Miłość primabaleriny

Tekst
Z serii: Rings of Vengeance #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Patrzyła w jego zielone oczy, w które jeszcze kilka godzin temu bała się głębiej wpatrywać, bo ich wyraz sprawiał, że jej puls zaczynał bić szybciej. Myślała tylko o jednym – spoliczkować go trzymaną w ręku torebką, gdzie schowała pojemnik z gazem.

– Kiedy wypuścisz mnie do domu? – zażądała jasnej odpowiedzi.

– Wkrótce się dowiesz. Chodź ze mną.

– Dokąd?

– Tam, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku wielkich podwójnych drzwi. Otworzył je i… zniknął.

Zerwała się na równe nogi i poszła za nim.

Co za wspaniała rezydencja…! Podobne widywała tylko w telewizji.

Przechodziła obok wspaniałych rzeźb i wiszących na ścianach olśniewających obrazów starych mistrzów. Weszła do kolejnego pomieszczenia, którego ozdobiony freskami sufit znajdował się na wysokości dwóch pięter. Wszędzie stały pieczołowicie odrestaurowane stare i wystawne meble. Przy ścianach – kolejne niezwykłe dzieła sztuki rzeźbiarskiej. Spostrzegała skręcającego w lewo Benjamina i poszła jego śladem. W takiej rezydencji można było bez trudu się zgubić. Przeszli przez kolejny ogromny salon. Minęli potężną bibliotekę wypełnioną po sufit starymi woluminami i tysiącami rzadkich wydań książek z różnych wieków. Doszli do pomieszczenia, którego wielkie okna sprawiały, że trudno było zgadnąć, czy znajduje się ono wewnątrz, czy już na zewnętrz rezydencji – w samym krajobrazowym ogrodzie. Sufit podtrzymywały potężne filary z włoskiego marmuru. Widok zapierał dech w piersiach.

Patrzyła na te wspaniałości z zachwytem i przerażaniem.

Château wzniesiono na stromych wzgórzach otoczonych lasami i polami, które łagodnie opadały w dół. Gdzieś daleko pobłyskiwały światła, które widziała, gdy samolot podchodził do lądowania. W promieniu wielu kilometrów żadnego śladu cywilizacji. Panował spokój i cisza pierwotnego raju.

– Usiądziesz? – zapytał i sam usiadł na ogromnej białej narożnikowej sofie. Przed nim stał kwadratowy stolik ze szklanym blatem.

Patrząc na nią z poważną miną, rozluźnił krawat i odpiął dwa guziki koszuli. Jak spod ziemi wyrósł Pierre z drinkami na srebrnej tacy. Postawił je na stoliku i bezszelestnie zniknął.

Benjamin przeczesał ręką włosy i wypił spory łyk ze swojej szklaneczki.

– Co wiesz o moich związkach z braćmi Casillas?

Zdziwiona pytaniem spojrzała na niego nieufnie.

– Że jesteście starymi przyjaciółmi. Prawie rodziną.

Skinął głową, lekko zaciskając usta.

– Nasze matki były z sobą niezwykle blisko. Dzieliły je tylko trzy miesiące. Przyjaźniły się od dzieciństwa przez trzydzieści pięć lat! Dorastałem w poczuciu, że Javier i Luis są moimi kuzynami. Całe życie staliśmy za sobą murem. Rozumiesz?

– Chyba tak, ale o co chodzi? Mam dosyć zagadek.

– Jeśli zechcesz mnie wysłuchać, szybko zrozumiesz.

Sięgnęła po swój dżin z tonikiem i usiadła na drugim końcu sofy. Piła rzadko. Nigdy więcej niż jeden drink, ale teraz delikatny zapach jałowca działał niezwykle orzeźwiająco. W końcu, pomyślała, rzadko też ją porywano…

Pociągnęła mały łyk i zmusiła się, by spojrzeć na gospodarza.

– No więc, dorastaliście jako kuzyni…

Zanim zdążył odpowiedzieć, zjawił się Pierre. Tym razem z deską serów i przekąskami.

Benjamin podsunął ją Freyi. Podziękowała. Prędzej umrze z głodu, niż przyjmie posiłek z rąk porywacza.

– Musisz być głodna. Zabrałem cię z gali, zanim podano dania.

– Nie będę nic jadła.

