Miłość primabaleriny

Tekst
Z serii: Rings of Vengeance #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Miłość primabaleriny

Tłumaczenie:

Zbigniew Mach

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Benjamin Guillem spoglądał ponad tłumem gości zgromadzonych w krajobrazowym ogrodzie położonej w sercu Madrytu rezydencji w stylu toskańskim. Przychodziło mu to bez trudu, bo niemal wszystkich przewyższał o głowę. Był jedynym gościem bez osoby towarzyszącej. I jedynym, który nie przeszedł, by celebrować zaręczyny Javiera Casillasa.

Z tacy przechodzącej obok hostessy wziął wysoki kieliszek z szampanem i wypił go jednym haustem. Miał wrażenie, że połyka płynną lawę. Alkohol jeszcze bardziej pogłębił wściekłość, nad którą panował z największym trudem.

Javier i Luis zdradzili go. Bracia Casillas przyjaźnili się z nim całe życie. Jednak bez skrupułów wykorzystali tą przyjaźń i ukradli jego pieniądze. Dokumenty nie kłamią. Lektura nie pozostawiała żadnych wątpliwości.

Przez chwilę miał jeszcze nadzieję, że się myli. Że fałszywie oskarża przyjaciół, bo alternatywa była zbyt trudna do zniesienia. I uwierzenia.

Nie wyjdzie z tego przyjęcia, dopóki nie pozna prawdy.

Sięgnął po następny kieliszek i podszedł do artystycznie rzeźbionej fontanny. Miał stąd lepszy widok na kłębiący się na trawniku tłum. Dostrzegł Luisa stojącego na przeciwległym końcu ogrodu – jak zwykle w otoczeniu grupki klakierów. Javier, niepodobny doń bliźniak, unikał ludzi. Chętnie w ogóle nie wyszedłby do gości.

Nie znosił przyjęć – nawet z okazji własnych zaręczyn. Benjamin nigdy nie spotkał kogoś tak stroniącego od towarzystwa. Javier był odludkiem nawet jeszcze przed tragicznym zdarzeniem sprzed dwudziestu lat, gdy ojciec braci zabił ich matkę.

Szybko przestał o nich myśleć, bo jego uwagę całkowicie pochłonęła kobieta o ciemnych włosach, która właśnie wyszła z oszklonej werandy i z gracją przystanęła na nienagannie przystrzyżonym trawniku. Uniosła twarz do słońca i zamknęła oczy, jakby chciała złapać jego ostatnie promienie. Co za wytworna elegancja, płynność ruchów i kroków. Natychmiast przyszło mu na myśl, że widzi tancerkę.

Wśród gości było ich wiele. Narzeczona gospodarza była primabaleriną baletu, który niedawno, dla uczczenia pamięci matki, nabyli bracia Casillas. Zastanawiał się, czy wybranka Javiera zdaje sobie sprawę, że stanowi tylko kolejne trofeum na jego drodze. Nic więcej.

Nigdy nie przepadał za baletem czy związanymi z nim ludźmi. Ale ta tancerka…

Słońce kładło się czerwonawym blaskiem na jej włosach, które gęstymi falami opadały na biało połyskujące ramiona. Nie była klasyczną pięknością, ale rysy jej twarzy wzbudzały natychmiastowe zaciekawienie. Przyciągały. Wyraźnie zarysowany podbródek idealnie współgrał z szerokimi, pełnymi ustami.

Jej ciemne i błyszczce oczy nagle spotkały się z jego oczyma. Czyżby intuicyjnie czuła, że się w nią wpatruje? Lekko zmarszczyła brwi. Cała jej twarz wyrażała pytanie, na które nikt zapewne nie znał odpowiedzi. Lekki cień uśmiechu wokół jej ust zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Stał jak oniemiały.

Jej uroda oszałamiała. I hipnotyzowała.

Nie mógł oderwać od niej oczu.

