Wschód słońca we WłoszechTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Wschód słońca we Włoszech

Tłumaczenie:

Małgorzata Dobrogojska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ciszę panującą w kaplicy na Nutmeg Island przeszył krzyk.

Gabriel Mantegna, właśnie wychodzący z podziemia, przystanął na stopniu i zaczął nasłuchiwać. Na wszelki wypadek wyłączył latarkę, pogrążając kaplicę w kompletnej ciemności.

Czy to kobiecy głos? Z pewnością nie. Dzisiejszej nocy na wyspie miała przebywać tylko uzbrojona ochrona.

Starannie zamknął za sobą drzwi piwnicy i podszedł do małego okna, jedynego bez witraża. Było zbyt ciemno, by dostrzec cokolwiek, ale w oddali błysnęło słabe światełko. Uzbrojona banda rabowała dom Riccich z bezcennych dzieł sztuki i antyków, a omamiona kłamstwami wyspiarska ochrona kompletnie nie reagowała.

Gabriel sprawdził godzinę. Przekroczył planowany czas pobytu na wyspie już o dziesięć minut i w każdej chwili mógł zostać zatrzymany. Od plaży na południowym krańcu wyspy, skąd mógł bezpiecznie odpłynąć, dzieliło go kolejne dziesięć minut marszu.

Ale ten krzyk… Nie mógł odejść, nie sprawdziwszy, co to było.

Pchnął ciężkie drzwi kaplicy i wyszedł na gorące, karaibskie powietrze. Szkoda, że kaplica, z założenia miejsce kontemplacji i kultu, została sprofanowana przez prawdziwe motywy Ignazia Ricciego.

Właśnie tutaj, w podziemiu, bezpośrednio pod ołtarzem, ukryto dokumenty sięgające dziesiątek lat wstecz. Dowody opłacania morderców i inne skrywane przed światem tajemnice imperium Riccich. Gabriel odkrył tam dość śladów nielegalnych działań, by wsadzić Ignazia do więzienia na resztę życia. I zamierzał osobiście dostarczyć FBI kopie obciążających dokumentów. Będzie też obecny na rozprawie i dopilnuje, by Ignazio, człowiek który przyczynił się do śmierci jego ojca, nie mógł go nie zauważyć. A kiedy sędzia ogłosi wyrok, Ignazio będzie wiedział, że pogrążył go właśnie Gabriel.

Na razie jednak nie wszystko było jasne. Brakowało najważniejszego dla Gabriela dokumentu oczyszczającego imię jego i jego ojca raz na zawsze.

Święcie przekonany, że dokument istnieje, był zdecydowany go odnaleźć, nawet gdyby miało mu to zająć resztę życia.

Na razie jednak porzucił te deprymujące rozważania i zaczął się skradać przez zarośla w stronę dwupiętrowego domu Riccich.

Świeciło się tylko w oknie na parterze. Najwyraźniej coś poszło nie tak. Mężczyznami dowodził kryminalista o przezwisku Carter, specjalista od kradzieży na zlecenie. Wazy Ming, obrazy Picassa, Caravaggia, błękitne diamenty. Nie było na świecie alarmu, którego nie zdołałby unieszkodliwić. Miał też niekwestionowany talent do odgadywania, gdzie podejrzane osoby z towarzystwa trzymają swoje jeszcze bardziej podejrzane skarby, zazwyczaj nielegalne. Te bez skrupułów zatrzymywał dla siebie.

Frontowe drzwi były szeroko otwarte, a ze środka dobiegały głosy stłumione, ale bez wątpienia gniewne.

Gabriel zdawał sobie sprawę z ryzyka, ale krzyk był wystarczająco rozpaczliwy, by go zmobilizować. Przylgnął do ściany tuż obok okna i, wstrzymując oddech, spróbował zajrzeć do środka.

Salon był pusty, ale zza drzwi wciąż dobiegała tłumiona kłótnia.

Przekroczył próg i neoprenowa podeszwa buta do nurkowania zaskrzypiała głośno. Przy następnym kroku uważał bardziej i udało mu się nie hałasować.

