Sycylijski poker

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Sycylijski poker

Tłumaczenie:

Kamil Maksymiuk

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Francesco Calvetti zatrzymał motocykl i postawił lewą stopę na asfalcie. Znowu czerwone światło. Była dopiero siódma rano, a na ulicach już tworzyły się korki.

Zatęsknił za Sycylią, gdzie się urodził i mieszkał. Uwielbiał podróżować tamtejszymi drogami. Dookoła zielone pola, nad głową błękitne niebo… a tutaj jedynie wszystkie odcienie szarości. Właśnie z tym kolorem kojarzył mu się Londyn. Postawił kołnierz skórzanej kurtki. To ma być wiosna? – spytał w myślach, wściekły na pogodę. Sycylijskie zimy bywają cieplejsze niż londyńskie wiosny.

Ziewnął szeroko. Odruchowo uniósł dłoń i stuknął nią o szybkę kasku. Pokręcił głową z irytacją. Był przemęczony. Miał za sobą długą noc. Powinien poprosić Maria o podrzucenie do domu, ale nie cierpiał, gdy ktoś go woził, zwłaszcza samochodem.

Światło zmieniło się na zielone. Zanim znowu wyrwał do przodu swoim MV Agusta F4 CC, rękawem kurtki starł warstewkę wilgoci, która zebrała się na szybce. Kolejny raz przeklął w myślach angielski klimat. Zbliżając się do następnych świateł, skupił wzrok na jadącej przed nim rowerzystce w odblaskowym kasku. Dojechała do świateł w momencie, gdy dopiero zmieniały się na pomarańczowe, ale zwolniła i zatrzymała się przed białym pasem. On na jej miejscu by przejechał, ale ta kobieta najwyraźniej nie lubiła ryzyka. Obok niej ustawiło się terenowe auto z napędem na cztery koła.

Francesco nie spuszczał wzroku z rowerzystki. Chyba nigdy nie widział u kobiety tak gęstych włosów. Mieniąc się różnymi odcieniami blondu, spływały falami na jej ramiona i plecy. Światło zmieniło się na zielone. Kobieta wystawiła lewą rękę i skręciła w tę stronę, podobnie jak jadąca obok niej terenówka. Francesco ruszył za nimi tym samym pasem, ciągle zerkając na rowerzystkę, podziwiając jej rozwiane włosy i zgrabną figurę. Ciekawe, jak wygląda z przodu? W jakim jest wieku? – zastanawiał się zaintrygowany.

Nagle…

– Cholera! – zaklął, nie wierząc w to, co widzi.

To trwało dwie czy trzy sekundy. Wystarczyło mrugnąć i wszystko przegapić.

Gdy zmieniło się światło, terenówka głośno warknęła i gwałtownie wyrwała do przodu, żeby agresywnie wyprzedzić rowerzystkę, stukając wielką oponą przednie koło roweru. Kobieta wyleciała w powietrze przez kierownicę i wylądowała na krawężniku.

Francesco wyhamował, zeskoczył z motoru oparł go na nóżce. Działał całkowicie instynktownie, bez udziału umysłu. Pirat drogowy, który spowodował wypadek, nawet się nie zatrzymał, tylko szybko skręcił w boczną uliczkę.

Jakiś przechodzeń ruszył w stronę poszkodowanej.

– Proszę jej nie ruszać! – krzyknął Francesco, zdejmując kask. – Może mieć uszkodzony kręgosłup. Jeśli chce pan pomóc, niech pan zadzwoni po karetkę.

Mężczyzna zatrzymał się i wyciągnął telefon, a Francesco stanął nad ranną. Leżała na plecach, połową ciała na chodniku, a drugą połową na jezdni. Jej długie gęste włosy wystające spod pękniętego kasku rozsypały się na wszystkie strony. Rower wyglądał jak coś wyłowionego ze złomowiska.

Francesco zdjął skórzane rękawice i przytknął dwa palce do jej szyi. Wyczuł słabe tętno. Zerwał z siebie kurtkę i okrył nią nieprzytomną kobietę. Miała na sobie szare spodnie, czarną bluzkę i przeciwdeszczową kurtkę w odcieniu khaki. Na jednej stopie miała białą baletkę. Drugiego buta brakowało.

Gdzieś w środku poczuł ostre ukłucie.

Chciał położyć ją na czymś miękkim i ciepłym, żeby nie leżała na zimnym wilgotnym betonie, ale wiedział, że nie należy jej ruszać, dopóki nie zjawią się ratownicy medyczni.

Najważniejsze, że oddychała.

