Zdarzyło się w Paryżu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

– Usiądź – powiedział rozkazującym tonem.

Cara mocniej objęła się ramionami i oparła o ścianę. Na całe szczęście długa spódnica zakrywała uginające się i drżące nogi.

Nie będzie słuchać jego poleceń. Nieważne, jak był ważny i bogaty, nie pozwoli, by nią komenderował.

– Rób, jak uważasz. – Z uśmieszkiem zrzucił buty i wyciągnął się na skórzanej, brązowej sofie.

Cara jeszcze mocniej oparła się o ścianę. Jakże nienawidziła tego pełnego wyższości uśmieszku, który przyprawiał ją o niespokojne bicie serca.

– Rozumiem, że jesteś w kłopotliwym położeniu – powiedział, zakładając ramię za głowę.

– Można tak powiedzieć.

– Mam rozwiązanie odpowiednie da nas obojga.

Czekała, pełna najgorszych przeczuć.

– Będzie wymagało pewnego poświęcenia od każdego z nas. – Zanim odsłonił w uśmiechu białe zęby, popatrzył na nią groźnie. – Ale zapewniam, że jeżeli rzeczywiście jestem ojcem twojego dziecka, będzie warto.

Co on mógł wiedzieć o poświęceniu? Przez całe dotychczasowe życie dbał wyłącznie o własne przyjemności.

Spięta, kiwnęła głową.

– Mów.

– Zamieszkasz ze mną, dopóki dziecko się nie urodzi. Zrobimy test na ojcostwo. Jeżeli jestem ojcem, kupię wam dom, jaki sobie wybierzesz, i oczywiście będę was wspierał finansowo.

– Miałabym mieszkać u ciebie aż do porodu? – Chyba się przesłyszała.

– Tak.

– Po co? – Nie mogła sobie wyobrazić choćby jednego sensownego powodu. – Potrzebuję tylko pieniędzy na wynajem mieszkania w miłej okolicy i kupno podstawowych rzeczy dla dziecka. No i chcę, żebyś płacił za jego utrzymanie.

– Pod warunkiem, że dziecko jest moje. Inaczej nie dostaniesz ani grosza.

– To twoje dziecko – odparła przez zaciśnięte zęby. – Ale skoro mi nie wierzysz, chętnie zobowiążę się na piśmie do zwrotu wszelkich twoich świadczeń, jeśli test ojcostwa okaże się negatywny.

– Gdyby to było takie proste. Dla mnie problemem jest ewentualność, że dziecko istotnie jest moje. Nie mogę ryzykować, że coś mu się stanie.

– Powiedziałam ci o dziecku z opóźnieniem, bo bałam się, że zmusisz mnie do aborcji. Na Sycylii jest na to za późno od czterech tygodni, w Irlandii jest w ogóle zabroniona. – Zamrugała, żeby powstrzymać łzy.

Nie da mu tej satysfakcji. Nie będzie kopiowała bezsensownego zachowania własnej matki. Zachowa przynajmniej trochę godności.

– Nigdy nie wspomniałem o aborcji – powiedział, urażony. – Chodzi mi o twoje zdrowie. Najwyraźniej nie dbasz o siebie wystarczająco, skoro tracisz na wadze, zresztą sama przyznajesz, że nie stać cię na utrzymanie dziecka. Podejrzewam, że mogłabyś wykorzystać moje pieniądze nie całkiem zgodnie z moim życzeniem.

– Dlaczego mnie obrażasz?

Nonszalancko wzruszył ramionami.

– Niezależnie od kwestii pieniężnych, jeżeli to moje dziecko, zależy mi, żeby rozwijało się prawidłowo.

– Dbam o siebie najlepiej, jak mogę w tych okolicznościach, a dobro dziecka jest dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego.

Nienarodzone dziecko naprawdę było dla niej wszystkim. Przyszła tu wyłącznie w trosce o jego dobro. Czyżby rzeczywiście sądził, że chciała żyć na jego łasce?

Pokręcił głową i pogroził jej palcem.

– Takie są moje warunki i nie zamierzam o tym dyskutować. Jeżeli chcesz, żebym ci pomagał do końca ciąży, zgoda, ale nie dostaniesz gotówki. Zamieszkasz ze mną i będziesz mi towarzyszyć w podróżach, a ja będę cię żywił, ubierał i kupował wszystko, czego będziesz potrzebowała. Kiedy ustalimy ojcostwo, kupię dom na twoje nazwisko i dam ci stałą pensję.

