Uwięziona w raju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Uwięziona w raju

Tłumaczenie

Małgorzata Świątek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Emily Richardson dała nura pod rusztowanie przed wejściem do wytwornego budynku w samym centrum Londynu, minęła przestronne atrium i udała się w stronę szerokiej klatki schodowej. Gdy dotarła na drugie piętro, skręciła w lewo, doszła do końca korytarza i nacisnęła guzik windy. Dopiero kiedy weszła do środka, a drzwi się za nią zamknęły, pozwoliła sobie na głęboki oddech.

Uniosła brwi, ujrzawszy swoje odbicie w lustrzanej ścianie. Służbowe garsonki to nie był jej styl, szczególnie te pochodzące z lat osiemdziesiątych. Miała wrażenie, że się dusi, a czarne szpilki jeszcze pogarszały sprawę.

Musiała jednak pasować do tego biurowca, by nikt się za bardzo nie przyglądał. Jej typowy strój rzucałby się w oczy, zostałaby rozpoznana, zanim postawiłaby nogę na progu budynku. Nawet teraz musiała być ostrożna. Zrobiła odpowiednie rozeznanie, kiedy wejść – nie za wcześnie, aby nie wzbudzać podejrzeń, i nie za późno, żeby nie spotkać ludzi, których chciała uniknąć. Na razie wszystko szło jak po maśle.

W tej specjalnej windzie należało wstukać odpowiedni kod. Emily znała go i już po chwili stała na najwyższym piętrze, gdzie znajdowały się biura kadry zarządzającej Bamber Cosmetics International lub, jak brzmiała ich nowa nazwa, Virszilas LG.

Największe z biur należało do Saszy Virszilasa. Dzisiaj Virszilas był w Mediolanie.

W przeciwieństwie do reszty budynku prace remontowe na ostatnim piętrze miały się dopiero rozpocząć. Podeszła do skromnych drzwi, otwieranych kartą magnetyczną. Emily miała taką kartę, „wypadła” z portfela jej ojca.

Otworzyła drzwi prowadzące do dużego przestrzennego biura dyrekcji. Odetchnęła z ulgą, gdy okazało się puste. Przeszła przez środek, lekko kołysząc pustą, czarną teczką. Doskonale. Właśnie pokonała biuro sekretarek zarządu.

Zaskoczyło ją, że gabinet pana Virszilasa nie był zamknięty. Biorąc pod uwagę, jak dbał o bezpieczeństwo, zakładała, że pokój będzie raczej obłożony materiałami wybuchowymi na wypadek, gdyby jakiś intruz ominął zwyczajne środki ochrony.

Może Virszilas nie był aż takim paranoikiem, jak jej powiedziano.

Uchyliła drzwi na centymetr i delikatnie zapukała. Jeśli nie ma szczęścia i właśnie jedna ze sprzątaczek tam sprząta, przeprosi i powie, że się zgubiła. Pukanie nie wywołało żadnej reakcji.

Weszła z bijącym sercem. Wiedząc, że ma niedużo czasu, rozejrzała się szybko, sięgnęła do tylnej kieszeni spódnicy i wyciągnęła kartę pamięci.

Według jej źródła Sasza Virszilas miał identyczny laptop w każdym ze swoich biur na świecie. Jeśli źródło było wiarygodne, laptop na biurku dawał dostęp do wszystkich plików tworzonych przez każdy departament każdego przedsiębiorstwa będącego własnością Virszilas LG. Laptop zawierał dane mogące oczyścić imię jej ojca.

Rozglądając się wokół, stwierdziła, że Virszilas utrzymywał najschludniejsze biuro w historii świata. Każdy element był na swoim miejscu, bez kurzu i okruszków. Papiery i przybory ułożono na wypolerowanym hebanowym biurku z militarną precyzją. Pod dużym oknem leżał laptop i coś, co wyglądało na plik dokumentów.

Laptop był otwarty i, ku jej zaskoczeniu, wystarczyło wcisnąć przycisk, by natychmiast odpalił.

Ściągnęła brwi. Czyżby zapomniał go wyłączyć? Z tego, co wiedziała o tym mężczyźnie, wydawało się to niedorzeczne.

Nieważne, nie będzie darowanemu koniowi zaglądać w zęby. Miała nadzieję, że gwiazdy jej sprzyjają. Włączony laptop podarował jej jakieś dwie minuty.