– Niech pan mi odda swój płaszcz – rzucił do jednego z gapiów, których uzbierała się już spora grupka. Żaden z nich nie podszedł bliżej, by zaofiarować swoją pomoc. Co za znieczulica, pomyślał z irytacją. Nie przeszło mu przez myśl, że po prostu nikt nie miał odwagi mu przeszkadzać. Samym swoim wyglądem potrafił onieśmielać większość ludzi.

Człowiek, którego poprosił o płaszcz – mężczyzna w średnim wieku, na którego zerknął tylko kątem oka – zdjął swoje wełniane okrycie. Francesco owinął płaszczem nogi kobiety.

– Karetka będzie za pięć minut – powiedział ten, który dzwonił na pogotowie.

Francesco skinął głową. Zerwał się chłodny wiatr. Przytknął dłoń do policzka nieznajomej. Jej skóra była lodowata. Dopiero teraz przyjrzał jej się dokładniej. Miała bardzo ładną twarz, choć nie można by nazwać ją typową pięknością. Kobiety, z którymi zazwyczaj się zadawał, na jej miejscu zapewne poprawiłyby sobie nos u chirurga plastycznego. Miała też pełne policzki, co nadawało jej rysom nieco dziecięcy charakter. Coś wisiało wokół jej szyi. Nachylił się i przeczytał napis wydrukowany na plastikowej plakietce: Dr H. Chapman.

Lekarka? – zapytał w myślach. Jak to możliwe, skoro wygląda na osiemnastolatkę, ewentualnie studentkę?

Nagle podniosła powieki.

Spojrzała na niego, jej źrenice wypełniło zdumienie, minęła sekunda czy dwie, a potem znowu przymknęła powieki. Uniosła je ponownie po paru długich chwilach. W jej pięknych orzechowych oczach nie malowało się już zdumienie, tylko błogość.

Rozchyliła usta. Francesco się nachylił, aby dosłyszeć jej słowa.

– A więc niebo jednak istnieje – wyszeptała, ledwie poruszając wargami.

Chwilę później znowu straciła przytomność.

Hannah Chapman oparła swój nowy rower o ścianę budynku i zadarła głowę, by spojrzeć na srebrną markizę z napisem: „U Calvettiego”. Podobała jej się nazwa lokalu, prosta i logiczna. Od razu było wiadomo, kto jest właścicielem.

Choć dopiero dochodziła osiemnasta, dwóch potężnych ochroniarzy odzianych od stóp do głów w czerń strzegło wejścia. Przyjeżdżała tu już trzy razy, ale klub zawsze był zamknięty. Nie miała pojęcia, w jakie dni odbywają się tu imprezy. Nie orientowała się w nocnym życiu Londynu. Wreszcie jednak chyba się udało.

– Przepraszam, czy zastałam pana Calvettiego?

– Niedostępny – mruknął jeden z ochroniarzy.

– To oznacza, że jest środku?

– Nie wolno mu przeszkadzać.

Przywołała na usta swój najsłodszy uśmiech, ale nie odniosło to pożądanego skutku. Obaj ochroniarze z kamiennymi twarzami skrzyżowali ramiona na piersi.

– Wiem, że nie wolno mu przeszkadzać, ale czy panowie mogą mu przekazać, że chce się z nim widzieć Hannah Chapman? – powoli i wyraźnie wypowiedziała swoje nazwisko. – Będzie wiedział, o kogo chodzi. Jeśli powie „nie”, obiecuję, że sobie pójdę.

– Nie możemy tego zrobić – bąknął jeden z nich.

Hannah westchnęła rozczarowana. Chciała osobiście podziękować Francescowi Calvettiemu za to, co dla niej zrobił, ale widocznie nie było jej to pisane. Wyciągnęła rękę z bukietem i liścikiem.

– Czy mogliby panowie mu to przekazać? – Obaj mężczyźni ani drgnęli. Zerknęli tylko podejrzliwym wzrokiem na jej ręce. – To jest trzeci bukiet, który mu przywożę i nie chcę, żeby znowu się zmarnował. Sześć tygodni temu przytrafił mi się wypadek. Pan Calvetti udzielił mi pomocy…

– Jaki wypadek? – spytał ten po lewej.

– Potrącił mnie pirat drogowy. Jechałam na rowerze…

Ochroniarze wymienili spojrzenia, a potem zaczęli się naradzać w obcym języku, zapewne po włosku.

Odkąd poznała tożsamość swojego dobroczyńcy, dowiedziała się o nim podstawowych rzeczy. Szperanie w internecie czasami do czegoś się przydaje. Wiedziała, że ma trzydzieści sześć lat, jest kawalerem, ale przypisuje mu się liczne romanse z pięknymi kobietami, oraz posiada sześć nocnych klubów i cztery kasyna w różnych częściach Europy. Dowiedziała się również, że jego nazwisko na Sycylii jest kojarzone głównie z mafią. Jego ojciec, Salvatore, za życia miał przydomek Sal il Santo – Święty Sal – ponieważ podobno wykonywał znak krzyża, stojąc nad ciałami swoich ofiar.