To brzmiało bardzo sensownie. Najwyraźniej niepotrzebnie się obawiała, że zażąda aborcji.

– No i co, chyba nie jestem takim potworem, za jakiego mnie uważałaś – powiedział, jakby czytając w jej myślach.

Pukanie do drzwi pozwoliło na moment wytchnienia dla jej biednej, skołatanej głowy.

Do pokoju weszła służąca z tacą zastawioną dzbankiem z kawą, drugim z herbatą i dwiema filiżankami.

– Bez kofeiny – zaznaczył, kiedy dziewczyna ustawiła wszystko na stoliku i wyszła.

– Mówiłam ci, że nic nie chcę.

– Musisz utrzymać prawidłowy bilans płynów.

– A co to, nagle zostałeś lekarzem? A może masz tyle nieślubnych dzieci, że jesteś ekspertem od ciąży?

Próbował poskromić ją wzrokiem, ale bezskutecznie.

– A może to nie pierwsza taka twoja wpadka?

Nie mogła nic wyczytać z jego twarzy.

– Zawsze się zabezpieczam.

– Dlaczego miałabym w to uwierzyć?

Skrzywił się lekko.

– Istotnie, trudno odmówić ci racji.

Pomyślała, że naprawdę jest przystojny, i zaraz zganiła się w myślach. Uroda nie miała tu nic do rzeczy. Nie pozwoli, by jej hormony wywołały jeszcze większe kłopoty.

W końcu zaczęła dostrzegać całą niewłaściwość tej sytuacji: Ona stojąca pod ścianą jak oskarżona o niepopełnione przestępstwo, on rozparty na sofie, zadowolony z siebie i zrelaksowany.

Do diabła z nim! – pomyślała. Nie będzie tego dłużej znosić.

Z mocno zaciśniętymi wargami oderwała się od ściany, podeszła do stolika i nalała sobie filiżankę parującej herbaty, a potem usiadła na sofie naprzeciw niego. Nie spodziewała się, że poduszki będą tak miękkie, tymczasem niemal wchłonęły ją w siebie. Nie zdołała utrzymać filiżanki prosto i rozlała sobie jej zawartość na kolana.

Krzyknęła i zaczęła kopać nogami, jakby to mogło powstrzymać gorący płyn przed wsiąkaniem w sukienkę.

Pepe zerwał się na równe nogi i pospiesznie wyjął jej filiżankę z ręki.

– Nic ci nie jest?

Z jękiem podciągnęła do góry przemoczony brzeg sukienki, by choć trochę ochłodzić poparzone kolana.

– Jak się czujesz? – zapytał i z jakiegoś powodu jego szczera troska poruszyła ją bardziej niż oparzenie.

Mleczna biel jej lewego uda zmieniła się w jaskrawy róż, na prawym też miała kilka zaczerwienionych miejsc.

Odetchnęła głęboko.

– Boli.

– Na pewno. Możesz chodzić?

– Dlaczego?

– Powinno się to polać zimną wodą.

Ponieważ pieczenie stawało się nieznośne, nie próbowała się spierać.

– Chodźmy pod prysznic.

Krzywiąc się, pozwoliła, by pomógł jej wstać. Nogi drżały jej mocno i bez pomocy nie zdołałaby ustać. Pepe podjął błyskawiczną decyzję i zanim zdołała zaprotestować podniósł ją w ramionach, starając się nie dotykać bolących miejsc.

– Niepotrzebnie – zaprotestowała.

Bolało, ale nie aż tak, by nie mogła przejść tych kilku kroków. Poza tym z sukienką podwiniętą wysoko musiała wyglądać śmiesznie. Tym bardziej że czarne pończochy zjechały jej do kolan.

– Zapewne – zgodził się. – Ale szybciej i bezpieczniej, niż gdybyś miała iść sama.

W pozycji, w jakiej ją niósł, miała przed oczami jego mocny, opalony kark. Chwilami nachodziło ją pragnienie, by wtulić w niego twarz, na szczęście jakoś zdołała nad nim zapanować. Ale znów wrócił do niej jego zapach, zapach dojrzałych na słońcu owoców. Miała chęć go polizać.

Łazienka w apartamencie była wielkości dwóch jej sypialni i przypominała miniaturowy czarno-biało-złocisty pałac. Niestety nie była to odpowiednia pora na podziwianie.

