Zdarzyło się w ParyżuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Zdarzyło się w Paryżu

Tłumaczenie:

Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pepe Mastrangelo jednym haustem osuszył kolejny kieliszek wina. Nieodstępująca go ani na krok ciotka Carlotta kontynuowała swoją perorę. Głównie na swój ulubiony temat, czyli jego życia prywatnego. Nie ustawała w próbach przekonania go, że koniecznie powinien pójść w ślady starszego brata i założyć rodzinę.

Ciotka Carlotta nie była w tych usiłowaniach jedyna. Cały klan Mastrangelo, łącznie z rodziną ze strony matki, traktował prywatne życie Pepego jako temat publicznych rozważań. Sam zainteresowany zazwyczaj odnosił się do ich wścibstwa z pobłażaniem, starając się docenić dobre chęci. Z uśmiechem odbijał niewygodne pytania i powtarzał, że na świecie jest zbyt wiele pięknych kobiet, by wybrać tylko jedną. Ale tak naprawdę, to chętniej zanurzyłby się w basenie pełnym elektrycznych węgorzy, niż wziął ślub.

Małżeństwo to coś dla męczenników i szaleńców, a on do nich nie należał.

Raz omal się nie ożenił, ale wtedy był młody i głupi, a ukochana z dzieciństwa złamała mu serce. Teraz uważał, że miał wtedy szczęście. Kto się na gorącym sparzy, na zimne dmucha. Tylko idiota ryzykowałby kolejną porcję bolesnych doznań, mogąc ich uniknąć.

Nigdy nikomu o tym nie opowiadał. Boże uchowaj. Dobrzy ludzie mogliby próbować namówić go na terapię.

Jednak dzisiaj cięte odpowiedzi jakoś nie przychodziły mu do głowy. Niełatwo było odpowiadać na trudne pytania pod obstrzałem pary zielonych oczu, płonących nieskrywaną odrazą. Te niezwykłe oczy należały do Cary Delaney, jego partnerki na dzisiejszej uroczystości i matki chrzestnej bratanicy Pepego. On był ojcem chrzestnym, musiał więc siedzieć obok Cary w kościele i stać u jej boku w trakcie ceremonii.

Zdążył już zapomnieć, jaka była piękna. Ogromne zielone oczy, kształtny nos, usta w formie serca i fala płomiennych splotów czyniły ją podobną do gejszy. W czerwonej, aksamitnej sukience podkreślającej zgrabną sylwetkę wyglądała niezwykle seksownie. W normalnych okolicznościach chętnie by z nią poflirtował.

Z byłymi dziewczynami zazwyczaj zachowywał dobre stosunki i często spotykał się z nimi po przyjacielsku, unikając tych, które nie kryły, że poszukują stabilizacji.

Już od miesiąca wiedział, że przy okazji chrztu ponownie spotka Carę, która od dawna przyjaźniła się z jego bratową.

Jej niechęć wcale go nie dziwiła i nie mógł jej za nią winić. Nie spodziewał się tylko, że będzie się czuł tak… Nie potrafił znaleźć odpowiedniego słowa, ale uczucie było zdecydowanie nieprzyjemne.

Zerknął na zegarek. Jeszcze tylko godzina, a potem wyrwie się na lotnisko. Następnego dnia miał obejrzeć i ewentualnie kupić doskonale prosperującą winnicę w dolinie Loary.

– Śliczne dziecko. – Ciotka Carlotta nie kryła entuzjazmu.

Jakimś cudem udało jej się wziąć na ręce Lily i teraz podniosła dziewczynkę wysoko, by mógł się jej przyjrzeć. Pucołowata twarzyczka z czarnymi, wpatrzonymi w niego oczkami przywodziła na myśl prosiaczka.

– Śliczne – potwierdził, uśmiechając się z przymusem.

W rzeczywistości nie pojmował, dlaczego wszyscy tak się zachwycali maleństwem. Byli po prostu nudni. On wolał dzieci większe, z którymi można się już było dogadać.

Nie musiał dłużej udawać zachwytu, bo uwagę ciotki Carlotty odwróciła chwilowo cioteczna babka, więc skorzystał z okazji i po prostu umknął.

Czy właśnie tak zachowywali się ludzie na chrzcinach? Na podstawie licznych zachwytów można by uznać, że Lily została poczęta w sposób niepokalany. Skoro jednak były to pierwsze od piętnastu lat chrzciny, w jakich uczestniczył, niewiele mógł na ten temat powiedzieć.