Przez moment również i ona patrzyła na niego. Chwila zatrzymana w czasie – tylko dla nich dwojga. Nieznajomych.

Nagle jej sylwetkę przesłonił cień. Zmrużyła oczy, a otaczająca ją aureola promieni słońca rozpłynęła się. Był to cień Javiera, który właśnie wyszedł z oszklonej werandy, by dołączyć do gości.

Zauważył Benjamina i lekko skinął mu głową. Prawą ręką objął kobietę w talii gestem, który nie pozostawiał wątpliwości, do kogo „należy” tajemnicza tancerka. W jednej chwili zrozumiał, że to jego narzeczona. Uśmiech, który powoli rozjaśniał jej twarz, nagle zamarł.

Wszystko jasne.

Benjamin szybko jednak przełknął tę gorzką pigułkę i wrócił do rzeczywistości. Nie przyjechał tu, by romansować, lecz załatwiać sprawy.

– Miło cię wiedzieć – rzucił Javier. – Chyba nie znasz mojej narzeczonej, Freyi.

– Nie – odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy. – Miło panią poznać. – Dostrzegł lekkie pąsy na jej delikatnie zarysowanych policzkach.

W innej sytuacji rzeczywiście byłaby to przyjemność. Teraz jednak czar prysnął. Zostało tylko niewyraźne i lekkie poczucie niesmaku, że mogła patrzeć na niego tak urzekająco, będąc zaręczona z innym mężczyzną.

– Spotkałeś już Luisa? – zapytał Javier.

– Jeszcze nie. Musimy pogadać na osobności: ty, ja i on – dodał z zagadkowym wyrazem twarzy.

Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. Javier uważnie przypatrywał się gościowi. Po chwili zatrzymał przechodzącego obok kelnera.

– Znajdź mojego brata i powiedz mu, że spotkamy się w moim gabinecie z panem Guillamem.

Zdjął rękę z talii narzeczonej, odwrócił się i bez słowa zniknął w głębi oszklonej werandy rezydencji.

Dwa miesiące później…

Na siłę próbowała się uśmiechać przed kamerami. Narzeczony jeszcze się nie pojawił się, ale wiedział, że Freya i tak urzeknie gości swoim wdziękiem i czarem. Tłum obcych ludzi, a każdy chce wymienić z nią choćby pocałunki w policzek.

Jeszcze jedna kamera. Uśmiech i delikatny łyk szampana.

Kelnerzy z pachnącymi świeżością kanapkami na srebrnych tacach jak koty bezszelestnie krążyli po wielkiej sali balowej hotelu należącego do jednego z przyjaciół Javiera, organizatora zbiórki pieniędzy na nową siedzibę baletu.

Gdyby nie ta wieczna dieta, pomyślała tęsknie, spoglądając na tace.

Uśmiechała się bez przerwy, choć już zaczynały ją boleć mięśnie twarzy. Na tym polegała jej rola. Właśnie została primabaleriną Compania de Ballet de Casillas. Jej obowiązki wykraczały teraz daleko poza sam taniec – została też twarzą nowego teatru baletowego. I to w tak ekscytującym czasie. Dwa miesiące temu bracia otworzyli nową supernowoczesną siedzibę. Twarz Freyi widniała na wszystkich billboardach i reklamach. Tańczyła główną partię w przedstawieniu otwierającym działanie placówki.

Freya Clements pochodziła z londyńskiej rodziny tak ubogiej, że w zimę rodzice często musieli wybierać, co kupić: żywność czy opał. Teraz spełniały się jej marzenia. Przeżywała sen na jawie. Małżeństwo z Javierem Casillasem – współwłaścicielem baletu – będzie dopełnieniem szczęścia. Wisienką na torcie. Szybko jednak doszła do wniosku, że ta metafora nie pasuje do sytuacji.

