Sycylijski machoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Sycylijski macho

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Grace boso zeszła na dół, poczłapała do wyłącznika alarmu na ścianie i zupełnie odruchowo wstukała kod wyłączający wszystkie czujniki na parterze. Tylko raz zdarzyło jej się o tym zapomnieć i zanim dotarła do kuchni, cały dom jazgotał już jak dziesięć babskich imprez po dużej ilości drinków z parasolkami.

Włączyła czajnik i ziewnęła głośno. Kawa. Potrzebowała dużej dawki kofeiny i jeszcze większej ilości cukru. Odsunęła zasłonę i wyjrzała przez szybę w tylnych drzwiach. Oślepiło ją jasne poranne słońce. Cały ogród pokrywała gruba warstwa szronu. Od samego patrzenia zrobiło jej się zimno. Szybko opuściła zasłonę, podeszła do stołu i włączyła laptop. Czekając, aż system się wczyta, zalała kawę, chlupnęła do niej sporo mleka, żeby szybciej wystygła, podniosła kubek do ust i w tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi.

Wszystkie włosy na ciele stanęły jej dęba. Kubek z kawą zachybotał się i gorący płyn oblał jej palce. Skrzywiła się i zaklęła pod nosem, ale ból ją otrzeźwił. Odstawiła kubek na szafkę, wytarła rękę w szlafrok, wyciągnęła z szafki wiklinowy koszyk i pod stertą ścierek znalazła mały zimny pistolet.

Dzwonek zadzwonił po raz drugi. Laptop był już gotowy do użytku. Kliknęła w ikonę, która łączyła ją z obrazem na żywo z czterech kamer rozmieszczonych dookoła domu. Ekran podzielił się na cztery części. Tylko w górnej prawej ćwiartce widać było coś nietypowego.

Nie znała tej drobnej kobiety w grubej kurtce, wełnianej czapce i szaliku. Nieznajoma przyciskała do brzucha dużą torbę i podskakiwała w miejscu, żeby się rozgrzać. Rozdarta między ostrożnością a współczuciem, Grace ostrożnie wsunęła się do wąskiego korytarzyka i odciągnęła ciężkie kotary na drzwiach wejściowych. Przez matowe szkło dostrzegała tylko niewyraźny kształt. Trzymając pistolet za plecami, prawą ręką odsunęła trzy zasuwy i zwolniła łańcuch. Dopiero wtedy przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi na pół cala.

– Przepraszam, że panią nachodzę – powiedziała kobieta, dzwoniąc zębami i wskazując na trzymany w ręku telefon. – Samochód mi się zepsuł. Czy mogłabym skorzystać z pani telefonu i zadzwonić do męża? W moim nie ma sygnału.

Nic dziwnego, pomyślała Grace. Większość sieci gubiła sygnał na tym kornwalijskim odludziu. Na szczęście jej telefon stacjonarny działał.

Wpatrywała się w nieznajomą tak długo, że w końcu stało się to niegrzeczne. Kobieta była o dobre dziesięć centymetrów niższa od niej i drobna. Twarz, ledwo widoczną pod czapką i szalikiem, miała zaczerwienioną od mrozu. Na zdrowy rozum nie mogła stanowić żadnego zagrożenia, a jednak… A jednak przez umysł Grace przebiegały kolejne wymówki, jakich mogła użyć, by wyjaśnić, dlaczego nie może jej wpuścić i zaproponować, żeby się rozgrzała przy żeliwnym piecyku w kuchni. Wiedziała, że powinna zatrzasnąć jej drzwi przed nosem i odesłać na farmę przy końcu drogi, ale nie potrafiła się zdobyć na takie okrucieństwo. Piechotą do farmy szło się dobre dziesięć minut.

– Chwileczkę. – Zamknęła drzwi i wsunęła pistolet do kieszeni szlafroka. Wiedziała, że to najgłupsze miejsce, gdzie mogłaby go schować, ale nie miała wyboru. Chyba dostajesz paranoi, pomyślała. Zbyt długo już się ukrywasz. Za każdym razem, kiedy otwierasz drzwi domu, spodziewasz się zasadzki.

Zdjęła łańcuch i otworzyła drzwi.

– Bardzo dziękuję – powiedziała kobieta, strząsając szron z butów. – Już mi się wydawało, że nie znajdę tu żadnej cywilizacji. Drogi w tej okolicy są okropne.

Grace zmusiła się do uprzejmego uśmiechu i zamknęła drzwi.

– Telefon jest tu. – Wskazała stojący tuż przy wejściu stolik.

Nieznajoma podniosła słuchawkę i wybrała numer. Przez kilka minut rozmawiała z kimś przyciszonym głosem, a potem odłożyła słuchawkę i na jej twarzy pojawił się uśmiech, niesięgający jednak oczu.

