy rzut oka wyglądał na ośrodek wczasowy – typowy dla lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Parol stanął w drzwiach i spojrzał pytająco na Zakrzewskiego. Ten bez słowa pokazał mu list i album. Poczekał na reakcję kolegi po obejrzeniu zdjęć.

Szawczak wyprostował się i spojrzał podekscytowany na Marcina.

– Co o tym sądzisz? – zapytał ostrożnie.

– A jakie jest twoje zdanie? – odpowiedział pytaniem.

– List ewidentnie wygląda mi na wabik. Morderca umówił się z Kurzajem w odludnym miejscu po to, żeby zabić. Nie wiemy, kim była ta kobieta, czy jeszcze żyje, czy naprawdę została zamordowana, jak sugeruje list. Dla Kurzaja musiała wiele znaczyć, skoro poszedł na to spotkanie.

 

– Po zdjęciach widać, że cała piątka była ze sobą mocno zżyta – odezwał się Zakrzewski. – Kto wie, może łączyły ich bardzo intymne relacje? List sugeruje, że mordercą kobiety był któryś z czwórki tym mężczyzn.

– Może Kurzaj?

– Niewykluczone. Musimy pogrzebać w jego przeszłości. Trzeba znaleźć jego żonę, ustalić znajomych z dawnych lat. I pozostaje jeszcze jedno.

Parol spojrzał na niego bystro.

– Motyw?

– Dokładnie.

– Motyw chyba narzuca się sam, zemsta po latach.

Zakrzewski krążył po pokoju, zaglądając w każdy kąt.

– Album wygląda na stary i zakurzony – powiedział. – Coś mi mówi, że nie stał na półce, tylko Kurzaj wyciągnął go poprzedniego dnia z jakiejś skrytki.

– To by się zgadzało – potwierdził Parol. – Szafa w przedpokoju.

Marcin zajrzał do szafy. Stare buty stojące dotąd na samym dnie były zgarnięte w kąt, na środku ktoś oderwał deskę. W podstawie szafy znajdowała się podłużna skrytka.

– Czyli można przypuszczać, że Kurzaj rzadko tam zaglądał. Może nawet nigdy – odezwał się Szawczak.

– J-jasne.

Marcin wrócił do pokoju i poprzedniego wątku rozmowy:

– Ludzie od wieków mordują się nawzajem z trzech powodów: z zemsty, dla pieniędzy i z nienawiści. Ktoś niedawno powiedział mi, że można też zabić z miłości, ale moim zdaniem takie stwierdzenie nie poszerza naszego katalogu motywów zbrodni. W matematycznym ujęciu nienawiść jest przecież miłością, tylko ze znakiem ujemnym. Pozostajemy więc w kręgu zemsty, pieniędzy i uczuć.

– Do czego zmierzasz?

– Próbuję ustalić motyw.

– Motyw zemsty wydaje się oczywisty – powtórzył Parol.

Marcin pokręcił głową.

– Jak dla mnie zbyt oczywisty.

– Nie rozumiem.

– Przeanalizuj fakty, ale czytaj między wierszami. – Widząc, że Parol nie nadąża za jego tokiem rozumowania, wyciągnął z kieszeni klucze do mieszkania Kurzaja i rzucił w jego kierunku przez cały pokój.

Szawczak złapał je sprawnie i obejrzał.

– Klucze do mieszkania – ciągnął Zakrzewski. – Czy nie wydaje ci się dziwne, że technicy nie znaleźli na nich żadnych odcisków? Nawet denata? Wniosek? Morderca miał te klucze w rękach. Bardzo możliwe, że po zamordowaniu Kurzaja był tutaj, a później wrócił na miejsce zbrodni, wytarł starannie klucze i włożył je ofierze do kieszeni.

– Ale po co? – Szawczak wzruszył ramionami.

– Nie wiem, po co. Na pewno nie chciał napić się kawy ani obejrzeć kryminału w kinie nocnym. Może morderca podrzucił ten album? Może list? Może był u Kurzaja wcześniej i posprzątał własne odciski palców? Może szukał czegoś, co miał Kurzaj? A może chciał podrzucić nam mylne tropy?

– Na przykład album?

– Niewykluczone.

Szawczak namyślał się chwilę.