Nie znajdowała odpowiednich słów dla określenie swoich uczuć wobec małżeństwa z Javierem. Był wprost nieprzyzwoicie bogaty. Nikt nie wiedział, jaki majątek zgromadzili wraz z bratem Luisem. Jednak w mediach ich nazwiska rzadko pojawiały się bez określenia: miliarderzy. Był też przystojny – uosobienie nieco wyświechtanego powiedzenia: ognisty Hiszpan. I właśnie ją wybrał na – jak mawiał – życiową partnerkę. Patrząc na niego, myślała o księciu z bajki. No, może bez jego tytułu, czaru czy wdzięku.

Był typem ponuraka. Dla niej jednak liczyło się tylko to, że małżeństwo da nowe szanse przeżycia jej ciężko chorej matce.

Za tydzień zostanie jego żoną.

Zespół baletowy miał teraz dwutygodniowe wakacje. Javier chciał, by ich ślub nie kolidował z otwarciem nowej siedziby i inauguracją roku w szkole tańca. Freya musiała też mieć możliwość ćwiczenia przed premierą nowych układów choreograficznych.

Gdzie on się podziewa? Powinien przyjść godzinę temu. Po cichu wymknęła się do toalety. Chciała do niego zadzwonić, ale jej telefon komórkowy nie działał. Nie łączył się też z internetem. Trudno, za chwilę spróbuje jeszcze raz.

Media już zacierały ręce z radości. Para po raz pierwszy pokaże się razem. Javier jest synem słynnej tancerki baletowej Clary Casillas i Jurija Abramowa. Małżeństwo rodziców skończyło się tragicznie. Ale teraz ich potomek ożeni się z „primabaleriną, której potencjał i talent wróżą kosmiczną karierę równą matce męża”. W ten sposób mówiła o Freyi jej najlepsza przyjaciółka, tancerka i niegdyś współlokatorka, Sophie. Jej hiszpański był znacznie lepszy niż przyszłej żony Javiera, która przez dwa lata wspólnego mieszkania w Madrycie zdążyła opanować tylko podstawy języka.

W przyjęciu uczestniczyło wiele tancerek i tancerzy zespołu. Mieli stanowić tło miło łechcące ego mecenasów sztuki, których patronatu i pieniędzy potrzebował nowy teatr.

Sophie wykręciła się migreną. Freya odczuwała rosnący niepokój i żałowała, że nie ma przy sobie przyjaciółki. Wystarczy się tylko uśmiechać.

Do sali balowej wszedł wysoki mężczyzna. Poczuła lekki skurcz w żołądku. To on. Człowiek, którego zauważyła na przyjęciu zaręczynowym. Jego imię często chodziło jej po głowie już od dwóch miesięcy. Więcej – twarz tego mężczyzny zbyt często przychodziła do niej w marzeniach, co w dziwny sposób wprawiało ją w błogi nastrój. A w snach…

Nie może znowu ulec pokusie szukania go wzrokiem. Powinna traktować go jak innych gości. Jeśli podejdzie do niej, przywita go jak do innych. Już dawno zdążyła się pozbyć swojego akcentu z biednej dzielnicy wschodniego Londynu. W świecie wielkich pieniędzy nikt nie miał prawa mieć wątpliwości, że i ona doń należy.

Nigdy nie czuła się tak onieśmielona jak wtedy, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Nie mogła wydobyć słowa.

Uprzejmie, choć z nieobecnym uśmiechem, odpowiedziała na żart stojącego obok starszego mężczyzny. Ledwie słyszała własny głos. Gdy poczuła na sobie spojrzenie Benjamina, krew uderzyła jej do głowy.

On zaś spokojnie czekał na koniec rozmowy.

– Pani Clements? – zapytał, gdy starszy pan odszedł.

Skinęła tylko głową w odpowiedzi.

– Jestem Benjamin Guillem, stary przyjaciel pani narzeczonego.

Mówił po angielsku z najbardziej miękkim i dźwięcznym akcentem, jaki kiedykolwiek słyszała. Ton jego głosu działał uspokajająco.