Salon miał troje drzwi. Tylko jedne, te naprzeciw niego, były otwarte. Podszedł do nich ostrożnie i wyjrzał. Po prawej miał schody, ale głosy dobiegały z lewej, więc wytężył słuch w nadziei zidentyfikowania przedmiotu kłótni. Gdyby chodziło o zwykłą sprzeczkę, wróciłby do pierwotnego planu i postarał się jak najszybciej wydostać z wyspy.

Ale ten krzyk wciąż nie dawał mu spokoju. Był zdecydowanie kobiecy.

Kłócące się głosy należały do mężczyzn i wciąż nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Musiał podejść bliżej.

Zanim zdołał zrealizować swój zamiar, na schodach rozległ się ciężki tupot. Odziana w czerń masywna postać przeszła szybko przez drzwi, za którymi ukrywał się Gabriel, i dołączyła do pozostałych. Mężczyzna musiał zostawić drzwi szeroko otwarte, bo teraz każde wypowiedziane słowo odbijało się echem w pustym pomieszczeniu.

‒ To małe ścierwo mnie ugryzło – odezwał się ktoś z angielskim akcentem, a w jego głosie zabrzmiało niedowierzanie.

‒ Ale chyba nie zrobiłeś jej krzywdy? – upewnił się inny głos, tym razem z akcentem amerykańskim.

‒ Przynajmniej nie tak, jak jej zrobię, kiedy ją stad zabierzemy.

‒ Nigdzie jej nie zabierzemy. Zostanie tutaj – wtrącił ostro jeszcze inny głos.

‒ Widziała moją twarz.

Rozległy się przekleństwa, potem przez gwar przedarł się głos pierwszego mężczyzny.

‒ I tak bym ją zabrał, nawet gdyby nie mogła mnie zidentyfikować. Kimkolwiek jest, musi być coś warta, i nie zamierzam z tego rezygnować.

Wszyscy zaczęli mówić jednocześnie i rozróżnienie słów stało się niemożliwe, ale sedno sprawy było jasne. Na górze znajdowała się kobieta, najpewniej skrępowana, i mężczyźni kłócili się o to, co z nią zrobić.

W końcu jeden przekrzyczał wszystkich.

‒ Możecie sobie rozprawiać ile wlezie, ale dziewka jest moja i bierzemy ją ze sobą.

Zatrzasnął za sobą drzwi i wbiegł po schodach, na podeście kierując się na prawo.

Szansa. Gabriel bez namysłu wbiegł na schody, przeskakując po trzy naraz. Było tam z pół tuzina drzwi, ale tylko jedne otwarte.

Ostrożnie zajrzał do środka.

Mężczyzna stał pośrodku bladoniebieskiej sypialni, plecami do wejścia. Przed nim, z dłońmi przywiązanymi do wezgłowia łóżka, z zakneblowanymi ustami i kolanami przyciśniętymi do klatki piersiowej, leżała młoda kobieta o przerażonych oczach.

Nie czekając, Gabriel wpadł do środka i zadał bandycie cios w szyję gwarantujący natychmiastową utratę przytomności, wymierzony znakomicie, bo mężczyzna padł jak ścięty. Gabriel zdążył go tylko podeprzeć, żeby łomot nie zaalarmował jego kompanów poniżej.

Następnie rozpiął wodoszczelną kieszeń i wyciągnął scyzoryk. Kiedy przykucnął przy dziewczynie, podciągnęła nogi jeszcze bardziej i zabełkotała coś przez knebel.

‒ Nie zrobię ci krzywdy – powiedział spokojnie po angielsku. – Rozumiesz?

Jakoś zdołała skinąć głową.

Miał niejasne wrażenie, że jest w niej coś znajomego…

‒ Zaufaj mi – powiedział. – Nie mam nic wspólnego z tymi bandytami. Jeżeli krzykniesz, wpadną tu i zabiją nas oboje. Rozwiążę cię i uciekniemy, ale musisz mi przyrzec, że nie będziesz krzyczeć.