– Będziesz musiała zdjąć sukienkę – powiedział, pokonując kilka marmurowych stopni i sadzając ją na brzegu wpuszczonej w podłogę wanny.

– Wcale nie.

– Zamoczy się.

– Już jest mokra.

– Jak chcesz.

Przyklęknął przed nią.

– Co robisz?

– Zdejmę ci pończochy.

Zsunął jedną do kostki, a jego dotyk palił niemal tak samo jak oparzenie. Cara z ulgą pomyślała o niedawnej depilacji nóg.

– Bardzo seksowne – mruknął, ściągając drugą.

– Zachowujesz się niewłaściwie.

– Przepraszam.

– Kłamca.

Po zdjęciu pończoch pomógł jej wejść do wanny i sięgnął po słuchawkę od prysznica wspartą na złotych kurkach. Woda siknęła, opryskując ich oboje.

Pepe uśmiechnął się kpiąco.

– Zadowolona, że zostałaś w sukience?

– Tak. – Wolałaby się mocniej poparzyć, niż rozebrać przy nim do bielizny.

– Przecież już widziałem cię nagą – przypomniał jej, kierując strumień zimnej wody na oparzenia.

– Nie przy świetle.

Zimna woda przyniosła cudowną ulgę. Cara zamknęła oczy, odchyliła głowę w tył i delektowała się tym uczuciem, nie dbając, że woda wpływa jej pod pośladki.

Dopiero kiedy po kilku minutach otworzyła oczy, zorientowała się, że mimowolnie podwinęła sukienkę wyżej, odsłaniając czarne majteczki.

Błyszczące oczy Pepego świadczyły, że jego uwadze nie umknął żaden szczegół.

– Chyba już wystarczy. – Podciągnęła się do góry i opuściła przemoczoną sukienkę.

Pepe przetarł oczy, próbując uwolnić się od pobudzających wyobraźnię obrazów, ale nie pomogło.

Zakręcił kran i odwrócił się do Cary, usiłując patrzeć tylko i wyłącznie na jej twarz.

– Teraz powinno być lepiej – powiedział – ale dam ci jeszcze maść. Posmarujesz się i przebierzesz. Masz chyba jakieś rzeczy na zmianę?

– Niczego ze sobą nie wzięłam.

– Dlaczego? – Zawsze kiedy przyjeżdżała na Sycylię, zostawała przynajmniej tydzień.

– Przyjechałam tylko na jeden dzień.

– Naprawdę? – On sam przyleciał z Paryża zaledwie dwadzieścia minut przed rozpoczęciem uroczystości, odwlekając nieuniknione jak najdłużej. Nie zgadłby, że ona postąpiła tak samo.

– Nie chciałam się wygadać przed Grace, zanim nie pomówię z tobą.

– Ładnie z twojej strony.

– Niekoniecznie. Bałam się, że nie utrzyma sekretu przed Luką, a on z kolei przed tobą.

 

Był przekonany, że gdyby bratowa dowiedziała się o wszystkim, nie zostawiłaby na nim suchej nitki.

– Poproszę Grace, żeby ci pożyczyła coś do ubrania.

– Tylko nie to. – Spojrzała na niego, przerażona.

– Masz rację, to kiepski pomysł. – Gdyby zaczął wyjaśniać bratowej, dlaczego jej najlepsza przyjaciółka siedzi kompletnie przemoczona w jego łazience, wiadomość o dziecku błyskawicznie stałaby się własnością publiczną. – Komu jeszcze powiedziałaś o dziecku?

– Tylko mamie.

– To dobrze – odparł, przemilczając zaciśnięcie jej warg, kiedy wspomniała o matce.

I bez tego miał o czym myśleć.

– Dlaczego pytasz? – spytała. – Boisz się, że ciotki i wujowie będą nas chcieli ożenić?

– Mogą siebie chcieć – odparł, wzruszając ramionami. – Nikt mi nie będzie niczego narzucał.

– Ani mnie. Dlatego twoje żądanie, żebym się do ciebie przeprowadziła, jest śmieszne. Jak miałabym pracować, skoro chcesz mnie wszędzie ze sobą zabierać? Podróżujesz po całej Europie.

– I Ameryce Południowej. Będziesz musiała rzucić pracę.

Spostrzegł, że drży. Najwyraźniej zmarzła.

– Nie zamierzam rzucać pracy ani się do ciebie wprowadzać.

– Porozmawiamy, jak się rozgrzejesz.