Prawdę mówiąc, najchętniej darowałby sobie całą tę uroczystość. Ale skoro był ojcem chrzestnym, zwyczajnie nie mógł. Luka, jego brat i ojciec Lily, miałby uzasadnione pretensje.

Przypuszczał, że Luka i Grace szybko postarają się o następne dziecko. Niewątpliwie nie ustaną, dopóki nie urodzi się chłopczyk. Jego rodzice mieli pod tym względem szczęście – pierwszy urodził się Luka, a następny w kolejności Pepe miał być jego towarzyszem zabaw.

Czy był w stosunku do swoich rodziców nie fair? Nie miał pojęcia i zwłaszcza dzisiaj nie miał ochoty się nad tym zastanawiać. Był wykończony, a niechętne spojrzenia rudej gejszy u jego boku wcale nie poprawiały mu nastroju.

Nieważne, pomyślał, biorąc z tacy kelnerki kieliszek czerwonego wina. Nikt nie zauważy, jeżeli wyśliźnie się wcześniej…

– Wyglądasz na zestresowanego, Pepe – wymamrotał do siebie.

Można się było spodziewać, że Cara nie pozwoli mu umknąć. Nie mógł nie zauważyć, że spogląda na niego z jakąś niezwykłą determinacją.

Sztucznie uśmiechnięty, odwrócił się do niej, udając zaskoczenie.

– Cara! – wykrzyknął z tak naciąganą serdecznością, że nawet dziecko wyczułoby fałsz.

Chwycił ją za ramiona, przyciągnął bliżej i ucałował w oba policzki. Była tak niska, że sporo nad nią górował.

– No i co powiesz? Podoba ci się przyjęcie?

Zmarszczyła brwi.

– O, tak. Bawię się doskonale.

Udając, że nie zauważył cierpkiego tonu w jej głosie, odpowiedział szerokim uśmiechem.

– Fantastycznie. A teraz, wybacz mi proszę, ale…

– Zamierzasz uciec, jak zwykle? Jej irlandzki zaśpiew pogłębił się, odkąd ją widział ostatnio. Kiedy trzy lata wcześniej spotkali się po raz pierwszy na Sycylii, ślad akcentu był ledwo wyczuwalny. Prawdopodobnie wyjechała z Irlandii do Anglii jeszcze jako nastolatka. Kiedy przed czterema miesiącami uwiódł ją w Dublinie, akcent był już mocniejszy. Teraz nie mogło być najmniejszych wątpliwości co do jej pochodzenia.

– Muszę wyjść, jestem umówiony.

– Czyżby? – Gdyby głos mógł ciąć szkło, okno przestałoby istnieć.

Wskazała głową na jego bratową.

– To z jej powodu ukradłeś wtedy mój telefon. – To nie było pytanie.

Pod jej twardym spojrzeniem wziął głęboki oddech. Kiedy rozmawiali poprzednio, miała oczy zamglone pożądaniem.

– Tak. Z jej powodu.

Wargi Cary szczególnie przyciągały wzrok, a zwłaszcza dolna, pełna i kształtna. Teraz ściągnęła je i przygryzła, przez co zrobiły się czerwieńsze i jeszcze bardziej kuszące. Za to oczy ciskały stalowe błyski.

– I dzięki temu Luka ją znalazł?

Skoro i tak znała wszystkie odpowiedzi, nie było sensu kłamać. Kłamstwo byłoby poniżające dla obojga.

– Tak.

Pokręciła głową, aż długie do ramion miedziane loki zawirowały.

– Rozumiem, że cała ta historyjka o marzeniach odwiedzenia Dublina też była zmyślona?

Wytrzymał jej lodowate spojrzenie i pozwolił sobie na lekkie złagodzenie tonu.

– Naprawdę spędziłem fantastyczny weekend. Jesteś świetną przewodniczką.

– A ty jesteś kompletnym… – przekleństwo utonęło w głębokim oddechu. – Nawiasem mówiąc, uwiodłeś mnie tylko z jednego powodu: żeby ukraść mój telefon, jak zasnę.

– Rzeczywiście, to był główny powód – przyznał, doznając nagłego ściśnięcia w gardle. – Ale mogę cię zapewnić, że cieszyłem się każdą minutą. I jestem przekonany, że ty też.

Wprost omdlewała w jego ramionach. Wciąż doskonale pamiętał tamte chwile, choć może akurat teraz wolałby o nich zapomnieć.

W tej chwili pragnął tylko znaleźć się jak najdalej od niej i tego klaustrofobicznego przyjęcia, z całym tym nieznośnym gadaniem o dzieciach i małżeństwie, i zyskać kilka godzin świętego spokoju.