Znów kiwnęła głową, wyraźnie uspokojona. Zielone oczy patrzyły na niego, a on znów nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ją zna.

‒ Uciekniemy – powtórzył.

Usiadł na brzegu łóżka, rozciął jej knebel i natychmiast przyłożył palec do warg.

– Nie mamy czasu – ostrzegł. – Musimy wyjść przez okno, chyba że masz inny pomysł na ominięcie schodów.

Ruchem głowy wskazała drzwi za plecami.

‒ Okno garderoby – wychrypiała.

Domyślił się, że wysilony krzyk uszkodził jej struny głosowe. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie odniosła żadnych innych obrażeń i podziwiał jej przytomność umysłu.

Pomyślał o Paulu, kapitanie jachtu, który zapewne z niecierpliwością wyglądał jego powrotu. Sięgnął po telefon i wcisnął guzik połączenia.

‒ Paul, przyprowadź skuter wodny na północną przystań. – To była jedna z ewentualności, które brali pod uwagę, układając plan wyprawy.

Rozłączył się i rozciął więzy kobiety. Na nadgarstkach, tam, gdzie sznur bezlitośnie wbijał się w ciało, miała głębokie czerwone bruzdy.

Ogłuszony mężczyzna jęknął cicho i Gabriel z trudem zrezygnował z kopnięcia go w żebra. Zemsta dałaby mu satysfakcję, ale nie mogli już zmarnować ani chwili.

‒ Możesz chodzić? – spytał, pomagając dziewczynie wstać.

Była drobna, a z jasnymi, związanymi w kucyk włosami i dużymi zielonymi oczami przypominała lalkę porcelanową. Kiedy ją podniósł i poczuł zapach ogniska, przyjrzał jej się z bliska i zmienił zdanie. Nie lalka, tylko brudny łobuziak.

I nagle do niego dotarło, dlaczego wydawała mu się taka znajoma. Wciąż pamiętał drobną dziewuszkę z czasów swojego dzieciństwa, zawsze ubraną jak chłopak, która właziła na drzewa szybciej niż ktokolwiek inny i zeskakiwała z nich równie błyskawicznie.

To była jedyna córka Ignazia, Elena.

Ryzykował życie dla córki śmiertelnego wroga?

Była jego wrogiem, tak samo jak jej ojciec. Gabriel zamierzał doprowadzić Ignazia do upadku, a potem miał szczery zamiar zrobić to samo ze wszystkimi członkami jego rodziny.

Leżący na podłodze mężczyzna pojękiwał coraz głośniej. Elena wyglądała, jakby i ona chętnie kopnęła go w żebra.

‒ Znikajmy stąd.

Gabriel chwycił ją za rękę, starając się nie dotykać obolałych nadgarstków, i pociągnął do garderoby, o której wspomniała wcześniej.

Jakiekolwiek miał wcześniej plany wobec ich rodziny, nie potrafiłby się zdobyć na zostawienie bezbronnej kobiety na łasce i niełasce czterech uzbrojonych zbirów. Słyszał przecież, że zamierzali ją skrzywdzić. I choć nienawidził jej rodziny, nie życzył jej takiego losu.

Otworzył okno i wyjrzał na zewnątrz. Tak jak mówiła, biegł pod nim spadzisty dach.

Wydźwignął się na krawędź i stopami ostrożnie zbadał wytrzymałość.

‒ Chodź – zwrócił się do niej, kiedy już był pewny, że się pod nim nie załamie.

Pomijając gołe stopy, miała na sobie wygodny do ucieczki strój – czarne spodnie do pół łydki i luźny T-shirt khaki.

W milczeniu zsunęli się oboje do krawędzi dachu.

 

‒ Ratunek przybędzie od północy – powiedział, próbując ustalić strony świata w odniesieniu do miejsca umówionego spotkania. – Musimy pobiec w prawo.