Nawet gdyby jego ojciec był Lucyferem, wciąż uważałaby Francesca za dobrego człowieka. Człowieka, który uratował jej życie. Jeden z ochroniarzy zapytał:

– Jak się pani nazywa?

– Chapman – powtórzyła. – Hannah Chapman.

– Sekundę. Przekażę szefowi, że pani przyszła. – Wzruszając ramionami, dorzucił: – Ale nie wiem, czy zechce z panią rozmawiać.

– W porządku. Jeśli jest zbyt zajęty, nie będę zawracała mu głowy.

Ochroniarz zniknął za drzwiami. Hannah przycisnęła do piersi bukiet kwiatów. Miała nadzieję, że kwiaty podarowane mężczyźnie nie są czymś obraźliwym. Nie miała pojęcia, w jaki sposób, prócz słów, mogłaby wyrazić swoją wdzięczność. Francesco Calvetti zrobił coś nadzwyczajnego. Uratował życie zupełnie obcej osobie.

Minutę później drzwi znowu się otworzyły. Ukazał się potężny mężczyzna, wyższy od obydwu ochroniarzy. Zaskoczył ją swoją atletyczną sylwetką. Z drugiej strony tamtego dnia nie miała okazji dokładniej mu się przyjrzeć. Pamiętała tylko piękną twarz, którą nagle ujrzała, gdy podniosła powieki. W tamtej chwili naprawdę pomyślała, że zginęła w wypadku i patrzy w oblicze swojego Anioła Stróża, który zabierze ją do nieba, gdzie czeka na nią Beth. To było takie cudowne uczucie. Jej serce napełnił kojący spokój…

Gdy znowu otworzyła oczy, leżała w szpitalnym łóżku, głęboko rozczarowana, że jednak nie poleci do raju w asyście tego pięknego anioła ani nie zobaczy się ponownie z Beth. To uczucie żalu i smutku jednak osłabło i zniknęło, a w jego miejsce pojawiło się coś innego. Pierwszy raz od piętnastu lat poczuła, że żyje. Odkryła, że wcześniej trwała w jakimś dziwnym stanie zawieszenia, pół-istnienia skupionego na pracy – i właściwie niczym innym. Dni zlewały się ze sobą jak krople spływające po szybie.

 

W ciągu paru tygodni, które upłynęły od wypadku, zdołała samą siebie przekonać, że w tamtej krótkiej chwili – gdy ujrzała swojego Anioła Stróża – zamroczony umysł podretuszował rzeczywistość. Przecież żaden człowiek z krwi i kości nie miał prawa tak wyglądać! Na nielicznych zdjęciach, które znalazła w internecie, nie prezentował się aż tak niesamowicie, jak niebiańska istota.

Teraz jednak, widząc go po raz drugi, znowu pomyślała, że Francesco Calvetti jest naprawdę niespotykanie pięknym mężczyzną. W pierwszej kolejności spojrzała na jego rosłą, barczystą sylwetkę. Miał na sobie szare eleganckie spodnie i rozpiętą pod szyją białą koszulę z rękawami podwiniętymi do łokci. Pośród czarnych włosków porastających jego opalony tors połyskiwał prosty złoty krzyżyk na łańcuszku.

Z szybko bijącym sercem zadarła głowę, żeby spojrzeć w jego twarz. Omiotła wzrokiem jego głęboko osadzone, orzechowe oczy, oliwkową skórę, mocną szczękę i krótkie, ale kręcone włosy. Choć miał poważną, a nawet srogą minę, uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła rękę, w której ściskała bukiet.

– Nazywam się Hannah Chapman. To dla pana.

Spojrzał na kwiaty, a potem z powrotem na nią, nie przyjmując prezentu.

– Chciałam panu podziękować – wyjaśniła pospiesznie. – Za to, co pan dla mnie zrobił. Jestem pana dłużniczką.

Uniósł gęste, ciemne brwi.

– Dłużniczką?

Przebiegł ją przyjemny dreszcz na dźwięk jego głębokiego głosu i mocnego akcentu.

– Nawet gdybym była najbogatszą osobą na świecie, nie mogłabym odwdzięczyć się panu za dobroć, jaką mi pan okazał.

Przyglądał jej się przez parę sekund zmrużonymi oczami, a potem ruchem głowy wskazał drzwi do klubu.