Pod wpływem wspomnień zarumieniła się, ale wzrok nadal miała twardy.

– O czym ty w ogóle mówisz? Okłamałeś mnie. Przez cały weekend nie powiedziałeś jednego szczerego słowa. Bezczelnie udawałeś, że lubisz moje towarzystwo.

Postarał się o najbardziej ujmujący uśmiech.

– Naprawdę było mi z tobą przyjemnie.

Znacznie przyjemniej niż w tej chwili. Ta rozmowa była gorsza od wszystkich, które przeprowadził z nim dyrektor podstawówki. Nawet jeżeli zasługiwał na krytykę, to nie znaczy, że chętnie jej wysłuchiwał.

– Masz mnie za głupią? – burknęła w odpowiedzi. – Zainteresowałeś się mną tylko dlatego, że twój brat koniecznie chciał odnaleźć Grace.

– Mój brat miał prawo wiedzieć, gdzie przebywa jego żona.

– Wcale nie. Grace nie jest jego własnością.

– Gwarantuję ci, że dobrze przyswoił tę lekcje. Spójrz na nich. – Wskazał na Lukę, który czule obejmował żonę. – Są ze sobą szczęśliwi. Wszystko obróciło się na dobre.

– Jak dla kogo. Może nie pamiętasz, ale byłam dziewicą.

Skrzywił się mimowolnie. O tym akurat nie był w stanie zapomnieć.

– Jeżeli oczekujesz przeprosin, przepraszam, ale, jak już ci wspominałem, nie miałem o tym pojęcia.

– Mówiłam…

– Mówiłaś, że nigdy nie miałaś chłopaka na poważnie.

– Właśnie!

– To nie jest jednoznaczne z dziewictwem.

– Dla mnie jest.

– Tylko skąd miałem o tym wiedzieć? Masz dwadzieścia sześć lat. Jesteś dorosłą kobietą.

Dziewice w tym wieku to rzadkość, pomyślał, ale wolał jej tego nie mówić. Głupio byłoby dostać od niej w twarz w obecności całej rodziny. W tej chwili do złudzenia przypominała rozjuszonego teriera.

– Wykorzystałeś mnie – warknęła. – Pozwoliłeś mi wierzyć, że traktujesz mnie poważnie i że się znów zobaczymy.

– Czy coś ci obiecywałem?

– Powiedziałeś, że chciałbyś mi pokazać swój nowy dom w Paryżu i zasięgnąć rady w kwestii rozmieszczenia obrazów, a konkretnie Canaletta, którego kupiłeś na aukcji.

 

– To tylko interesy – odparł, wzruszając ramionami. – Ty znasz się na sztuce, a ja potrzebuję eksperta.

Zresztą nadal kogoś takiego potrzebował. Paryski dom miał się stać małą galerią sztuki, a większości kolekcji nawet jeszcze nie rozpakował.

– Mówiąc to, zanurzyłeś palec w szampanie i dałeś mi do possania.

Nagle zrobiło mu się gorąco. To było podczas ich ostatniego wspólnego posiłku, na krótko przed tym, jak zgodziła się pójść z nim na noc do hotelu.

Nie chciał o tym myśleć. I bez tego szczegóły tamtej nocy wracały do niego nieustannie.

– Dlaczego nie ukradłeś mi telefonu od razu? Dlaczego zajęło ci to cały weekend? – W jej oczach nie było już wrogości tylko konsternacja.

Dużo łatwiej było poradzić sobie z gadulstwem ciotki Carlotty niż z tym. Rozumiał, że Cara czuła się upokorzona, bo sam wstydził się swojego postępowania. Ale chyba naszedł czas, by przejść nad tym do porządku dziennego.

– Nie mogłem, bo ani na chwilę nie rozstawałaś się z torebką. – Nawet teraz miała pasek przełożony na skos przez pierś, a samą torebkę przyciśniętą bezpiecznie ramieniem.

– Mogłeś zorganizować jakiś napad. Na pewno obaj z bratem znacie odpowiednie osoby. Zaoszczędziłbyś sobie marnowania weekendu.

– Mogłoby ci się coś stać, a tego bym sobie nie darował – odparł gładko.

Miał już tego dosyć. Wtedy naprawdę zachował się okropnie, ale to było konieczne. Przeprosił i uznał temat za zakończony. Właściwie ani razu jej nie okłamał, tylko ona źle zinterpretowała jego słowa.