Inaczej niż inni goście nie podszedł, by wymienić uściski, lecz patrzył na nią oczyma, których niezwykły odcień przykuł jej uwagę już podczas przyjęcia zaręczynowego. Miał oliwkową cerę i niesfornie bujną kruczoczarną czuprynę oraz gęste czarne brwi i niewielką, ale widoczną bliznę nad mocno zarysowaną górną wargą. Przypominał gwiazdora kryminalnych filmów noir. Męskie rysy tej przystojnej twarzy emanowały czymś niepokojąco niebezpiecznym. Pociągającym. Miał na sobie czarną marynarkę, koszulę tego samego koloru i wąski srebrny krawat. Brakowało tylko czarnego kapelusza…

 

Zielone, czyste i śmiało patrzące oczy zdawały się przenikać ją na wylot. Takiemu spojrzeniu nie umknie żaden szczegół.

– Pamiętam, że zabrał mi pan wtedy Javiera – powiedziała, siląc się na spokój, choć czuła, że serce bije jej szybciej niż zwykle.

Była mu zresztą wdzięczna. Gdy narzeczony objął wtedy jej talię, czuła tylko chłód. Modliła się, by w ciągu czasu, jaki pozostał do ślubu, jej uczucia do niego ociepliły się na tyle, by mogła znosić jego dotyk. Nie spali ze sobą.

Setki razy powtarzała sobie, że oboje wiedzą, w co się angażują. W małżeństwo pozbawione miłości – jedyne, które w ogóle mogli zaakceptować. Będzie tańczyć i rozwijać karierę tak długo, jak zapragnie, a później, gdy uzna, że nadszedł czas, urodzi mu dzieci. Schemat stary jak świat.

Godziła się z tym, że traktuje ją zdobycz, i miała jedynie nadzieję, że z czasem nawiąże się między nimi nić przyjaźni. Jednak i bez niej warto było wziąć ślub. Wszystko jest lepsze niż ból patrzenia, jak matka ginie w oczach. Małżeństwo z Javierem daje szanse na przedłużenie jej życia i przekonanie matki, że warto żyć.

Nachylił głowę, wciąż patrząc jej w oczy.

– Musiałem zabrać pani narzeczonego. Mieliśmy pilną sprawę do omówienia.

– Powiedział to samo.

Gdy jednak później próbowała z niego wydobyć cokolwiek na temat gościa, milczał jak zaklęty. Javier zawsze stanowił dla wszystkich zagadkę. Nikt nie wiedział, co dzieje się w jego głowie.

Jednak ówczesne nagłe zniknięcie obu braci i tajemniczego przybysza, pobudziło jej zainteresowanie. Wiedziała, że narzeczony nic jej nie powie, co tylko denerwowało ją jeszcze bardziej. Cieszyła się, że nic do niego nie czuje. Gdyby jej serce biło na jego widok równie gwałtownie jak na widok tego Francuza, musiałaby się poważnie zastanowić nad przyjęciem oświadczyn. Wiedziała, że tak samo pomyślałby Javier, gdyby znalazł się w podobnej sytuacji.

Benjamin również nie przejawiał chęci do rozmowy o ich poprzednim spotkaniu.

– Jeśli czeka pan na Javiera, muszę pana zasmucić, bo jeszcze nie dotarł – powiedziała, by przerwać pełne napięcia milczenie. – Nie ma też Luisa.

Przypatrywał się jej uważnie, próbując dociec, czy wie o panującej między nim a braćmi wrogości. Nie wiedziała. Słusznie podejrzewał, że Javier – jak wszystkich innych – nie dopuszcza jej do swoich tajemnic.