Pokiwała głową, zręcznie zwiesiła się na rękach z krawędzi dachu i zeskoczyła na ziemię. Masywniejszemu Gabrielowi zajęło to trochę więcej czasu. Ona natychmiast zerwała się na nogi i pomknęła ku zaroślom. Zamiast w prawo, jak się umówili, skierowała się w lewo.

Gabriel puścił się krawędzi dachu i ciężko wylądował na ziemi, ale nawet się nie obejrzała. Gnała przed siebie, a długie jasne włosy rozwiewały się w pędzie.

Biegnij, Eleno, biegnij.

We wspomnieniach zobaczyła trzy domki na drzewach, zbudowane dla niej i jej braci. Gdyby tylko zdołała tam dobiec, byłaby bezpieczna. Ale choć pędziła jak wiatr, wciąż słyszała za sobą tupot stóp.

Gabriel Montegna, człowiek, którego mgliście pamiętała z dzieciństwa, przeraził ją równie mocno jak uzbrojeni mężczyźni w wakacyjnym domu jej rodziny. Podobno spędził dwa lata w amerykańskim więzieniu federalnym i próbował wmanewrować jej ojca w swoje kryminalne sprawki.

Jej azyl nadal był dość odległy, a za plecami wciąż dudniły ciężkie kroki. Raczej nie da rady uciec.

Początkowy strach zastąpił gniew. Na pewno nie pozwoli się złapać.

Zatrzymała się gwałtownie, obróciła na pięcie i całym ciężarem runęła na goniącego, co przypominało zderzenie ze ścianą.

Podstęp zadziałał tylko częściowo. Zaatakowany z zaskoczenia Gabriel potknął się i upadł, pociągając ją za sobą, ale błyskawicznie obrócił się na bok i przygwoździł ją do ziemi.

‒ Chcesz się zabić? – Jego gorący oddech owiewał jej twarz.

Bezskutecznie próbowała się uwolnić, ale był zbyt ciężki. W dodatku zerwał się niemal od razu i bezceremonialnie pociągnął ją za sobą. Próbowała się opierać, więc przerzucił ją sobie przez ramię i ruszył biegiem, bo od strony domu znów rozbrzmiały krzyki.

Elenę ogarnęła panika, jakiej nie odczuwała jeszcze nigdy, nawet wtedy, kiedy niespodziewanie zaskoczyła ją banda. Jednak pomimo upokarzającego potraktowania jak krnąbrnego dzieciaka, kiedy padły pierwsze strzały, podziękowała opatrzności za siłę i wytrzymałość Gabriela.

Nie miała pojęcia, jak długo biegł z nią przewieszoną przez ramię. Może kilka minut, może kilkadziesiąt, ale przez cały ten czas bandyci nie ustawali w pogoni na nimi.

W końcu dotarli na wybrzeże. Elena usłyszała dźwięk silnika i nagle znikąd pojawił się skuter wodny. Gabriel wdrapał się na niego.

‒ Ruszaj – krzyknął.

Ktokolwiek kierował skuterem, nie potrzebował dodatkowej zachęty i maszyna pomknęła po wodzie. Gabriel obrócił Elenę i usadowił pomiędzy sobą a prowadzącym skuter.

W ciągu kilku minut znaleźli się koło dużego jachtu i wpłynęli do luku bezpieczeństwa. Gabriel i towarzyszący im mężczyzna pomogli jej wysiąść.

‒ Wszystko w porządku? – Gabriel przyjrzał jej się uważnie.

Już otworzyła usta, żeby rzucić jakąś ciętą ripostę, kiedy nagle zupełnie osłabła. To był długi dzień. Przed oczami pojawia się mgła, skronie jej zwilgotniały i zemdlała.

ROZDZIAŁ DRUGI

Elena ocknęła się, owinięta ciężką kołdrą. Łóżko było bardzo wygodne i przez jakiś czas po prostu się tym delektowała. Wspomnienia napłynęły dopiero po chwili.

Dość mgliste, na razie. Pamiętała złe samopoczucie i silne ramiona, które ją niosły, a także lekceważenie jej protestów.

Gabriel Mantegna.

Porwał ją. A może uratował?

