Riverdale. Śmierć cheerleaderkiTekst

Z serii: Riverdale
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  PRO­LOG

2  CZĘŚĆ PIERW­SZA ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY ROZ­DZIAŁ DRUGI ROZ­DZIAŁ TRZECI ROZ­DZIAŁ CZWARTY ROZ­DZIAŁ PIĄTY

3  CZĘŚĆ DRUGA ROZ­DZIAŁ SZÓ­STY ROZ­DZIAŁ SIÓDMY ROZ­DZIAŁ ÓSMY ROZ­DZIAŁ DZIE­WIĄTY ROZ­DZIAŁ DZIE­SIĄTY ROZ­DZIAŁ JEDE­NA­STY ROZ­DZIAŁ DWU­NA­STY ROZ­DZIAŁ TRZY­NA­STY ROZ­DZIAŁ CZTER­NA­STY ROZ­DZIAŁ PIĘT­NA­STY ROZ­DZIAŁ SZES­NA­STY ROZ­DZIAŁ SIE­DEM­NA­STY ROZ­DZIAŁ OSIEM­NA­STY

4  CZĘŚĆ TRZE­CIA: ROZ­DZIAŁ DZIE­WIĘT­NA­STY ROZ­DZIAŁ DWU­DZIE­STY ROZ­DZIAŁ DWU­DZIE­STY PIERW­SZY ROZ­DZIAŁ DWU­DZIE­STY DRUGI EPI­LOG

5  NOTA O AUTORCE

Tytuł ory­gi­nału: Death of a Che­er­le­ader

Prze­kład: Marek Cie­ślik

Opieka redak­cyjna: Maria Zalasa

Redak­cja: Marta Stę­plew­ska

Korekta: Anna Stro­żek

Zdję­cia na okładce:

© 2020 War­ner Bros. Enter­ta­in­ment Inc.

© Net­flix 2021. Used with per­mis­sion

Copy­ri­ght © 2020 Archie Comics Publi­ca­tions, Inc. All Rights Rese­rved.

River­dale and Archie Comics are tra­de­marks and/or regi­ste­red tra­de­marks of Archie Comics in the U.S. and/or other coun­tries.

Polish-lan­gu­age edi­tion publi­shed by JK Wydaw­nic­two sp z o.o. sp. k., by arran­ge­ment with Scho­la­stic Inc., 557 Broad­way, New York, NY 10012, USA.

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Żadna część tej publi­ka­cji nie może być powie­lana ani roz­po­wszech­niana za pomocą urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, kopiu­ją­cych, nagry­wa­ją­cych i innych bez uprzed­niego wyra­że­nia zgody przez wła­ści­ciela praw.

ISBN 978-83-8225-037-4

Wyda­nie I, Łódź 2021

JK Wydaw­nic­two sp. z o.o. sp. k., ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

PRO­LOG

PRO­LOG

JUGHEAD

River­dale to mia­steczko, któ­rego sta­ro­świecka uro­kli­wość nie­mal bije po oczach. Przy­god­nemu obser­wa­to­rowi łatwo przyj­dzie zało­że­nie, że życie tutaj pełne jest rusty­kal­nego wdzięku i tra­dy­cyj­nych war­to­ści rodzin­nych, cokol­wiek by to miało zna­czyć. Ale jeśli ktoś zna to miej­sce, wie, jak łatwo można dać się zwieść pozo­rom. Wyobraź­cie sobie coś mniej ame­ri­can, a bar­dziej gothic, a będzie­cie na wła­ści­wym tro­pie. Co zaś wiemy teraz z nie­za­chwianą pew­no­ścią? W naszym mia­steczku nie ma odpo­czynku – ani chwili, ani odro­biny odpo­czynku – nawet dla tych naj­bar­dziej stru­dzo­nych.

Inne powie­dze­nie dobrze znane nam wszyst­kim? To, że „kru­szy się zło­ci­sty świata zrąb”.

Choć od gim­na­zjum nie zaglą­da­łem do Out­si­de­rów, ów przej­mu­jący cytat ni­gdy nie wydał mi się bar­dziej ade­kwatny niż tej jesieni, pod­czas któ­rej zaczy­na­li­śmy swój ostatni rok nauki w Liceum River­dale. Zaiste, doprawdy kru­szył się zło­ci­sty świata zrąb, jak zawsze i wszę­dzie. Ni­gdzie jed­nak owo stwier­dze­nie nie brzmiało praw­dzi­wiej niż w naszym zwod­ni­czym mia­steczku, gdzie jedyną stałą war­to­ścią była zmiana, a jedy­nymi obiek­tyw­nymi fak­tami – nie­pew­ność i chaos.

Nie­któ­rzy filo­zo­fo­wie wychwa­lają zalety zmiany, gło­sząc pod nie­biosa, że brak sta­bil­no­ści wymu­sza na nas – jako gatunku – ewo­lu­cję. Jed­nak w naszej nie do końca sen­nej osa­dzie ci, któ­rzy byli głów­nymi spraw­cami zmian, nie mieli na uwa­dze cnót, a raczej…

No cóż, przy­cho­dzi mi do głowy raczej sie­dem grze­chów głów­nych.