– Bardzo dziękuję. Pójdę już sobie.

– Może pani zaczekać tu na męża.

– Nie, muszę iść. Zaraz tu będzie.

– Jest pani pewna? Na dworze jest okropnie zimno.

Kobieta wycofała się w stronę drzwi i sięgnęła do klamki.

– Jestem pewna, dziękuję.

Otworzyła drzwi i wyszła bez żadnego pożegnania. Grace przez dłuższą chwilę patrzyła za nią ze zdumieniem, po czym znów zamknęła drzwi na trzy zamki. Przeszył ją dreszcz i dopiero po chwili zrozumiała, że nie jest to wyłącznie fizyczna reakcja. Coś było nie tak. Znieruchomiała i zaczęła nasłuchiwać, ale nie dochodził do niej żaden dźwięk oprócz dudnienia krwi w uszach. Głupia paranoja, pomyślała znowu. Mimo wszystko w tym, jak nieznajoma wybiegła z domu, było coś dziwnego.

Poszła do kuchni. Szok, który przeżyła wcześniej na dźwięk dzwonka, był niczym w porównaniu z paniką, jaka ją ogarnęła na widok wysokiego, ciemnego mężczyzny, który stał pośrodku jej kuchni, mając po bokach dwóch podobnych do goryli pomocników.

– Zaczekajcie na mnie w samochodzie – powiedział do nich, nie spuszczając oczu z Grace.

Natychmiast wyszli tylnymi drzwiami, tymi samymi, które jeszcze przed dziesięcioma minutami były solidnie zamknięte.

– Dzień dobry, bella.

Na dźwięk tego głosu, pięknego i głębokiego, z wyraźnym sycylijskim akcentem, serce zaczęło jej bić jeszcze mocniej, paraliż jednak ustąpił. Poczuła przypływ energii i jasność umysłu. Nie spuszczając z niego oczu, wsunęła rękę do kieszeni i wyciągnęła pistolet.

– Masz pięć sekund, żeby się wynieść z mojego domu.

Luca nawet nie drgnął, tylko w jego oczach pojawił się szybki błysk. Po chwili leniwie podniósł ręce do góry.

– Bo co? Zastrzelisz mnie?

– Cofnij się – warknęła, podchodząc o krok bliżej. To było niemal zabawne. Paraliżował ją strach, choć miała w rękach śmiercionośną broń, a nieuzbrojony Luca stał przed nią zupełnie spokojnie. Ale Luca chyba nigdy w życiu nie zaznał strachu. Musiała zapanować nad paniką. Zawsze wiedziała, że ten dzień w końcu nadejdzie, była na to przygotowana mentalnie i fizycznie.

– Powiedziałam: cofnij się.

– Czy tak witasz wszystkich swoich gości, bella? – Nie spuszczając wzroku z jej twarzy, zbliżył się o krok, a potem jeszcze o jeden. Zdążyła już zapomnieć, jak hipnotyzujące są jego oczy. Na pierwszy rzut oka wydawały się czarne, dopiero z bliska było widać, że tak naprawdę są ciemnoniebieskie jak niebo w letni wieczór. Grace doskonale pamiętała chwilę, kiedy po raz pierwszy spojrzała w te oczy z bliska. Wtedy właśnie zakochała się w nim po uszy. Ale wszelkie uczucia, jakie do niego żywiła, zgasły przed dziesięcioma miesiącami, gdy wyszła na jaw cała prawda o nim.

– Tylko nieproszonych gości. – Wzruszyła ramionami i ostentacyjnie odbezpieczyła broń. – Radzę ci po raz ostatni: wynoś się z mojego domu.

Był już tak blisko niej, że dostrzegała pulsowanie żył na jego skroni.

– Odłóż ten pistolet, Grace. Nie umiesz się obchodzić z niebezpiecznymi przedmiotami.

Nie spodziewał się, że powita go pistoletem wymierzonym w pierś. Nie wierzył, że byłaby w stanie strzelić, ale nie chciał wzbudzać w niej paniki; obawiał się, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli.

Wciąż nie mógł uwierzyć, że w końcu ją odnalazł. Zaraz po tym, jak rozpoznał ją na zdjęciu, wsiadł na pokład samolotu, który przez cały czas czekał w gotowości, i poleciał do Anglii.

Twarz Grace była pozbawiona wyrazu, a głos tak obojętny, jakby miała przed sobą obcego.

– Nie masz pojęcia, z czym potrafię się obchodzić, a z czym nie. Jak mnie znalazłeś?

– Z wielkim trudem. Odłóż wreszcie ten pistolet, chcę tylko porozmawiać.

Nawet nie próbowała ukrywać niedowierzania.