– Jeden z wykładowców w szkole policyjnej powtarzał nam, że najprostsze rozwiązania są najbardziej prawdopodobne – powiedział wreszcie. – Nie uważasz, że twoja teoria komplikuje sprawę?

– Z zasady nie lubię prostych rozwiązań – odpowiedział Zakrzewski. – Pewnie w szkole powtarzali ci też, że przy poszukiwaniu sprawcy najważniejsze jest pierwsze czterdzieści osiem godzin. Jeśli ktoś zabił w afekcie, przypadkowo lub pod wpływem, takie stwierdzenie ma sens. W tym przypadku, kiedy wydaje się, że sprawca starannie zaplanował zabójstwo i postarał się zatrzeć ślady, zapomnij o teorii czterdziestu ośmiu godzin. Będziemy się w tym grzebać przez wiele tygodni.

– Rozumiem – pokiwał głową Szawczak.

– Widziałeś gdzieś papierosy? – zapytał nagle Zakrzewski.

– Nie rozumiem ….

– Kurzaj nie miał przy sobie papierosów.

– Chyba nie palił – powiedział Parol. – Nie znalazłem ani papierosów, ani niedopałków, ani popielniczek.

Marcin pociągnął nosem.

– Dziwne – powiedział. – A ja dałbym sobie głowę uciąć, że czuję w powietrzu dym papierosów. W takim razie kto palił?

Szawczak rozejrzał się szybko.

– Jasna cholera! Nie zwróciłem uwagi.

Chwilę później znalazł niedopałek w jedynej doniczce stojącej na parapecie okna. Właściciel mieszkania musiał mieć taki sam stosunek do roślin, jak do utrzymywania czystości. Niepodlewana roślina dawno była martwa, zabrudzony nikotyną filtr wystawał z ziemi pod wyschniętymi liśćmi. Wyglądał, jakby ktoś go tu pozostawił raczej niedawno.

– Słuchaj, Parol, jak ty masz naprawdę na imię?

Szawczak burknął coś w pod nosem w odpowiedzi.

– Jak?

– Gotard.

– Hm, no cóż. Dość oryginalnie. To się jakoś zdrabnia?

– Nie.

– OK. A dlaczego nazywają cię Parol?

Młody policjant wzruszył ramionami.

– Sam sobie wymyśliłem taką ksywkę jeszcze w szkole średniej. Teraz przedstawiam się jako Parol. I tak nikt nie pamięta mojego imienia, zazwyczaj głupio jest zapytać, więc jestem Parol.

– Sprytne. – Zakrzewski się uśmiechnął. – Więc posłuchaj, Parol. Zadzwonisz po techników. Kiedy tylko skończą na miejscu zbrodni, mają przyjechać tutaj i zabezpieczyć album, list i niedopałek. Jestem bardzo zainteresowany, czyje odciski palców znajdą. W tym czasie wypytasz sąsiadów o Kurzaja i dowiesz się, czy miał znajomych, przyjaciół, kto do niego przychodził i tak dalej. Dowiedz się, gdzie mieszka jego rodzina.

– Dobrze.

– Jeszcze jedno. W tym samym bloku, w bramie numer trzydzieści, mieszka facet, który znalazł zwłoki. Nazywa się Michał Gorzycki. Sprawdź jego alibi na tę noc, jest jakiś dziwny.

Szawczak zapisał sobie wszystko w notatniku.

– A ty? – zapytał.

– Muszę wyjść z psem na spacer.

10 Anatomia miłości

28 czerwca, niedziela po południu

Zakrzewski zaparkował na swoim stałym miejscu na parkingu naprzeciw bramy, ale zamiast do domu ruszył w kierunku Żabki. W sklepie było pusto, za ladą stała młoda dziewczyna z włosami zafarbowanymi na różowo. Żuła gumę i sprawiała wrażenie, jakby znalazła się w tym miejscu przez pomyłkę.

– Niezły kask – powiedziała, kiedy Marcin stanął naprzeciw.

– Niezły – przyznał.

Pokazał jej swoją odznakę, a później zdjęcie z dowodu osobistego Adama Kurzaja.

– Zna go pani? – zapytał.

– Jasne. Jest tu codziennie rano. Przeskrobał coś?

Zakrzewski zignorował pytanie.

– Może mi pani coś o nim powiedzieć?

– Nic, kupuje bułkę, serek i kilka browarów. Wygląda, jakby miał problem z alkoholem.

