Koncert dla króla

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Talos, naciskając dzwonek przy drzwiach Amalie, wiedział, że musiała na niego czekać. Otworzyła drzwi niemal natychmiast.

Popatrzyła na niego obojętnie, jakby się nic wcześniej nie wydarzyło. Jakby nie pozbyła się wcześniej tej swojej maski spokoju.

Ruszył za nią bez słowa do kuchni.

Na stole stał półmisek z ciastem i dwa talerze, kawa prawie się zaparzyła. Amalie miała na sobie obcisłe czarne dżinsy i srebrny top z głębokim dekoltem. Proste ciemne włosy spięła na szczupłym karku w luźny kok. Nie miała żadnego makijażu, który zakryłby piegi na nosie, widoczne w ostrym świetle dnia.

Było dla niego jasne, że odzyskała rozsądek. W końcu była zawodowym muzykiem. Nie należało uciekać się do szantażu.

Czas upływał nieubłaganie. Dla jego dziadka. Chemioterapia osłabiła go poważnie. Nie był chwilami w stanie podnieść się z łóżka i ledwie miał siłę zwymiotować. Czasem Talos zastawał go w dobrym nastroju, szczęśliwego, że może posiedzieć na zewnątrz i cieszyć się blaskiem słońca w pałacowych ogrodach.

Talos znów sobie przypomniał, że miał wrócić po sobotnich przesłuchaniach i spędzić koniec weekendu z dziadkiem, a tymczasem został zmuszony do nabycia tego koszmarnego paryskiego budynku. I po co? Bo jedyna skrzypaczka, która mogła właściwie zagrać ostatni utwór jego babki, mówiła twardo „nie”.

Nikt się nie sprzeciwiał Talosowi Kalliakisowi. A ta drobna istota…

Ale posłuchała głosu rozsądku. To było najważniejsze.

Uśmiechnął się i usiadł na tym samym krześle co wczoraj.

Nigdy nie brał pod uwagę porażki. Żałował, że musiał się uciec do szantażu, ale czas odgrywał zasadniczą rolę. Do jubileuszowej gali pozostał tylko miesiąc. Zdążyłaby wyćwiczyć odpowiednio utwór, podobnie jak akompaniująca jej orkiestra. Pragnął, by osiągnęli przed występem perfekcję.

Amalie otarła się o niego ręką, stawiając na stole kubek. Jej dłonie przyciągnęły jego uwagę, tak jak poprzedniego dnia, a zwłaszcza paznokcie. U lewej dłoni były krótkie, a u prawej znacznie dłuższe i kształtne. Zastanawiał się nad nimi cały dzień… nad tym, co mu przypominały.

A także nad swoją reakcją, kiedy posadził ją sobie na kolanach.

Talos był mężczyzną, który uwielbiał towarzystwo pięknych kobiet. I podobał im się. Nigdy nie spotkał kobiety, która tak jawnie okazywałaby mu niechęć. I nigdy nie spotkał nikogo – pomijając swoją rodzinę – kto odmawiałby mu tego, czego żądał.

Amalie Cartwright była na swój sposób ładną kobietą. Jej nieprzejednana postawa doprowadzała go do szału i jednocześnie intrygowała.

Zastanawiał się, jak by to było – rozniecić ten ogień, który dostrzegł przelotnie tego ranka? Przemienić ogień i gniew w namiętność?

Wyczuł w niej zmianę, kiedy znieruchomiała, a oddech utknął jej w krtani. Tak jak jemu. W jednej chwili patrzył w rozbawieniu na jej palce, a po sekundzie doznał czegoś tak przemożnego, że pozbawiło go to tchu.

Nigdy nie doświadczył takiej reakcji.

Teraz, kiedy na nią patrzył, znowu tego doznawał.

Najbliższy miesiąc niósł ze sobą nieskończone możliwości…

‒ Monsieur – zwróciła się do niego, kiedy już usiadła. – Wcześniej odwoływał się pan do lepszej strony mojej natury…

‒ Co pani zlekceważyła – przerwał jej.

‒ Miałam swoje powody, które panu wyjawię w nadziei, że tym razem to ja zdołam odwołać się do pańskiej lepszej strony.

Przyglądał jej się w milczeniu. Nie próbowała się chyba znów wykręcać.

‒ Przykro mi, ale okłamałam pana… Nie mam zaplanowanego występu w czasie pańskiej gali. – Przygryzła wargę. – Cierpię na tremę sceniczną.

Było to tak zabawne, że Talos się roześmiał.

‒ Pani? – spytał z niedowierzaniem. – Córka Colette Barthez i Juliana Cartwrighta… cierpi na tremę sceniczną?

‒ Wie pan, kim jestem?