– I tylko po to tu przyjechałeś i zadałeś sobie tyle trudu? Gdybyś chciał porozmawiać, to zastukałbyś do drzwi jak normalny człowiek zamiast wystawiać kogoś innego na przynętę i włamywać się od tyłu.

– Wodziłaś mnie za nos po całej Europie. Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, żeby się przede mną ukryć. – Przez cały czas wyprzedzała go o krok. Za każdym razem, gdy się do niej zbliżał, znikała niemal magicznie. Gdy zobaczył zdjęcie, natychmiast kazał swoim ludziom obserwować dom i dał im instrukcje na wypadek, gdyby wyjechała. Nie miał zamiaru pozwolić, by znów wymknęła mu się przez palce.

Omal nie przeoczył tej fotografii. Jego ludzie zrobili ją w kilka minut po przyjeździe, strategicznie usadowieni poza zasięgiem kamer. Wyszła na chwilę z domu, owinięta w gruby bezkształtny płaszcz, żeby zabrać pocztę ze skrzynki przy drodze. Udało się zrobić kilka zdjęć, ale tylko na jednym widać było fragment jej twarzy. Uwagę Luki przykuł kąt pochylenia głowy. Przyjrzał się uważniej i coś drgnęło w jego duszy. To była Grace. Zawsze tak pochylała głowę, gdy się nad czymś zastanawiała albo gdy stała przed płótnem z pędzlem w ustach. Włosy, wtedy długie i jasne, teraz miała krótkie i rude. Właściwie ta fryzura wyglądała okropnie, ale na Grace wydawała się bardzo seksowna.

– Nie wodziłam cię za nos. Gdybym chciała, żebyś mnie znalazł, to podałabym ci adres. – Trzymając pistolet w prawej ręce, wytarła lewą o cienki szlafrok. A zatem jej spokój był tylko pozorny. Długie spodnie od piżamy i koszulka na ramiączkach pięknie podkreślały jej smukłą, niemal chłopięcą sylwetkę. Była w niej jakaś miękkość, której zaprzeczał twardy wyraz piwnych oczu. Bardzo się zmieniła. Gdyby Luca spotkał ją na ulicy, pewnie by jej nie poznał. Zapewne o to jej właśnie chodziło.

– Skąd miałem wiedzieć, że nie chcesz, żebym cię szukał? – zapytał chłodno. – Odeszłaś bez słowa wyjaśnienia, nie zostawiłaś nawet żadnej kartki.

 

– Moje milczenie powinno być wystarczającym wyjaśnieniem.

Jej milczenie było bardzo wymowne. Ale jak mógł jej nie szukać? Obiecała, że będzie go kochać i szanować, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Nie miał pojęcia, dlaczego nagle zniknęła z jego życia, i nie mógł uwierzyć, że w tej chwili ma ją przed sobą.

– Nie zabrałaś nawet ubrań. – Niczego nie zabrała. Wyszła na spacer po posiadłości, przeszła przez płot i zniknęła.

– Twoi goryle nabraliby podejrzeń, gdyby mnie zobaczyli w winnicy z wielką walizką. Wiedziałam, że będziesz mnie szukał, dlatego kupiłam pistolet, bo nie zamierzam już nigdy wracać na Sycylię. Jeśli nie chcesz się przekonać, czy potrafię celnie strzelać, to lepiej stąd wyjdź. I nie chowaj rąk, chcę je widzieć.

Patrzył na nią z niedowierzaniem.

– Co się z tobą, do diabła, stało?

To nie była pogodna, lekkomyślna artystka, którą znał i kochał i która wpatrywała się w niego zakochanym spojrzeniem. Była jedyną kobietą, która dawała mu do zrozumienia, że jej świat jest lepszy przez to, że jego w nim nie ma. Jego świat również stawał się lepszy dzięki niej. Ale teraz widział w jej oczach tylko zimną, twardą pogardę. Te oczy były zupełnie obce. Kobieta, którą znał, już nie istniała.

– Wiesz, jak to mówią: szybki ślub, długa pokuta. Odkąd od ciebie odeszłam, przez cały czas pokutuję.

Przypomniał sobie, jak mówiła mu kiedyś: kocham cię ponad wszystko, należę do ciebie, Luca. Należymy do siebie. Wziął głęboki oddech. Ta kobieta nie była jego żoną. Powinien się teraz odwrócić i odejść, ale zasługiwał na jakieś wyjaśnienia. Zdecydowany był wydobyć z niej prawdę, nawet gdyby w tym celu musiał ją przywiązać do krzesła.

– Jeszcze raz pytam, jak mnie tu znalazłeś? – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

– Pomógł mi telefon twojej przyjaciółki.