Zauważył, jak niechętnie przyjmowała jego wsparcie. Unikając jego wzroku, pozwoliła, by pomógł jej wstać i wyjść z wanny.

Wyglądała jak zmokła kura. Nawet twarz miała mokrą.

Zbyt późno zorientował się, że to łzy.

– Płaczesz?

– Tylko ze złości. Zrujnowałeś mi życie, a teraz chcesz jeszcze zniszczyć mi przyszłość. Nienawidzę cię.

Zdjął z wieszaka duży, puchaty ręcznik i owinął ją troskliwie, a potem cofnął się o krok.

– Jeżeli mówisz prawdę, o przyszłość nie musisz się martwić. Dostaniecie więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek sądziłaś, że potrzebujesz.

– Nie chcę, żebyś mnie utrzymywał. Wezmę tylko to, co się należy naszemu dziecku.

– Wcale nie będę cię utrzymywał. Jeżeli dziecko jest moje, będziesz miała dosyć pieniędzy, żeby robić, co zechcesz. Na przykład wynająć nianię i wrócić do pracy.

– Wtedy nie będę już miała pracy, do której mogłabym wrócić.

– Będą inne możliwości.

– Nie takie jak ta. Nie masz pojęcia, jak trudno robić karierę w świecie sztuki, nie mając żadnych kontaktów.

– Będą inne możliwości – powtórzył.

W jej rozterkach było coś wzruszającego, ale nie mógł sobie pozwolić na miękkość.

Luiza potrafiła go wzruszyć na zawołanie, a wszystko to okazało się fałszem i pozostawiło w nim trwałe blizny. Dlatego tak się opancerzył, nie potrafił i nie chciał już zaufać ani pokochać.

– Nie musisz się do mnie wprowadzać. – Starannej okrył ją ręcznikiem, zmuszając się, by patrzeć jej tylko w oczy. – Możesz wrócić do Irlandii i dalej ledwo wiązać koniec z końcem. Jeżeli zostaniesz tutaj, będę cię utrzymywał i zaraz po urodzeniu dziecka zrobimy badanie DNA. Gdybyś jednak wyjechała, nie dostaniesz ode mnie ani grosza, dopóki moje ojcostwo nie zostanie potwierdzone. Żeby zrobić badanie DNA będziesz musiała pozwać mnie do sądu. Oczywiście, o ile mnie znajdziesz. Jak wiesz, mam domy w różnych częściach świata i mogę ci to bardzo utrudnić.

Zdawał sobie sprawę, jak nierozsądnie musiało to brzmieć, ale było mu wszystko jedno. Za wszelką cenę zmusi ją, żeby z nim została. Nie zamierzał ryzykować utraty kolejnego dziecka.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Cara czuła się okropnie głupio.

Niebieska męska koszula sięgała jej do kolan, a spodnie musiała wielokrotnie podwinąć. Nawet bez zabawnych butów z długimi nosami czuła się jak klown.

Wchodząc za Pepem po metalowych schodkach do kabiny jego prywatnego odrzutowca, zmuszała się, by odwzajemnić pozdrowienia i miłe gesty załogi. Nikt nawet nie mrugnął okiem na jej widok, może dlatego, że byli przyzwyczajeni do dziwnych indywiduów towarzyszących ich szefowi.

Wnętrze odrzutowca też było typowo kawalerskim lokum, całe w skórze i ciemnym drewnie. Steward wskazał jej wygodny fotel, a Pepe zajął sąsiedni, co jej się wcale nie spodobało.

– Mogłeś wybrać dziesięć innych – powiedziała z wyrzutem.

– Ty też – odparł, zapinając pas i wyciągając długie nogi. – Do kogo piszesz? – zapytał na widok komórki w jej dłoni.

– Do Grace.

– Co jej powiesz?

– Że jej szwagier to nieodpowiedzialny łajdak o moralności ameby.

W odpowiedzi tylko uniósł brew.

– No dobrze – odparła z westchnieniem. – Chciałam jej to napisać, ale wolę nie ryzykować, że urwie ci głowę.

– Miło z twojej strony – odparł sucho.

Obrzuciła go jeszcze jednym jadowitym spojrzeniem.

– Przeprosiłam za wyjście z uroczystości bez pożegnania i wyjaśniłam, że podrzuciłeś mnie na lotnisko. Ktoś widział nas razem.

– Obawiasz się plotek? – spytał bardziej znudzony niż zmartwiony.