– Niech pani wejdzie na chwilę.

– Dziękuję.

Obaj ochroniarze podążali za nią czujnym wzrokiem, jakby jednak istniało jakieś prawdopodobieństwo, że jest niebezpieczną terrorystką z karabinem maszynowym ukrytym za pazuchą. Przecisnęła się pomiędzy nimi i ruszyła za ich szefem w głąb budynku. Przeszli przez recepcję i wkroczyli na salę.

– O, rany! – powiedziała na głos, rozglądając się na boki.

To był najbardziej luksusowy klub, jaki kiedykolwiek widziała na oczy. Wszystko było czerwone albo złote. Jak z hollywoodzkiego filmu, przemknęło jej przez myśl. Zaledwie raz w życiu zawędrowała do nocnego lokalu. Po maturze całą klasą wybrali się do jedynego klubu w jej rodzinnym sennym miasteczku położonym na wybrzeżu.

– Podoba się pani? – rzucił przez ramię.

– Niesamowicie.

– Powinna tu pani wpaść któregoś wieczoru.

– Ja? Och, nie. Kluby nocne to trochę nie moja bajka – wyjaśniła nieco zakłopotana. Aby go nie urazić, dodała szybko – Ale moja siostra, Melanie, zakochałaby się w tym miejscu. W piątek urządza swój wieczór panieński, więc zaproponuję jej pana klub, dobrze?

– Będzie mi bardzo miło.

Wiadomość, że Hannah Chapman nie gustuje w nocnych klubach, nie zdziwiła Francesca. Już na pierwszy rzut oka nie przypominała kobiet, które zazwyczaj widywał w swoich klubach. Nie wyglądała ani jak typowa imprezowiczka, ani jak panienka polująca na bogatego faceta. Przyjrzał jej się dokładniej. Miała na sobie proste ubrania podobne do tych, w jakich była w dniu wypadku. W świetle panującym w klubie jej biała bluzka stawała się prześwitująca. Francesco dostrzegł pod spodem zwykły, praktyczny stanik. Nie miała na twarzy chyba ani odrobiny makijażu.

Wszedł za bar, patrząc, jak Hannah kładzie bukiet. Nigdy wcześniej nie otrzymał od nikogo kwiatów. Ten dziwny gest go zaintrygował.

– Czego się pani napije?

– Kawy, jeśli to nie problem.

– A może coś mocniejszego?

– Nie piję alkoholu. Tak czy owak, od siódmej rano jestem na nogach i miałam ciężki dzień, więc jeśli nie otrzymam ogromnej dawki kofeiny, mogę zemdleć.

– Już pani wróciła do pracy?

– Wróciłam już po dwóch tygodniach, gdy tylko doszłam do siebie po wstrząśnieniu mózgu.

– Miała pani jakieś inne obrażenia?

– Pęknięty obojczyk, ale ładnie się zrasta. – Po chwili sobie przypomniała: – I jeszcze złamany środkowy palec w prawej ręce, ale już chyba się zreperował.

– „Zreperował”? Czy to jest profesjonalna diagnoza?

Uśmiechnęła się.

– Oczywiście.

– Proszę mi przypomnieć, żebym nie szukał u pani lekarskich porad – zażartował, podchodząc do ekspresu.

– Jest pan dla mnie jakieś dwadzieścia lat za stary.

Uniósł brew.

– Przepraszam, chciałam powiedzieć, że nie mieści się pan w przedziale wiekowym moich pacjentów. – Od razu dodała: – Jestem pediatrą.

Otworzył usta, żeby zapytać, dlaczego wybrała akurat tę specjalizację, ale się rozmyślił. Postawił kubek do ekspresu i wcisnął guzik.

– Z mlekiem i cukrem?

– Bez mleka, z podwójnym cukrem.

Jego początkowa ocena jej urody okazała się trafna. Hannah Chapman była naprawdę ładna. Średniego wzrostu, szczupła, ale z kobiecą figurą. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej podobało mu się to, co widzi. Odnosił wrażenie, że on też się jej podoba. Pomyślał, że ta niespodziewana wizyta doktor Chapman może się skończyć czymś bardzo przyjemnym. Postawił oba kubki na barze, oparł się na łokciach i nachylił do niej.

– Dlaczego tu pani przyszła?

Patrząc mu prosto w oczy, odparła:

– Chciałam panu osobiście podziękować. Opiekował się pan mną do przyjazdu karetki, a potem pojechał do szpitala i poczekał, aż odzyskałam przytomność. Poza tym wytropił pan pirata drogowego, który mnie potrącił, i zaciągnął go na policję. Zrobił pan to wszystko dla mnie, czyli dla zupełnie obcej osoby!