Po raz pierwszy jej opanowanie prysło.

– Cara?

– Tak.

– Nie wierzę. Cara nigdy by mnie nie zdradziła.

– To nie ona cię zdradziła, tylko jej telefon. Zadzwoniłaś do niej niedługo po tym, jak odeszłaś.

Twarz Grace pobielała.

– Nie powinna ci dawać mojego numeru.

– Nie – zgodził się z satysfakcją. – Żałuję, że musiałem użyć niezbyt uczciwych metod, żeby dostać w ręce jej telefon, ale gdy już tak się stało, nie było trudno znaleźć twój numer, a co za tym idzie, dowiedzieć się, gdzie jesteś.

Brzmiało to bardzo prosto, ale wcale takie nie było. Numer nie był używany i sieć nie potrafiła go zlokalizować. Luca obawiał się, że Grace mogła wyrzucić albo zniszczyć telefon. Zdawało się, że to kolejny ślepy zaułek, ale przed tygodniem numer znów się odezwał. Na szczęście Luca zapłacił pracownikowi sieci, by ten dał mu znać, jeśli zdarzy się cud.

– Czy Cara wie, co zrobiłeś?

– Nie mam pojęcia. – Nic go to nie obchodziło. W tej chwili myślał tylko o tym, że ręce Grace drżą. Pistolet i drżące ręce, to nie była dobra kombinacja. – Odłóż ten pistolet albo mi go daj.

– Nie. – Podniosła lufę wyżej. – Nie odłożę go, dopóki nie wyjdziesz. Wynoś się z mojego domu.

– Nigdzie się nie wybieram, więc lepiej odłóż ten pistolet – powtórzył spokojnie, zbliżając się o krok. Grace cofnęła się.

– Nie podchodź do mnie!

– Obydwoje wiemy, że do mnie nie strzelisz. – Wyciągnął rękę w stronę lufy, muskając ją czubkami palców.

– Powiedziałam, odsuń się ode mnie – pisnęła i w tej samej chwili telefon w jego kieszeni zadzwonił. Grace drgnęła. Huk wystrzału w niewielkim pomieszczeniu wydawał się ogłuszający – tak głośny, że Luca prawie nie zwrócił uwagi na ukłucie w prawym ramieniu.

Przez chwilę obydwoje stali nieruchomo. W końcu ramiona Grace zadrżały i pistolet upadł na kamienną posadzkę. Luca zauważył jej pobladłą twarz i poczuł rozchodzące się po ramieniu ciepło. Odsunął połę kurtki i skrzywił się z bólu. Niedowierzanie na widok krwi przesączającej się przez białą koszulę było jednak niczym w porównaniu ze wstrząsem, jaki poczuł, gdy w końcu zrozumiał, że dźwięk, który dzwoni mu w uszach, to nie jest echo wystrzału, lecz płacz dziecka.

Postrzeliła go. Boże drogi, postrzeliła go. Ponad dzwonieniem w uszach słyszała dochodzący z góry płacz Lily. Podniosła rękę do ust, wpatrując się w krew na prawym ramieniu Luki.

Patrzył na nią, zupełnie ogłuszony. Podeszła do niego na uginających się nogach. Z bliska rana wyglądała jeszcze gorzej.

– Bardzo przepraszam – powiedziała tępo, próbując zebrać myśli. – Przyniosę jakiś opatrunek.

Podbiegła do szafki, sięgnęła po ten sam koszyk, w którym wcześniej leżał pistolet, i pochwyciła kilka ścierek kuchennych. Płacz Lily był coraz głośniejszy. Boże, co powinna teraz zrobić? Czy Luca słyszał ten płacz? A może szok przytłumił mu wszystkie zmysły?

Usiadł przy stole. Od pobladłej twarzy wyraźnie odcinał się czarny zarost. Gdy Grace pochyliła się nad nim i przyłożyła do rany czystą ścierkę, zdrową ręką pochwycił ją za przegub.

– Co ty robisz?

– Próbuję zatamować krwawienie.

– Potrafię sam opatrzyć tę ranę – zazgrzytał zębami. – Zajmij się lepiej tym dzieckiem, które ukrywasz na górze.

ROZDZIAŁ DRUGI

Krew w żyłach Grace zastygła.

– Czy ta rana jest bardzo niebezpieczna? – wykrztusiła, wyrywając rękę z jego uścisku.

– Nie.

– W takim razie puść mnie.

Oczy Luki błysnęły groźnie, ale rozluźnił palce jak zdalnie sterowany robot. Oszołomiona Grace poszła po schodach do sypialni, którą dzieliła z dwunastotygodniową córką. Lily leżała w łóżeczku na plecach. Z rozrzuconymi na boki rękami i nogami wyglądała jak rozgwiazda. Twarz miała zaczerwienioną od krzyku. Grace wyjęła dziecko z łóżeczka i przytuliła do piersi.