Nie­koń­cząca się sekwen­cja zmian obej­mo­wała wszel­kie, także naj­ba­nal­niej­sze aspekty życia w River­dale. Pierw­szy przy­kład z brzegu: tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, nie cho­dzi­łem już nawet do tutej­szego liceum. Porzu­ci­łem Liceum River­dale na ostatni rok nauki, pozo­sta­wia­jąc je za sobą w kłę­bach dymu z rury wyde­cho­wej moto­cy­kla, któ­rego sil­nik gło­śnym rykiem obwiesz­czał mój wyjazd z mia­steczka do Sto­ne­wall, maleń­kiej szkoły z inter­na­tem. Gdy­bym miał ująć to jed­nym sło­wem, byłoby to nie­spo­dzie­wane.

Gdy poprzed­nio wyjeż­dża­łem z River­dale, czy­ni­łem to nad wyraz nie­chęt­nie, pod pre­sją. Wysłano mnie do Liceum South­side po tym, jak naj­pierw objęto mnie na siłę pro­gra­mem wycho­wa­nia w rodzi­nie zastęp­czej. Trzeba przy­znać, że nie było to jakieś straszne doświad­cze­nie – na South­side odna­la­złem się wśród swo­ich; w kręgu Ser­pent­sów. Po raz pierw­szy w życiu pozwo­li­łem sobie na luk­sus przy­ję­cia dzie­dzic­twa, które przy­pa­dło mi z racji mojego związku z nimi. (Ostat­nio zwięk­szy­li­śmy swoją liczeb­ność dzięki nie­for­mal­nemu soju­szowi z Pretty Poisons pod wodzą Toni Topaz).

Tym razem porzu­ca­łem Liceum River­dale z wyboru. Nawet jeśli był to wybór trudny, nio­sący ze sobą kon­se­kwen­cje – i to zarówno te ocze­ki­wane, jak i te nie­prze­wi­dziane. Oka­zja przy­ję­cia do Sto­ne­wall nada­rzyła mi się prak­tycz­nie nie­pro­szona. Była jak błysz­cząca mosiężna obrączka, którą łapie się na sta­ro­świec­kiej karu­zeli. Chwy­ci­łem więc obu­rącz, i to z całej siły.

Bo tra­fie­nie do Sto­ne­wall ozna­czało, że może i mnie uda się zosta­wić po sobie jakieś dzie­dzic­two, jeśli tylko podążę za swoim marze­niem o zosta­niu pisa­rzem. Sto­ne­wall było dla mnie szansą, by zna­leźć się w miej­scu, w któ­rym będzie się doce­niać moją pracę i zachę­cać mnie do trak­to­wa­nia jej poważ­nie. Koniecz­ność zosta­wie­nia przy­ja­ciół odbie­ra­łem jako nie­mal fizyczny ból – nie mówiąc o tym, jak ciężko mi było roz­dzie­lić się z Betty – ale uzna­wa­łem to za część więk­szego planu, krok ku zosta­niu pierw­szą osobą z mojej rodziny, która pój­dzie na stu­dia.

Kru­szył się zło­ci­sty świata zrąb – ale co z nowymi hory­zon­tami? Raz na jakiś czas, nie­wy­obra­żal­nie rzadko, były na wycią­gnię­cie ręki, jeśli tylko chciało się posta­wić wszystko na jedną kartę.

To dla­tego mówi się o tego typu wybo­rach „trudna decy­zja”, prawda? Bo są trudne. I mają swoje kon­se­kwen­cje. Sta­ra­łem się utrzy­mać pozy­tywne nasta­wie­nie, spo­dzie­wać się tego, co naj­lep­sze, nawet jeśli nie byłem gościem wystar­cza­jąco weso­łym czy rado­snym, żeby wprost mieć na to nadzieję. Jeśli wie­rzy­łem w cokol­wiek w tym cudacz­nym, nie­prze­wi­dy­wal­nym świe­cie, to musia­łem pozwo­lić sobie – jak­kol­wiek, przy­znaję, naiw­nie – na wiarę, że Betty i ja jeste­śmy nie­ro­ze­rwal­nie złą­czeni.

Ale oboje wie­dzie­li­śmy, że tylko czas to pokaże. I mimo że nie przy­zna­wa­li­śmy się do tego na głos ani nie myśle­li­śmy o tym cały czas, wie­dzia­łem, że oboje przy­naj­mniej odro­binę się tym mar­twimy. (Może nawet wię­cej niż odro­binę – choć gdyby ktoś zapy­tał mnie wprost, zaprze­czył­bym temu z całą mocą).

Oczy­wi­ście Betty w pełni wspie­rała moją decy­zję o prze­no­si­nach do Sto­ne­wall. Rozu­miała, jaka to dla mnie nie­wia­ry­godna szansa. Ale myśl o tym, że będziemy daleko od sie­bie dłu­gie dnie czy nawet tygo­dnie? Jak mogli­śmy unik­nąć drę­czą­cych nas wąt­pli­wo­ści?

W końcu prze­cież nie cho­dziło tylko o nas. Zmiana, nio­sąca ze sobą uta­jone napię­cie i nie­unik­nione kom­pli­ka­cje, była jak wirus roz­pa­la­jący krwio­bieg naszego mia­steczka. Może to przez coś, co tu krąży w powie­trzu. Jakiś cha­rak­te­ry­styczny tylko dla River­dale skład­nik, który z upo­rem maniaka pochła­nia i uni­ce­stwia wszystko, co sta­nie mu na dro­dze: wszel­kie dobro, czy­stość, solid­ność czy sta­bi­li­za­cję.