Francesco wpatrywał się w nią z fascynacją. Przemawiała z ożywieniem, energicznie gestykulując. Tak, ta kobieta zdecydowanie miała w sobie to „coś”.

– Może pewnego wieczoru mogłabym w ramach rewanżu zaprosić pana na kolację? – Po zadaniu tego pytania natychmiast spłonęła rumieńcem.

– Kolację? – powtórzył.

Nawet nie starał się ukryć zdziwienia. Kobiety nie zapraszały go na randki. To on zabierał je do luksusowych restauracji i obdarowywał kosztownymi prezentami, ponieważ wiedział, że właśnie tego sobie życzą i tego od niego oczekują. Lubił towarzystwo kobiet, więc robił to z przyjemnością, ale ta była pierwszą, która chciała odwrócić tradycyjny podział ról.

Czyżby za jej propozycją coś się kryło? Może to był jakiś podstęp? Spojrzał głęboko w jej niewinne orzechowe oczy. Nie, nie kierowały nią żadne ukryte motywy. Najwyraźniej była po prostu nim zainteresowana. Cóż, on też myślał o niej wiele razy od tamtego dnia. Parę razy wybierał numer do szpitala, żeby się dowiedzieć o jej stan zdrowia, ale w ostatniej chwili rezygnował, przypominając sobie, że ta kobieta jest dla niego zupełnie obcą osobą. Ogarnęła go jednak wściekłość, kiedy się dowiedział, że policja nie wytropiła kierowcy, który ją potrącił. Na szczęście Francesco zapamiętał numer rejestracyjny wozu i wziął sprawy w swoje ręce. W dwie godziny wytropił tamtego bydlaka, a następnie w pięć minut, używając argumentów, z którymi nie dało się dyskutować, przekonał go, że powinien się zgłosić na policję.

Co miał jednak zrobić z propozycją atrakcyjnej lekarki? Przyjęcie zaproszenia od kobiety kłóciło się z zasadami i wartościami, którym całe życie był wierny. Oczywiście mógłby zrobić dla niej wyjątek, pójść z nią na kolację, a potem zaprosić do siebie na długą, upojną noc… Nie, byłoby w tym coś niestosownego. Czuł, że ta kobieta jest wyjątkowa. Otaczała ją aura niewinności. Promieniowała czymś jasnym, dobrym. Nie powinna się zadawać z takimi mężczyznami jak on.

– Na moim miejscu każdy zrobiłby to, co zrobiłem – odparł oficjalnym tonem.

– Nie. Większość ludzi…

– Proszę po prostu cieszyć się faktem, że wróciła pani do zdrowia i pracy – przerwał jej. – Nie jest pani moim dłużnikiem.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– To oznacza, że nie przyjmie pan mojego zaproszenia?

Westchnął pod nosem.

– Niech się pani rozejrzy, panno Chapman. To nie jest świat, do którego pani pasuje. Dziękuję za wizytę. I za kwiaty. – Wskazał głową bukiet.

– Mam już sobie pójść? – spytała smutnym głosem.

– Jestem bardzo zajętym człowiekiem.

Wpatrywała się długo w jego oczy, a następnie obdarzyła najśliczniejszym uśmiechem, jaki w życiu widział. Potem stało się coś jeszcze bardziej zdumiewającego. Podniosła się ze stołka, nachyliła w jego stronę i pocałowała go w usta. Jej wargi były takie ciepłe, miękkie, słodkie…

– Dziękuję za wszystko – wyszeptała, odsuwając się od niego. Dopiła swoją kawę i sięgnęła po torebkę. – Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś, Francesco. Będę ci wdzięczna do końca życia.

Gdy się odwróciła, zapytał:

– Twoja siostra nosi takie same nazwisko jak ty?

Skinęła głową.

– Przekażę swojej ekipie, żeby wpisali Melanie Chapman na naszą listę VIP-ów.

– VIP-ów? – zapytała zdezorientowana.

– Darmowe wejście, drinki na koszt klubu i tak dalej.

Jej twarz nagle rozjaśnił promienny uśmiech.

– Cudownie! – wykrzyknęła z wprost dziecięcą ekscytacją.

Francesco odprowadził ją wzrokiem do wyjścia, w zamyśleniu dotykając palcami miejsca na wargach, które pocałowała. Wciąż czuł smak jej ust.

ROZDZIAŁ DRUGI

Hannah spojrzała na tłum zebrany pod wejściem do klubu „U Calvettiego”. Nigdy w życiu nie widziała tak długiej kolejki. Westchnęła zdenerwowana. Może to znak, że powinna trzymać się z daleka od tego miejsca?