– Mieszkałaś z trzema koleżankami, więc nie mogłem się do ciebie włamać, a w pracy miałaś telefon przy sobie. Gdybyś podczas tego weekendu choć na chwilę zostawiła torbę niepilnowaną, zabrałbym go, ale tak się nie stało. Przez cały czas nie spuszczałaś jej z oka.

– Czyli to wszystko moja wina? – spytała, rozdrażniona.

Była chyba jedną z najdrobniejszych osób, jakie kiedykolwiek spotkał. W ciągu czterech miesięcy, kiedy jej nie widział, jeszcze straciła na wadze i jeszcze bardziej, niż pamiętał, przypominała lalkę. A jednak stała przed nim niewzruszenie i wydawało się, że nawet czołg nie ruszyłby jej z miejsca.

– Co się stało, to się nie odstanie. Przeprosiłem i z mojej strony sprawa jest zamknięta. Minęły cztery miesiące, najwyższy czas, żebyś i ty o tym zapomniała.

To powiedziawszy, ruszył w stronę Luki i Grace, gotów oznajmić im, że wychodzi.

– To jeszcze wcale nie koniec.

Było w jej tonie coś, co kazało mu się zatrzymać.

– Ja nie mogę o tym tak po prostu zapomnieć.

Drgnął, a po krzyżu przeleciał mu dreszcz lęku.

Cara obserwowała, jak Pepe zamiera w bezruchu.

Tylko on jeden mógł włożyć na chrzciny własnej bratanicy jaskraworóżową, lnianą koszulę, rozpiętą przy szyi, i granatowe drelichowe spodnie. W dodatku koszula była wyrzucona na spodnie. Mimo tego ekscentrycznego stroju emanował męskością. Chętnie pozbawiłaby go testosteronu i spuściła go w toalecie. Stojąc obok niego w kościele, czuła się nadmiernie wystrojona, co nie było w porządku, bo to on ubrał się nieodpowiednio do okazji, a nie ona. Z wąskim, arystokratycznym nosem, wysokimi kośćmi policzkowymi, starannie przyciętą bródką i ciemnymi, półdługimi włosami wyglądał jak model.

Mogłaby przysiąc, że jest gotowa na to spotkanie. Starannie wszystko zaplanowała. Miała bez emocji poprosić go o pięć minut rozmowy, wyjaśnić sytuację i przedstawić swoje żądania. Przede wszystkim obiecywała sobie zachować spokój.

W żadnym wypadku nie wolno jej zdradzić, jak była zdruzgotana, obudziwszy się samotnie w hotelowym pokoju, ani jak przerażona, gdy wskaźnik zabarwił się na różowo.

Spokój przede wszystkim.

Wystarczyło jedno spojrzenie na jego przystojną twarz, by ten staranny plan legł w gruzach.

Podczas ceremonii, kiedy pełnili obowiązki rodziców chrzestnych, myślała wyłącznie o zemście. Doszło nawet do tego, że na widok blizny przecinającej jego policzek pożałowała, że nie może pogratulować sprawcy. Pytała go o jej pochodzenie podczas wspólnego weekendu, ale skoro wykręcił się od odpowiedzi, nie drążyła tematu. Ciekawe jednak, kto mógł go aż tak nienawidzić. Pepe był ucieleśnionym wdziękiem i wszyscy go uwielbiali. A przynajmniej jeszcze do niedawna tak jej się wydawało.

Teraz ją samą szokowała gwałtowność własnych myśli i uczuć, bo była urodzoną pacyfistką. Uczestniczyła nawet w demonstracjach antywojennych.

Przez ostatnie cztery miesiące robiła sobie wyrzuty za głupotę i uległość. Powinna była wiedzieć, że nie chodziło mu o nią, bo przecież nigdy wcześniej się nią nie interesował. Nawet odrobinę.

Przy okazji jej częstych odwiedzin na Sycylii u Grace nierzadko wieczorami wychodzili we czwórkę. Pepe był zabawny i czarujący, a po kilku spotkaniach rozmawiało jej się z nim równie łatwo jak z Grace. Wysoki i przystojny przyciągał spojrzenia kobiet w różnym wieku.

Ale, choć bardzo lubiła jego towarzystwo, zdawała sobie sprawę, że jego udział w tych spotkaniach to tylko ukłon w stronę żony brata. Tak samo flirtowałby z każdą inną. Kiedy utkwił w kobiecie wielkie, niebieskie oczy, mogła łatwo poczuć się jedyną na świecie. Jednak rozsądek nakazywał nie brać go na poważnie.

Tym gorzej świadczyło o niej, że mu uległa. Już nigdy nie popełni tego błędu ani z nim, ani z nikim innym.