Żeby nie szu­kać daleko, team Var­chie też pró­bo­wał aku­rat upo­rać się z wła­snym nie­zno­śnie męczą­cym wewnętrz­nym napię­ciem. Przez cały ostatni rok Archie dostał od życia porządny wycisk, ale udało mu się wyjść ze wszyst­kiego zwy­cię­sko dzięki har­towi ducha. No i oczy­wi­ście także dzięki wspar­ciu przy­ja­ciół. A Vero­nica zawsze pierw­sza sta­wała za nim murem, nie było co do tego wąt­pli­wo­ści.

 

Wąt­pli­wość mie­li­śmy inną, choć wyra­żoną mniej wprost: każde z nas naprawdę prze­pa­dało za Archiem i sta­wiało sobie pyta­nie, jak mu pomóc w prze­ży­ciu przy­tła­cza­ją­cej straty ojca. Wszy­scy odczu­wa­li­śmy dotkli­wie nie­obec­ność Freda Andrewsa. Nie dało się powie­dzieć ani zro­bić niczego, co zmniej­szy­łoby ból naszego przy­ja­ciela. Ale Vero­nica z deter­mi­na­cją pró­bo­wała. Jak każdy i każda z nas.

W typowy dla sie­bie spo­sób Archie robił dobrą minę do złej gry: dla uczcze­nia pamięci ojca zajął się prze­kształ­ca­niem klubu bok­ser­skiego El Roy­ale w świe­tlicę dla trud­nej mło­dzieży, sta­ra­jąc się zadbać o dzie­ciaki z sąsiedz­twa potrze­bu­jące dobrej duszy, tak jak zadbałby o to jego ojciec. Tak jak dbał o to jego ojciec.

Chyba wszy­scy troje mar­twi­li­śmy się, że – do pew­nego stop­nia – Archie po pro­stu stara się zająć czymś ręce i głowę. Nie było w tym nic złego, zwłasz­cza jeśli tego wła­śnie potrze­bo­wał, żeby dać sobie radę. Wiem jed­nak, że wszy­scy chcie­li­śmy, aby czuł, że może się przed nami otwo­rzyć. Pra­gnę­li­śmy być przy nim na wycią­gnię­cie ręki, doda­wać mu otu­chy. Ale reszta zale­żała od niego samego – nie­ważne, jak ciężko nam było tylko stać obok i przy­glą­dać się jego zma­ga­niom. Zwłasz­cza że mie­li­śmy także wła­sne pro­blemy.

Jeżeli o mnie kon­kret­nie cho­dzi, doty­czyły one „czwórki ze Sto­ne­wall”.

Czwórki uczniów uzna­wa­nych za „zagi­nio­nych”. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo try­wial­nie, jak dalece nie­wy­star­cza­jąco to wyra­że­nie brzmiało. Czy serio uwa­ża­łem, że wystar­czy zmie­nić szkołę i w ten spo­sób uda mi się wymik­so­wać z rodzin­nego mia­steczka? Chaos, poczu­cie utraty i dez­orien­ta­cja podą­żały za mną, dep­cząc mi po pię­tach. Mogłem wyrwać się z River­dale, ale ni­gdy nie uda­łoby mi się wyrwać River­dale z sie­bie.

Co zna­czyło, że wszel­kie nadzieje, jakie wraz z przy­ja­ciółmi żywi­li­śmy co do zosta­nia „zwy­kłymi lice­ali­stami”, aku­rat teraz, przed ostat­nim rokiem szkoły, poszły się gonić, ode­szły w siną dal. Mrzonka o zwy­kłym „życiu sie­dem­na­sto­lat­ków” w jego naj­bar­dziej nie­win­nym wyda­niu została zepchnięta na samo dno szu­flady, prze­klęta przez te same siły, któ­rym nie uda­wało się utrzy­mać ciem­no­ści na wodzy nawet w trak­cie wyda­rzeń tak pozor­nie main­stre­amo­wych i dobro­dusz­nych jak szkolne przed­sta­wie­nie.

Cał­kiem moż­liwe, że byli­śmy ska­zani na klę­skę.

A jed­nak część z nas naj­wy­raź­niej żywiła w skry­to­ści serca ulotną nadzieję. Nadzieję, że ist­nieje jesz­cze szansa na to, by sprawy miały się ina­czej. Lepiej. W końcu prze­cież wyje­cha­łem. Byłem teraz w Sto­ne­wall i sta­wia­łem pierw­szy krok na dro­dze do napi­sa­nia na nowo sce­na­riu­sza filmu noir, w któ­rym – chcąc nie chcąc – przy­sze­dłem na świat.

Skoro wyje­cha­łem do Sto­ne­wall, to wraz z Betty sta­ra­li­śmy się grze­szyć raczej nad­mia­rem niż bra­kiem wiary w powie­dze­nie, że o nie­obec­nych myśli się życz­li­wiej. Vero­nica zaś obser­wo­wała z nie­słab­ną­cym opty­mi­zmem, jak Archie stara się odbu­do­wać fun­da­menty swego świata.

Robi­li­śmy wszystko, co w naszej mocy.