– Może i dobrze. Nie powinno się jeść sera późnym wieczorem, choć sam nie zawsze przestrzegam tej zasady.

Patrząc na linię lasu, postanowiła, że wysłucha go, zostanie na noc, a rano spróbuje ucieczki. Musi znaleźć jakieś buty. Może zresztą on sam po rozmowie odwiezie ją na lotnisko.

– Wspominałem ci już o moich związkach z Javierem i Luisem.

– Trzej muszkieterowie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

– Właśnie. Znasz paryski apartamentowiec Tour Mont Blanc? – zapytał, odcinając nożem kawałek sera.

– Ten wieżowiec? – zapytała niepewnym głosem.

Nie interesowała się biznesem. W rzeczywiści mimo uszu puszczała wszystko, co nie miało związku z baletem. O Tour Mont Blanc usłyszała, bo jego architekturą zachwycała się Sophie, która marzyła, by w nim zamieszkać i jadać codziennie w jednej z wielu restauracji prowadzonych w ekskluzywnych arkadach przez słynnego z przewodnika Michelina szefa kuchni.

– Wiesz, że zbudowali go Javier i Luis?

– Słyszałam o tym.

– A o tym, że i ja w niego zainwestowałem?

– Nie…

– Przyszli do mnie siedem lat temu, gdy kupowali grunt pod zabudowę. Mieli problem z płynnością finansową i poprosili, żebym do nich dołączył jako „cichy” partner. Zainwestowałem dwadzieścia procent sumy żądanej przez właściciela. Mówili, że ogólny zysk sięgnie pół miliarda euro. Cztery lata trwały przygotowania. Mnóstwo papierków. Trzy kolejne zajęło ukończenie budowy. To wspaniały budynek – zasługa wizji braci Casillas. Osiemdziesiąt procent apartamentów sprzedano na pniu jeszcze przed rozpoczęciem inwestycji. Zanim położono dach, jedenaście wielkich korporacji międzynarodowych podpisało kontrakty na wynajęcie biur.

– Maszynka do robienia pieniędzy – wtrąciła. – Dlatego mi o tym mówisz?

Spojrzał na nią przeszywającym wzrokiem.

– Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że początkowe prognozy dotyczące zysku są zachowawcze, ale nie wiedzieliśmy na ile. Ogólny zysk sięga obecnie półtora miliarda euro!

– Gratulacje – powiedziała tym samym obojętnym tonem. Na własnym rachunku gromadziła zazwyczaj najwyżej czterocyfrowe sumy. Wymieniona przez niego kwota przekraczała jej wyobraźnię artystki. Popisuje się, pokazując jej, że dorównuje bogactwem Javierowi?

Samo wspaniałe château to jeszcze za mało, by jej zaimponować?

Nie ma co chwalić się pieniędzmi. Potężne konto nie czyni cię lepszym niż inni. Nie gwarantuje szacunku zwykłych śmiertelników.

Jak sięgała pamięcią, jej rodzice zawsze żyli w biedzie, a byli przecież najbardziej czułymi i kochającymi rodzicami, jakich można sobie wymarzyć. Nie zamieniałaby ich na żadnych innych. Choćby najbogatszych. Pieniądze nie zastąpią miłości.

Dopiero teraz, gdy straszna choroba coraz bardziej wycieńczała jej matkę, Freya zaczęła myśleć, jak bardzo przydałyby się pieniądze na urządzenie im bezpiecznego gniazda. Gdyby nie rodzice, nigdy nie czułaby się zmuszona do ślubu z Javierem.

Zawsze mieli mało, ale harowali od rana do nocy, by ich córka mogła spełnić marzenia.

– Zainwestowałem dwadzieścia procent ceny gruntu. – Benjamin zignorował jej sarkastyczny ton. – A potem kolejne dwadzieścia kosztów budowy. Do jakiego zysku mam prawo?

– Skąd mam wiedzieć?

– Zgadnij?

– Do jednej piątej.

– Masz rację. Dwadzieścia procent sumy półtora miliarda to trzysta milionów. Nie trzeba być księgowym, by wiedzieć, że to mnóstwo pieniędzy. Zwrócili mi to, co zainwestowałem, ale tylko siedemdziesiąt pięć milionów z zysku, raptem pięć procent!

– Mam ci współczuć? – Ich oczy spotkały się ponownie.