Coś jednak było w tej kobiecie. Jakby jej skóra żyła i emanowała wibracjami, które niemal namacalnie odczuwał. Z trudem wytrzymywał spojrzenie jej ciemnych i głębokich oczu. Otrząsnął się. Miał konkretną robotę do wykonania i nie mógł pozwolić, by zmysłowość tej kobiety odciągała go od wyznaczonego celu. Liczył się czas. Zaplanował wszystko co do minuty.

Spięła włosy w gęsty kok, w który wplotła szereg małych i okrągłych brylancików. Jej smukłą figurę okrywała aksamitna suknia bez rękawów w kolorze głębokiej czerwieni, lekko rozszerzająca się od bioder do połowy łydki. Nagie ramiona koloru kości słoniowej połyskiwały w przytłumionych światłach sali balowej. Pomyślał, że chciałby dotknąć tej delikatnej jak jedwab skóry.

Pochylił głowę niżej, tak aby tylko ona mogła usłyszeć, co mówi. Poczuł zapach jej perfum – zmysłowy wir grożący wciągnięciem go w swoją otchłań. Odetchnął głęboko.

– Wiem, że Javiera nie ma. Proszę mi wybaczyć, ale mam pani coś ważnego do powiedzenia.

Zmarszczyła czoło i spojrzała na niego szeroko rozwartymi oczyma. Wskazał głową na potężne drzwi wahadłowe i podał jej ramię.

– Mogę?

Poprowadził ją przez tłum gości oczekujących na braci Casillas. Bez nich nie można było rozpocząć uroczystej gali. Zanosiło się jednak na długie oczekiwanie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, obaj spóźnią się o godzinę.

Czuł na sobie zaciekawione spojrzenia obecnych.

Gdy Javier w końcu dotrze na miejsce, dowie się, że narzeczona znikła razem z nieznajomym…

Nigdy nie pomyślałby o takim podstępie, ale bracia nie zostawili mu innego wyjścia. Ostrzegał ich. Po napiętym i trudnym spotkaniu sprzed dwóch miesięcy wyznaczył im ostateczny termin oddania pieniędzy. Inaczej będą się musieli liczyć z konsekwencjami.

Freya miała odegrać rolę „dodatkowego zabezpieczenia”. Casillasowie okazali się krętaczami. Oszustwo nie ujdzie im bezkarnie.

Gdy oboje doszli do hotelowego lobby, przystanął na chwilę za jednym z marmurowych filarów.

– Przepraszam za podstęp, ale Javier prosił mnie, bym po cichu przywiózł panią do niego.

– Co z nim? – zapytała głęboko ściszonym głosem. Benjamin uznał, że idealnie pasuje on do jej zmysłowego wyglądu.

– Wszystko w porządku, ale nic więcej nie wiem. Jestem tylko kurierem.

Zobaczył wahanie w jej oczach, ale nie dał jej czasu na zwłokę.

– Chodźmy. – Ruszyli w stronę wyjścia.

Poruszała się z gracją i mimo dużej różnicy wzrostu bez problemu dotrzymywała mu kroku.

Przez chwilę czuł wyrzuty sumienia, że ją okłamuje. Przecież to narzeczona Javiera. Chloe, siostra Benjamina, pracowała w balecie jako kostiumolożka i krawcowa. Świetnie znała Freyę. Mówiła, że jest miłą, choć niezbyt towarzyską osobą. Inteligentną na tyle, by na wylot poznać mężczyznę, którego miała poślubić. W jej świecie pieniądze i władza to potężne afrodyzjaki, pomyślał nie bez odrobiny złośliwości. Nie mógł się jednak uwolnić od dziwnego mrowienia, jakie odczuwał, gdy trzymała go pod ramię. Niemal ocierali się ciałami.

Umówiony kierowca już czekał w samochodzie przed wejściem do hotelu. Gdy ruszyli, zapytał spokojnym głosem:

– Naprawdę nie wie pani, w jak trudnej sytuacji znalazł się jej narzeczony? Wszystko się wyjaśni, gdy dotrzemy na miejsce.

– Gdzie on jest? – spytała.