– Och, Lily, bardzo cię przepraszam – szepnęła, kołysząc ją. – Twoja mama zrobiła coś okropnego.

Dopiero teraz dotarło do niej, co się przed chwilą stało. Postrzeliła Lucę. Naprawdę strzeliła do żywego człowieka, do mężczyzny, którego kiedyś kochała i który właśnie dowiedział się o istnieniu jej dziecka. Zapach Lily przywrócił jej przytomność umysłu. W żadnym wypadku nie mogła pozwolić, by szok spowodowany tym, co właśnie zrobiła, przejął nad nią kontrolę. Musiała zapanować nad sobą, zanim będzie za późno.

Tylko że już było za późno. Nie mogła oczekiwać, że Luca po tym wszystkim zostawi ją w spokoju. A tak niewiele brakowało! Zdobyła pistolet przed kilkoma miesiącami, bo nie mogła spać z lęku, że ludzie Luki znajdą ją i odbiorą jej Lily. Wiedziała, do czego zdolny jest jej mąż. Widziała to na własne oczy. Ten widok wciąż prześladował ją w koszmarach.

Wiedziała, że za nielegalne posiadanie broni może trafić do więzienia, ale to jej nie powstrzymało. Kupiła pistolet od syna farmera, od którego wynajmowała dom, młodego chłopaka, który obracał się w nie najciekawszym towarzystwie. Było jej wszystko jedno, skąd pochodzi pistolet. Czuła się z nim bezpieczniej i czasami nawet udawało jej się zasnąć. Ludzie Luki byli uzbrojeni i niebezpieczni. Wolała trafić do więzienia niż w ich ręce.

Ale byli też głupi. Przechytrzyła ich już wcześniej, gdy udało jej się uciec. Mogła to zrobić znowu.

Tylko że tym razem Luca przyjechał po nią osobiście. Tego się nie spodziewała. Wyobrażała sobie, że będzie czekał niczym król na zamku, aż jego żołnierze przyprowadzą z powrotem zbłąkaną królową, żeby mógł ją zamknąć w wieży na resztę jej dni. Ale Luca nie był głupi. Był najbystrzejszą osobą, jaką znała, a przez to stawał się jeszcze bardziej niebezpieczny niż jego goryle.

Już od kilku tygodni jakiś szósty zmysł podpowiadał jej, że czas znowu zniknąć. Dlaczego go nie posłuchała? Teraz miała przed sobą widmo więzienia, i to nie tradycyjnego więzienia z celą z zakratowanym okienkiem, ale koszmaru w postaci zamku z różowego piaskowca.

Lily w końcu przestała płakać i utkwiła w twarzy mamy ufne granatowe oczy. Grace przypomniała sobie, jak po raz pierwszy wzięła córkę na ręce i złożyła jej obietnicę. Obiecała, że zapewni jej bezpieczeństwo i nie pozwoli, by jej dziecko wpadło w ręce ojca, niebezpiecznego gangstera.

Zdumiewające, jak wiele czasu Grace potrzebowała, by się ubrać w stare dżinsy i gruby fioletowy sweter. Przewinęła jeszcze Lily i minęła godzina. Pozostałaby na górze jeszcze dłużej, gdyby nie to, że głodna Lily zaczęła marudzić. Grace wzięła się w garść i zaniosła córkę na dół, do kuchni.

– Nie spieszyłaś się – zauważył Luca. Siedział przy stole bez koszuli. Krępy mężczyzna opatrywał mu ramię. Grace poznała go: to był Giancarlo Brescia, lekarz rodziny Mastrangelo. Luca nigdzie się bez niego nie ruszał. Kto mieczem wojuje, i tak dalej.

– Dziwię się, że nie wysłałeś za mną któregoś ze swoich goryli – odparła, odwracając wzrok. Sama nie wiedziała, co bardziej wytrąca ją z równowagi: jego nagi tors czy ślady krwi na skórze.

– Wierz mi, i tak nigdzie stąd nie wyjdziesz – stwierdził lodowato.

– Tylko ci się tak wydaje.

Luca wybuchnął ostrym śmiechem.

– Naprawdę myślisz, że teraz, gdy już wiem, że urodziłaś moje dziecko, pozwolę ci znów zniknąć?

– Kto ci powiedział, że to dziecko jest twoje?

Przez jego przystojną twarz przebiegł dziwny grymas, ale nie poruszył się; lekarz właśnie zszywał mu ranę.

– Sądzisz, że nie potrafię rozpoznać własnej krwi?