– Nie musisz. – Stłumił złość na bijącą z niej chłodną obojętność. Czego spodziewać się po kobiecie zaręczonej z najbardziej bezwzględnym i zimnym europejskim biznesmenem? – Przedstawiam ci tylko fakty. Javier i Luis mnie okradli. Są mi winni dwieście dwadzieścia pięć milionów!

Chciał przeznaczyć te pieniądze na pomoc dzieciom z trudnym dzieciństwem. Ironią losu takimi dziećmi byli też bracia Casillas. Ojciec zabił ich matkę. Pamięć o traumie, jaką przeżyli, prześladowała Benjamina przez lata.

Inwestycja w Tour Mont Blanc doprowadziła go na skraj bankructwa. Przez siedem lat walczył o wyjście z dołka. Udało mu się wspiąć jeszcze wyżej niż przedtem. Inwestował na całym świecie w sieć punktów dobrej i zdrowej żywności, aż spłacił wszystkie długi. I udziałowców. Teraz wszystkie aktywa, firmy i filie należały już tylko do niego. Nikt mu ich nie odbierze. Mógł ze swoim ogromnym bogactwem zrobić coś dobrego dla innych. Bracia Casillas ukradli mu nie tylko pieniądze, ale i zaufanie oraz wszystkie drogie jego sercu wspomnienia z dzieciństwa.

– Rozmawiałeś z prawnikami?

– Jasne. – Pamiętał wielkie oczy, jakie zrobił jego prawnik, gdy przeczytał kontrakt. Małymi literami na dole widniała tam jak na dłoni klauzula potwierdzająca, że bracia mieli rację, twierdząc, że należało mu się tylko pięć procent zysku. W tamtym czasie nie zauważyłby jej, nawet gdyby napisano ją wołami na pierwszej stronie. Podpisał kontrakt, nie dając go do przeczytania prawnikowi! Jego błąd. Akceptował go. Była to jedyna umowa, jaką podpisał bez uprzedniego dokładnego jej przeczytania. Właściciel gruntu dał braciom czas na zebranie pełnej sumy tylko do północy. Inaczej sprzedałby go innemu nabywcy, a oni straciliby już wpłacony depozyt.

Z prośbą o pomoc przyszli tego samego dnia, gdy lekarze poinformowali jego matkę, że nie mogą zrobić nic więcej, by pomóc jej w walce z nowotworem. Spodziewał się takiej diagnozy, ale odebrał ją jak najgorszy cios, jakiego doświadczył w życiu.

Podpisał kontrakt, ledwie rzucając nań okiem, i szybko przelał pieniądze. Komu innemu by odmówił, ale Javier i Luis byli niemal rodziną. Prawie ta sama krew. Jego matka uznawała ich za synów. Ufał im bez reszty. Nie myślał wtedy, że decyzja może zachwiać jego płynnością finansową i że aby kupić château, gdzie matka miała przeżyć ostatnie dni życia, będzie musiał zaciągnąć potężny kredyt hipoteczny. Efekt domina sprawił, że znalazł się na skraju bankructwa.

– Z prawnego punktu widzenia nie mogłem nic więcej zrobić – wycedził przez zaciśnięte gardło.

Wbrew radzie swojego prawnika wniósł sprawę do sądu. I przegrał.

Jego wściekłość pogłębił fakt uzyskania przez braci sądowego zakazu publikacji na temat samej rozprawy. Nie chcieli, by świat biznesu dowiedział się o ich krętactwach. I jak daleko są gotowi się posunąć, by tylko osiągnąć zyski.

 

– Czego więc oczekujesz ode mnie? Dlaczego tu jestem? – usłyszał głos Freyi.

– Każdy skutek ma przyczynę. Javier i Luis mnie okradli. Wyczerpałem możliwości prawne. W rzeczywistości pieniądze nie są aż tak ważne… Jestem bardzo zamożnym człowiekiem. Gdyby chodziło tylko o nie, spisałbym je na straty. Chodzi o coś znacznie więcej. Nie zostawię tego w ten sposób. Nie uda im się. Jesteś moją ostatnią kartą przetargową.

– Ja? Przecież gdy podpisywałeś kontrakt, byłam jeszcze w szkole baletowej – odparła zdziwiona.