‒ Wiem bardzo dokładnie. – Skrzyżował ramiona, wyraźnie zadowolony, i dostrzegł zadziorność w jej zielonych oczach. Pierwszy znak, że ten pozorny spokój był tylko maską. – Pani francuska matka jest najwybitniejszą mezzosopranistką na świecie. Przyznaję, że do dzisiaj nie słyszałem o pani ojcu, ale ustaliłem, że kiedyś, na początku swej kariery, wystąpił w Carnegie Hall z moją babką. – Wsparł brodę na dłoniach. – Była pani cudownym dzieckiem aż do dwunastego roku życia, kiedy to pani rodzice postanowili usunąć panią w cień ze względu na naukę. Została pani zawodowym muzykiem w wieku lat dwudziestu, wstępując do Orchestre National de Paris jako druga skrzypaczka. Tak jest od pięciu lat.

Wzruszyła ramionami.

‒ Można to znaleźć w ciągu trzydziestu sekund w internecie. Moi rodzice nie usunęli mnie w cień ze względu na naukę. Tak powiedziała moja matka dziennikarzom, ponieważ wstydziła się przyznać, że jej córka nie potrafi występować publicznie.

‒ Jeśli to prawda, to jak wytłumaczy pani fakt publicznych występów przynajmniej raz w tygodniu?

‒ Jestem drugą skrzypaczką. Siedzę w tylnych rzędach orkiestry, pośród co najmniej ośmiu skrzypków. Oczy widzów nie skupiają się na mnie, tylko na całej orkiestrze. Jeśli zagram na gali pańskiego dziadka, oczy wszystkich będą zwrócone na mnie, a ja znieruchomieję. Będzie to poniżeniem dla mnie i dla mojej matki. I dla pańskiego dziadka. Tego pan chce? Żeby cały świat zobaczył, jak pańska wspaniała wykonawczyni zastyga na scenie, nie mogąc wydobyć z instrumentu nawet jednej nuty?

Nie wstydziłby się tylko jej ojciec. Była to z pozoru decyzja obojga rodziców, by usunęła się w cień, ale to właśnie on sprzeciwił się matce i przekonał córkę, że można grać z samej miłości do muzyki, choćby w zaciszu własnej sypialni.

Talos zmrużył oczy.

‒ Skąd mam wiedzieć, czy i w tej chwili mnie pani nie okłamuje?

‒ Ja…

‒ Kłamała pani, że ma zaplanowany występ. Sama się pani do tego przyznała.

‒ To było kłamstwo z konieczności.

‒ Żadne kłamstwo nie jest konieczne. Jeśli nie jest pani w stanie znieść wzroku publiczności, to jakim cudem przyjęto panią do orkiestry?

‒ To było „ślepe” przesłuchanie. Każdy kandydat musiał grać za parawanem, chodziło o obiektywną ocenę. Oczywiście, ćwiczę ze swoimi kolegami na próbach. Ale to coś zupełnie innego niż stać na scenie i czuć na sobie spojrzenia setek osób.

Pokręcił głową.

‒ Albo mówi pani prawdę, albo pani kłamie.

‒ Mówię prawdę. Musi pan znaleźć kogoś innego.

‒ Nie sądzę. Nerwy i tremę można opanować, a znalezienie kogoś, kto potrafi właściwie zagrać utwór mojej babki, to zupełnie inna sprawa.

Mniejsza o to, że czas uciekał. On, Talos, mógł przez resztę życia szukać i nie znaleźć nikogo, kto swą grą tak bardzo poruszył go w ciągu tamtych pięciu minut, kiedy jej słuchał.

Nigdy nie zadowalał się namiastkami i nie zamierzał też robić tego teraz.

‒ Co pani wie o mojej wyspie? – spytał.

Była wyraźnie zaskoczona zmianą tematu.

‒ Niewiele. Leży niedaleko Krety?

‒ Kreta to nasz najbliższy sąsiad. My też pochodzimy od Minojczyków. Przez wieki Agon był atakowany przez Rzymian, Imperium Osmańskie, Wenecjan. Odpieraliśmy ich i tylko ci ostatni okupowali nas przez bardzo krótki okres. Mój naród, pod wodzą wojownika Aresa Patakisa, z którego rodu się wywodzę, powstał przeciwko najeźdźcom i wyparł ich z naszej ziemi. Od tej pory naszych wybrzeży nie tknęła obca stopa. Mieszkańcy Agonu nigdy nie dadzą się ujarzmić. Będziemy walczyć o wolność do ostatniego tchu. – Napił się kawy. Była doskonała. – Zastanawia się pani pewnie, dlaczego to mówię.