Fakt, trzeba przy­znać, że efekty były takie sobie. Nie­ważne, z jakim zapa­łem nie rzu­ca­li­by­śmy się w wir tak zwa­nych zwy­kłych zajęć – takich jak męski wie­czór pokera czy wspólny wyjazd dru­żyny che­er­le­ade­rek, czyli zaję­cia jak z tele­wi­zyj­nych seriali dla nasto­lat­ków – pod­stępna, wła­ściwa im wszyst­kim River­dale-ność wciąż dawała o sobie znać.

Jak szło to znane powie­dze­nie?

A, prawda: „Defi­ni­cją sza­leń­stwa jest robie­nie cią­gle tego samego i spo­dzie­wa­nie się róż­nych rezul­ta­tów”.

A jed­nak pro­szę bar­dzo, oto my, ostat­nia klasa liceum, pró­bo­wa­li­śmy jesz­cze raz być lepsi, być inni, marzyć na więk­szą skalę. Odwa­ża­li­śmy się wyobra­żać sobie świat wykra­cza­jący poza wszel­kie okrop­no­ści i destruk­cję, poza szcze­niac­kie dys­funk­cje mia­steczka River­dale. I losu.

Nie chcia­łem uznać, że jeste­śmy sza­leni. Skoro więc nie sza­leń­stwo nas napę­dzało…? Jedyny wnio­sek, jaki można było z tego wycią­gnąć, to: nadzieja.

Mie­li­śmy nadzieję, nawet na prze­kór przy­tła­cza­jąco znie­chę­ca­ją­cemu doświad­cze­niu. Nawet mimo braku jakich­kol­wiek real­nych powo­dów do odczu­wa­nia cze­go­kol­wiek innego niż ostrożny opty­mizm. Jest takie powie­dze­nie: „Nadzieja umiera ostat­nia”. Wycho­dziło na to, że moi przy­ja­ciele i ja oka­zu­jemy się żywym dowo­dem na praw­dzi­wość tego twier­dze­nia.

Cho­ciaż na dobrą sprawę może jed­nak było to sza­leń­stwo.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

CZĘŚĆ PIERW­SZA

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

RIVW METEO (1 min. temu)

Ostrze­że­nie o trud­nych warun­kach pogo­do­wych dla River­dale i oko­licz­nych miast od chwili bie­żą­cej do nie­dzieli wie­czo­rem. Mete­oro­lo­dzy pro­gno­zują ulewne desz­cze i wia­try o sile hura­ganu, powią­zane z ryzy­kiem gwał­tow­nych powo­dzi. Zachę­camy do śle­dze­nia dal­szych rapor­tów i donie­sień o roz­woju sytu­acji. Zależy nam na Pań­stwa bez­pie­czeń­stwie!

– RIVW.com i ser­wisy sto­wa­rzy­szone


Vero­nica:

Dzień dobry, Archie­kins! Jak się ma mój ulu­biony ranny pta­szek?

Archie:

Hej, Ron­nie! Wszystko OK. Tylko zmę­czony jestem. Do póź­nej nocy sprzą­ta­łem w świe­tlicy.

Vero­nica:

Te dzie­ciaki to far­cia­rze, że mają Cie­bie.

Archie:

Może i tak… Żałuję tylko, że nie mogę zro­bić wię­cej.

Archie:

Sorki, nie chcia­łem Cię doło­wać. Jed­nym sło­wem: wszystko u mnie w porządku. A co u Cie­bie?

Vero­nica:

Mój nie­złomny Czer­wony Pala­dyn. Rozu­miesz, mam nadzieję, że masz prawo do tego, by czuć się źle.

Vero­nica:

Nie­źle dosta­łeś w kość. Więc możesz – i powi­nie­neś – radzić sobie z tym po swo­jemu, w swoim cza­sie. Nie musisz na mój uży­tek uda­wać, że wszystko gra.

Archie:

Wiem, Ron­nie. Fan­ta­stycz­nie mnie wspie­rasz w całej tej histo­rii z moim tatą. Nawet nie wiesz, jak to ogrom­nie doce­niam.

Vero­nica:

Cóż, jak to sam przed chwilą ują­łeś: żałuję tylko, że nie mogę zro­bić wię­cej.

Vero­nica:

Tym­cza­sem jed­nak mam pewną suge­stię, która może zabrzmi roz­pacz­li­wie nie­ade­kwat­nie, ale zawsze tro­chę lepiej niż „Kto rano wstaje…”.

Vero­nica:

Idę spo­tkać się z Betty w barze u Popa na małe co nieco przed począt­kiem szkoły. Może byś tak dołą­czył? Wiem, że ogrom­nie ucie­szyłby ją Twój widok. Poza tym minęło naprawdę dużo czasu, odkąd ostat­nio wrzu­ca­li­śmy na luz jak zwy­kli lice­ali­ści cier­piący na zasłu­że­nie przy­słu­gu­jący ostat­nioklasistom spa­dek moty­wa­cji.

Archie:

No chyba tak. Chciał­bym móc się przy­łą­czyć. Faj­nie by było znowu poczuć się nor­mal­nie.

Vero­nica:

Ale jesteś zajęty?

Archie:

Jestem, fakt.

Vero­nica:

Świe­tlica jest już chyba wysprzą­tana na błysk?

Archie:

Wysprzą­tana – tak, ale jest milion rze­czy, któ­rymi muszę się tam zająć. Wiesz prze­cież, jak to jest, sama masz La Bonne Nuit.