Chyba jednak to drugie. Wyrwał ją przecież z niewoli bandytów, którzy pomimo systemu zabezpieczającego zdołali wedrzeć się na wyspę. Niestety instynkt podpowiadał jej, że z nim nie będzie wcale bezpieczniejsza.

Uratował ją spod gradu kul i Bóg jeden wie, jak mu się to udało. Tylko co on właściwie robił na wyspie? Myśli kłębiły jej się w głowie, uniemożliwiając wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków.

Przypomniała sobie jeszcze jedno. Gabriel układał ją na łóżku i zapewniał po włosku, że powinna odpocząć. Fakt, że wciąż była ubrana, trochę ją uspokoił.

Wstała i przytrzymała się ramy łóżka, niepewna, czy zdoła ustać o własnych siłach. Potem podeszła do okna i odsunęła długie do ziemi zasłony. Do kabiny wlało się oślepiające światło. Otworzyła drzwi balkonowe. Najwyraźniej wciąż byli na Morzu Karaibskim. Płynęli bardzo wolno, ale płynęli.

Wyczuła ruch za plecami i odwróciła się. W drzwiach stała nieśmiało uśmiechnięta kobieta w mundurku pokojówki.

‒ Dzień dobry, panno Ricci – odezwała się po włosku. – Zje pani śniadanie?

Morskie powietrze pomogło jej pozbierać myśli. Marzyła o prysznicu i śniadaniu, ale przede wszystkim musiała się zobaczyć z Gabrielem i dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi.

‒ Proszę mnie zabrać do pana Mantegny.

Służąca kiwnęła głową i Elena wyszła za nią na szeroki korytarz i schodami do przestronnego salonu, gdzie stało pianino otoczone białymi skórzanymi sofami. Gabriel był na trzecim pokładzie. Ubrany tylko w płócienne szorty, siedział przy stoliku nad basenem i jadł owoce.

Na jej widok wstał.

‒ Dzień dobry, Eleno. Jak się czujesz?

‒ Lepiej, dziękuję – odparła chłodno.

Widok jego nagiej piersi przyprawił ją o rumieniec, więc pospiesznie odwróciła wzrok.

‒ Przestraszyłaś nas. Usiądź. Napijesz się kawy? Zjesz coś?

Usiadła naprzeciwko.

‒ Dzięki. Chętnie wypiję kawę z mlekiem.

Gabriel odwrócił się do pokojówki.

‒ Esmeraldo, proszę o kawę z mlekiem i brioszki dla naszego gościa, dla mnie czarną kawę.

Elena skorzystała z okazji, by mu się przyjrzeć. Poprzedniej nocy miał na sobie czarną piankę. Nie wątpiła, że jest świetnie zbudowany, ale jego widok w świetle dnia był powalający. Silny, umięśniony, mocno opalony, wyglądał na człowieka, który cieszy się życiem. A przecież w ciągu ostatnich lat miał ku temu niewiele okazji…

Zrobił na niej ogromne wrażenie, choć widywała już przecież nagich mężczyzn. Miała trzech starszych braci i męska fizyczność nie była dla niej tajemnicą.

‒ Bardzo ci jestem wdzięczna za uratowanie z rąk bandytów – powiedziała. ‒ Tylko nie rozumiem, co robiłeś na naszej wyspie. Jeżeli nie miałeś nic wspólnego z tą bandą, skąd wiedziałeś, że potrzebuję ratunku?

Podejrzewała jakieś ciemne sprawki. Odkąd Gabriel wyszedł z więzienia, konsekwentnie mścił się na jej rodzinie.

Przystojny i charyzmatyczny szef Mantegna Cars, skazany za oszustwo i pranie brudnych pieniędzy, nie tracił okazji, by kopać dołki pod jej ojcem. Przyznał się, a nawet wziął całą winę na siebie, choć tylko dlatego, by uchronić przed więzieniem swojego ojca, ale podobno jako prawdziwego winowajcę wskazał Ignazia Ricciego.

Ciemnobrązowe oczy popatrzyły na nią z namysłem.