Włożyła kartę pamięci, przycisnęła kilka klawiszy i rozpoczęła proces. Teraz -tylko czekać. Jeśli wierzyć obliczeniom kolegi hakera, wszystkie dane zawarte w laptopie powinny się dać skopiować w sześć minut.

Niebieski plik dokumentów obok laptopa był gruby na dobrych kilka centymetrów. Podniosła okładkę. Czerwony napis na pierwszej stronie głosił: „Prywatne i poufne”.

Zaczęła czytać…

– Kim, do cholery, jesteś i co robisz w moim biurze?

Zamarła. Dosłownie. Nieruchome ręce zastygły nad dokumentami.

Odwróciła się i napotkała kamienne spojrzenie Saszy Virszilasa.

– To ty – syknął. Zimne szare oczy zwęziły się.

Nie wiedziała, co było większym szokiem: czy to, że złapał ją na gorącym uczynku, czy że ją rozpoznał. Gdy spotkała go pierwszy raz, wyglądała zupełnie inaczej.

Z wielkim wysiłkiem zmusiła się, by zachować spokój. Nie był to moment, by ujawniać niechęć czy nienawiść. Spotkała go sześć tygodni temu, na imprezie wydanej z okazji nabycia Bamber Cosmetics przez Virszilas LG. Emily przyszła tam dla ojca, który po niedawnej śmierci żony stał się kłębkiem nerwów; jego obecność jednak jako członka zarządu była wymagana.

Kiedy przy prezentacji uścisnęła dłoń Saszy, popatrzył na nią z lekką wzgardą i przeniósł wzrok na następną osobę. Gdyby chciało mu się poczekać i porozmawiać z nią, mogłaby przeprosić za niewłaściwy strój i wyjaśnić, że przybiegła prosto z pracy i nie miała czasu na zmianę ubrania. Wracała z pokazu mody; jej obowiązkiem było pracować w takim stroju. Emily i ojciec z grzeczności spędzili wówczas na przyjęciu godzinę.

Wątpiła, by ucieczka z biura Saszy Virszilasa okazała się teraz możliwa.

– Zadałem pytanie, panno Richardson. Radzę odpowiedzieć.

– Ale właśnie odpowiedziałeś na pytanie, kim jestem – odparła hardo. Tu, w biurze, wyglądał na większego. Wysoki i muskularny, co podkreślały biała koszula i nienagannie skrojone spodnie… I ta twarz… wyrzeźbiona doskonałość.

– Nie pogrywaj ze mną. Co robisz w moim biurze?

Zerknęła na laptop. Ze swojego miejsca Sasza mógł widzieć tylko górną pokrywę. Nie mógł zobaczyć karty pamięci. Jeśli dopisze jej szczęście, da radę uciec z danymi.

Udając nonszalancję, pochyliła się tak, by jej piersi spoczęły na biurku.

– Przechodziłam i pomyślałam, że wpadnę zobaczyć, jak ci idzie. – Gdy mówiła, wysunęła lekko palce, oparła je o kartę pamięci i wyciągnęła ją, chowając w dłoni.

Jeśli zobaczył, co zrobiła, nie dał po sobie poznać.

Wstała i niedbale włożyła rękę w tylną kieszeń, uwalniając kartę.

– Jak widzę, wszystko jest fantastycznie, więc zostawię cię już samego.

– Nie tak szybko. Zanim pozwolę ci wyjść, opróżnij kieszenie.

Angielski Saszy był bardzo dobry, jednak w akcencie słychać było ślad rosyjskiego dziedzictwa. Głęboki głos, z nutą chropowatości, wywoływał gęsią skórkę.

– Nie ma szans – odparła, okrążając powoli biurko i przybliżając się do wyjścia. W duchu przeklinała, że nie zwróciła baczniejszej uwagi na drzwi wewnętrzne, przez które zapewne wszedł. Widziała je kątem oka, gdy włamywała się do biura, ale ledwo je zarejestrowała.

– Powiedziałem, opróżnij kieszenie.

– Nie. – Tęsknie zerknęła w kierunku drzwi. W czasach szkolnych była zwinnym biegaczem. Miała połowę jego wzrostu i pomyślała, że pewnie jest szybsza…

W najmniejszym stopniu nie zdziwiło go, gdy rzuciła się do ucieczki, dobiegła do drzwi i pociągnęła za klamkę.