‒ Staram się pojąć związek…

‒ Proszę sobie uświadomić, skąd się wywodzimy. Jesteśmy wojownikami. Żaden mieszkaniec Agonu nie poddaje się w obliczu przeciwności losu. Trema sceniczna? Nerwy? Można je zwalczyć. A z moją pomocą świetnie sobie pani poradzi.

Mogła to sobie wyobrazić aż za dobrze. Talos Kalliakis gotowy do bitwy, zakuty w zbroję, z włócznią w dłoni. Zawsze na pierwszej linii.

Miała pecha, że postanowił walczyć właśnie z nią.

Ale jej trema nie była żadną walką. Stanowiła część jej samej, coś, co już dawno zaakceptowała.

Jej życie było proste i przyjemne. Żadnych dramatów, żadnego melodramatyzmu. Nie pozwoliła, by burzliwość dzieciństwa przeniknęła w dorosłość.

‒ Umówiłem się z dyrekcją teatru, że przyjedzie pani do Agonu za dwa dni i zostanie aż do gali. Pani orkiestra zacznie próby natychmiast i przyleci na wyspę tydzień przed uroczystością, żeby mogła pani z nią poćwiczyć.

‒ Przepraszam… co pan zrobił?

‒ Dam pani miesiąc na aklimatyzację…

‒ Nie muszę się aklimatyzować. Agon nie jest na środku pustyni.

‒ Będzie pani miała dość czasu, żeby przygotować się spokojnie do występu – ciągnął, niezrażony jej uwagami, choć dostrzegła w jego oczach ostrzeżenie. – Nic nie będzie pani przeszkadzało.

‒ Ale…

‒ Pani trema zostanie przezwyciężona – oznajmił z przekonaniem typowym dla kogoś, kto nigdy nie ulega nerwom. – Dopilnuję tego osobiście.

Umilkł, oczekując najwyraźniej jej odpowiedzi, ale ona myślała tylko o tym, jak bardzo pragnie czymś w niego rzucić, przekląć tego okropnego człowieka, który zamierzał zniszczyć jej wygodne i spokojne życie, z dala od blasku jupiterów.

Despinis?

Podniosła wzrok i napotkała spojrzenie jego przenikliwych oczu.

‒ Przyjmuje pani propozycję występu? – Jego głos był twardy jak granit. – Czy mam wyrzucić na bruk stu muzyków? Mam zniszczyć karierę setce ludzi, nie wyłączając pani? Proszę nie mieć żadnych złudzeń. Zniszczę was wszystkich.

Zamknęła oczy, starając się stłumić panikę, która chwyciła ją za gardło.

Wierzyła mu. To nie była czcza groźba. Mógł zniszczyć jej karierę. Gdyby odmówiła, odebrałby jej jedyną rzecz, jaką potrafiła robić.

 

Ale jak mogła się zgodzić? Ostatni raz wykonywała utwór solo w obecności przyjaciół swoich rodziców – muzyków, aktorów, pisarzy, pieśniarzy. Upokorzyła na ich oczach siebie i matkę. Jak mogłaby stanąć na scenie w obecności dygnitarzy i głów państw i nie ulec nerwom?

Kiedy spróbowała to zrobić po tamtym incydencie, wylądowała w szpitalu. Z tamtego koszmarnego okresu najbardziej pamiętała wściekłość ojca na matkę, że ją zmusiła. Zarzucił jej egoizm i wykorzystywanie dziecka jak zabawki.

Poczuła ucisk w krtani, kiedy sobie przypomniała, że rozstali się po kilku tygodniach, a ojciec przejął nad nią opiekę.

Miała jednak szczęście. Zawsze mogła liczyć na swoich rodziców. Nie wszyscy z jej kolegów mogli to o sobie powiedzieć.

Pomyślała o miłej Julii, która była w siódmym miesiącu ciąży. O Louisie, który wykosztował się na wakacje z rodziną w Australii. O Gilesie, który narzekał co miesiąc na opłatę hipoteczną. Wszyscy ci muzycy, pracownicy administracji…

Niepewni swoich miejsc pracy i reputacji.

Patrzyła na Talosa i pragnęła, by odczuł każdą cząstkę jej nienawiści.

‒ Tak, pojadę. Ale to pan będzie musiał żyć z konsekwencjami.

Amalie wyjrzała przez iluminator i po raz pierwszy zobaczyła przelotnie Agon. Patrzyła jak zauroczona na złote plaże pośród pasm zieleni, wysokie góry i nieskazitelnie białe domy… Potem wylądowali.

Ściskając kurczowo skrzypce, ruszyła za innymi pasażerami. Po mokrym marcowym chłodzie Paryża panujące tu ciepło wydało jej się rozkoszne.