‒ Usłyszałem twój krzyk. Tak się dowiedziałem, że ktoś jest w niebezpieczeństwie. Odśwież się teraz, a potem porozmawiamy.

Pod jego bacznym spojrzeniem znów się zarumieniła. W niezmienianym od kilku dni ubraniu, brudna i potargana, musiała wyglądać fatalnie.

‒ Powiedz mi przynajmniej, gdzie jesteśmy.

‒ W Zatoce Meksykańskiej. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, wczesnym wieczorem zawiniemy do Tampa Bay.

Miał nadzieję, że zasłabnięcie Eleny nie było niczym poważnym. Nie widział jej od dwudziestu lat, a pochłonięty zemstą na Ignaziu, nieomal zapomniał o jej istnieniu. Tymczasem uczucie do córki było chyba największą słabością jego wroga.

Ich ojcowie przyjaźnili się od dzieciństwa. Przyjaźń przetrwała, nawet kiedy Alfredo, ojciec Gabriela, wyjechał z Włoch do Stanów z żoną i synkiem. Z czasem Alfredo udostępnił przyjacielowi swoje amerykańskie kontakty, umożliwiając mu rozwinięcie własnej firmy.

Ich przedsiębiorstwa się uzupełniały, początkowo Ricci wytwarzał części do samochodów Mantegny, później, jakieś dziesięć lat temu, oba przedsiębiorstwa zostały połączone. Gabriel miał pewne wątpliwości do tej fuzji, ale zatrzymał je dla siebie. W końcu Ignazio był dla niego jak rodzina.

Mimo coraz bliższej współpracy, Ignazio zatrzymał swoją jedyną córkę we Włoszech. Gabriel spotkał ją zaledwie kilka razy, a zapamiętał jako niepokorną chłopczycę.

Ukochana dziewczynka tatusia odebrała wykształcenie domowe i żyła pod kloszem. Jako osiemnastolatka zaczęła pracować w firmie ojca i pozostała tam przez kilka lat, dopóki nie powierzono jej prowadzenia europejskiego oddziału firmy. Media wiedziały o niej niewiele, a i tak cała ich wiedza dotyczyła wyłącznie biznesu.

Wizyta w podziemiu kaplicy Riccich być może nie dostarczy dowodów mogących oczyścić nazwisko, ale spotkanie z Eleną powinno się okazać przydatne. W jej osobie znalazł broń, którą mógł ugodzić Ignazia znacznie dotkliwiej, niż tylko fundując mu areszt.

Na razie jednak nie było czego świętować.

‒ Muszę powiedzieć, że twoja obecność tutaj to dla mnie pewnego rodzaju dylemat – oznajmił.

Ściągnęła brwi i nie odwracała niezwykłych, zielonych oczu od jego twarzy.

‒ Mianowicie?

‒ Stwarza możliwości, jakich wcześniej nie brałem pod uwagę.

Nie powiedział więcej, bo podeszła do nich Esmeralda. Przyniosła kawę z mlekiem dla Eleny, czarną dla niego i półmisek brioszek. Elena nie zwróciła na jedzenie najmniejszej uwagi.

‒ Powiedz, o co chodzi.

‒ Wyjaśnij mi najpierw, dlaczego próbowałaś uciec.

‒ Bo wiem, że masz żal do mojego ojca i nienawidzisz naszej rodziny. Bałam się po prostu.

‒ Nie to słowo. Moja nienawiść do waszej rodziny sięga znacznie głębiej.

‒ To dlaczego mnie uratowałeś?

‒ Bo musiałbym być potworem, żeby cię zostawić w łapskach tych typów.

‒ Nie rozumiem, skąd tak ekstremalne uczucia.

‒ Czyżby?

Jako córka Ignazia musiała znać wszystkie jego tajemnice. I była winna tak samo jak on.

‒ Wyjaśnię ci.

Z teczki stojącej obok nogi stolika wyciągnął laptop.