Widziała na własne oczy, jak niebezpieczną bronią może być seks i co się dzieje, kiedy dorośli ludzie obu płci ulegają działaniu hormonów. Rozpadały się rodziny, najbliżsi przestawali się liczyć.

Pepe wybrał taki tryb życia, a uwiedzenie Cary stało się tylko środkiem do celu. Jego brat chciał odzyskać żonę, a telefon Cary zawierał informacje na temat miejsca jej pobytu. Fakt, że była istotą ludzką z właściwymi jej uczuciami, zdawał się nie mieć najmniejszego znaczenia. Kiedy w grę wchodziła rodzina, Pepe nie znał granic.

Ale wszystko miało swoją cenę.

– Nie mogę tak po prostu zapomnieć, ty nieodpowiedzialny gnojku, bo jestem w ciąży.

ROZDZIAŁ DRUGI

Cara nie byłaby w stanie przewidzieć, jak Pepe zareaguje na to stwierdzenie. On tymczasem odwrócił się do niej wciąż szeroko uśmiechnięty.

– To ma być żart?

– Nie. Jestem w ciąży od szesnastu tygodni. Gratulacje, zostaniesz tatusiem.

Utkwił w niej wzrok, ale wciąż się jeszcze uśmiechał. Wokół nich zebrała się niemal cała jego rodzina i Cara czuła na sobie ich ciekawe spojrzenia.

Było zbyt późno, by ukryć się za Grace, jak to robiła wielokrotnie wcześniej. Dotychczas w każdej trudnej sytuacji mogła się schować w cieniu przyjaciółki, dopóki nie minęło jej zdenerwowanie.

Odkąd Grace wyszła za mąż, Cara została zmuszona do samotnego radzenia sobie z przeciwnościami. Koniec z kryciem się za plecami najlepszej przyjaciółki. Trzeba było zacząć żyć własnym życiem.

Tak też się stało. Wróciła do Irlandii i dostała wymarzoną pracę. Na razie zarabiała niewiele, ale to był dopiero początek. Nawet udało jej się zaprzyjaźnić z kilkoma nowymi osobami.

Wszystko wskazywało na to, że znalazła własną ścieżkę do satysfakcjonującego życia.

I wtedy okazało się, że jest w ciąży. W tej sytuacji przyszłość rysowała się raczej ponuro.

Pepe pochylił się do niej.

– Chodźmy stąd – zaproponował cicho.

Wdzięczna za możliwość wyrwania się spod obstrzału wścibskich spojrzeń, weszła za nim w szeroki korytarz. Tam oparł się o ścianę i przeczesał palcami gęste, czarne włosy.

Minęła ich kelnerka z tacą kanapek. Potem w zasięgu wzroku pojawiło się dwóch wujów, dyskutujących o czymś ze śmiechem. Widok Pepego sprowokował ich do licznych uścisków i niekończących się pytań, na które odpowiadał z pogodnym uśmiechem, jakby nie miał żadnych zmartwień.

Kiedy w końcu zostali sami, jego uśmiech przygasł.

– Jeżeli mamy spokojnie porozmawiać, musimy stąd wyjść.

Skierował się w stronę dawnego klasztoru, w którym jeszcze nigdy nie była.

– Dokąd idziemy?

– Do mnie.

Szedł tak szybko, że z trudem dotrzymywała mu kroku.

– Po co?

Rzucił jej mroczne spojrzenie przez ramię, ani na moment nie zwalniając kroku.

– Naprawdę chcesz o tym rozmawiać w towarzystwie pięćdziesięciorga członków obu rodzin?

– Oczywiście, że nie, ale nie chcę też iść do ciebie. Chodźmy w jakieś neutralne miejsce.

– Nie. – Przystanął przed drzwiami, otworzył je i trzymał otwarte. – Za dwie godziny lecę do Paryża. Tylko teraz możesz mnie przekonać o prawdziwości twoich słów.

Przypatrywała mu się z natężeniem, ale z jego twarzy nie mogła nic wyczytać. Sprawiał wrażenie znudzonego.

– Uważasz, że kłamię?

– Nie byłabyś pierwsza.

Rzuciła mu najbardziej miażdżące spojrzenie, na jakie mogła się zdobyć, minęła go i przekroczyła próg.

Na szczęście nigdy nie snuła żadnych marzeń o wspólnej przyszłości. Pepe był w jej ocenie wyjątkowo podły.