Archie:

A odkąd taty nie ma… Pró­buję ogar­niać także Andrews Con­struc­tion – wszyst­kie dostawy drewna i tak dalej. No wiesz, tylko dopóki nie znaj­dziemy kogoś, kto zająłby się logi­styką na potrzeby ekipy budow­lań­ców. A dziś rano mamy całą masę dostaw.

Vero­nica:

Jasne. To prawda, wiem, jak to jest. I, co też jasne, moim zda­niem idzie Ci genial­nie, bo dzięki Tobie i świe­tlica, i firma budow­lana cho­dzą jak w zegarku. Twój tata na pewno byłby z Cie­bie mega­dumny. Tak samo jak ja.

Archie:

Mam nadzieję. No wiesz, sta­ram się jak mogę.

Vero­nica:

UDAJE CI SIĘ, Archie. Powta­rzam: Idzie. Ci. GENIAL­NIE.

Vero­nica:

Ale nie musi iść Ci tak genial­nie w poje­dynkę. Nie ma NIC, co mogła­bym robić, żeby Ci pomóc? Bo w logi­styce, nie chwa­ląc się, jestem cał­kiem nie­zła. Daj mi tro­chę Cię odcią­żyć. Czy nie to jest wła­śnie rolą naj­lep­szych dziew­czyn?

Vero­nica:

Byłoby naprawdę szkoda, gdy­by­śmy dali się zmar­no­wać całemu mojemu doświad­cze­niu mene­dżer­skiemu z kie­ro­wa­nia barem Popa i La Bonne Nuit…

Archie:

Nie!

Archie:

Zna­czy, pew­nie, masz super doświad­cze­nie. I to strasz­nie miło z Two­jej strony. I oczy­wi­ście też idzie Ci genial­nie i jesteś fan­ta­styczna. Ale dam sobie radę.

Vero­nica:

Masz bli­skich, któ­rzy chcą Cię wspie­rać, Archie­kins. Ludzi, któ­rzy stoją za Tobą murem, któ­rzy CHCĄ być dla Cie­bie opar­ciem.

Archie:

Ja wiem. Ale na razie wszystko ogar­nia mama. Całą tę papie­ro­lo­gię. Więc nie muszę Cię tym w naj­mniej­szym stop­niu obcią­żać.

Vero­nica:

To nie jest żadne obcią­że­nie, Archie. Ni­gdy tak nie myśl. Jestem stale obok, dzień i noc. Powiedz tylko słowo i daj mi znać, jeśli – a wła­ści­wie kiedy – znaj­dzie się COKOL­WIEK, co będę mogła zro­bić.

Archie:

Dobrze. I dzięki. Ale naprawdę nie musisz się o mnie mar­twić, Ron­nie. Słowo daję.

Vero­nica:

To sil­niej­sze ode mnie, Archie. Ale trzy­mam Cię za słowo.

Archie:

Faj­nie. To co… Pew­nie do zoba­cze­nia w szkole?

Vero­nica:

Oczy­wi­ście.


BETTY

Można by pew­nie uznać, że wobec wszyst­kich dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń roz­gry­wa­ją­cych się ostat­nio w River­dale kwe­stie rela­cji dam­sko-męskich figu­rują dość nisko na naszej liście prio­ry­te­tów. Fakt, że Jughead i ja będziemy ze sobą na odle­głość, bladł w cie­niu takich rewe­la­cji, jak – och, weźmy pierw­szy z brzegu zabawny przy­kład – to, że moja wła­sna matka jako uśpiony szpieg we współ­pracy z FBI roz­mon­to­wała sektę trud­niącą się han­dlem ludz­kimi orga­nami… I że całą ope­ra­cją dowo­dził mój dawno zagi­niony (i odna­le­ziony, i ponow­nie zagi­niony) brat przy­rodni – rów­no­cze­śnie przy­rodni brat mojego chło­paka.

A w naszym mia­steczku to był tylko czu­bek przy­sło­wio­wej góry lodo­wej. Można by sądzić, że zdą­ży­li­śmy do tego przy­wyk­nąć, że nauczy­li­śmy się pod­cho­dzić do tego typu spraw na luzie. Ale naj­wy­raź­niej ist­nieją rze­czy, które mają zdol­ność total­nego zaska­ki­wa­nia nas za każ­dym razem…

Aby to zro­zu­mieć, wystar­czyło tu, w barze Popa, w żół­ta­wym świe­tle zja­dli­wie brzę­czą­cych świe­tló­wek, rzu­cić okiem na minę Vero­niki. I to jeszcze zanim zdą­żyła – nad super­w­cze­sno­po­ran­nymi omle­tami z serem – opo­wie­dzieć mi w nie­zno­śnie drob­nych szcze­gó­łach o swo­jej wymia­nie ese­me­sów z Archiem, na co sta­ra­łam się w miarę moż­li­wo­ści nie reago­wać w żaden widoczny spo­sób.

– Uśmie­szek w ese­mesie! B, co się ze mną poro­biło? – Vero­nica wzdry­gnęła się i upiła nieco kawy paru­ją­cej z jej kubka. – Myślisz, że jest gdzieś jakiś pod­ręcz­nik? Prze­wod­nik uczący krok po kroku, w jaki spo­sób pomóc part­ne­rowi czy part­nerce radzić sobie po śmierci kogoś bli­skiego? Bo jeśli tak, to sprawdźmy na Gla­ma­zo­nie, może da się go zamó­wić z dostawą na jutro. Dziew­czyno, ja tonę. – Zawie­siła głos, zasta­na­wia­jąc się przez chwilę. – Poprawka: wła­ści­wie to Archie tonie. A ja niczego bar­dziej nie pra­gnę niż rzu­cić mu koło ratun­kowe. – W jej oczach roz­bły­sły łzy. – Tyle że za nic nie umiem wymy­ślić, jak to zro­bić.