– Są zablokowane – powiedział spokojnie.

– Właśnie widzę – warknęła.

– Nie otworzą się, dopóki nie nacisnę przycisku, by zwolnić blokadę, a nie zrobię tego, dopóki nie oddasz mi zawartości kieszeni.

Spojrzała na niego. Miała ładną twarz w kształcie serca, zdradzającą zadziorny charakter.

Nie rozpoznał jej na podglądzie z kamery, z którego korzystał na małym ekranie w prywatnym pokoju. Kiedy spotkał ją na przyjęciu, miała na sobie długą, czarną koronkową suknię, czarne buty motocyklowe i ciemny, teatralny makijaż. Czerń ubioru wybitnie kontrastowała z jej porcelanową cerą.

Inne kobiety obecne na powitalnym party włożyły w kreacje sporo wysiłku, Emily chyba się tym nie przejęła. Była doskonałą gotycką panną młodą.

Dziś miała na sobie zwykły strój biznesowy – granatowy żakiet i spódnicę do kolan oraz pasującą do tego delikatną kremową bluzkę. Na stopach proste czarne czółenka. Tylko jej ciemnobrązowe oczy rozpoznałby wszędzie…

Wyciągnął rękę i czekał. Jeśli to konieczne, będzie czekał cały dzień.

Emily wsunęła rękę do tylnej kieszeni. Coś stamtąd wyjęła, upuściła mu na dłoń i stanęła z dala.

Tak jak podejrzewał: karta pamięci.

Zajął swój fotel i skrzyżował ręce na piersi.

– Usiądź.

Przesunęła krzesło na drugą stronę biura, jak najdalej od niego.

– Emily, to jest czas, żebyś zaczęła mówić. Dlaczego chciałaś wykraść dane z mojego laptopa?

– Dlaczego tak myślisz? Próbuję udowodnić, że mój ojciec jest niewinny.

– Wykradając dane?

– Musiałam coś zrobić. Według moich źródeł nawet nie rozpocząłeś śledztwa w sprawie zaginionych pieniędzy, o których kradzież go oskarżyłeś. Stres uczynił go poważnie chorym.

Zrobi wszystko co w jej mocy, aby oczyścić imię ojca. Wszystko. Dobrze wiedziała, że sama nie jest wystarczającym powodem, dla którego ojciec uwierzyłby na nowo w sens życia. Już jako dziecko widziała, jak wpadał w depresję i całymi tygodniami pozostawał w łóżku. Przerażający stan. Tylko matka potrafiła go z niego wydostać. Ale teraz ona nie żyje. W ciągu trzech miesięcy ojciec stracił żonę i został zawieszony w pracy, z której był tak dumny. Wisiała nad nim groźba więzienia. Emily obawiała się, że może popełnić samobójstwo. Raz niemal mu się udało.

Utrata matki była dla Emily tragedią. Świeżą, otwartą raną, której nie mogła zaleczyć, kiedy zdrowie ojca było tak niepewne. Gdyby jego też straciła…

 

Sasza zebrał dokumenty, które przeglądała, zanim ją przyłapał.

Więc ma kreta w firmie? Później pomyśli, co z tym zrobić. Teraz ma ważniejszą sprawę na głowie: ile przeczytała? Nie wiedział, jak długo była w gabinecie, zanim zauważył ją na monitorze. Pewnie z dziesięć minut, bo tyle go nie było. Wystarczająco, by dowiedziała się o rzeczach, które powinny zostać w ukryciu.

– Zaraz poruszymy temat twojego ojca – powiedział. – W międzyczasie powiedz mi, o czym czytałaś. I nie zaprzeczaj, byłaś pogrążona w lekturze.

Przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, tylko przyglądała mu się, mrużąc oczy. Jakby go oceniała…

– Nie za dużo. Tyle tylko, że firma o nazwie RG Holdings wykupuje Pluszenkę.

Pluszenko to rosyjska firma jubilerska, której wyroby były uważane za jedne z najbardziej luksusowych na świecie. Marka Pluszenki rywalizowała ze słynnym rosyjskim jubilerem Fabergé. W ostatnich latach klejnoty straciły wiele ze swego blasku i sprzedaż była ułamkiem tego, co sprzedawano dziesięć lat temu.

W największej tajemnicy Sasza, stojąc na czele RG Holdings, szykował się do wykupu firmy.