Skrzydło klasztoru, choć rzadko używane, było jednym z trzech miejsc, które Pepe mógł nazwać domem, i prezentowało się dokładnie tak, jak sobie wyobrażała. Inaczej niż pozostała część klasztoru, która zachowała dawny styl, to było typowe kawalerskie lokum. Większą część zajmował przestronny salon z wielkim ekranem telewizora, wypełniony ustrojstwami i gadżetami, o jakich istnieniu nie miała pojęcia. Większości z nich nie umiałaby nawet uruchomić.

Stojąc pośród tych nowoczesnych wynalazków, nagle zwątpiła w słuszność swojej decyzji.

– Napijesz się czegoś?

– Nie. Miejmy to już za sobą.

Oczywiście, że postępuję słusznie, powiedziała sobie, zdecydowana oddalić wątpliwości. Jej nienarodzone dziecko nie zasługiwało na mniej.

– Cóż, ja się napiję. – Wziął do ręki pilot leżący na szklanym stoliku i nacisnął guzik.

Szeroko otwartymi oczami obserwowała, jak odsuwa się dębowy panel na ścianie, odsłaniając doskonale zaopatrzony barek.

Zmieszał nieznane jej składniki.

– Na pewno nic nie chcesz?

– Nie.

Utkwił w niej bardzo niebieskie oczy.

– W takim razie, proszę, przekonaj mnie.

Wzruszyła ramionami.

– Jestem w ciąży – powtórzyła niechętnie.

– Już mówiłaś.

– Bo jestem.

– Ile?

– Ile czego?

– Pieniędzy. Ile zamierzasz ode mnie wyciągnąć?

– Niczego nie zamierzam od ciebie wyciągać.

– Nie chcesz pieniędzy?

– Oczywiście, że chcę. – Z ogromną satysfakcją obserwowała jego zaskoczenie. – Ty masz ich mnóstwo, a ja jestem kompletnie spłukana. Stać cię na opłacenie koniecznych zakupów, a także mieszkania dla mnie i dziecka.

Odetchnął głęboko.

– Więc jednak próbujesz wyciągnąć ode mnie pieniądze.

– Nie! – Sięgnęła do torebki po brązową kopertę i podała mu złożoną kartkę. – Proszę – powiedziała sztywno. – Oto dowód. Nie próbuję niczego od ciebie wyciągnąć. Jestem w szesnastym tygodniu ciąży, a ty jesteś ojcem.

Przez moment Pepe myślał, że zwymiotuje, bo żołądek skurczył mu się niebezpiecznie. Skórę oblał zimny pot, a tętno przyspieszyło gwałtownie.

I nic dziwnego.

Gdyby to miała być mistyfikacja, Cara musiałaby się nieźle nabiedzić. Obraz USG przedstawiał małą fasolkę. Czy to na pewno było dziecko? Przyjrzał się uważnie i znalazł nazwę dublińskiego szpitala, nazwisko matki i prawdopodobną datę porodu. Szybko policzył w pamięci. No tak, wszystko się zgadza. Cara Delaney była w ciąży od szesnastu tygodni.

Tyle czasu minęło, odkąd przyjechała do Dublina…

– Nic po tobie nie widać. – Właściwie była nawet szczuplejsza niż przy poprzednim spotkaniu.

– Stres. – Uśmiechnęła się niewesoło. – Niespodziewana ciąża może tak podziałać na kobietę. Na szczęście dziecko jest zdrowe, więc już wkrótce zacznie być widać.

Zerknął na obraz ze skanera. Podrobienie takiego zdjęcia było niemożliwe. Rozdzielczość obrazu była lepsza niż na tym, które trzymał w ręku dziesięć lat wcześniej, ale wszystko inne wyglądało bardzo podobnie.

Naprawdę była w ciąży. Spojrzał na nią i po raz pierwszy uświadomił sobie, że drży. On sam ledwo nad sobą panował.

Starając się oddychać jak najspokojniej, usiłował beznamiętnie rozważyć sytuację, ale nie było to łatwe. Czuł się, jakby miał odmrożony mózg.

– Gratulacje, będziesz mamą – powiedział. – Tylko skąd to przekonanie, że ja jestem ojcem?

Otworzyła usta, zamknęła je i znów otworzyła.

– Co to za głupie pytanie? Jesteś ojcem, bo tylko z tobą spałam.

 

– I mam ci uwierzyć na słowo?

– Dobrze wiesz, że byłam dziewicą.

– Nie kwestionuję tego, tylko mam wątpliwości co do mojego ojcostwa. Nie wiem, co zrobiłaś po moim wyjściu…

Jej dłoń wystrzeliła znikąd i dostał w twarz.

– Nie śmiej oceniać mnie według swoich niskich zachowań – syknęła wściekle.