Uśmiech­nę­łam się, by dodać jej otu­chy.

– Jestem pewna, że idzie ci lepiej, niż ci się wydaje. A co do pod­ręcz­nika… – Wzru­szy­łam ramio­nami. – Po szkole możemy go wygo­oglo­wać. Musi prze­cież ist­nieć coś, co mogłoby się przy­dać.

– No, ja myślę. Chcia­ła­bym wie­rzyć, że mogę Archiemu zapro­po­no­wać coś w stylu auten­tycz­nej, rze­czy­wi­stej pocie­chy czy emo­cjo­nal­nego wspar­cia. I bywają dni, kiedy udaje mi się wmó­wić sobie, że fak­tycz­nie tak jest. Że poma­gam mu przejść tę… bez­na­dziejną drogę cier­niową żałoby. Ale potem… – Wes­tchnęła tylko, nie koń­cząc zda­nia.

 

– Ale potem poja­wia się nie­zręcz­nie opty­mi­styczny uśmie­szek w ese­me­sie – dokoń­czy­łam za nią, posy­ła­jąc jej spoj­rze­nie pełne bez­wa­run­ko­wego zro­zu­mie­nia. Bio­rąc pod uwagę, ile podob­nie dziw­nych, sztucz­nych zdań sama wymie­ni­łam z Jughe­adem, nie musia­łam spe­cjal­nie wysi­lać wyobraźni, by wie­dzieć, jak się wła­śnie czuje moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka. – Mnie też taka sytu­acja nie jest obca.

No bo było tak: matka Jughe­ada wró­ciła do River­dale po swoim pierw­szym nie­spo­dzie­wa­nym wyjeź­dzie po to tylko, żeby tuż pod nosem naj­bliż­szych i w tajem­nicy przed nimi prze­jąć miej­scowy rynek han­dlu nar­ko­ty­kami. A potem ponow­nie wysta­wić wyżej wspo­mnia­nych naj­bliż­szych do wia­tru. Nie było słów, któ­rymi mogła­bym spra­wić, by Jughead poczuł się mniej porzu­cony. Nie było spo­sobu, żeby go prze­ko­nać, jak cał­ko­wi­cie i abso­lut­nie był – jest – kochany. Może­cie mi wie­rzyć – pró­bo­wa­łam.

Vero­nica dziab­nęła widel­cem kawa­łek omleta, po czym odsu­nęła go na brzeg tale­rza.

– Z Jughe­adem jest rów­nie dziw­nie, co?

Uśmiech­nę­łam się cierpko.

– A jakże. W stu pro­cen­tach. Co prawda sta­ram się nie być zbyt zabor­cza, jeśli cho­dzi o jego czas, ale oczy­wi­ście total­nie pani­kuję, że jeste­śmy daleko od sie­bie, odkąd uczy się w Sto­ne­wall. Było wystar­cza­jąco kiep­sko, kiedy cho­dził do Liceum South­side. A teraz? Mieszka w inter­na­cie w jakiejś fiku­śnej pry­wat­nej szkole w innym mie­ście!

– Tylko w tygo­dniu. I wiesz, jak to mówią… o nie­obec­nych myśli się życz­li­wiej – zauwa­żyła Vero­nica, uno­sząc brwi.

– Ale mówią też: co z oczu, to z serca. – Tym razem to mnie przy­szło wes­tchnąć. – Wciąż pró­buję sobie uprzy­tam­niać, że to nie jest prze­cież koniec świata. Sto­ne­wall to dla Juga fan­ta­styczna oka­zja, więc nie mógł jej prze­pu­ścić. A co do tego, że kiedy jest w domu, pochła­nia go życie jego sio­stry… No wiesz, wyszła­bym na jakąś potwo­rzycę, gdy­bym była zazdro­sna o coś takiego.

– A jed­nak…

– A jed­nak. – Odło­ży­łam sztućce na talerz, dając sobie spo­kój ze śnia­da­niem. – Dobra, powiem to: chcę go całego tylko dla sie­bie! – Wes­tchnę­łam. – Nie sły­sza­łaś tego. Wyga­duję jakieś okrop­no­ści. No pew­nie, dosko­nale wiem: to dobrze, że Jug dba o JB, gdy nie ma przy niej Gla­dys. Nie byłby tym Jughe­adem, któ­rego kocham, gdyby mniej się mar­twił o sio­strę. Przede wszyst­kim ona potrze­buje opieki… Na pewno czuje się na maksa porzu­cona. – Opar­łam się łok­ciami o blat, sta­ran­nie omi­ja­jąc plamkę zaschnię­tego syropu klo­no­wego pozo­stałą po kimś, kto jadł tu przede mną.

Vero­nica ski­nęła głową.

– Cóż, bądźmy realist­kami: fak­tycz­nie ją porzu­cono. Więc to oczy­wi­ste.