– Aha, i czytałam, że jesteś właścicielem RG Holdings. Jednak twoje nazwisko nie pojawia się w oficjalnych dokumentach między RG i Pluszenko.

Zmarszczyła brwi, próbując sobie coś przypomnieć, a potem rozchyliła wargi w uśmiechu.

– Co ja takiego jeszcze czytałam? Coś jakby: „Warunkiem jest, aby Marat Pluszenko nie wiedział o zaangażowaniu w wykup Saszy Virszilasa”. Czy o to chodzi?

Tylko z największym wysiłkiem udało mu się utrzymać nerwy na wodzy, choć żołądek skoczył do gardła.

– To oczywiste, że wykup jest dla ciebie ważny i trzeba zachować to w tajemnicy. Proponuję umowę: jeśli zgodzisz się wycofać groźby działań prawnych wobec mojego ojca, zatrzymam szczegóły transakcji z Pluszenką dla siebie.

Zacisnął palce na w dokumencie.

– Myślisz, że możesz mnie szantażować?

Nonszalancko wzruszyła ramionami.

– Możesz nazwać to szantażem, ale wolałabym o tym myśleć jak o umowie. Oczyść imię mojego ojca. Chcę dostać na piśmie, że zwolnicie go od ewentualnych opłat. Albo wszystko wyśpiewam.

Emily widziała, jak zacisnął pięści, jak ​​walczył, by zachować zimną krew.

Jakim sposobem sama utrzymywała nerwy na wodzy, nie wiedziała. Nigdy nie była słodkim kwiatuszkiem, ale też nie prowadziła z nikim wojny.

Stanąć naprzeciw tego potężnego człowieka – człowieka zdolnego do zniszczenia jej ojca, do zniszczenia jej samej – i wygrywać z nim… To było silne przeżycie.

– Mogę sprawić, że cię za to aresztują – odezwał się niskim i groźnym głosem.

– Spróbuj. – Pozwoliła sobie na uśmieszek. – Będę miała prawo do rozmowy telefonicznej. Myślę, że skontaktuję się z firmą Shirokov. Tak ją wymawiasz? Sprawdzę, czy byliby zainteresowani reprezentowaniem mnie.

Powstrzymał wybuch wściekłości. Shirokov była firmą reprezentującą Marata Pluszenkę.

Odważyła się mu grozić i szantażować go? Ta mała czarownica z językiem tak pokrętnym jak jej włosy śmie myśleć, że może go zastraszyć?

Spędził dwa lata, starając się, aby umowa doszła do skutku. W celu uniknięcia podejrzeń kilka miesięcy temu kupił nawet Bamber Cosmetics, jako przykrywkę. A teraz Emily Richardson miała moc posłać to wszystko w diabły!

Jeśli Marat Pluszenko usłyszałby, że Sasza stoi za RG Holdings, zrezygnowałby z transakcji, nie oglądając się za siebie. I wielka firma, którą Andriej Pluszenko zbudował od zera, poszłaby na dno.

Mógł zaufać tej kobiecie? To było pytanie.

Nie miał wątpliwości, że jej działaniom, w tym kradzieży danych, towarzyszyła chęć udowodnienia niewinności ojca. Prawie ją za to podziwiał.

Ale pod tym wszystkim wyczuwał w niej dzikość. Widział to w ciemnych oczach. To była kobieta na krawędzi.

Właśnie odpowiedział sobie na pytanie. Nie, nie mógł jej zaufać.

Dokładnie za tydzień zaplanowano podpisanie umowy z Pluszenką. Siedem dni, podczas których musiałby się zastanawiać i martwić, czy dziewczyna naprawdę jest w stanie trzymać buzię na kłódkę. Pod artystyczną duszą, której nawet zwykły strój nie mógł ukryć, czaił się przenikliwy, dociekliwy umysł. Przenikliwy umysł i gotowość na wszystko mogą być zabójczą kombinacją.

Umowa była wszystkim. Musi się udać.

Minęło osiem lat, odkąd odwrócił się od rodziny. Jest już za późno, aby zadośćuczynić człowiekowi, który wychował go jak własnego syna, ale można przynajmniej uratować dziedzictwo po nim. I uzyskać w końcu wybaczenie matki.

I z tego powodu Emily musi zniknąć…

ROZDZIAŁ DRUGI

Emily nie podobał się sposób, w jaki ją oceniał. Strasznie denerwował ją ten bezruch. Wręcz wytrącał z równowagi.