– Prawda. Za trzy minuty północ. Za trzy minuty Javier otrzyma wiadomość, że ma dwadzieścia cztery godziny na oddanie pieniędzy. Jeśli nie oda, zwykłe poczucie sprawiedliwości nakaże mi zabrać mu w zamian coś innego. Twoje zaręczyny uznam za niebyłe, a ty wyjdziesz… za mnie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Niemożliwe. Spojrzała mu prosto w oczy. Nigdy nie łudziła się co do własnej inteligencji. Od czasu, gdy jako dziecko zaczęła stawiać pierwsze kroki, balet stał się jedyną miłością jej życia. Namiętnością, która pochłonęła ją bez reszty. Cierpiała na tym szkoła. Dobra była tylko w przedmiotach związanych ze sztuką. Wszystko wiązało się z tańcem.

Nie była jednak „głupiutką kobietką”. I teraz, patrząc na niego, wiedziała, że mówi śmiertelnie poważnie. Chodziło o zemstę w najczystszej postaci, a ona stała się narzędziem, dzięki której jej dokona.

Była zakładniczką.

Patrzył na nią bez cienia litości, oczekując reakcji na to, co powiedział.

Odpowiedziała, używając jedynej dostępnej jej broni – własnego ciała.

Gwałtownym ruchem zerwała się z sofy, a oparłszy się ręką o stolik, wywróciła go do góry nogami. Przebiegła przez pokój i wypadła do ogrodu. Z daleka dobiegło ją przekleństwo rzucone przez zaskoczonego Benjamina.

Biegła przed siebie, nie zwracając uwagi na nagle włączone reflektory systemu bezpieczeństwa. Miała nadzieję dobiec do gęstego szpaleru krzaków, gdzie uda jej się schować, by następnie dotrzeć do prowadzącego do rezydencji podjazdu. A nim do zwykłej drogi.

Ucieczki próbowała już przedtem. Zdawała sobie sprawę, że przesadna reakcja na emanującą z niego męską siłę i zmysłowość przesłoniła jej realistyczną ocenę niebezpieczeństwa, w jakim się znalazła.

Przedzierając się przez krzewy, zastanawiała się, czy teren posiadłości w ogóle gdzieś się kończy, ale ufała, że intuicja jej nie zawiedzie. Wokół panowały egipskie ciemności, ale dzięki światłom umieszczonych przy ziemi latarenek, udało jej się dobiec do zdalnie kierowanej bramy, którą wjechali. Zwieńczały ją kute z żelaza groty. Brama była dwukrotnie wyższa od niej. Obok ciągnął się kamienny mur.

Musiała ryzykować. Jeśli nie spróbuje, nigdy nie uda jej się uciec. Wzięła głęboki oddech i biegiem ruszyła przed siebie. Dobiegła do muru i zaczęła się wspinać. Przyspieszyła, słysząc za sobą ciężkie kroki. Była już niemal na górze, gdy nagle jeden z kamieni, którego się chwyciła, wyśliznął jej się z ręki. Straciła oparcie i z przeraźliwym krzykiem runęła w dół.

Spadłaby na ziemię, gdyby w tej chwili, jak ręce partnera w balecie, nie pochwyciły jej silne męskie ramiona.

Jak udało mu się dobiec tak szybko? Musiał biec z nieziemską szybkością!

– Chcesz zginąć? – rzucił wściekłym głosem. Otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz tuż przy swojej. Wpatrywał się w nią ze złością, ale i… dziwną w tej sytuacji czułością.

Mruknęła coś niewyraźnie.

– Możesz mnie już puścić – powiedziała, ale gdyby mogła, cofnęłaby te słowa, bo mogąc już oddychać, zaczęła też czuć zapachy. Jej twarz niemal wtulała się w jego szyję. Czuła zmysłowy zapach wody kolońskiej – mieszaniny cedru, limonki i paczuli.

– I znów uciekniesz? Znowu znajdziesz się w niebezpieczeństwie? Co ty sobie myślisz? Gdybym cię nie złapał…

– A czego oczekiwałeś? – Dyszała przerywanym oddechem. Czuła jego umięśnione ciało przyciśnięte do jej ciała. Przez chwilę pomyślała, że chciałaby, żeby był ze stali. Jako nieczułego robota, mogłaby go zignorować, a jej ciało nie reagowałoby w ten sposób. Usta by nie drżały i nie próbowały zbliżyć się do jego szyi… Nie po to, by ją ugryźć, lecz pocałować…

– Że mnie wysłuchasz i nie będziesz uciekać. Las ciągnie się kilometrami. Przez tydzień nie spotkałabyś żywej duszy.