Nie. Chciała tu przyjść. Znowu się z nim zobaczyć.

– Chodź, Han. – Siostra złapała ją za nadgarstek i pociągnęła w stronę drzwi. – Jesteśmy na liście.

– Przecież jest kolejka.

– Tak, ale jesteśmy na liście – powtórzyła Melanie, podkreślając ostatnie słowo. – To oznacza, że nie musimy czekać w kolejce.

– Naprawdę? Świetnie!

Melanie pokręciła głową i zachichotała rozbawiona. Hannah naprawdę była całkowicie zielona, jeśli chodzi o bywanie w klubach. Grupka dwunastu kobiet ubranych w czarne trykoty, czarne legginsy, różowe spódniczki z tiulu, jakie noszą baletnice, i królicze uszy ruszyła w stronę wejścia do lokalu, którego strzegło trzech mężczyzn w czarnych płaszczach.

– Jesteśmy na liście – powiedziała do nich Melanie.

Hannah wiedziała, że „U Calvettiego” jest popularnym miejscem, ale gdy powiedziała siostrze o tym, że dostała VIP-owską wejściówkę, Melanie wpadła w prawdziwą euforię, jakby to było zaproszenie na galę wręczania Oscarów. Gorączkowo wyjaśniła, że jest to aktualnie najmodniejszy klub w całym kraju i tylko wybrańcy zostają do niego wpuszczani.

Bramkarz przebiegł wzrokiem po nazwiskach, a potem odsunął się i odpiął kordon czerwonej taśmy.

– Zapraszam. Miłej zabawy, drogie panie – mruknął z uśmiechem, przepuszczając dwunastkę dziewczyn wyglądających jak postacie z kreskówki.

Wypełniony ludźmi klub pulsował taneczną muzyką. Jakiś młody i przystojny kelner zaprowadził je wąskimi schodkami na antresolę, a potem do okrągłego stolika, na którym stało sześć wiaderek z chłodzącym się w lodzie szampanem.

– O, rany! – wykrzyknęła Melanie. – To dla nas?

– Oczywiście – odparł chłopak, otwierając pierwszą butelkę. – Bawicie się na koszt firmy. Jeśli będziecie czegoś potrzebowały, wystarczy mnie zawołać.

– A czy ja mogę poprosić o lemoniadę? – zapytała Hannah, lecz od razu została zakrzyczana przez resztę dziewczyn, które namawiały ją do wypicia szampana. Chciała odmówić, lecz przypomniała sobie o swoim przyrzeczeniu, że wreszcie zacznie bardziej korzystać z życia.

Jako lekarka doskonale zdawała sobie sprawę, jak kruche jest ludzkie życie, ale dopiero wypadek otworzył jej oczy na fakt, że od wielu lat jedynie istnieje – nie mogłaby powiedzieć, że naprawdę żyje. Gdyby umarła i poszła do nieba, gdzie spotkałaby Beth, o czym mogłaby jej opowiedzieć? O swojej pracy, ale o czym więcej? Uświadomiła sobie, że historia jej życia wyglądałaby jak suche, nudne CV. To zapewne dlatego spotkanie z Franceskiem tak mocno na nią podziałało. Coś w niej obudziło. Emanował pociągającą aurą witalności, spontaniczności, ekscytującego ryzyka. Człowiekowi takiemu jak on życie na pewno nie przecieka przez palce. Coś przeżyć, coś poczuć – właśnie tego teraz pragnęła. A on mógłby jej w tym pomóc.

Usiadła przy stoliku i sięgnęła po kieliszek z szampanem. Uniosła go do ust i prawie kichnęła, gdy bąbelki uderzyły ją w nozdrza. Upiła parę małych łyczków. Nie smakowało najgorzej. Ku swojemu zaskoczeniu już po paru minutach poczuła się rozluźniona. Choć nie znała bliżej koleżanek Melanie, mogła się swobodnie zachowywać w ich roześmianym, wesołym towarzystwie.

 

Od czasu do czasu dyskretnie rozglądała się po klubie, ale nigdzie nie mogła dostrzec Francesca. Dziewczyny pokazywały jej w tłumie znane osoby, wśród których było kilku członków rodziny królewskiej, grupka znanych piłkarzy, którzy siedzieli przy sąsiednim stoliku, oraz parę gwiazd filmowych. Przypomniała sobie, że gdy kelner prowadził je do stolika, minęły drzwi z tabliczką „Prywatne”. Czyżby właśnie tam urzędował Francesco? Ciągle miała nadzieję, że go spotka.