– Ale prawda jest taka, że… Jug chyba też potrze­buje tego samego. – Zawie­si­łam głos. – Ja wiem, on uwiel­bia uda­wać, że jest sto­ikiem… z total­nym dystan­sem do wszyst­kiego, nic go ni­gdy nie rusza, sama wiesz…

– Wiem, jesz­cze jak – zgo­dziła się Vero­nica.

– Ale, no cóż… nie jest prze­cież robotem, tylko nasto­lat­kiem, który też ma uczu­cia. I któ­rego matka wysta­wiła do wia­tru już drugi raz. A on nie chce o tym mówić. Chce być wyłącz­nie silny. Dla mnie, dla JB…

Vero­nica nabur­mu­szyła się.

– O co cho­dzi tym chło­pa­kom z ich prze­sta­rza­łymi poglą­dami na powścią­gli­wość i nie­wraż­li­wość?

– Poję­cia nie mam. Przy­znaję, tro­chę mi przez to przy­kro. Ale wiem, że go to boli, nawet jeśli nie chce tego oka­zy­wać. Więc myślę sobie… że dla niego to dobrze, że ma JB, którą może się opie­ko­wać. Nawet jeśli to zna­czy, że dla mnie zostaje mu mniej czasu.

– Nie­szczę­ścia cho­dzą parami – zauwa­żyła Vero­nica.

„Nie­szczę­ścia”. Więc tak to się nazy­wało.

– No, fakt… ale tu cho­dzi nawet o coś wię­cej. Moim zda­niem daje mu to poczu­cie… bo ja wiem, jakie­goś celu? Ma to sens?

– Abso­lut­nie – potwier­dziła Vero­nica. Ostatni raz spoj­rzała z waha­niem na śnia­da­nie, a potem odsu­nęła talerz na bok zupeł­nie tak samo jak przed chwilą ja. – W tym chyba nie­wiele się różni od Archiego, który biega w tę i we w tę, zajęty świe­tlicą i doglą­da­niem dostaw w fir­mie budow­la­nej taty… On też chce być silny. Ale w tych jego smut­nych oczach widzę ból. Nie cho­dzi o utrzy­ma­nie firmy ojca – nie tak naprawdę. Raczej o to, że Archie chce utrzy­mać przy życiu spu­ści­znę po ojcu.

Te słowa tra­fiły mi do serca. Nie tylko Archie stra­cił ostat­nio tatę. Choć ja spu­ści­znę po moim z przy­jem­no­ścią zoba­czy­ła­bym w gro­bie razem z jego cia­łem.

– Czy można mieć mu to za złe? – zapy­ta­łam cicho. – Fred Andrews był jedyny w swoim rodzaju.

– To mało powie­dziane. Był jed­nym z naj­bar­dziej kocha­ją­cych i lojal­nych ojców, jakich kie­dy­kol­wiek mia­łam zaszczyt znać.

Wie­dzia­łam, że Vero­nica myśli w tej chwili o spu­ściź­nie po wła­snym ojcu… i jego roz­le­głej dzia­łal­no­ści prze­stęp­czej.

– Nie mam tego za złe Archiemu, ani tro­chę – powie­działa tęsk­nym tonem. – Żałuję tylko, że nie mogę zro­bić cze­goś wię­cej, żeby mu fak­tycznie pomóc. Pocie­sza­jące banały… nie na wiele się zdają. Że nie wspo­mnę o upo­ka­rza­ją­cych emo­ti­ko­nach i LOL­sach.

– Wiem, wiem – powie­dzia­łam, rów­nie przy­bita jak ona. – Naprawdę wiem.

– Zdaję sobie sprawę. – Się­gnęła przez sze­ro­kość blatu i pogła­dziła moją dłoń. – Przy­naj­mniej ty mnie rozu­miesz, laska. Co ja bym zro­biła, gdy­bym nie mogła tro­chę od czasu do czasu pomen­dzić swo­jej naj­lep­szej psiap­siółce?

– Jak to sama przed chwilą powie­dzia­łaś, nie­szczę­ścia fak­tycz­nie cho­dzą parami.

Nie mogły­śmy nie uśmiech­nąć się obie na te słowa.

À pro­pos – cią­gnę­łam ostroż­nie, czu­jąc się nagle odro­binę nie­swojo – skoro mówimy o rodzin­nych spu­ści­znach… – Prze­krę­ci­łam pyta­jąco głowę w kie­runku Vero­niki, nie chcąc powie­dzieć wprost tego, o czym, jak wie­działam, myśli.

Unio­sła brwi.

– A, cho­dzi ci o to, jak sobie radzę teraz, kiedy już nie jedno, a oboje moi rodzice prze­by­wają w wię­zie­niu?

– Mam nadzieję, że mogę spy­tać – doda­łam prze­pra­sza­ją­cym tonem. – No bo wiesz… mój ojciec był Black Hoodem. Więc oczy­wi­ście nikogo nie oce­niam.

Zbyła mnie mach­nię­ciem ręki.

– Oczy­wi­ście. I pro­szę cię. Nie mamy mię­dzy sobą tajem­nic, dobrze wiesz. Poza tym gdy­bym nie mogła wyga­dać się przed tobą, pew­nie już dawno zbzi­ko­wa­ła­bym na całego.

– Czyli to zna­czy, że… – pod­su­nę­łam jej na zachętę.