– I co z tego? Porwałeś mnie dla okupu. Będę musiała to zaakceptować. – Zamknęła oczy, by nie widzieć jego szyi. Chętnie nie widziałaby też i reszty jego ciała…

Ledwie mogła oddychać ze złości i przerażenia, ale i tego, jak silnie działał na nią ten mężczyzna…

Drzwi otworzył im Pierre. Benjamin przeniósł ją przez próg, jak pan młody właśnie poślubioną pannę młodą, i polecił kamerdynerowi przynieść apteczkę oraz miskę z wodą.

– Niech przyniesie też kajdanki – rzuciła Freya.

– Kusząca propozycja, ale nie na teraz… – odparł z uśmiechem.

Czuł się wspaniale, trzymając ją w ramionach. Od początku miał świadomość, że ta kobieta wciąż tkwi w jego myślach i głowie. Oglądał jej obtarte stopy. Prawa była skaleczona. Przytrzymał kostkę ręką. Poczuł na dłoni ciepłe krople krwi.

– Będziesz mnie teraz podtapiać? – spytała z ironią w głosie.

– Możesz nie podsuwać mi kolejnych pomysłów. Zdezynfekuję ci stopę.

– Jesteś lekarzem?

– Nie, ale facetem, którego młodsza siostra jako dziecko zawsze chodziła na bosaka. Mam więc doświadczenie. – Wciąż tęsknił za Chloe, która wyprowadziła się z posiadłości kilka lat temu.

Również i ona miała na pieńku z braćmi Casillas. Ochoczo zgodziła pomóc opóźnić przyjazd Luisa na galę. Teraz leciała właśnie pierwszą klasą na Karaiby, by uniknąć ewentualnych konsekwencji swojego podstępu.

– Jestem tancerką. Mam wytrenowane i odporne stopy.

– Na tyle, by ryzykować zakażenie i koniec kariery?

– Zagraża jej tylko więzienie mnie jako zakładniczki.

– Nie bądź taka melodramatyczna. Nie jesteś zakładniczką. Chcę tylko, byś spędziła tu dobę.

– A jeśli Javier odmówi?

– Wątpisz, czy jego miłość do ciebie jest warta takiej sumy? – Opatrując jej stopę, spojrzał na nią z pytającym wyrazem twarzy. Zauważył, że zacisnęła usta. – Jesteś najwspanialszą tancerką, jaka pojawiła się w Europie od czasu śmierci jego matki. Masz potencjał, by zostać prawdziwą królową baletu. Javier nigdy nie zadowala się drugim miejscem. Musi być najlepszy we wszystkim. Nie lubisz brylować w mediach. Dasz mu cudowne dzieci. Spełniasz wszelkie warunki, jakich wymaga od przyszłej żony. Miałby cię zostawić?

W dalszym ciągu delikatnie opatrywał jej stopę.

Gdzieś w duszy była mu wdzięczna za opatrunek. Jako tancerka miała twarde i wyćwiczone stopy, ale wiedziała, że stanowią one jej największy skarb. Musiała o nie dbać przez całe życie. Nikt oprócz niej nie wiedział, ile bólu kosztowały ją wszystkie treningi i ćwiczenia. Palce stóp decydowały o lekkości jej tańca.

Jego matka była osobistą kostiumolożką Clary Casillas i jej najbliższą przyjaciółką. Towarzysząc matce, zwiedził kawał świata. Nigdy jednak nie interesował się baletem. Podczas przedstawień śmiertelnie się nudził. Nie dostrzegał w nich żadnego piękna. Do czasu, gdy tydzień temu obejrzał w sieci klip z Freyą tańczącą w balecie „Śpiąca królewna”.

W jej tańcu i ruchach było coś, co ścisnęło mu gardło i sprawiło, że ciarki przeszły po plecach. Obejrzał tylko minutę i wyłączył komputer, ale nie mógł się uwolnić od obrazów tancerki i jej zmysłowego tańca.

Należała jednak do jego wroga. Po co o niej myśleć?

Gdyby życie było takie proste…

Z niepokojem uświadomił sobie, że czuje zazdrość, wyobrażając ją sobie w ramionach Javiera.