Po trwającej wieczność chwili Sasza oparł się łokciami o blat stołu i splótł palce.

– Więc, panno Richardson, myślisz, że możesz mnie szantażować? Nie przestraszę się i nie zniszczę czegoś, nad czym pracowałem dwa lata. Nie poddam się szantażowi. Nie, to pani, panno Richardson, będzie musiała zniknąć.

Z miejsca się wyprostowała. Pokręciła głową, niepewna, czy dobrze go usłyszała.

– Co? Sprawisz, że zniknę?

– Nie w tym sensie – powiedział, patrząc na pobladłą twarz.

Za kogo ona mnie bierze?

– Nie mogę ryzykować ujawnienia specyfiki tej transakcji, więc musisz zniknąć na tydzień.

Znał do tego idealne miejsce.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, z odrobiną ulgi, że prawdopodobnie nie zniknie w drewnianej skrzyni.

– Chyba nie mówisz poważnie?

– Ja zawsze jestem poważny.

– W to nie wątpię. Ale ja nigdzie się nie wybieram.

– Wybierasz się. Zgodzisz się zniknąć na tydzień, a w zamian oczyszczę twojego ojca.

Wiedział, że trzeba dać jej coś w zamian. Zaproponował to, widząc, jak bardzo chce przywrócić dobre imię ojca. Chodziło o kradzież stu pięćdziesięciu tysięcy funtów. Firmowe pieniądze zniknęły.

Emily analizowała sytuację. Ten człowiek domagał się od niej jakichś szalonych rzeczy, ale wyraz chłodnych szarych oczu mówił, że nie blefuje.

– Nie mogę tak po prostu odejść… mam zobowiązania…

– Nie myślałaś o nich, gdy włamywałaś się do biura.

– Przewidywałam utratę co najwyżej dwóch dni, gdyby przyłapała mnie ochrona. Ciebie się nie spodziewałam. Powiedziano mi, że jesteś w Mediolanie.

– Naprawdę byłaś bardzo dobrze poinformowana.

Cudowne usta wygięły się w udawanym uśmiechu. Zaraz, cudowne usta? Czyżby stres zaćmiewał jej umysł?

– Ale nie bój się, dowiem się, kto jest twoim źródłem.

Rzuciła mu uśmiech w stylu „to ty tak myślisz”.

Nigdy nie sprzedałaby przyjaciela, zwłaszcza człowiekowi tak niebezpiecznemu jak Sasza Virszilas, rujnującemu reputację i zdrowie ludzi dla zabawy.

Sasza wstał i spojrzał na zegarek.

– Dam ci pięć minut na podjęcie decyzji. Wolność ojca za twoją.

– Ale dokąd miałabym pojechać?

– Znam takie miejsce. Jest na uboczu i jest bezpieczne.

Otworzył drzwi łączące biuro z jego prywatnymi pomieszczeniami i zostawił ją samą.

Zakładał, że dziewczyna się zgodzi, ponieważ dostanie dokładnie to, po co przyszła. Napisał kilka mejli do swoich sekretarek i asystentek. Równocześnie zastanowił się nad sposobem przyspieszenia formalności dla Emily i opłaceniem tak zwanych dodatkowych kosztów.

Prace nad wykupieniem Pluszenki były już na finiszu. Wszystkie negocjacje zakończono przed terminem, teraz prawnicy dopieszczali szczegóły techniczne. Saszy zostawało już tylko podpisanie ostatecznej umowy. Jednak… Wolałby być na miejscu, w Londynie, na wypadek jakiegoś nagłego kryzysu, a nie w drodze z jakąś szantażystką i złodziejką.

Drzwi łączące z gabinetem otworzyły się nagle. Emily bez pardonu wparowała do prywatnych pokoi. Miała zmierzwione włosy opadające na twarz i plecy, po eleganckim koku nie było śladu.

Bez żadnych wstępów rzuciła:

– Jeśli się zgodzę na to porwanie, chcę na piśmie, że uwolnisz ojca od wszelkich oskarżeń.

– Już się na to zgodziłem.

– Chcę pisemnej gwarancji. Wątpię, by kiedykolwiek był w stanie wrócić do pracy, więc chcę, żeby zostały mu wypłacone pieniądze, których mu odmówiono, gdy go oskarżono. I chcę, żeby dostał przyzwoitą odprawę, powiedzmy ćwierć miliona funtów.