Policzek palił żywym ogniem. Dziewczyna mogła być drobna, ale w to uderzenie włożyła całą siebie. Dotknął rozpalonego miejsca palcami, wyczuwając bliznę, którą nosił od osiemnastego roku życia. Bywały chwile, kiedy wciąż czuł ostrze noża przecinające skórę.

– Zrobiłaś to raz – powiedział spokojnie. – Ale jeżeli znów spróbujesz podnieść na mnie rękę, nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani moich pieniędzy.

Oddychała szybko i płytko.

– Zasłużyłeś sobie.

– Dlaczego? Bo nie chcę ci uwierzyć na słowo? W takiej sytuacji to niełatwe.

– To twoje dziecko.

– Nie… to po prostu dziecko. Dopóki się nie urodzi i nie zrobimy badań genetycznych, nie chcę słyszeć, że jest moje.

Po tym, co zrobiła mu Luiza, nie mógł postąpić inaczej.

Tylko głupiec daje się drugi raz wmanewrować w to samo bagno.

Carę świerzbiła ręka, by znów dać mu w twarz i dopiero tak mocne zaciśnięcie pięści, że paznokcie wbiły jej się w nadgarstek, przyniosło trochę ulgi.

Gdyby mogła, wyszłaby stamtąd. Niestety nie mogła. Nie przesadzała, mówiąc o stanie swoich finansów. Po opłaceniu lotu na Sycylię zostało jej do wypłaty, odległej o dwa tygodnie, czterdzieści osiem euro. Co innego żywić się pieczoną fasolką i tostami, kiedy była sama, co innego wyżywić i ubrać małe dziecko. W dodatku koniecznie będzie musiała znaleźć nowe mieszkanie.

Kiedy odkryła, że jest w ciąży, ogarnął ją prymitywny lęk. Nigdy nawet nie trzymała dziecka na rękach. Świadomość ogromnych potrzeb maleństwa była porażająca. Będzie też od niej całkowicie zależne. Będzie wymagało miłości, stabilności, jedzenia. Świadomość, że wszystko to spocznie na jej barkach, była paraliżująca. W tej chwili jeszcze lepiej zdawała sobie sprawę, że jej życie zmieniło się nieodwołalnie.

Jaką stabilność mogła zapewnić dziecku, żyjąc w wynajmowanym mieszkaniu, gdzie nie życzono sobie dzieci? Jak miałaby je wyżywić, skoro ledwo starczało jej na utrzymanie? Przy jej pensji same pieluszki kosztowały fortunę. Może gdyby to się zdarzyło kilka lat później, kiedy już zaczęłaby lepiej zarabiać, byłoby jej łatwiej. Ale w tym momencie nie miała dosłownie nic.

– To czego ode mnie oczekujesz? – spytała. – Mam się zgłosić za pół roku i powiedzieć ci, czy to chłopczyk, czy dziewczynka?

– Niezupełnie – odparł, przypatrując się wydrukowi. – Robiłaś badanie miesiąc temu. Dlaczego zwlekałaś tak długo z powiedzeniem mi?

Okropny był ten jego sceptycyzm, zupełnie jakby w każdej najdrobniejszej kwestii dopatrywał się spisku.

– Nie mówiłam ci wcześniej, bo bałam się, że zechcesz mnie zmusić do aborcji.

– Jak mogłaś tak myśleć?

Omal nie roześmiała się głośno.

– Dlaczego taki playboy miałby chcieć dziecka?

Przez jego twarz przeleciał mroczny cień, ale szybko zastąpił go zwykły, kpiący uśmieszek.

– Kto wie? Może to spodobałoby się kobietom?

– Uważasz, że nie słyszałam twoich lekceważących komentarzy na temat dzieci? Nie widziałam, jak przewracasz oczami, ilekroć rozmawiali o tym Luka i Grace?

– I to ma być dowód, że żądałbym od ciebie aborcji?

– Nigdy nie kryłeś, że nie chcesz mieć dzieci.

– Powiedzmy, że test DNA wykaże moje ojcostwo – powiedział po chwili napiętego milczenia. – Czego byś wtedy ode mnie oczekiwała? Małżeństwa?

– Nie! – prawie krzyknęła. – Nie chcę za ciebie wychodzić. Nie chcę wychodzić za nikogo.

– Co za ulga. – Podszedł do barku i nalał sobie kolejnego drinka. – Jeżeli mówisz to tylko dlatego, że uważasz, że to właśnie chciałbym usłyszeć, wiedz, że nie zamierzam się żenić, niezależnie od wyników badania.