Nonszalancko wzruszyła ramionami i przyciskając Lily do piersi, przepchnęła się obok niego do lodówki. Na stole leżała zakrwawiona kula. Grace skrzywiła się na ten widok. Luca zatrzymał wzrok na jej twarzy.

– Kula utkwiła w kości. Nie powinna pozostawić trwałych obrażeń.

– To dobrze – wymamrotała. Całe szczęście, że nie jadła śniadania, bo pewnie by je zwróciła. Musiała wziąć się w garść. Czy Luca okazywał współczucie swoim ofiarom?

Obróciła się do niego plecami, wyjęła z lodówki butelkę z mlekiem i wstawiła ją do mikrofalówki.

– Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale to nie jest twoje dziecko.

Milczenie, które nastąpiło, wydawało jej się bardzo głośne. Wzrok Luki przepalał jej czaszkę na wylot. W końcu mikrofalówka pisnęła i Grace wyjęła butelkę. Lily chyba poczuła zapach mleka, bo znów zaczęła płakać.

– Ciii – szepnęła do małej. – Zaraz będziesz jadła.

W końcu, nie mogąc już znieść napięcia, obejrzała się przez ramię. Luca wpatrywał się w nią nieruchomo, ze ściągniętą twarzą. Lekarz skończył już zszywanie rany i teraz czyścił ramię z krwi. Grace znowu z trudem powstrzymała mdłości.

– Masz wyrzuty sumienia? – zapytał Luca drwiąco.

Odwróciła twarz i oblała się rumieńcem.

– Nie.

– Nie? A powinnaś.

– Jeśli ktoś tu powinien mieć wyrzuty sumienia, to tylko ty. Idę do salonu nakarmić dziecko. Zamknij za sobą drzwi, kiedy będziesz wychodził.

Nie czekając na jego reakcję, poszła do saloniku, usiadła na sofie i włączyła telewizor. Odkąd urodziła się Lily, Grace uzależniła się od telewizji. Oglądała ją w dzień, wieczorem i w nocy, im głupszy program, tym lepiej. Nie potrafiła się skupić na niczym głębszym. Znalazła talk-show poświęcony problemom dysfunkcyjnej rodziny, która prała swoje brudy przed zachwyconą publicznością i wszechwiedzącym moderatorem. Wyobraziła sobie, że sama mogłaby wziąć w nim udział, próbując usprawiedliwić to, że postrzeliła własnego męża, i omal nie wybuchnęła głośnym śmiechem. Mogłaby tam powiedzieć jeszcze mnóstwo innych rzeczy, na przykład dlaczego zignorowała sygnały świadczące o tym, że mężczyzna, którego kochała, był zwykłym gangsterem. Zaślepiała ją miłość. A może to było tylko pożądanie? Zapewne kombinacja jednego i drugiego. Intensywność własnych emocji powinna ją zastanowić, ale tak się nie stało. Bez wahania otworzyła serce na oścież.

Skończyła uczelnię plastyczną i pełna nadziei na to, co życie może jej przynieść, w towarzystwie przyjaciółki Cary wybrała się w podróż po Europie, żeby obejrzeć architektoniczne cuda kontynentu. Sycylia wydała jej się magicznym miejscem, a mniej chlubne strony historii wyspy zwiększały tylko jej romantyczny urok. Grace zakochała się w wyspie i w jej mieszkańcach.

Cara, która kochała ruch i przyrodę, zaciągnęła ją na wycieczkę na wzgórza w okolicach Palermo. Szły wzdłuż jakiegoś płotu, żartując, że musi to być najdłuższy płot na świecie. Za nim znajdowały się przepiękne winnice i gdy wreszcie w ogrodzeniu pojawiła się luka, uznały – jak się okazało, błędnie – że mają prawo przez nią przejść. Ścieżka doprowadziła je na rozległą łąkę, z której roztaczał się fantastyczny widok. Cara miała ochotę go namalować, toteż rozwinęły koce piknikowe i rozłożyły się na trawie. Cara zajęła się malowaniem akwarelki, Grace wyciągnęła szkicownik. Ale ledwie zdążyła postawić parę kresek, obok nich zatrzymał się czarny jeep. Wtedy właśnie poznała Lucę. Ubrany na czarno, wysiadł z samochodu i podszedł do nich z pistoletem w ręku.

 

Wyobraźnia natychmiast podsunęła Grace obrazy wampirów i kruków rozdziobujących ludzkie ciała. Cara nie była w stanie wykrztusić nawet słowa, Grace natomiast zachowywała się tak, jakby weszła na plan filmowy i zobaczyła wampira, który wyszedł z trumny, by ją powitać. Z perspektywy nie mogła uwierzyć, że tak lekko potraktowała uzbrojonego mężczyznę, ale wtedy ani przez chwilę nie czuła zagrożenia. W swojej naiwności przypuszczała, że wszyscy Sycylijczycy noszą broń i nawet wydawało jej się to romantyczne.