– Jak się zachowuje?

– Jak? – Wzruszyła ramionami, nie przestając nonszalancko żuć gumy. – Normalnie. Jest nawet miły, czasem próbuje żartować. Co przeskrobał?

– Kiedy był ostatni raz?

– Wczoraj, jak zwykle.

– Wdziała pani, żeby z kimś rozmawiał?

– Chyba nie – zawahała się. – Chociaż tak! Kręci się tu taki bezdomny z długimi włosami. Taki stary. Czasem kupuje tanie wino, jak ma kasę. Dziwnie go nazywają… hmm…

– Lynyrd – podpowiedział Marcin.

– Chyba tak. Zna go pan?

Policjant zignorował jej kolejne pytanie. Zamiast tego wyklepał standardową formułkę.

– Dziękuję, bardzo mi pani pomogła.

– Co zrobił? Ukradł coś? – usłyszał za sobą, kiedy był już w drzwiach.

Odwrócił się na moment.

– Obawiam się, że straciliście stałego klienta. Nie żyje.

Wracając przez podwórko do domu, rozglądał się za Lynyrdem.

Marcin kiedyś uratował go przed patrolem straży miejskiej. Strażnicy nakryli mężczyznę, kiedy pił piwo na ławce między blokami. Chcieli wlepić mu mandat, ale Marcin z nimi pogadał i zostawili Lynyrda w spokoju. Odtąd bezdomny traktował Marcina jak najlepszego kolegę. Zwykle kończyło się tak, że Marcin sponsorował mu piwo albo wino. Lubił rozmawiać z Lynyrdem. Nigdy nie pytał, kim mężczyzna był w przeszłości, ale sądząc po sposobie mówienia i mądrości życiowej, nie zawsze mieszkał na ulicy.

Zakrzewski obszedł kilka miejsc na osiedlu, gdzie zwykle można było spotkać bezdomnego. Nigdzie go nie było. Wrócił więc do domu i wyszedł z psem na spacer.

W kieszeni poczuł wibracje telefonu. Popatrzył na wyświetlacz. Nieznany numer. Odebrał.

– Komisarz Zakrzewski, słucham.

Jego głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzał, i słychać było, jak kobieta po drugiej stronie zawahała się.

– Dzień dobry – powiedziała wreszcie. – Telefonuję z ulicy Siemieńskiego. Pamięta pan, w czwartek w zeszłym tygodniu w naszej bramie na poddaszu znaleziono zwłoki. Spotkaliśmy pana na parterze, dał pan mi swoją wizytówkę…

Marcin przypomniał sobie parę stojącą na wysokim parterze przy drzwiach do mieszkania numer trzy. Chrząknął.

– Tak, oczywiście pamiętam. Dzień dobry. Słucham panią.

– Powiedział pan, żebyśmy zatelefonowali, gdyby przypomniało nam się, że widzieliśmy kogoś nieznajomego na klatce schodowej w ostatnim czasie. Więc… – zawiesiła głos.

– Tak?

– Widzieliśmy kogoś takiego w ostatnim czasie.

Marcin przystanął i zastygł w bezruchu.

– Widzieliśmy tego pisarza. Wie pan, tego autora kryminałów. Mirosława Rudnickiego.

W pierwszej chwili nie mógł skojarzyć, o kogo chodzi. Dopiero po kilku sekundach do niego dotarło. Prawie wstrzymał oddech.

– Tego, który został zamordowany? – zapytał, starając się, aby jego głos nie zdradzał emocji.

– Tak.

Przez głowę Zakrzewskiego przeleciały dziesiątki myśli.

– Ile razy go państwo widzieli?

– Chyba kilka razy w ciągu ostatnich miesięcy – odpowiedziała.

Jej głos nabrał pewności siebie. Widocznie wcześniej przegadała sobie wszystko z mężem.

– A kiedy pierwszy raz?

– Jakieś pół roku temu. Mijaliśmy go na schodach. Wie pan, czytamy jego kryminały, dlatego go rozpoznaliśmy. Ten jego śmieszny kapelusz rzucał się w oczy. Nikt takiego teraz nie nosi.

– J-jasne.

– Wie pan, mógł przychodzić codziennie. My dużo pracujemy. Może inni sąsiedzi widywali go częściej?