Zszokowany kręcił głową z niedowierzaniem.

– Twoje wymagania są absurdalne.

Buntowniczo wzruszyła ramionami.

– Tego chcę. Jeśli zgodzisz się na moje wymagania, ja zgodzę się na twoje.

– Myślę, że zapomniałaś, kto rozdaje karty. To nie przyszłość mojego ojca wisi na włosku.

– Racja. Ale tajemnica twojego udziału w sprawie Pluszenki jest zagrożona. – Jej twarz przybrała wyraz fałszywej słodyczy. – Albo zgodzisz się na moje żądania, albo wyśpiewam wszystko światu. Możemy to nazwać obopólnie korzystnym interesem lub, jeśli wolisz, wzajemnie korzystnym szantażem.

Emily nigdy wcześniej nie spotkała się z tak jawnie okazaną przez rozmówcę odrazą. Postanowiła, że nie będzie się kulić ze strachu.

Nie obchodziły jej jego motywy dotyczące wykupu, wiedziała tylko, że było to coś więcej niż transakcja biznesowa. Nie, dla Saszy Virszilasa wykup był sprawą osobistą. A skoro wykorzystywał jej emocje dla własnych celów, to i ona mogła użyć jego emocji dla swojego dobra – lub, w tym przypadku, dla dobra ojca.

Teraz piłeczka była po jego stronie.

Po dłuższej chwili odpowiedział:

– Zgadzam się na twoje żądania odnośnie ojca, ale znikniesz do czasu, aż wykup dobiegnie końca. Jeśli jednak w tym czasie komuś się wygadasz, nasza umowa będzie nieważna, a ja osobiście zniszczę was oboje.

Sasza zatrzymał samochód przed domem na przedmieściach Londynu.

– Mieszkasz tu?

Przytulny domek nie był tym, czego się po niej spodziewał.

– To dom ojca – odparła. – Wynajęłam moje mieszkanie i wróciłam tu miesiąc temu.

– To pewnie krok wstecz, zamieszkać znowu z rodzicami.

Utkwiła w nim twarde spojrzenie.

– Nie udawaj, że mnie znasz albo że wiesz coś o moim życiu. Daj mi dwadzieścia minut. Muszę załatwić kilka spraw i wziąć swoje rzeczy.

Otworzył drzwi, po czym przyjrzał jej się wnikliwie.

– Idę z tobą.

– Na pewno nie.

– Nie masz wyboru. Dopóki nie dotrzemy do celu, nie spuszczę cię z oka.

W jej oczach pojawiły się iskry.

– Żeby było jasne, jeśli cokolwiek powiesz lub zrobisz, by urazić mojego ojca, to nasza umowa idzie do kosza.

– Wtedy będziesz miała do czynienia z konsekwencjami.

– Tak samo jak ty.

Jej twarz straciła nagle hardość, stała się nieomal delikatna, dziecinna.

– Proszę. On jest w bardzo złym stanie. Prawdopodobnie nawet go nie zobaczysz, ale jeśli tak, to, proszę, bądź miły.

– Nie powiem nic, co mogłoby go zdenerwować. – Zanim się zorientował wyskoczyła z samochodu.

– Chodźmy więc – rzuciła.

– Tato? – zawołała, krzycząc na schodach. – To ja. Będę za chwilę z filiżanką herbaty.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła do dużej kuchni połączonej z jadalnią, wstawiła czajnik i sięgnęła po telefon.

Zanim zdążyła wybrać numer, Sasza chwycił ją za rękę.

– Do kogo dzwonisz?

– Do brata. Mówiłam ci, że muszę wszystko ogarnąć. Zabieraj rękę.

Nie ufając jej ani trochę, cofnął się o krok, ale stanął na tyle blisko, by przerwać połączenie, gdyby czegoś próbowała.

– James? – powiedziała do słuchawki. – To tylko ja. Słuchaj, przepraszam, że tak nagle, ale musisz przyjść i zostać z tatą przez następny tydzień, a nie tylko dzisiaj.

Ze zniecierpliwionego tonu i z tego, w jaki sposób nadymała policzki, można było wywnioskować, że nie była zadowolona z odpowiedzi brata.