Wszędzie widziała podekscytowane dzieci i zmęczonych rodziców, spragnionych blasku słońca w Agonie, gdzie wiosna i lato zjawiały się wcześniej niż na sąsiedniej Krecie. Nie miała pojęcia, że to cel wakacyjnych wypraw dla rodzin i miłośników historii. Początkowo widziała w tej wyspie więzienie – mroczne i niebezpieczne jak człowiek, który ją tu sprowadził.

W hali przylotów czekał na nią jakiś mężczyzna z wysoko uniesioną tabliczką z jej nazwiskiem. Po krótkim powitaniu zajął się wózkiem z jej bagażami i zaprowadził do długiej czarnej limuzyny.

Wszystko przebiegało zgodnie z tym, co zawierał zwięzły mejl przesłany jej dzień wcześniej przez prywatną sekretarkę Talosa. Zawierał szczegółowy plan podróży, począwszy od godziny, w której samochód miał ją zabrać spod domu, a skończywszy na przewidywanym czasie, w jakim miała się zjawić w willi – jej domu na najbliższy miesiąc.

Siedząc w samochodzie, mogła się bliżej przyjrzeć otoczeniu. Nie kryła zadowolenia. Talos Kalliakis mógł być samym demonem z Hadesu, ale jego wyspa robiła oszałamiające wrażenie.

Na każdym kroku Amalie dostrzegała ślady wczesnego dziedzictwa greckiego. Dotyczyło to architektury i tablic drogowych w jednym języku. Teraz jednak Agon był autonomiczną wyspą. Uderzyła ją przede wszystkim jej czystość, zwłaszcza dobrze utrzymanych dróg i mijanych po drodze domów. Kiedy w polu widzenia pojawił się port, ujrzała szeregi jachtów; niektóre przypominały rozmiarami statki pasażerskie.

Niebawem oddalili się od miasta i ruszyli ku górom. Otworzyła usta, kiedy jej oczom po raz pierwszy ukazał się pałac stojący dumnie na wzniesieniu niczym budowla grecka. Miał w sobie coś wschodniego, jakby zbudowano go przed wiekami dla wielkiego sułtana.

Nie zmierzali jednak do samego pałacu. Gdy tylko zniknął, kierowca zwolnił i stanął przed żelazną bramą, która się otworzyła, a potem podjechał pod willę wielką jak hotel; nie zatrzymał się jednak. Półtora kilometra dalej, na obrzeżach rozległego ogrodu, stal mniejszy budynek – biała kamienna chata.

W drzwiach pojawił się starszy człowiek; jego gęste siwe włosy targał wiatr.

‒ Dobry wieczór, despinis – oznajmił serdecznie. – Jestem Kostas.

Wyjaśnił najpierw, że opiekuje się willą jego wysokości księcia Talosa, a potem oprowadził ją po chacie, w której miała spędzić najbliższy miesiąc. Gdyby chciała spożywać posiłki w głównej willi, wystarczyło zadzwonić; mogła też zamówić jedzenie na miejscu.

‒ W willi znajduje się sala gimnastyczna, basen i wszelkie urządzenia, z których może pani korzystać. Są też samochody, gdyby się chciała pani dokądkolwiek udać.

A więc Talos nie zamierzał więzić jej w chacie? Myślała, że zamknie ją w ciemnym lochu i nie wypuści, dopóki nie opanuje do perfekcji utworu jego babki.

Zastanawiała się, jakiego psychiatrę zatrudni. Lepiej, żeby ten ktoś przystąpił do dzieła bezzwłocznie. Do jubileuszowej gali króla Agonu pozostały cztery tygodnie i dwa dni. W tym czasie musiała się nauczyć całkowicie nowej kompozycji, podobnie jak towarzysząca jej orkiestra. Nie wspominając już o nerwach, które paraliżowały ją przez całe życie.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nadszedł poranek, rześki i błękitny. Wzięła prysznic, ubrała się i przygotowała sobie proste śniadanie, które wyniosła na werandę. Posilając się jogurtem i miodem, popijając przy tym mocną kawę, rozsiadła się na wiklinowym krześle. Gwar Paryża został gdzieś daleko, a ona czuła się wspaniale.

Jej spokój nie trwał jednak długo. Kiedy poszła nalać sobie jeszcze kawy – tym razem mochy – i wróciła na werandę, Talos siedział na jej krześle, częstując się melonem, którego pokroiła.

‒ Dzień dobry, skowronku – powiedział.

Miał na sobie niezobowiązujący strój – obszerne spodnie khaki, czarne wysokie buty i szary sweter; był nieogolony i trochę rozczochrany. Pochylając się nad stołem, żeby postawić na nim kubek, wyczuła jego świeży zapach, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica.

‒ To dla mnie? – spytał.

Wzruszyła ramionami, siląc się na nonszalancję.