Jakim cudem w ogóle rozważała taką możliwość? I jak to się stało, że tak łatwo ją uwiódł?

Przypomniała sobie tamten weekend. Teraz miała wrażenie, że znalazła się pod działaniem środków odurzających. Po raz pierwszy w życiu doświadczyła pożądania i to było upajające.

Pragnęła wierzyć, że on ma wobec niej poważne zamiary.

Pragnęła wierzyć, że jest przed nimi wspólna przyszłość.

Pomyślała o swoich rodzicach. Jak to przyjmą? Zwłaszcza ojciec, szukający wciąż nowych partnerek. Oboje byli tak nieprawdopodobnie samolubni…

Nie będzie taką egoistką jak matka, nie będzie myślała tylko o sobie. Na pierwszym miejscu postawi potrzeby dziecka.

– I bardzo dobrze, bo nie mam zamiaru za ciebie wychodzić.

– Doskonale. Ludzie, którzy się wiążą tylko dla dobra dziecka, to głupcy. A ja do nich nie należę.

– Z tym się akurat zgadzam.

– W takim razie myślimy podobnie – zakpił.

– W kwestii małżeństwa tak, ale potrzebuję pomocy finansowej. Nie stać mnie na utrzymanie dziecka.

– Więc postanowiłaś zwrócić się do mnie. – Jednym haustem osuszył swojego drinka.

– Jeżeli ci się zdaje, że błaganie cię o pieniądze sprawia mi jakąś przewrotną satysfakcję, to bardzo się mylisz. Uważam po prostu, że to na tobie spoczywa odpowiedzialność…

– Próbujesz zrzucić całą winę na mnie?

– To nie mnie poniosło – przypomniała mu.

Na wspomnienie tamtych chwil zrobiło jej się gorąco. Kiedy leżała w jego ramionach po tym, jak się kochali po raz pierwszy, jego zachowanie uległo zmianie. Do głosu doszła poważniejsza, bardziej refleksyjna strona jego natury, strona, jakiej nie znała i istnienia nie podejrzewała. Rozmawiali, patrzyli na siebie z bliska i choć kochali się zaledwie dziesięć minut wcześniej, znów to zrobili i tym razem, o ile to możliwe, było jeszcze cudowniej. Niestety zbyt późno założył kondom i te najcudowniejsze chwile zdecydowały o powstaniu nowego życia.

– Nie mogę uwierzyć, że to wystarczyło – powiedział ponuro, jakby czytając w jej myślach.

– A jednak. Zresztą wykorzystałeś mnie i jesteś za to odpowiedzialny.

Na myśl, że ma rację, zrobiło mu się mdło.

Pomimo że kultywował obraz playboya, nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek zachował się równie lekkomyślnie.

A jednak pamiętał. Ostatni raz kochał się bez zabezpieczenia w wieku osiemnastu lat. Wtedy uważał, że jest zakochany. W sumie, wyjątkowo niebezpieczna kombinacja.

Z Carą zrobił to świadomie, co wydawało mu się wtedy najbardziej naturalną rzeczą na świecie. Najwyraźniej nie myślał racjonalnie. Wciąż jeszcze był pod wrażeniem jej dziewictwa i nie bardzo umiał sobie poradzić ze swoimi uczuciami.

Zazwyczaj, kiedy uprawiał seks, wystarczała mu wesoła pogawędka, wspólne wypicie drinka, by następnie wyjść, nie poświęcając partnerce nawet jednej myśli. Nigdy dotychczas nie miał głębszych, związanych z tym przeżyć. Tym razem dręczyło go poczucie winy, może z powodu jej dziewictwa albo też swojej niecnej motywacji.

No i kochał się z nią powtórnie, co nie zdarzało mu się wcześniej. Ale, choć założył kondom z opóźnieniem, był święcie przekonany, że w tak krótkim czasie nie mogło dojść do zapłodnienia. Wspominał tę chwilę jako przepełnioną niewiarygodną słodyczą…

– Muszę się napić kawy – oznajmił gwałtownie.

Właściwie nadal miał ochotę na coś mocniejszego, ale wiedział, że już nie powinien, przynajmniej jeżeli chciał zachować jasność myślenia.

– Też się napijesz?

Potrząsnęła głową. Oparta o ścianę, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami i wystawioną do przodu brodą, wyglądała na gotową do walki.

Do czasu, kiedy zamówił w kuchni kawę, w głowie skrystalizował mu się plan działania. Dla Cary mógł się on okazać do przyjęcia albo nie. Jeżeli będzie chciała walczyć, szybko się przekona, że z nim nie ma najmniejszych szans.