Myśli Saszy powędrowały do człowieka, którego zawsze uważał za brata, a który odziedziczony po ojcu biznes prędzej sprzedałby diabłu niż jemu. Podczas gdy Sasza roztaczał nad bratem parasol ochronny, Marat nigdy nie krył swej niechęci. Kiedy Sasza zachorował i śmierć nad nim wisiała, Marat życzył mu tej śmierci.

Emily zakończyła rozmowę słowami:

– Mandy może wpaść na trochę raz czy dwa razy, gdybyś potrzebował wyjść. Proszę cię tylko, żebyś przychodził przez tydzień. Nic ci się nie stanie. Amsterdam nie zniknie przez tydzień.

Skończyła połączenie i natychmiast ponownie umieściła słuchawkę przy uchu, wybierając kolejny numer. Tym razem przekazała, że ​​to nagły wypadek i poprosiła rozmówcę o poinformowanie jakiegoś Huga, że potrzebuje wziąć tydzień wolnego.

 

– Skończyłaś? – zapytał, gdy odłożyła słuchawkę.

– Tak.

– Nie dzwonisz do chłopaka? – Nawet nie próbował ukryć sarkazmu.

W odpowiedzi rzuciła spojrzenie zimne jak lód.

– Nie – odwróciła się, by wyłączyć czajnik.

Trzymając się blisko, wszedł za nią po schodach. Kiedy dotarli do szczytu, odwróciła się do niego.

Tym razem szepnęła, doskonale przekazując niechęć do niego:

– To pokój ojca. Nie wchodź tam. Jeśli cię zobaczy, mogą go ponieść emocje.

– Więc trzymaj drzwi otwarte. Chcę słyszeć, co mówisz.

– Nie zrozumiesz naszej rozmowy.

Otworzyła drzwi i przekroczyła próg sypialni. Zasłony były zaciągnięte, panował półmrok.

– Cześć, tato – powiedziała tak łagodnym głosem, że łatwo mógłby uwierzyć, że to mówi ktoś inny. – Zrobiłam ci herbatę.

Sasza patrzył, jak podeszła do okna i odsłoniła zasłony.

– Wpuśćmy tu trochę powietrza – powiedziała tym samym łagodnym tonem, otwierając okno. – Jest piękny dzień.

Strumień światła wpadający do pomieszczenia pozwolił Saszy dostrzec duże lustro na ścianie, co dało doskonały widok na postać w łóżku.

Malcolm Richardson w niczym nie przypominał mężczyzny sprzed miesiąca. Wyglądał, jakby się postarzał o dwie dekady. Sasza poczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku.

Nie trwało długo, zanim ponownie do niego dołączyła.

– Przyjrzałeś się? – syknęła, przechodząc obok.

– Nie bądź śmieszna – warknął przez zaciśnięte zęby. – Kiedy zjawi się twój brat?

Nie przesadzała. Ojciec był naprawdę w złym stanie.

– Gdy tylko zakończy spotkanie.

– Potrafi zadbać o ojca?

– Tak. Prowadzi własną działalność gospodarczą. Jest doradcą finansowym i sam ustala swój grafik.

– Musimy się pospieszyć – powiedział, starając się ignorować natarczywe kłucie w brzuchu. Nie mógł przecież pozwolić Emily na pobyt tutaj. Ryzyko było zbyt duże.

– Mamy przed sobą lot.

– Zabierasz mnie za granicę?

– Tak.

– Spodziewałam się, że ukryjesz mnie w jakimś lochu.

– Kusząca myśl.

Otworzyła drzwi z gniewną miną.

– Możesz wejść, ale tylko dlatego, że nie chcę, by tata cię zauważył.

Wzięła głęboki oddech i wpuściła go do pokoju.

– Zebranie potrzebnych rzeczy zajmie mi trochę czasu – powiedziała, kręcąc się nerwowo. – Możesz usiąść.

– Niby gdzie? – zapytał. Mały fotel w rogu był zawalony starymi ubraniami, które planowała zastąpić nowymi.

– Na podłodze? – zasugerowała z fałszywą słodyczą, szarpiąc otwarte drzwi szafy i ciesząc się, że zdołała ukryć palące ze wstydu policzki.

Ignorując jej sugestię, Sasza zebrał garść ubrań i stworzył zgrabny stos na podłodze. Uniósł brwi, a następnie ostrożnie usiadł.

– Mogę wiedzieć, jaka pogoda tam będzie?