– We Florencji.

– Wciąż?

Nie wiedziała jednak, że Bejnamin zapłacił urzędnikom na lotnisku dziesięć tysięcy euro, by o dwie godziny opóźnili lot Javiera prywatnym odrzutowcem. Podobną sumę wydał na zablokowanie jej telefonu komórkowego.

Gdy dziesięć minut później dojeżdżali do lotniska, przypomniała sobie, że nie ma paszportu. Zapewnił, że nie będzie go potrzebować. Jego prywatny samolot stał gotowy do startu. Pół godziny po opuszczeniu hotelu byli już w powietrzu. Wszystko szło jak po maśle. Niedługo pozna jego zamiary.

– Zmęczona? – zapytał z troską w głosie.

– Nie, ale latanie, tak jak jazda samochodem, mnie usypia. Jest pan pewien, że Javier czuje się dobrze?

– Jasne. Proszę spać spokojnie.

Uśmiechnęła się.

Emanowało z niej coś, co wywoływało u niego reakcje, których nie rozumiał. Przez całe dwa miesiące batalii prawnych, które w pełni uświadomiły mu rozmiar oszustwa i zdrady braci Casillas, stale widział w myślach obraz jej twarzy.

Patrzył na nią i teraz. Szczęście, że zasnęła. Niech pośpi, zanim… dowie się, że ją porwano.

ROZDZIAŁ DRUGI

Z lekkiej drzemki obudził ją ruch w kabinie pilotów. Benjamin wciąż na nią patrzył.

Po raz pierwszy w życiu nie zapadła od razu w mocny sen.

– Za chwilę lądujemy – usłyszała jego głos.

– Przepraszam, ale podróże zawsze mnie usypiają – powiedziała, prostując nogi.

Tak było od dzieciństwa. Rodzice na zmianę wozili ją w wózeczku dla niemowlaków, by zasnęła. Gdy z niego wyrosła, zabierali ją na przejażdżki zwykłą spacerówką, podczas których zwykle mijali szkołę baletową. Zawsze budziła się dokładnie w tym momencie. Jej najstarsze wspomnienie z dzieciństwa dotyczyło widoku baletnic w różowych spódniczkach. „Freya też tańczy!” – krzyczała wtedy na cały głos. Stąd wzięły się jej miłość do tańca i łatwość szybkiego zapadania w sen w każdym środku transportu.

Ku swojemu zdziwieniu w samolocie nie zasnęła od razu. Nie z obawy o narzeczonego, lecz z powodu samego właściciela maszyny. W jego obecności jej serce zaczynało bić mocniej. Zmuszała się do spoglądania przez okno, żeby tylko na niego nie patrzeć. Gdy zasypiała, pod powiekami krążyły jej obrazy jego twarzy.

Zapewniał ją, że Javier czuje się dobrze, ale przed lądowaniem zauważyła w nim pewne napięcie. Poza tym widoczne za oknem światła i okolica w niczym nie przypominały Florencji, gdzie przebywała raptem dwa tygodnie temu razem z Compania de Ballet de Casillas w ramach jego europejskiego tournée.

Nawet nie zauważyła, kiedy samolot wylądował.

Zeszła po metalowych schodkach i odetchnęła głęboko.

To nie jest zapach Florencji. Florencja nie pachnie lawendą!

Zszedł pierwszy i czekał na nią przed elegancką czarną limuzyną.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała niepewnym głosem.

– W Prowansji.

Dojście do siebie zabrało jej dłuższą chwilę.

– Przesłyszałam się? Powiedział pan, że Javier czeka we Florencji.

– Nie. Dobrze pani usłyszała. – Wolno potrząsnął głową.

Poczuła dreszcz paniki. Odetchnęła głęboko, próbując zachować spokój.