‒ Jeśli nie ma pan nic przeciwko moim zarazkom.

‒ Jestem pewien, że w przypadku tak pięknej kobiety nie ma mowy o czymś równie paskudnym.

Zadrżała na dźwięk jego głębokiego głosu, a potem weszła z powrotem do chaty, zadowolona, że znalazła wymówkę, by uciec na chwilę i zaparzyć drugą kawę.

Zaskoczył ją swoją obecnością, to wszystko. Dostała poprzedniego wieczoru mejl od jego sekretarki z informacją, że otrzyma rano partyturę. Nie było wzmianki o odwiedzinach samego księcia. Miała w gruncie rzeczy nadzieję, że skoro nie zatrzymała się w samym pałacu, więcej go nie zobaczy.

Gdy znów wyszła na zewnątrz, trzymał kubek, a na jego twarzy malowało się obrzydzenie.

‒ Co to jest?

‒ Mocha.

‒ Paskudna.

‒ Więc niech pan nie pije.

‒ Nie zamierzam. – Odstawił kubek i wskazał głową filiżankę, którą trzymała. – A to?

‒ Też mocha, zamiast tej, którą pan zaanektował. Jeśli ma pan ochotę na coś innego, to ekspres jest w kuchni.

W kontrakcie, który podpisała, nie było mowy o robieniu dla niego kawy.

Ten diabelski kontrakt…

Usiadła na wolnym krześle, odsuwając się od niego. Talos sięgnął po jabłko z talerza, który wcześniej przyniosła, wyjął z kieszeni spodni jakiś przedmiot, nacisnął guzik z boku i w tym momencie ukazało się co najmniej dwunastocentymetrowe ostrze. Drgnęła na ten metaliczny dźwięk.

Zauważył to.

‒ Niepokoi panią mój nóż?

‒ Ani trochę. Dostał pan ten drobiazg, służąc w skautach?

Jej lekceważący ton działał mu na nerwy. Ona działała mu na nerwy.

‒ Drobiazg? – Obrócił się na krześle, zmrużył oczy i wykonał szybki ruch nadgarstkiem. Nóż przeciął powietrze i wbił się w pień drzewa wiśniowego, dobre trzy metry dalej. Talos nie skrywał satysfakcji. – Ten drobiazg to prezent od mojego dziadka. Dostałem go na ukończenie akademii wojskowej w Sandhurst.

‒ Jestem pod wrażeniem – oznajmiła obojętnie. – Zawsze mi się wydawało, że do Sandhurst uczęszczają przede wszystkim dżentelmeni. Czy jest jakiś inny powód, dla którego mnie pan odwiedził, pomijając zmasakrowanie bezbronnego drzewa?

‒ Przyniosłem partyturę – odparł, podnosząc się z miejsca.

Podszedł do drzewa i wyciągnął z niego nóż. Był on oznaką honoru – dowodem męskości zastępującym scyzoryk, który każdy książę z rodu Kalliakisów otrzymywał na dziesiąte urodziny.

Powrócił do stolika i świadomy czujnego spojrzenia szafirowych oczu otarł ostrze o spodnie, po czym wybrał sobie jabłko i zaczął je obierać – sztuczka polegała na tym, by zrobić to jednym nieprzerwanym ruchem, zanim miąższ zdążył zbrązowieć. Tak robił jego ojciec, który nauczył się tego z kolei od własnego ojca.

Noszenie noża było obyczajem wszystkich mężczyzn z jego rodu. Co go skłoniło, by rzucić nim w drzewo? Próbował ją sprowokować?

Nigdy jeszcze nie spotkał osoby, dla której jego obecność byłaby niepożądana. Ludzie pragnęli jego towarzystwa. Nikt nie traktował go z obojętnością.

W przeciwieństwie do tej kobiety.

Pomijając tę iskrę ognia w jej domu, kiedy zagrał swoją atutową kartą, zachowywała chłód i opanowanie, a język jej ciała niczego nie zdradzał. Dopiero teraz, kiedy podsunął jej duży skoroszyt, okazała odrobinę emocji; oczy błysnęły, oddech przyspieszył.

‒ To jest to? – Zajrzała do środka.

‒ Mam wrażenie, że boi się pani tego dotknąć.

‒ Nigdy nie trzymałam niczego, co jest dziełem królewskich rąk.

Przyglądał jej się z ciekawością.

‒ Traktuje pani z szacunkiem partyturę, ale nie okazuje go pani mnie, księciu tej ziemi.

‒ Na szacunek trzeba zasłużyć, monsieur, a pan nie zrobił nic, by zasłużyć na mój.

Dlaczego nie czuła przed nim lęku?

‒ Tu ludzie szanują rodzinę królewską. To naturalne jak oddech.