– Wcale. – Niech myślą, co chcą. Prawda i tak wyjdzie na jaw. Zawsze tak się dzieje. W jakimś momencie wszyscy się dowiedzą, jakim Pepe jest potworem.

– Nie chcę, żeby Grace się martwiła, to wszystko.

Po raz kolejny przyszło jej do głowy, że powinna była poprosić Grace o pomoc. W normalnych okolicznościach zrobiłaby to na pewno, ale kiedy dowiedziała się o ciąży, Grace miała własne kłopoty. Dlatego zwróciła się do matki, ale tę bardziej zajmowała niewierność własnego męża i nie była jakoś szczególnie zainteresowana wynurzeniami Cary, która zresztą już od dawna niczego specjalnego od niej nie oczekiwała.

A potem Grace wróciła do Luki i teraz para była szczęśliwie zakochana. Spokojnie mogła poprosić przyjaciółkę o pomoc.

Grace bez wątpienia dałaby jej pieniądze i zaspokoiła wszystkie inne potrzeby. Ale przy tej okazji cała historia musiałaby wyjść na jaw. Poza tym odpowiedzialność za dziecko spoczywała na Pepem.

Grace nie miała z całym zamieszaniem nic wspólnego. To była sprawa ich dwojga.

Teraz byłoby już za późno prosić Grace o pomoc. Pepe na pewno poprosiłby Lukę, żeby odradził żonie wspieranie Cary finansowo. A Grace była w tej chwili tak zakochana, że raczej by mu uległa.

Dlatego nie mogła zwrócić się do jedynej osoby, której naprawdę ufała.

Steward, który przez dłuższą chwilę kręcił się po kabinie, usiłując nie słuchać ich rozmowy, w końcu zniknął.

– Jak twoje oparzenie? – spytał Pepe.

– Nieźle. – Maść, którą jej dał, była bardzo skuteczna.

Gdyby tylko tak samo troszczył się o nią samą, jak o jej oparzenie…

– Powinnaś zdjąć spodnie. Na pewno ten ocierający się materiał nie pomaga w gojeniu.

– Wcale mi nie przeszkadzają. – Nie ma mowy, żeby się przy nim rozebrała.

Samolot zaczął kołować po pasie startowym, a Cara odwróciła się do okna. Dławiło ją w gardle. To było kompletne szaleństwo.

– Proszę, zabierz mnie do Dublina, tylko na kilka dni, żebym mogła uporządkować swoje sprawy. – Zaczynała tę rozmowę już trzeci raz w ciągu minionej godziny.

– To niemożliwe. Jutro mam przez cały dzień spotkania, a wieczorem biznesową kolację.

– Wiem, ale ja powinnam być w pracy.

– Będziesz mi towarzyszyć.

Czując, że wszystko się w niej gotuje, wzięła głęboki oddech.

– Już ci mówiłem, że ten tydzień mam zapełniony spotkaniami.

– Mam czekać do weekendu, żeby wrócić do domu? – spytała przerażona.

– Obawiam się, że w najbliższej przyszłości podróż do Dublina nie będzie możliwa.

– Żartujesz, prawda?

– Możesz się kontaktować, z kim chcesz, tylko nie osobiście. Jest mi całkowicie obojętne, jak to zrobisz.

– Wolałabym nie stracić pracy, ale skoro to konieczne, powinnam wszystko załatwić osobiście.

W tej chwili wyglądał prawie sympatycznie.

– Rozumiem, że to dla ciebie trudne, ale, jak już mówiłem, jeżeli dziecko jest moje, zostaniesz sowicie wynagrodzona.

– A moje współlokatorki? Też je wynagrodzisz?

Pytająco zmarszczył brwi.

– Zostawiam je na lodzie. Jeżeli nie pozwolisz mi pojechać do Dublina, nie będę mogła posprzątać swojego pokoju ani znaleźć nikogo na moje miejsce.

– To żaden problem. Poślę tam kogoś, żeby posprzątał.

– Nie ma mowy! – Nie pozwoli, żeby ktoś obcy grzebał w jej rzeczach.

Zamknęła oczy i przez chwilę oddychała głęboko. Kiedy oni się kłócili, samolot zaczął się rozpędzać. Nagle żołądek podjechał jej do gardła, przyspieszenie wcisnęło ją w fotel, a samolot uniósł się w powietrze.

Wzięła kolejny głęboki oddech.