Przedtem spotkała go tylko raz, ale wiedziała, że jest starym przyjacielem Javiera i Luisa. Ich matki były najbliższymi przyjaciółkami. Chłopcy dorastali właściwie w jednej rodzinie. Dowiedziała się tego od swojej nowej kostiumolożki, kiedy brała od niej wymiary – młoda i oszałamiająco piękna Chloe Guillem była siostrą Benjamina.

– Gdzie więc jest Javier?

Spojrzał na zegarek, a później na nią. Przez chwilę w jego zielonych oczach odbiły się światła samolotu. Poczuła lekki niepokój.

– Chyba w Madrycie. Zaraz się dowie, że z gali wyszła pani ze mną. Może już wie.

– O czym pan mówi?

– Bądźmy na ty, jeśli pani pozwoli, bo spędzimy z sobą trochę czasu. Przykro mi, że ściągnąłem panią tu pod fałszywym pretekstem. Javier o nic mnie nie prosił.

Zaśmiała się nerwowo.

– To żart, który razem wymyśliliście?

Pudło – jej narzeczony nigdy nie żartował. W ogóle nie miał poczucia humoru.

Poważny wyraz twarzy Benjamina wskazywał, że i jemu nie było do żartów.

Wyjęła telefon z torebki. Żadnego sygnału.

– To twoja sprawka, że nie działa?

– Jutro wznowią połączenia. Zapraszam do samochodu. Zaraz wszystko wyjaśnię.

Serce biło jej mocniej. Odruchowo zrobiła krok do tyłu i spojrzała za siebie – ściana ciemności. Jedynie na lewo spostrzegła niewielki oświetlony budyneczek. Może tam znajdzie działający telefon.

– Nigdzie nie idę, dopóki nie powiesz mi, co się tu dzieje – powiedziała najbardziej spokojnym i opanowanym głosem, na jaki mogła się zdobyć. Zdjęła z ramienia torebkę i włożyła do niej komórkę, jednocześnie szukając dłonią pojemnika z gazem pieprzowym.

Musiał zauważyć jej lęk, bo wykonał uspokajający gest dłonią.

– Zabieram cię do mojego domu. Daję słowo, że włos ci z głowy nie spadnie.

– Nie ma mowy. Mów, co się dzieje. Wystarczy tych zagadek.

– To dłuższa rozmowa. Lepiej porozmawiać w zaciszu domowym.

– Chcę teraz… zanim wejdę do samolotu i każę pilotowi lecieć z powrotem do Madrytu.

Jednak wejść doń, oznaczało minąć tego świetnie zbudowanego, wyższego o niej o głowę i dwa razy szerszego mężczyznę. Lata uprawiania tańca baletowego dały jej gibkość i zwinność, o jakiej większość kobiet nawet nie może marzyć, ale w tej sytuacji były one zupełnie nieprzydatne.

Jej palce namacały pojemnik z gazem.

Szybkim ruchem wyciągnęła go z torebki.

– Wracam do Madrytu. Nikt mnie tu nie zatrzyma!

Rzuciła się biegiem w stronę oświetlonego budyneczku. Dopadła do drzwi, ale okazały się zamknięte. Stanęła w miejscu.

– To lotnisko należy do mnie. Nikt ci nie pomoże – dobiegł ją głos Benjamina.

Odwróciła głowę i spojrzała na niego z wściekłością. Okłamał ją i podstępem wywiózł do innego kraju. Ma złe zamiary. Dlaczego zatem jej złość jest silniejsza niż lęk?

Stał przy drzwiczkach limuzyny. Dopiero teraz dostrzegała w niej kierowcę i zrozumiała, dlaczego pilot nie wyłączał silników… samolot właśnie znikał na tle wieczornego nieba.

– Pojedź ze mną. Dałem słowo, że nikt cię nie skrzywdzi.

– Dlaczego miałabym wierzyć?

– Gdy mnie poznasz, przekonasz się, że zawsze dotrzymuję słowa.