– Siostrzyczko, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że dałaś się zrzucić tamtemu facetowi z roweru – zażartowała Melanie godzinę później, gdy wróciła z parkietu do stolika. Przytuliła ją z całych sił. – Dziękuję, że przyszłaś z nami. Trochę się bałam, że po kolacji zechcesz wrócić na chatę.

– Świetnie się z wami bawię – szczerze odparła Hannah i odwzajemniła uścisk. Nagle zrobiło jej się smutno. Zaczęła wspominać Beth, której dzisiaj tu zabrakło. I której zabraknie również na ślubie.

Ślub… Myśl o nim za każdym razem budziła w niej poczucie winy. Po śmierci Beth starała się być dla Melanie najlepszą starszą siostrą, jaką potrafiła być, ale wiedziała, że nigdy nie zastąpi Beth. To było po prostu niemożliwe. Zaczęła się więc zamykać w sobie jak w skorupie. Najpierw skupiała się na studiach, a potem na pracy. Gdzieś w głębi serca wiedziała, że w pewnym momencie wyłączyła część swojego serca i umysłu, żeby mniej czuć, mniej myśleć, mniej cierpieć.

A jednak medycyna była jej prawdziwą pasją, a nie rozsądnym zawodem, który miał zapewnić jej stabilne, dostatnie życie. Pragnęła zostać lekarką już jako dwunastoletnia dziewczynka. Chciała poświęcić swoje życie niesieniu pomocy dzieciom – ratowaniu im życia, żeby ich rodziny nie doświadczyły tak bolesnej straty, jakiej ona sama zaznała. Z determinacją zrealizowała swoje plany. Robiła to, co kocha. Czuła, że spełnia się w swoim zawodzie. A potem, tamtego dnia, wydarzył się wypadek. Z pomocą pospieszył jej najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziała. Każdego dnia o nim myślała, a gdy znowu go zobaczyła, wydał jej się równie cudowny jak w tamtej chwili. Nie była jednak naiwna. Wiedziała, że pochodzą z zupełnie innych światów. Francesco Calvetti był podobno niebezpiecznym człowiekiem, zwłaszcza jeśli się z nim zadarło, ale to jej nie odstraszyło. Wciąż był dla niej rycerzem w lśniącej zbroi. Gdy po wypadku otworzyła oczy i ujrzała jego twarz, poczuła nagły przypływ słodkiego ciepła, które rozlało się po jej wnętrzu. Ktoś, kto wywołał w niej taką reakcję, nie mógł być złym człowiekiem.

– Chodź, Han – powiedziała Melanie, ciągnąc ją za rękę. – Zatańczymy?

– Nie umiem tańczyć! – zaprotestowała Hannah.

Melanie pokazała jej grupkę młodych mężczyzn, którzy niezdarnie wyginali się i wygłupiali na parkiecie.

– A myślisz, że tamci umieją?

Francesco omiatał wzrokiem ścianę ekranów, które wyświetlały obraz z kamer bezpieczeństwa. Dzięki nim widział wszystko, co działo się w jego klubie. Co prawda w taki sam sposób sytuację kontrolowali ochroniarze w sali monitoringu, ale Francesco ufał tylko własnym, przemęczonym i podkrążonym oczom. Powinien trochę odpocząć, ale nie miał na to czasu. Czekało go dużo roboty. Jutro musiał polecieć do Palermo, żeby zajrzeć tam do swojego klubu i kasyna, a następnie w tym samym celu udać się do Madrytu. Tu, w Londynie, chciał dzisiaj przypilnować pewnej sprawy. Paru facetów, których podejrzewał o handlowanie narkotykami, zostało zaproszonych do strefy VIP-ów przez grupkę bogatych biznesmenów. Obserwował ich na ekranach, siedząc przy swoim biurku. Próbował się zdecydować, czy powinien już teraz się z nimi rozprawić czy może jednak poczekać, aż przyłapie ich na podawaniu towaru pod stolikiem.

Kątem oka na jednym z monitorów ujrzał jakąś blondynkę w różowej spódnicy i króliczych uszach. Czyżby to była Hannah? Co ona tu, do diabła, robi? Za rękę prowadziła ją jakaś dziewczyna, ubrana w taki sam kostium. Domyślił się, że to jej siostra. Wpisując Melanie Chapman na listę VIP-ów, nie miał pojęcia, że Hannah też się tu pojawi. Teraz już żałował swojej decyzji.

Obserwował ją na ekranie. Sprawiała wrażenie trochę zagubionej, zakłopotanej. Uśmiechnął się pod nosem, gdy zaczęła poruszać się w takt muzyki. Choć miała na sobie spódniczkę baletnicy, brakowało jej zdolności tanecznych. Nawet nie potrafiła wczuć się w muzykę ani skupić na swoich ruchach; co chwila rozglądała się dookoła, jakby kogoś szukała.