Odpędziła łzy napływające jej do oczu i pociągnęła nosem. Lily łapczywie piła mleko, zupełnie nieświadoma tego, że jej życie właśnie zmieniło się nieodwołalnie.

W holu rozległy się kroki, a potem stuknięcie zamykanych drzwi wejściowych. Grace przycisnęła córkę mocniej do piersi. Wolałaby umrzeć niż pozwolić, by je rozdzielono, ale jakoś nie wydawało jej się, by to Luca wyszedł z domu.

Intuicja jej nie myliła. Wszedł do salonu tak pewnie, jakby był u siebie. Pierś miał wciąż nagą, zabandażowane ramię zawieszone na temblaku. Podszedł do telewizora i wyłączył go.

– Oglądałam ten program.

Nie spuszczając z niej wzroku, sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął dwa paszporty. Krew napłynęła jej do twarzy i jeszcze mocniej przycisnęła Lily do piersi. Luca pomachał jej paszportami przed nosem i znów schował je do kieszeni.

– Lily Elizabeth Mastrangelo – powiedział bezbarwnym, bezlitosnym tonem. – Według tego, co tu napisano, ma trzy miesiące.

– Jak śmiałeś grzebać w mojej torebce? – wykrztusiła przez zaciśnięte gardło.

– Mam do tego pełne prawo. Ukradłaś mi dziecko.

Nie mogła się poddać bez walki.

– Musiałam dać jej twoje nazwisko, bo byliśmy małżeństwem. Ale to nie twoje dziecko.

– Owszem, moje. Nie miałaś szansy na romans, a poza tym kochałaś mnie.

– Kochałam – powtórzyła bez tchu. – Kochałam cię. Czas przeszły. Lily nie jest twoim dzieckiem.

Luca przykucnął przed nią.

Bella – powiedział jedwabistym tonem. – Ona ma moje włosy. Gdy została poczęta, byłaś moją żoną, a jestem pewien, że mnie nie zdradzałaś.

Jakże głupia była, sądząc, że Luca uwierzy, że Lily nie jest jego dzieckiem. W swojej arogancji w ogóle nie dopuszczał do siebie myśli, że żona mogłaby go zdradzać. W dodatku Grace wpisała jego nazwisko w metrykę urodzenia.

– Trudno jest mieć romans, gdy własny mąż założył ci w telefonie program szpiegujący i śledzi wszystkie twoje ruchy, a do tego krok w krok za tobą chodzą dwaj goryle – powiedziała podniesionym głosem. Lily oderwała się od butelki i popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Luca zacisnął usta.

– A zatem przyznajesz, że to moja córka i że złośliwie zataiłaś przede mną jej istnienie?

Popatrzyła na niego z nienawiścią, ale ściszyła głos, żeby nie denerwować dziecka.

– Tak. Ukryłam przed tobą jej istnienie. I wiesz co? Zrobiłabym to po raz drugi. Lily zasługuje na lepszy los. Nie chciałam, żeby wiedziała, jaki potwór ją spłodził. Byłeś dawcą spermy, ale to ja jestem jej matką. Żadna z nas cię nie potrzebuje.

Nienawiść dźwięcząca w głosie Grace wbijała się w jego serce jak sztylet. Wystarczyło mu jedno spojrzenie na dziecko, by mieć pewność, że to jego córka. Był ojcem. Teraz, gdy żona wyznała mu prawdę, powinien poczuć ulgę, tymczasem przeszył go nagły ból. Nigdy sobie nie wyobrażał, że jego własna żona może się do niego zwracać z taką zapiekłą nienawiścią. Nigdy nie przypuszczał, że będzie na niego patrzeć jak na antychrysta.

Ramię bolało go coraz bardziej. Pomyślał, że gdy już znajdą się w powietrzu, weźmie środki przeciwbólowe, które Giancarlo usiłował mu wcisnąć. Teraz te leki przytępiłyby jego reakcje, a potrzebował myśleć jasno.

– Masz pół godziny.

– Na co? – zapytała z napięciem, wtulając twarz w gęste czarne włosy dziecka.

– Żeby się spakować.

– Nigdzie się nie wybieram.

– Tak sądzisz? – Przeszedł się po niedużym pokoju, w którym jakoś udało jej się upchnąć bieżnię, rower treningowy i maszynę wioślarską. Nic dziwnego, że tak szybko wróciła do dawnej figury. Patrząc na nią, nikt by nie odgadł, że niedawno urodziła dziecko. I to była kobieta, która kiedyś powiedziała mu prosto w oczy, że nie cierpi ćwiczyć.