‒ Pojechałem na wyspę szukać dowodów winy twojego ojca. Skopiowałem kilka dokumentów znalezionych w podziemiu kaplicy. Wydrukowałem je, tak będzie łatwiej czytać. To są ewidentne dowody, że firma Ricci pierze brudne pieniądze pochodzące z Brazylii.

‒ Kłamiesz.

‒ Sama zobacz – odparł, wzruszając ramionami. – Każdy prokurator uzna ten dowód za oczywisty.

W jej oczach pojawił się błysk, którego nie potrafił zinterpretować.

‒ Twój ojciec prowadzi firmę w Brazylii od ponad dekady, a wszystkie rachunki są w dolarach. To pozwoli amerykańskim śledczym wszcząć dochodzenie. Kiedy im podsunę ten dokument, rzucą się na was jak hieny na padlinę.

Sięgnęła po dokument i zaczęła go przeglądać.

Gabriel obserwował ją uważnie. Przez te wszystkie lata bardzo wyładniała. Uroda w połączeniu z raczej obcesowym zachowaniem i męskim stylem ubierania sprawiały, że wyglądała na mniej niż dwadzieścia pięć lat. Ostatniej nocy dowiodła nieustępliwości, realizując plan ucieczki pomimo przerażających okoliczności, które kogoś innego kompletnie by obezwładniły. A kiedy zrozumiała, że mu nie umknie, podjęła walkę. Gdyby był powolniejszy, mogłoby się jej udać.

Ale tamtym bandytom nie zdołałaby uciec. Nigdy by na to nie pozwolili, skoro widziała ich twarze.

Wiedział jedno. Jakikolwiek obrót przybierze ta rozmowa, nie może się pozwolić omamić tym wielkim zielonym oczom i zapomnieć, z kim ma do czynienia.

‒ Ktokolwiek wyprodukował te dokumenty, jest świetnym fałszerzem – powiedziała, kiedy skończyła czytać.

‒ Nie oszukuj się. Dokumenty są prawdziwe. Sam je sfotografowałem zeszłej nocy w podziemiach waszej kaplicy.

‒ Do której się włamałeś. – Popatrzyła na niego podejrzliwie. – A może byłeś w zmowie z tamtą bandą?

‒ Nie.

‒ Więc fakt, że znalazłeś się tam w tym samym czasie co oni, to czysty przypadek?

‒ Wcale nie. Wiedziałem, że tam będą. Czekałem na to od lat.

Tylko na niego patrzyła, kompletnie zaskoczona.

‒ Jak wiesz, więzienia są pełne kryminalistów. Nie wszyscy są dyskretni. Jeden się pochwalił bratem, członkiem gangu Cartera. Słyszałaś o nim?

Pokręciła głową.

‒ Zajmuje się kradzieżami na zlecenie. Podobno bierze dziesięć milionów dolarów za robotę.

Gwizdnęła cicho.

‒ Dla siebie okrada miejsca, o których wie, że znajdzie tam coś nielegalnego. Rzeczy, o kradzieży których z zasady nie powiadamia się policji. – Gabriel podparł się na złożonych na stole łokciach. – Łatwo było zasugerować robotę na wyspie pełnej nielegalnych dzieł sztuki wartych dziesiątki milionów dolarów.

 

‒ To kłamstwo.

‒ Carter uwierzył – odparł, wzruszając ramionami. – Uwierzył i przeprowadził drobiazgowe rozpoznanie. Wystarczyło czekać na jego ruch.

‒ A więc to ty sprowadziłeś tych bandytów na naszą wyspę.

‒ Ja tylko podrzuciłem pomysł. – Potarł dłonią nieogoloną szczękę. – Ciebie miało tu nie być. Zresztą nikogo. Carter zwlekał, bo wolał nie podejmować niepotrzebnego ryzyka.

‒ Skoro jesteś tak bardzo przekonany o winie mojego ojca, to dlaczego sam nie zaryzykowałeś? Dlaczego użyłeś bandy kryminalistów jako przykrywki?

Uśmiechnął się niewesoło.

‒ Spędziłem dwa lata w więzieniu i wierz mi, nie zamierzam tam wracać. Niech ryzykują specjaliści od ryzyka.