– Rozumiem. A kiedy widzieliście go ostatni raz?

– Kilka dni przed jego śmiercią.

Zakrzewski zatrzymał się gwałtownie. Zahamowana na smyczy Tina popatrzyła na niego z wyrzutem. Nic nie zauważył.

– Czy rozmawiała już pani o tym z policją? – zapytał.

– Nie, nikt nie pytał. – W jej głosie zabrzmiały nuty wyrzutów sumienia.

– Dziękuję, bardzo mi pani pomogła – powiedział Marcin, tym razem zupełnie szczerze.

Wyczuł, że kobieta chce coś jeszcze dodać.

– Policja nie czyta kryminałów, prawda? – zapytała niespodziewanie.

Zakrzewski nie wiedział, co odpowiedzieć.

– W jakim sensie?

– W swojej ostatniej książce Rudnicki opisał bardzo podobną sytuację – wyjaśniła.

– Jaką sytuację?

– Główny bohater książki przetrzymuje przez wiele lat w piwnicy zwłoki kobiety, którą kochał w młodości. Dalej traktuje ją jak żywą i zwierza się jej ze swoich najskrytszych tajemnic. Robotnicy mówili, że u nas na poddaszu też znaleźliście takie stare zwłoki kobiety.

Zakrzewski milczał. Cały świat wokoło zniknął. Znowu przed oczyma miał zwłoki kobiety z tapczanu. Patrzyły na niego szklanym spojrzeniem, a na wyschniętych wargach czaił się kpiący uśmieszek.

– Dziękuję pani bardzo – powiedział wreszcie i rozłączył się.

Prawie biegiem ruszył przed siebie, ciągnąc na smyczy zdziwionego psa.

W domu włączył komputer i w wyszukiwarce internetowej wpisał imię i nazwisko pisarza. Wyświetliło się mnóstwo stron. Na kilku pierwszych miejscach znalazły się sklepy internetowe oferujące książki Rudnickiego, nieco niżej link do Wikipedii. Przeczytał uważnie notkę biograficzną, lecz nic ciekawego nie rzuciło mu się w oczy. Dłużej zatrzymał się na spisie jego książek. Ostatnia miała tytuł Anatomia miłości. Obok tytułu krył się link do strony z recenzją. Przeleciał tekst wzrokiem i odchylił się w fotelu z westchnieniem. Pocierając nerwowo czoło dłonią, myślał intensywnie.

Niemożliwe!

Jeszcze raz przeczytał recenzję, potem poszukał innych, długo przeglądał komentarze internautów. Zgodnie twierdzili, że to najlepszy tytuł Rudnickiego. Wartka akcja, zaskakujące zwroty, nieoczekiwane zakończenie, mroczne klimaty i… bardzo obrazowy i wstrząsający opis aktu nekrofilii. Same pozytywne oceny i maksymalna liczba gwiazdek w recenzjach. Zakrzewski zawsze z rezerwą odnosił się do takich entuzjastycznych ocen, mimo to nie zastanawiał się długo. Wyszedł z mieszkania i zbiegł po schodach. Na ulicy zastanowił się, czy brać motocykl, wreszcie ruszył piechotą. Do centrum handlowego Futura przy ulicy Mińskiej było około ośmiuset metrów. Do Empiku wszedł kilka minut później. Rozejrzał się uważnie. Tragiczna i niewyjaśniona śmierć popularnego autora była dla jego książek doskonałą reklamą. Zanim klient wchodzący do salonu zrobił kilka kroków, już natykał się na książki Rudnickiego.

Marcin kupił Anatomię, zapłacił gotówką, nie chciał dodatkowych gadżetów w promocji ani foliowej torby do zapakowania książki, sprzedawca spojrzał więc na niego z lekką niechęcią, ale był na tyle profesjonalny, by potwierdzić, że ten tytuł Rudnickiego jest najlepszy i wart czterdziestu dziewięciu złotych. Zakrzewski skinął mu tylko głową i wyszedł tak szybko, jakby nie kupił książki, tylko ją ukradł.

 

W domu usiadł w fotelu i zaczął czytać.

Skończył o trzeciej w nocy.

Około szóstej trzydzieści obudził go natarczywy sygnał telefonu. W porannej ciszy, po nieprzespanej nocy, nawet klasyk Led Zeppelin brzmiał cholernie irytująco.