– Twój narzeczony wie, że dotrzymuję słowa. Jeśli mówię, że wezmę z tobą ślub, to tak będzie.

– Mogłeś sobie wymyślić i zaplanować całe to żałosne porwanie. Może nawet wszystko idzie po twojej myśli, ale zapomniałeś o jednym, Wielki Strategu – o mojej zgodzie. Poza tym dałeś słowo, że będę tu tylko dobę, a podobno zawsze go dotrzymujesz. Któreś z nas oszukujesz – powiedziała z wyraźną ironią w głosie.

– Mylisz się. Nie ciekawiło cię, dlaczego zablokowałem twój telefon?

– Żebym nie mogła go ostrzec. Nie chciałeś, żebym, mówiąc mu prawdę, zniweczyła twój plan.

Uśmiechnął się. Spryciara.

– Javier już wie, że razem opuściliśmy galę. Z pewnością powiedziano mu, że trzymałaś mnie pod rękę, czyli po prostu wyszłaś ze mną z własnej woli. Będzie się zastanawiał, na ile głęboko w tym tkwisz. Jeśli cię kocha i ci ufa, domyśli się, że jesteś pionkiem w mojej grze i zapłaci, by cię odzyskać. Jeśli jest inaczej, nie odda pieniędzy i pozwoli ci robić, co chcesz. Wtedy piłka znajdzie się po twojej stronie, kochanie. W chwili, gdy podejmie decyzję – w tę czy w tamtą – będziesz mogła opuścić château i wrócić do Madrytu. Jeśli jednak postanowisz za mnie wyjść, pobierzemy się na takich samych warunkach, jakie ustaliliście między sobą. Sądzę, że podpisaliście intercyzę. Uznam ją. Możesz też zdecydować, że masz w nosie nas obu i po prostu dalej robić swoje. Twój wybór. W żadnym wypadku nie przegram. W ten czy inny sposób Javier zapłaci za to, co zrobił. – Skończył opatrywać jej stopę i wytarł ją ręcznikiem.

Freya czuła narastającą złość.

– Jak możesz być tak okrutny? – wycedziła przez zaciśnięte usta.

– Kto sieje wiatr, zbiera burzę – odparł ze spokojem.

– Nie. Pytam, dlaczego jesteś tak okrutny dla mnie. Co ci zrobiłam? Nawet mnie nie znasz.

– Zaręczyłaś się z człowiekiem bez sumienia. Zauważyłem, że to, że mnie okradł, przyjęłaś jak rzecz naturalną. Wiesz, kim jest, a mimo to dalej chcesz za niego wyjść? Kim w takim razie jesteś?

Gwałtownie poczerwieniała na twarzy. W jej spojrzeniu dostrzegł bezbrzeżną nienawiść. Patrzyła nań twardo stalowymi oczyma.

– Nic o mnie nie wiesz. I nie będziesz wiedział. Jesteś najbardziej nikczemnym mężczyzną, jakiego spotkałem. Mam nadzieję, że Javier przejrzy twój blef i zgłosi porwanie na policję.

Delikatnie dotknął kciukiem jej policzka. Jedwabistość jej skóry pobudziła jego zmysły. Chciał cofnąć rękę, ale w tym momencie Freya zamarła w bezruchu jak wyrzeźbiona z marmuru.

– Jeśli zawiadomi policję, za godzinę będą o tym trąbić wszystkie media. Szybko opiszą jego oszustwa – powiedział, ale myślał tylko o tym, że chciałby teraz sięgnąć dłonią jej spiętych w kok włosów i rozpuścić je, by miękko opadły na ramiona.

– Policja i tak nic nie zrobi, bo nie złamałem prawa. Tak jak i on. Przynajmniej formalnie.

– Porwałeś mnie!

– Ja?! Poleciałaś ze mną z własnej woli.

– Bo mnie oszukałeś.

– Racja, żałosny, ale konieczny trik. Jeśli kłamstwo jest zbrodnią, musisz je udowodnić.

– A zablokowanie telefonu?

– To samo. Udowodnij!

– Dobrze śpisz w nocy z takim bagażem? – spytała wzgardliwym głosem.

– Tak, bo mam czyste sumienie. Pokojówka pokaże ci twoje pokoje. To osobna część domu. Śpij spokojnie, kochanie. Jutro czeka nas długi dzień.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?