‒ Posługiwaliście się brutalną siłą, by go zdobyć? Czy też wystarczył zwykły szantaż?

‒ Pięćset lat temu zuchwałość okazywana członkowi rodziny królewskiej była traktowana jak zdrada.

‒ Gdyby to prawo wciąż obowiązywało, nie byłoby tu ani jednego poddanego.

‒ Prawo to ustanowił senat w dowód wdzięczności za obronę tej wyspy przed wrogami. Moi przodkowie je znieśli.

‒ Jestem pewna, że pańscy poddani już dawno zniknęli.

‒ Nie docenia pani ludu tej wyspy – oznajmił gniewnie. – Mieszkańcy Agonu nie są i nigdy nie będą poddanymi. Członkowie rodu Kalliakis sprawują władzę za powszechną zgodą. Nasza krew jest ich krwią, a ich krew naszą. Będą uczestniczyć w gali z takim samym entuzjazmem, z jakim uczestniczyliby w przyjęciu na cześć własnego dziadka.

Zarumieniła się lekko.

‒ Nie zamierzałam obrażać pańskiej rodziny, monsieur.

Skinął głową.

‒ Tylko pana – dodała.

‒ Tylko mnie?

W jej szafirowych oczach pojawił się błysk.

‒ Zamierzałam obrazić tylko pana.

‒ Gdyby pałacowe lochy nie zostały zamienione w atrakcję turystyczną, kazałbym tam panią wtrącić.

‒ Właśnie z powodu tego rodzaju uwag z radością pana obrażam. Zmusił mnie pan szantażem, żebym tu przyjechała, zagroził moim przyjaciołom i kazał podpisać kontrakt przewidujący karę za rezygnację z występu podczas gali: natychmiastowe rozwiązanie Orchestre National de Paris… Skorzystam z każdej okazji, by pana obrażać.

Przesunął dłonią po włosach.

‒ Zastanawiam się… jak kobieta cierpiąca na tremę sceniczną może mieć tyle odwagi, by okazywać mi brak szacunku. Nie wzbudzam w pani strachu?

Milczała przez chwilę.

‒ Z pewnością robi pan wrażenie.

‒ To nie odpowiedź.

‒ Jedyne, co mnie przeraża, to myśl o występie podczas gali.

Było to kłamstwo, ale za żadne skarby nie przyznałaby, że boi się go panicznie. Czegoś mrocznego, co w nim dostrzegała.

‒ Sugeruję więc, by zaczęła pani ćwiczyć. – Wstał. – Przyślę po panią o siódmej.

‒ Po co?

‒ Chodzi o pierwszą sesję. Przezwyciężenie tremy.

‒ No tak.

Wyobraziła sobie armię psychiatrów, których dla niej sprowadza. Tak robiła jej matka, kiedy ją odwiedzała po rozwodzie rodziców.

‒ Proszę włożyć coś sportowego.

‒ Sportowego?

‒ Zabieram panią do swojej siłowni.

‒ Nie rozumiem… dlaczego mielibyśmy się spotykać z psychiatrą w sali gimnastycznej?

‒ Nigdy nie wspominałem o psychiatrze, skowronku. Powiedziałem tylko, że pomogę pani przezwyciężyć tremę.

‒ Nie brałam tego dosłownie. – Teraz była przerażona nie na żarty. – Naprawdę zamierza mnie pan wyleczyć?

Spojrzał na nią bez cienia uśmiechu.

‒ Korzystała pani wcześniej z fachowej pomocy?

‒ Matka ściągała wszystkich psychiatrów z Anglii i Francji.

‒ I żaden nie umiał pani pomóc. Chodzi o to, żeby okiełznać tego ducha, którego ma pani we krwi. Nauczę panią, jak walczyć z nerwami.

 

‒ Ale…

‒ Siódma. Proszę się przygotować.

Zaczął się oddalać zrelaksowany, co wzbudziło jej wściekłość. Bez zastanowienia sięgnęła po ogryzek jabłka i rzuciła w niego. Niewiarygodne, ale trafiła go w kark.

Obrócił się powoli, podniósł ten pocisk i spojrzał na nią. Nawet z tej odległości dostrzegała mrok w jego oczach.

Czy budzę w pani lęk?

Raczej przerażenie, które narastało z każdym jego krokiem, kiedy się do niej zbliżał.

‒ Powinna być pani ostrożniejsza, skowronku. Ktoś inny mógłby uznać ten gest za swoisty rytuał godowy.

Rozbawienie w jego głębokim głosie przeraziło ją bardziej niż cokolwiek innego. I szalone bicie własnego serca.