– Jeżeli poproszę moje współlokatorki o spakowanie moich rzeczy, wyślesz po nie kogoś?

– Oczywiście.

– Będę je mogła dostać jutro rano?

– Skąd ten pośpiech?

– Bo nic ze sobą nie mam.

– Ubrania już na ciebie czekają.

Oczywiście. Jak na swoją flegmatyczność, był zdumiewająco operatywny.

– Chcę moje rzeczy.

– Dostaniesz je.

– Kiedy?

– Niedługo. A twoje współlokatorki zostaną wynagrodzone za zerwanie umowy.

– Doskonale. – Nie zamierzała mu dziękować.

Zrobiło jej się mdło i zaczęła głęboko oddychać.

– Dobrze się czujesz?

Nie potrzebowała jego fałszywej troskliwości.

– Jestem w ciąży. Ojciec dziecka odmawia uznania go bez testu DNA, każe mi porzucić wszystko, co kocham, i funduje całkiem nowe życie. W dodatku ciągnie mnie ze sobą na drugi koniec świata jak jakąś konkubinę. Nie mam ubrań ani przyborów toaletowych. Jednym słowem, rewelacja.

Rozbawiony, uśmiechnął się szeroko.

– Konkubina? A w ogóle wiesz, co to znaczy?

Zarumieniła się mocno.

– To tylko określenie mojego stanu ducha, a nie faktu.

– Konkubina to, ogólnie rzecz biorąc, kochanka.

– Wiem o tym.

– Mężczyzna płaci jej rachunki, robi prezenty…

– Konkubina służy rozrywce mężczyźnie znudzonemu żoną – przerwała mu. – Ale ty nie masz żony, więc nie mogę być twoją konkubiną.

– A skoro nie mam żony – powiedział z błyskiem w oku – to ty byłabyś głównym źródłem mojej rozrywki?

– Wolałabym żywić się robakami.

– Przypuszczam, że mógłbym ci zaproponować coś lepszego…

– Daj spokój. To, co jest, brzydzi mnie wystarczająco.

Nie mówiła bezpodstawnie, bo mdłości nasilały się. Przymknęła więc oczy i starała się oddychać głęboko.

Przekręcił się w fotelu, żeby na nią popatrzeć. Nawet blada i boleśnie skrzywiona, wyglądała bardzo seksownie. Ale nie zamierzał z nią więcej flirtować. To byłoby proszeniem się o kłopoty, a już i tak czekało ich wiele problemów.

Otworzyła jedno oko.

– O co ci chodzi?

– Nie rozumiem?

– Tak się we mnie wpatrujesz.

– Czy to dziwne, że mężczyzna patrzy na piękną kobietę?

Może i flirtowanie było proszeniem się o kłopoty, ale naprawdę wyglądała pięknie, nawet kiedy była zła.

– Jestem w ciąży – burknęła.

– Jesteś też bardzo seksowna. Mężczyzna musiałby być martwy, żeby cię nie pożądać. Ale bez obaw, nic ci z mojej strony nie grozi. – To były słowa, ale jego ciało czuło zupełnie co innego.

Ale z seksu z nią nie wyniknęłoby nic dobrego, tak jak zresztą podejrzewał od początku znajomości. Dlatego tak długo trzymał się od niej z daleka. W jego świecie seks nie wiązał się z żadnymi zobowiązaniami i to mu odpowiadało. To oszczędzało kłopotliwych relacji i łzawych rozstań. Każdy wiedział, na czym stoi, nikt nikogo nie ranił i każdy był zadowolony.

– Cóż, dobrze wiedzieć – powiedziała sarkastycznie. – Ale teraz, kiedy niczego ode mnie nie potrzebujesz, nie ma potrzeby dalej udawać.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Jakoś mnie nigdy nie pragnąłeś, dopóki nie był ci potrzebny mój telefon.

– Wręcz przeciwnie, zawsze uważałem cię za wyjątkowo atrakcyjną.

– Założę się, że uważasz za atrakcyjne większość kobiet. Chcę powiedzieć, że nie pragnąłeś mnie jako mnie.

– Owszem, ale bałem się mojej bratowej. Oskubałaby mnie, gdybym próbował cię poderwać.

Wbrew sobie parsknęła śmiechem. Pepe był przyczyną wszystkich jej kłopotów, ale jakimś sposobem większość z nich zobowiązał się rozwiązać.

– Chciałabym to zobaczyć.