Zerwała się z krzesła, podbiegła do relingu i cisnęła dokumenty za burtę. Wiatr porwał je i poniósł w różne strony.

‒ Oto, co sądzę o twoich dowodach – burknęła, usiłując zapanować nad przerażeniem.

Wierutne kłamstwo. Jej ojciec nie był kryminalistą. Jakaś część jego kolekcji mogła pochodzić z nielegalnych źródeł, ale z całą pewnością był jak najdalszy od oszustw i prania brudnych pieniędzy. Był dobrym, kochającym ojcem; sam wychował trzech synów i córkę, bo ich matka zmarła, kiedy Elena była dzieckiem.

‒ Mam ich dużo więcej – powiedział obojętnie. – Jeden telefon i FBI roześle za nim listy gończe.

‒ Dlaczego mieliby ci uwierzyć? Siedziałeś w więzieniu, a dowody zostały pozyskane nielegalnie. Żaden sąd nie weźmie ich pod uwagę.

‒ Wystarczy, żeby sprawa ruszyła z miejsca. Wszyscy jesteście pod obserwacją, a władze tylko czekają na sprzyjający moment. Gdyby jednak dowody nie mogły zostać wykorzystane w sądzie, zostaną rozesłane anonimowym mejlem po całym świecie. Wtedy będziecie skończeni.

Elena z całych sił starała się powstrzymać łzy.

Komukolwiek Gabriel zapłacił za sprokurowanie tych dokumentów, naprawdę sprawiały wrażenie autentycznych. Jej bliscy żyli w aurze oskarżeń, odkąd Gabriel wyszedł z więzienia i rozpoczął swoją szeptaną kampanię przeciwko nim. Przy czym bardzo dbał o to, by nie przekraczać granicy oszczerstwa.

Działy się też inne rzeczy, na pozór mniej istotne; inwestorzy wycofywali się z umów w ostatniej chwili, banki żądały skrupulatniejszej kontroli dokumentów. Drobne incydenty mogące ujść uwadze, ale jednak świadczące, że ktoś jątrzył przeciwko nim.

‒ Nienawidzisz nas, bo mój ojciec nie stanął w obronie twojego, kiedy pojawiły się pierwsze oskarżenia? To jest powód?

Wybuchnął śmiechem i był to najbardziej gorzki śmiech, jaki w życiu słyszała.

‒ Świetnie ci idzie udawanie niewinności.

‒ Wszyscy wiedzą, że nasi ojcowie współpracowali. A mój został przesłuchany i nie znaleziono dowodów przeciwko niemu.

‒ Nie znaleziono, bo skierował podejrzenia na mojego. FBI od lat próbuje coś na niego znaleźć. Nasi ojcowie współpracowali, bo twój na to nalegał. W ten sposób mógł skrywać swoje ciemne sprawki za przyzwoitością mojego. Wykorzystał jego zaangażowanie, dobroć i lojalność wobec starego przyjaciela, a potem go wrobił.

‒ A dowody? To tylko paskudne insynuacje i oskarżenia.

‒ Wiem, że istnieją, i na pewno je znajdę.

‒ Albo sfabrykujesz.

Jej ojciec od dawna przechowywał dokumenty w podziemiu kaplicy. Wykorzystał po prostu najbezpieczniejsze miejsce, jakie miał do dyspozycji.

‒ Dokumenty, które skopiowałem zeszłej nocy, są prawdziwe. FBI tylko czeka na coś takiego.

‒ To fałszywki.

‒ Wiesz, że nie. Sama tkwisz w tym po szyję.

‒ Nieprawda. – Chciało jej się wyć, bo cała ta rozmowa była groteskowa.

‒ Prawda. Ale macie jeszcze szansę. Przy odrobinie dobrej woli możesz uratować ojca od ruiny finansowej i wyroku więzienia.

‒ Mów.

‒ Aby zapewnić swojej rodzinie bezpieczną przyszłość, będziesz musiała zrobić tylko jedno: wyjść za mnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?