Stał tak blisko, że widziała srebrzysty odcień blizny przecinającej jego brew. Uniosła bezwiednie rękę, jakby jakaś magnetyczna siła przyciągała jej dłoń do jego twarzy.

Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, Talos nachylił się do niej.

‒ Myślę, że naprawdę panią przerażam – wyszeptał jej do ucha. – Ale w odmienny sposób niż innych.

Po tym enigmatycznym komentarzu skinął jej głową i znów ruszył w stronę swojej willi.

Miała wrażenie, że całe jej ciało wchłania jego woń.

Nawet jeśli biały top z długimi rękawami i ciemne legginsy nie spełniały wymogów sportowego stroju, to Talos nawet o tym nie wspomniał, kiedy punktualnie o siódmej otworzyła mu drzwi. Spojrzał jednak na jej płaskie pantofle.

‒ Nie ma pani adidasów?

‒ Nie. Nie pasjonuję się ćwiczeniami – wyznała.

‒ Będzie się pani pasjonowała przez najbliższy miesiąc.

‒ Nudzą mnie.

‒ Bo nie wykonuje ich pani właściwie.

Jak by mówiła do ściany, ale żadna ściana nie wzbudzała w niej takiej reakcji.

Talos miał na sobie szare sportowe spodnie podkreślające kształt jego umięśnionych nóg i obcisły podkoszulek, w którym wyglądał jak atleta.

Było to jak patrzenie na testosteron w czystej postaci. Jej kobiecość odpowiedziała natychmiast uciskiem w dole brzucha i przyspieszonym biciem serca.

Zaprowadził ją do samochodu, czarnego maserati; usiadła na fotelu pasażera. W obecności Talosa czuła się krucha, jakby była cała z porcelany. Modliła się, by ta wspólna podróż trwała krótko.

‒ Co pani myśli o utworze? – spytał po chwili milczenia.

‒ Jest piękny.

Przez pięć godzin ćwiczyła tę kompozycję i choć nie opanowała jej w stopniu doskonałym, była zauroczona główną linią melodyczną.

‒ Będzie go pani mogła wykonać za miesiąc?

Przyszło jej do głowy, że nadarza się znakomita okazja.

‒ Tak złożona kompozycja wymaga ode mnie miesięcy ćwiczeń. Niech pan zatrudni kogoś, kto opanuje ją znacznie szybciej.

‒ Nie poddaje się pani łatwo – zauważył z rozbawieniem w głosie.

‒ Nie rozumiem.

‒ Wręcz przeciwnie. Przypominam, że podpisała pani kontrakt.

‒ A pan powiedział, że mi pomoże.

‒ Właśnie to robię.

Zatrzymał się przed dużym kremowym budynkiem i obrócił do niej. Nawet w mroku dostrzegała groźbę w jego rysach.

‒ Nie przyjmuję żadnych wymówek. Nauczy się pani kompozycji i wykona ją podczas gali, oddając jej całe piękno. W przeciwnym razie poniesie pani konsekwencje określone w kontrakcie.

Oznaczało to przemienienie teatru w hotel i rozwiązanie orkiestry… zniszczenie reputacji wszystkich muzyków.

‒ Jestem jednak człowiekiem słownym. Powiedziałem, że zdoła pani wyjść na scenę i grać, a ja tego dopilnuję. – Wysiadł z wozu i wyjął z bagażnika dużą torbę. – Proszę za mną.

Weszła za nim do budynku.

Najpierw uderzył ją zapach potu i testosteronu.

Potem hałas.

Wreszcie widok mężczyzny o płaskim nosie w recepcji. Gdy tylko zauważył Talosa, wstał z uśmiechem.

Przywitali się, rozmawiając po grecku, potem Talos klepnął go w plecy i dał znak Amalie, żeby poszła za nim. Po chwili znaleźli się w ogromnej sali, a ona patrzyła na wszystko w milczeniu: kwadratowy ring w jednym narożniku, wielkie niebieskie maty w drugim, worki treningowe wiszące w różnych miejscach.

‒ To sala bokserska?

‒ Trenuję boks od dzieciństwa.

‒ Nie mogę boksować!

‒ Oczywiście. Grozi złamaniem palca. – Wskazał narożnik z niebieskimi matami. Jakaś wysoka i atletycznie zbudowana blondynka rozmawiała tam z grupką mężczyzn i kobiet w odpowiednich strojach sportowych. – To Melina, jedna z instruktorek. Zapisałem panią na trening kickboxingu.

‒ Jak ma mi to pomóc na scenie?

Obrócił ją bez ostrzeżenia, a jego kciuki wbiły się w plecy między jej łopatkami.

‒ Jest pani strasznie spięta.

‒ Nic dziwnego. Znalazłam się tu pod przymusem.