Wzdrygnęła się, bo w jej uszach słowa te zabrzmiały jak groźba, a nie obietnica. Wiedziała jednak, że znajdują się w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Mogła próbować ucieczki, ale dokąd? Bez pieniędzy? Telefonu? Nie miała nawet na sobie butów – zrzuciła je, próbując dobiec do jedynego na tym bezludziu budynku.

 

Nie ma wyjścia.

Podeszła do niego na odległość dwóch kroków.

– Jeśli się zbliżysz, psiknę ci prosto w twarz.

Wiedział, że nie żartuje. Jej twarz wyrażała twardą determinację. Po lęku nie został nawet ślad. Zresztą gdyby wiedział, że ma do czynienia z płaksą, sam nigdy nie zdecydowałby się na ten plan.

– Obiecałem, że nic ci się nie stanie.

– Okazałeś się kłamcą. Twoje słowo nic nie znaczy.

Otworzył drzwi limuzyny.

– Wchodzisz czy zostajesz?

Nie lubił kłamać. Teraz musiał przełknąć gorzką pigułkę, że mu to wypomniano. Trudno. Od czasu, gdy poznał rozmiary zdrady braci Casillas, przeżywał znacznie większe rozgoryczenie i upokorzenie.

Usiadł na tylnym siedzeniu obok niej. Natychmiast podniosła rękę z pojemnikiem.

– Nie przysuwaj się!

– Gdybym chciał cię skrzywdzić, już bym to zrobił. Zawsze masz gaz przy sobie? – zapytał z uśmiechem.

– Tak.

– Po co?

– Na wypadek, gdyby jakiś podły typ próbował mnie porwać.

– Zdążyłaś go już użyć?

– Nie, ale zrobię to teraz, jeśli twój kierowca nie zawiezie mnie na najbliższe lotnisko.

– Jak chcesz wylecieć z Francji bez paszportu?

Zacisnęła usta i spojrzała na niego z gniewem w oczach.

Jechali drogą przez ciemny las. Potem przez pola i łąki. Po chwili limuzyna zatrzymała się przed potężną kutą z żelaza bramą. Po raz pierwszy spuściła wzrok ze współpasażera i przez ramię spojrzała za okno. Wjechali na dziedziniec.

– Jesteśmy na miejscu. Możesz schować gaz – powiedział.

Dopiero teraz zauważyła, że stoją przed ogromnym i wspaniałym architektonicznie château.

Starszy kamerdyner podbiegł do auta i otworzył jej drzwi.

– Proszę mi pomóc! Zadzwonić na policję! Porwano mnie! – zaczęła krzyczeć. Mężczyzna grzecznie odpowiedział po francusku.

– Pierre nie zna angielskiego – rzucił Benjamin.

Gdy kupił tą okazałą rezydencję, nie miał serca zwolnić staruszka tylko dlatego, że ten poza ojczystym nie znał żadnych innych języków.

– Znajdę kogoś, kto zna – syknęła.

– Powodzenia – odparł.

Kierowca zdążył już tymczasem odprowadzić limuzynę.

– Proszę, rozgość się. Musisz być głodna.

– Nie chcę twojego jedzenia. – Powoli wchodziła do rezydencji po artystycznie wyłożonych terakotą schodach.

– Christabel! – zawołał gosposię, która natychmiast wyrosła przed nimi jak spod ziemi. Wymienili parę zdań po francusku. Wciąż stała boso.

– Dziękuję, Christabel. Masz już dziś wolne. Pierre, przynieś nam coś lekkiego do jedzenia i do picia, dla mnie „Białego Rosjanina”, a dla pani Clements dżin z dietetycznym tonikiem. Chcesz się odświeżyć przed rozmową? – zwrócił się do Freyi.

– Nie. Nie chcę w ogóle rozmawiać, ale jeśli muszę, to jak najszybciej, bo wracam do domu.

– Jeszcze nie doszło do ciebie, że dziś wieczorem nigdzie nie wrócisz?