– Trzy­mam się jakoś… wiszę na wło­sku, cie­niut­kim jak naj­cień­sza z jedwab­nych nitek – odparła. Nie brzmiało to zbyt uspo­ka­ja­jąco, ale z dru­giej strony, na ile zna­łam moją V, wewnętrz­nej siły miała aż w nad­mia­rze. Poza tym, jak by nie było, nie po raz pierw­szy wska­ki­wała na wyso­kiego konia, usi­łu­jąc upo­rać się ze skut­kami podej­rza­nych machi­na­cji swo­ich rodzi­ców. Tym razem przy­ło­żyła nawet rękę do ich upadku (co prawda z prze­wi­dy­wal­nie nie­spo­dzie­wa­nym rezul­ta­tem).

– Przy­naj­mniej ojca masz z głowy, skoro jest w wię­zie­niu? – zary­zy­ko­wa­łam. Nie byłam pewna, czy pobyt za krat­kami może powstrzy­mać Hirama Lodge’a, ale po cichu na to liczy­łam.

– Teo­re­tycz­nie – przy­znała Vero­nica. – Ale trzeba się będzie jesz­cze prze­ko­nać, jak – i czy w ogóle – znaj­duje to zasto­so­wa­nie w prak­tyce. Nie­stety, nie da się oce­nić, jak dłu­gie są jego ręce i jak daleko się­gają – nawet zza krat.

Ta myśl podzia­łała na mnie trzeź­wiąco. Wypro­sto­wa­łam plecy, przy­ci­ska­jąc je do gąb­cza­stego, winy­lo­wego opar­cia boksu.

– To nie do przy­ję­cia, V – powie­dzia­łam, sta­ra­jąc się nadać swoim sło­wom kate­go­ryczny ton. – Sprawy może nie wyglą­dają ostat­nio w naszym mia­steczku… różowo, ale prze­cież to aku­rat dla nas nic nowego.

– Fakt, chaos zde­cy­do­wa­nie nie jest nam obcy – zgo­dziła się Vero­nica.

Wycią­gnęła z port­mo­netki kilka bank­no­tów na pokry­cie swo­jej połowy rachunku, który wła­śnie kładł na naszym stole – dru­kiem do spodu – uśmiech­nięty Pop.

– Dziew­częta, nie powin­ny­ście aby zbie­rać się już do szkoły? – zapy­tał towa­rzy­skim tonem.

– To nasza następna sta­cja – oświad­czyła Vero­nica. – Liczy­ły­śmy tylko, że zanim ruszymy w dal­szą drogę, uda nam się uto­pić smutki w jesz­cze jed­nej kro­pli kofe­iny.

– Oczy­wi­ście. – Pop ruszył po dzba­nek sto­jący na kuchence za kon­tu­arem, żeby dolać nam kawy do kub­ków.

– Wspo­mi­na­łaś coś o „nie do przy­ję­cia” – przy­po­mniała Vero­nica, pocią­gnąw­szy kolejny zdrowy łyk wzmac­nia­ją­cego kawo­wego elik­siru.

– Mówi­łam, że musimy zro­bić coś innego, niż tylko sie­dzieć z zało­żo­nymi rękami, uża­la­jąc się nad swoją bez­rad­no­ścią i tym, że nie możemy pomóc Archiemu i Jughe­adowi – ani żad­nym innym przy­ja­cio­łom ze szkoły, któ­rzy wła­śnie prze­cho­dzą trudne chwile…

– Co ozna­cza, jak zwy­kle, wielu z nich.

– Racja. Moim zda­niem mała burza mózgów na temat tego, co mogły­by­śmy zro­bić, by ich wes­przeć, byłaby… inspi­ru­jąca. I może przy oka­zji dałaby się połą­czyć z odro­biną tro­ski o nas same?

– Mmm, dobry pomysł. Może w nie­dzielę wie­czo­rem, po tym, jak twój luby powróci do swo­jej nowej, odcię­tej od świata jaskini przy­wi­le­jów rodem z Tajem­nej histo­rii.

Jęk­nę­łam.

– Bła­gam, nawet mi nie przy­po­mi­naj. – Week­endy z Jugiem zupeł­nie mi nie wystar­czały.

– Prze­pra­szam. Ale masz rację: bab­ski wie­czór z odro­biną tak­tycz­nego pla­no­wa­nia to coś, co zale­ciłby nam lekarz. Co byś powie­działa na orga­niczne maseczki na twarz i seans Legal­nej blon­dynki na nowym zesta­wie kina domo­wego? Z dodat­kiem babe­czek z cukie­renki Magno­lia dowie­zio­nych przez Smi­thersa pro­sto z West Vil­lage.

– Hmm. – Zasta­no­wi­łam się. – Fakt, nie ma to jak dobra maseczka.

Oby­dwa nasze tele­fony zabrzę­czały jed­no­cze­śnie, prze­su­wa­jąc się po bla­cie z gło­śnym kle­ko­tem. Zanim zdą­ży­łam się­gnąć po moją komórkę, Vero­nica zła­pała swoją i spoj­rzała na ekran. Prze­cią­gnęła pal­cem po wyświe­tla­czu, żeby go odblo­ko­wać.

– Pocze­kaj zresztą. Moż­liwe, że plany na bab­ski wie­czór trzeba będzie odło­żyć. To Che­ryl – powie­działa. – Jakiś alert. Ese­mes do wszyst­kich Vixe­nek. Mamy spraw­dzić swoją pocztę e-mail.