– Wciąż masz szansę. Jeżeli dziecko okaże się moje, Grace o wszystkim się dowie.

– Nie ma „jeżeli”. Dziecko jest twoje.

– Zobaczymy. – Zamyślił się i zmarszczył czoło. – Jeżeli dziecko jest moje, zapewne odwiedzi mnie twój wściekły ojciec?

 

– O to akurat nie musisz się martwić.

Rozbawioną minę zastąpiła konsternacja.

– Przepraszam, nie wiedziałem, że ty też straciłaś już ojca – powiedział ze skruchą.

– Mój ojciec żyje – wyjaśniła szybko.

Rzeczywiście, mówiono jej, że jego ojciec zmarł przed dziesięciu laty.

Wyglądał na zdezorientowanego.

– Skoro żyje, to z pewnością zechce urwać mi głowę.

Znów musiała się uśmiechnąć, choć zwykle na myśl o ojcu kotłowało jej się w żołądku.

– Na pewno wielu ojców właśnie tak by z tobą postąpiło, ale nie mój.

– Dlaczego? Zwłaszcza ojciec powinien troszczyć się o córkę.

– Nigdy mu na mnie nie zależało. Gdyby cię spotkał, postawiłby ci piwo.

Pomimo swoich poglądów i reputacji Pepe był zaszokowany. Gdyby to jego córkę ktoś oszukał i wpędził w kłopoty, on z pewnością pałałby żądzą zemsty. Wprawdzie jeszcze na razie nie przyznawał się do ciąży Cary, ale tylko dlatego, że po tym, co zrobiła mu Luiza, tak było bezpieczniej.

Wrócił myślami do chwili sprzed dziesięciu lat, kiedy trzymał w ręku wynik badania USG, próbując dojrzeć główkę i maleńkie kończyny w ciałku wielkości ziarna fasoli. Uczucia, jakich wtedy doświadczył, były silniejsze niż cokolwiek innego. Wszechogarniające. Wyobrażał sobie, jak bardzo by kochał to maleństwo, gdyby tylko miało szansę przyjść na świat.

Ale tak się nie stało, a ten cierń utkwił w nim i po dziś dzień sączył truciznę.

Mógł sobie wyobrazić, jak zareagowałby jego brat, gdyby ktoś próbował skrzywdzić Lily. Sprawca musiałby walczyć o życie.

Cara skrzywiła się.

– Wiesz, kiedy o tym myślę, to okazałeś się bardzo podobny do mojego ojca. On też jest takim czarusiem. Może powinnam mu ciebie przedstawić. Wymienilibyście doświadczenia.

Tylko najwyższym wysiłkiem udało mu się dalej uśmiechać.

– Dlaczego mam wrażenie, że mnie obrażasz?

– Bo nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz?

Zanim zdążył zareagować, wstała.

– Chciałabym się położyć. Ktoś mnie obudzi przed lądowaniem, prawda?

Rzeczywiście wyglądała na zmęczoną. Dlatego przełknął pytania, jakie chciał jej zadać. Była w ciąży, a on odpowiadał za jej zdrowie.

– Dobrze się czujesz? – Z troską patrzył na jej bladość. – Fizycznie – dodał, zanim zdążyła zacząć wymieniać całe zło, które jej wyrządził.

– Trochę mnie mdli, ale nie obawiaj się, nie nabrudzę ci tu.

Patrzył, jak podchodzi do sofy, przytrzymując się sprzętów, żeby nie stracić równowagi.

Pukanie do drzwi wyrwało Carę z odrętwienia.

Nie było żadnego „gdzie ja jestem?” tak częstego u budzących się w nowym miejscu. Jeszcze zanim otworzyła oczy, doskonale wiedziała, gdzie jest.

Dom Pepego. A dokładniej, pokój gościny w paryskim domu Pepego.

Przez resztę lotu na paryskie lotnisko Charles’a de Gaulle’a udawała, że śpi. Wolała to, niż z nim rozmawiać.

Ignorowała go podczas kontroli celnej i podczas jazdy do jego domu na ekskluzywnym paryskim przedmieściu, a kiedy tam dotarli, nadal udawała głuchą i niemą. Nawet jednym gestem nie zdradziła, że dom wywarł na niej ogromne wrażenie. Pepe zamierzał wyeksponować w nim swoją kolekcję sztuki, był więc tak duży i wspaniały, jak oczekiwała, a jednocześnie zaskakująco przytulny.