– Nie masz wyboru.

– Zawsze jest jakiś wybór.

Znieruchomiał i popatrzył na nią.

– Powiem ci, jaki masz wybór. Dokładnie za trzydzieści minut wyjdziemy stąd i polecimy na Sycylię.

Poczuł ciężar w piersi i wziął głęboki oddech. Jeszcze przed godziną nie miał pojęcia o istnieniu Lily. To była jego córka, a Grace ją przed nim ukryła.

– Nazywasz mnie potworem. – Mówił cicho, żeby nie obudzić dziecka. – Ale to nie ja zniknąłem bez żadnej wiadomości, to nie ja uznałem, że dziecku lepiej będzie bez ojca, i to nie ja próbowałem je ukryć przed drugim rodzicem. I ty masz czelność nazywać mnie potworem?

– Tak, i zrobiłabym to po raz drugi – odpowiedziała bez mrugnięcia okiem.

Krew napłynęła mu do twarzy. Nie miała nawet cienia wyrzutów sumienia. Mógł ją za to surowo ukarać. Mógł zabrać jej Lily, a ona nie miałaby nic do gadania. Mógł, ale wiedział, że tego nie zrobi. On sam kochał obydwoje rodziców, ale to do matki szedł, kiedy rozciął sobie kolano. Grace kochała Lily, a Lily kochała Grace. Więź między nimi była już silna. Musiałby mieć serce z kamienia, by ją zerwać. Dzieci potrzebowały matek. Nie chciał karać swojej córki za grzechy jej matki. Nie, pokuta Grace będzie wyglądać inaczej.

Podszedł do niej i pochylił się nad jej uchem. Czuł jej strach i cieszyło go to. Chciał, żeby się go bała. Chciał, by zaczęła przeklinać dzień, kiedy po raz pierwszy postawiła stopę na Sycylii.

– Nigdy więcej mi jej nie zabierzesz. Miejsce Lily jest na Sycylii, z rodziną. Wiem, że dzieci rozwijają się lepiej w obecności matek. Gdyby nie to, zabrałbym ją teraz, a ciebie bym zostawił, żebyś tu zgniła. – Urwał na chwilę, po czym dodał: – Gotów byłbym zrobić to w mgnieniu oka.

Zacisnęła powieki, starając się nie oddychać. Gorący oddech Luki owiewał jej usta. Zmusiła się, by nawet nie drgnąć, choć poczuła od niego nieznajomy zapach. Luca zawsze używał tej samej wody. Nie był próżnym mężczyzną i nawet do głowy by mu nie przyszło, by ją zmieniać. Zaraz jednak zapomniała o tym, bo znów zaczął szeptać tym samym złowróżbnym tonem:

– Widzisz, bella, masz wybór. Zależy mi tylko na córce. Możesz zostać w tej taniej ruderze sama albo wrócić na Sycylię razem ze mną i z Lily, jako rodzina.

– Nigdy więcej nie będę częścią twojej rodziny! – wybuchnęła. – Nigdy więcej nie pójdę z tobą do łóżka…

Przerwał jej cyniczny wybuch śmiechu.

– Co do tego, to mogę cię uspokoić. Urodziłaś mi dziecko. Nie mam ochoty ani potrzeby więcej z tobą sypiać. Moje potrzeby fizyczne zaspokoi jakaś inna kobieta. A ty zostaniesz dobrą sycylijską żoną, posłuszną i uległą we wszystkim. To jest cena, jaką musisz zapłacić, jeśli chcesz mieć Lily przy sobie. I masz to robić z godnością.

– Nienawidzę cię!

Znów się roześmiał. Był to odrażający śmiech, zupełnie inny od głębokiego i szczerego, jaki pamiętała.

– Wierz mi, twoja nienawiść do mnie nie może być większa niż moja do ciebie. Ukradłaś mi dziecko, a jak wiesz, nie jestem człowiekiem, który łatwo wybacza. Ale nie jestem też okrutny. Gdybym był okrutny, to zabrałbym ci Lily bez chwili namysłu, tak jak ty uczyniłaś wcześniej.

Patrzyła na niego w milczeniu, drżąc na całym ciele. Luca nie spuszczał oczu z jej twarzy.

– Wybór należy do ciebie. Możesz pojechać na Sycylię ze mną i z Lily albo zostać tutaj. Ale jeśli tu zostaniesz, to nigdy więcej jej nie zobaczysz. Jeśli pojedziesz z nami, a potem zechcesz wyjechać, to również nigdy więcej jej nie zobaczysz. Jeśli pojedziesz z nami i uznam, że nie zachowujesz się, jak przystało na dobrą sycylijską żonę i matkę, to osobiście wywiozę cię z posiadłości i…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?