– Będzie gorąco. – Pochylił się lekko do przodu, opierając łokcie na udach i pokazując opalone przedramiona. – Nie lubisz słońca?

– Skóra mnie od niego swędzi – odparła.

Rzut oka na jego ramiona sprawiło, że krew jej stężała. To z kolei wprawiło ją w zakłopotanie, otworzyła więc szufladę, zebrała naręcze bielizny i nonszalancko wrzuciła do walizki.

– Muszę się przebrać – powiedziała, gdy spakowała już wystarczająco dużo ubrań.

Zmierzył ją chłodnym spojrzeniem, po czym obrócił się na krześle. W innych okolicznościach wyszedłby z pokoju i dał jej trochę prywatności. W tej sytuacji nie mógł. Starał się, nie słuchać dźwięku rozsuwania zamka błyskawicznego i szelestu zrzucanych ubrań. Z determinacją skupił myśli na dziennych notowaniach akcji. Skoncentrować się na czymś. Nie myśleć o tym, co się dzieje za nim, gdzie się rozbiera… Nie może sobie pozwolić na takie myśli.

– Skończyłam.

Obrócił się na krześle.

Przebrała się w długą czarną sukienkę z cienkimi rękawami, a strój biznesowy zawiesiła na wieszaku.

– Więc wiesz, jak prawidłowo powiesić ubranie – rzucił, gdy wkładała strój do garderoby.

Brązowe oczy zwęziły się.

– To należało do mojej matki.

– Należało? Twoja matka…?

– Nie żyje. Tak.

Sposób, w jaki na niego spojrzała, sprawił, że poczuł, jakby był osobiście za to odpowiedzialny. Ale było tam coś jeszcze, błysk rozpaczy, szybko ukryty, a jednak wyraźny.

– Przykro mi.

Naprawdę tak myślał.

– Mnie też. – Powiedziała to tonem dającym do zrozumienia, że to nie jest temat do rozmowy.

– Czy to naprawdę konieczne? – zapytał, gdy usiadła na krześle i zaczęła nakładać makijaż.

– Tak – odparła. Choć nie posunęła się tak daleko jak na przyjęciu, to jednak gdy skończyła, efekt był podobny,

Niechętnie przyznał sam przed sobą, że było jej z tym do twarzy.

Spojrzał na zegarek.

– Jeśli nie będziesz gotowa w ciągu dwóch minut, wyniosę cię stąd.

– Jasne, powodzenia.

W odbiciu w lustrze napotkał kamienny wzrok. Na ułamek sekundy coś zawisło między nimi. Spojrzenie.

Odwróciła wzrok z niemal niedostrzegalnym grymasem.

– Ile bagażu mogę wziąć ze sobą? – spytała przy pakowaniu kosmetyków.

– Będziemy lecieć moim samolotem, nie ma więc żadnych ograniczeń.

– Okej. – Zanurkowała z powrotem do garderoby.

– A teraz po co znowu? – Jego irytacja sięgnęła zenitu. Im wcześniej zostawi ją na wyspie, tym lepiej.

– Moja maszyna do szycia. – Wyciągnęła duże kwadratowe pudło i rzuciła je obok walizki.

– Czy chciałabyś, żebym rozkręcił twój zlewozmywak, gdy będziesz tu zajęta?

Coś na kształt uśmiechu zagościło na jej wargach, ale zignorowała jego komentarz i wsunęła się pod łóżko.

Rozdrażnionego Saszę rozproszył rzut oka na ciemnoniebieski lakier do paznokci na jej ładnych palcach… i mały tatuaż motyla na lewej kostce.

Nie powiedziałby, że lubi tatuaże, lecz nie mógł zaprzeczyć, że ten był gustowny. A nawet delikatny.

Gdy pojawiła się ponownie, niosła cztery duże tuby kartonowe.

– Co to jest?

– Tkanina. – Na jego pytające spojrzenie, dodała: – Cóż, bez sensu brać maszynę do szycia, jeśli nie wezmę materiału.

– Masz paszport?

– Jest w mojej torebce.

Zacisnąwszy zęby, wstał i podniósł ciężką walizkę. Gdyby wiedział, gdzie trzymała paszport, mógłby ją zabrać prosto na to cholerne lotnisko bez tej całej „oprawy”.

Pomyśl o nagrodzie, przypomniał sobie. Za tydzień będzie po wszystkim.