Odkąd trzy dni temu złożyła mu wizytę, nie potrafił przestać o niej myśleć. A przecież teraz musiał się skupić na interesach. Przede wszystkim zdobyć to kasyno w Mayfair, najstarsze w całej Europie, absolutny rarytas z czasów, kiedy świat wyglądał jeszcze zupełnie inaczej, a tego typu lokale odwiedzali prawdziwi dżentelmeni. Francesco chciał zachować jego staroświecki charakter. O przejęciu tego właśnie kasyna całe życie marzył jego ojciec. Salvatore Calvetti zmarł, nie spełniwszy swojego marzenia. Przez ponad cztery dekady właścicielem kasyna był brytyjski arystokrata, sir Godfrey Renfrew, ale jakiś czas temu wreszcie zostało wystawione na sprzedaż.

Francesco przez miesiąc prosił Renfrewa o spotkanie. Brytyjczyk nie chciał nawet o tym słyszeć, ponieważ nienawidził ojca Francesca. W końcu jednak zgodził się na rozmowę. Niestety okazało się, że zabytkowym kasynem poważnie zainteresowany jest także Luca Mastrangelo, co jeszcze bardziej komplikowało całą sprawę. Francesco wiedział, że w tej chwili nie istnieje nic ważniejszego. Oderwał wzrok od ekranu, na którym niezdarnie podrygiwała Hannah, i znowu zaczął obserwować na monitorach facetów, których podejrzewał o rozprowadzanie narkotyków.

Hannah starała się wprawiać swoje ręce i nogi w ruch zgodny z rytmem muzyki, ale miała świadomość, że pomimo bohaterskich, a raczej desperackich prób, ta szuka zupełnie jej nie wychodzi. Z tego, co widziała, każda obecna na parkiecie osoba tańczyła lepiej niż ona. O dziwo, to nie zniechęcało do niej mężczyzn. Próbowali nie tylko ją podrywać, ale też obmacywać. Ściśnięta w tłumie, parę razy poczuła, jak czyjaś dłoń „przypadkowo” ociera się o jej pośladki. Wreszcie nie wytrzymała. Gdy jeden z facetów zaczął jej coraz śmielej dotykać, obróciła się na pięcie, przywołała na usta sztuczny uśmiech i poprosiła uprzejmym tonem: „Niech pan tego nie robi”. Zadziałało. Ale nie na długo. Minutę później znowu poczuła na sobie jego łapy. Tym razem „przypadkowo” nadepnęła mu na stopę. Skrzywił się pod nosem, ale to go nie zniechęciło. Przeciwnie, chyba uznał to za jakąś dziwną formę erotycznej zabawy, ponieważ nabrał jeszcze większego animuszu. Najpierw przejechał palcami po jej biuście, a potem napierał biodrami na jej pośladki. Nie mogła uwierzyć, że ktoś może się tak zachowywać. Czyżby to była norma w nocnych klubach? Czy naprawdę jakieś kobiety dają się w ten sposób poderwać?

Żałowała, że nie założyła szpilek. Wtedy mogłaby porządnie go przydeptać. Nagle kątem oka dostrzegła, że w jej stronę kroczy atletycznie zbudowany mężczyzna. Tłum na parkiecie rozstępował się przed nim niczym Morze Czerwone. Melanie przestała tańczyć, podobnie jak jej koleżanki. Hannah spojrzała na niego. Przewyższał o głowę wszystkich dookoła. Miał na sobie rozpiętą białą koszulę i grafitowe spodnie. Kroczył powolnym, ale stanowczym krokiem. Jego twarz wyglądała jak wyrzeźbiona z granitu. Emanował wręcz namacalną aurą męskiej siły.

Hannah odruchowo uśmiechnęła się od ucha do ucha. Przez cały wieczór miała nadzieję, że w którymś momencie wreszcie go zobaczy. Francesco jednak nawet nie zahaczył o nią spojrzeniem. Jego wzrok skupiał się na mężczyźnie, który obmacywał ją w tańcu. Nachylił się do niego i powiedział:

– Jeśli jeszcze raz dotkniesz tę kobietę, porozmawiamy sobie na osobności. Capisce?

Po czole mężczyzny spłynęła kropla potu. Nerwowo skinął głową i oddalił się z parkietu.

Hannah poczuła, że ma serce w gardle. Melanie coś do niej krzyknęła, lecz muzyka zagłuszyła jej słowa. Teraz albo nigdy! – pomyślała gorączkowo, gdy Francesco się odwrócił. Ruszyła za nim, przepychając się przez tłum, ocierając się o ciała wilgotne od potu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?