Próbowała się wyswobodzić, ale trzymał ją zbyt mocno. Jego kciuki wydawały się takie duże. I ciepłe. A także zadziwiająco delikatne.

‒ Ćwiczenie pozwoli pani uwolnić się od napięcia i spalić endorfiny. – Roześmiał się i puścił ją. – Wystarczy tylko kopać i tłuc powietrze. Jeśli miałoby to pomóc, może pani udawać, że stoję przed panią.

‒ Rzeczywiście, pomoże.

‒ Pani agresja potrzebuje ujścia.

‒ Nie jestem agresywna!

W każdym razie nie była nigdy wcześniej. Talos sprawiał, że budziła się w niej jakaś zawziętość, ale tylko wtedy, gdy była przy nim. Albo myślała o nim. Albo śniła o nim…

Ten trening mógł się ostatecznie okazać błogosławieństwem.

‒ Może nie, ale to pani napięcie z czegoś wynika…

‒ Z tego, że jestem tu z panem – mruknęła.

‒ A kiedy już się pani nauczy, jak się go pozbyć, pani umysł odzyska spokój.

‒ A co z ciałem? Nie ćwiczyłam od wieków.

Obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów, a ona niemal się skuliła.

‒ Przedstawię panią Melinie – oznajmił, ruszając w stronę grupy otaczającej instruktorkę.

Oczy Meliny rozbłysły, kiedy dostrzegła Talosa, a potem zwęziły się nieznacznie na widok Amalie.

Talos przedstawił je sobie, potem ruszył w stronę ringu, gdzie właśnie zaczęli sparing dwaj nastoletni chłopcy. Po krótkiej rozmowie z trenerem Simeonem poszedł do sąsiedniej siłowni, żeby samemu poćwiczyć.

Zauważył, że trudniej mu się skupić niż zwykle. Widział za szklaną szybą Amalie, która stanęła z boku grupy, wyraźnie niepewna.

Nie przepadał za bieżnią mechaniczną, ale tym razem pozostał na niej dłużej, obserwując Amalie. Jej ruchy nie były już takie sztywne; można było dojrzeć koncentrację na jej twarzy, kiedy starała się naśladować innych – obracając się na pięcie przed zadaniem wyimaginowanego ciosu, przerzucając ciężar ciała na prawą stopę, unosząc kolano do piersi.

Zauważył, że odznacza się doskonałym poczuciem równowagi. Jak na kogoś, kto nigdy nie ćwiczył, miała doskonałe ciało.

Musiała poczuć na sobie jego wzrok, bo popatrzyła na niego raptownie, nie kryjąc złości. Miał wrażenie, że spogląda na niego groźnym wzrokiem nieszkodliwy kociak.

Od tej chwili jednak jej ciosy i kopniaki przywodziły na myśl bardziej tygrysicę. W pewnej chwili wyprowadziła wyjątkowo okrutny sierpowy; wiedział, że w myślach okłada jego twarz.

Sięgnął po ręcznik, starając się stłumić żar, którego doznawał. Widok ćwiczącej Amalie miał w sobie coś hipnotycznego.

Postanowił skupić uwagę na czymś innym.

Stał przy worku bokserskim, kiedy skończyła trening. Byłby świadom jej obecności, nawet gdyby nie odchrząknęła, dając mu do zrozumienia, że jest tuż obok. Kiedy zobaczył wilgoć na jej włosach i rumieniec na policzkach, mógł myśleć tylko o tym, jak wyglądałaby w płomieniach namiętności.

‒ Co pani myślała? – spytał.

Uśmiechnęła się leciutko.

‒ Kiedy już sobie wyobraziłam, jak moje ciosy lądują na pańskiej twarzy, a kopniaki na brzuchu, poczułam się wspaniale.

Roześmiał się.

‒ A jak się pani czuje teraz?

‒ Czuję się… dobrze.

‒ Czy właśnie teraz mam powiedzieć: a nie mówiłem?

‒ Długo tu będziemy? Chętnie wzięłabym prysznic i coś zjadła.

Ujrzał w wyobraźni, jak stoi naga w strugach wody.

‒ Są tu umywalnie i wszystko, czego pani potrzebuje.

‒ Musiałabym włożyć z powrotem to przepocone ubranie.

‒ Mamy też stroje gimnastyczne. Uprzedzałem, że trzeba się odpowiednio ubrać. Proszę coś sobie wybrać. I parę przyzwoitych butów.

‒ Nie mam pieniędzy.

‒ To nie problem. – Skinął na kogoś.

Podeszła do nich młoda, ledwie szesnastoletnia dziewczyna.

‒ To jest Tessa. Zaprowadzi panią do sklepu, a potem pokaże, gdzie są prysznice. Spotkamy się w kawiarni na górze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?