Nie zdradziła się jednak ze swoimi odczuciami, bo nie chciała pokazać, że coś związanego z nim może jej się podobać, nawet ten przepiękny dom.

Takie zachowanie było wywołane rozmową o jej ojcu, który bez problemu potrafił oczarować kobietę i sprawić, by uznała jego błędy za swoje.

Urok Pepego wydawał się inny, nie było w nim wątpliwej reputacji ani brudu moralnego. Wspólną mieli natomiast umiejętność budzenia zaufania. Tak bardzo chciała wierzyć, że związek z Pepem jest czymś więcej niż tylko przygodą. Podczas lotu prawie zdołał stopić lód w jej sercu. Ale nie chodziło tylko o to. Naprawdę nie spodziewała się dostrzec w nim głębi, a tymczasem mogłaby przysiąc, że chwilami widziała w jego oczach ból, mrok, coś, co zdaje się, że chciał ukryć przed światem.

Sądziła, że dostrzegła w nim nieco więcej w tamten weekend w Dublinie, kiedy ją uwiódł, tymczasem wszystko okazało się kłamstwem. Całkiem tak samo, jak każde słowo, które wyszło z ust jej ojca.

Najwidoczniej obaj byli ulepieni z tej samej gliny i dla własnego dobra powinna o tym pamiętać.

Znów zapukano do drzwi.

– Panno Delaney? – Usłyszała stłumiony kobiecy głos.

– Proszę – odpowiedziała.

Niechętnie, ale musiała przyznać, że było to najwygodniejsze łóżko, w jakim w życiu spała.

Drzwi otworzyły się i w progu stanęła kobieta w średnim wieku z tacą zastawioną croissantami i kawą.

Cara pamiętała, że Pepe przedstawił ją od razu po przyjeździe. Ma na imię Monique i jest tu gospodynią.

– Dzień dobry – powiedziała Monique, stawiając tacę na małym, okrągłym stoliku w rogu pokoju. – Dobrze pani spała?

– Tak, dziękuję – odpowiedziała, uśmiechając się blado.

Przy obcych zawsze czuła się skrępowana.

– Dostarczono już pani zmówienie – oznajmiła Monique, odsłaniając ciężkie zasłony, zza których wyłonił się niewielki balkon.

Pokój zalało światło słoneczne.

– Jakie zamówienie? – spytała Cara.

– Z butików. Zaraz je tu przyniosę. Pan Mastrangelo prosił, żeby była pani gotowa za godzinę.

Cara dopiero teraz przypomniała sobie planowany wyjazd do Doliny Loary i popadła w przygnębienie.

Humor poprawił jej się, dopiero kiedy Monique i jeszcze jedna młoda kobieta wniosły do pokoju pudła ubrań i walizeczkę z kosmetykami.

Odłożyła niedojedzony rogalik i zaczęła przeglądać przyniesione rzeczy, po czym popadła w jeszcze większe przygnębienie. Ubrania były piękne, każdą rzecz z radością wybrałaby sama, gdyby tylko pozwolił na to stan jej finansów. Wszystko proste, eleganckie, nawet koszula nocna emanowała niezwykłym urokiem. Walizeczka z kosmetykami zawierała absolutnie wszystko, czego mogła zapragnąć kobieta, i to samych najlepszych marek. Nigdy dotąd nie mogła sobie na nic takiego pozwolić.

Powinna być wdzięczna, ale bardzo nie chciała mieć jakiegokolwiek długu w stosunku do swojego dręczyciela. Nie porwał jej wprawdzie w sensie dosłownym, ale nie dał jej wyboru, więc w jakimś sensie zdecydował za nią.

Zabrała kosmetyki do łazienki. Przed wejściem pod prysznic obejrzała nogi. Maść zdziałała cuda i na skórze praktycznie nie było już śladu po oparzeniu. Ból też minął.

Prysznic przyjemnie ją ożywił. Żel do kąpieli pachniał tak cudownie, że namydliła się dwukrotnie. W końcu owinęła się białym, włochatym ręcznikiem i wróciła do sypialni. Teraz musiała wybrać coś do ubrania i po raz pierwszy w życiu miała z tym problem.

W końcu zdecydowała się na czarne dżinsy i wiśniowy, kaszmirowy sweter. Wtedy znów zapukano do drzwi.

– Proszę – zawołała, spodziewając się zobaczyć Monique.

Odwróciła się z uśmiechem, który zgasł na widok stojącego w drzwiach Pepego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?