Zaproszenie na bal

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart

Zaproszenie na bal

Tłumaczenie: Agnieszka Baranowska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: The Greek’s Pregnant Cinderella

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Michelle Smart

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5962-0

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tabitha Brigstock wepchnęła do pralni ciężki wózek z brudną bielizną ze wszystkich pokoi, które tego dnia sprzątała. Wpakowała jego zawartość do pralki, po czym odstawiła wózek do magazynu. Skóra na jej obolałych dłoniach już się zaczerwieniła i zaczęła piec, ale w tej chwili Tabitha nie miała czasu się tym zająć. Bez zastanowienia ruszyła po schodach na pierwsze piętro, gdzie zapukała odruchowo do drzwi na samym końcu korytarza, a gdy nie usłyszała odpowiedzi, weszła do środka, używając klucza uniwersalnego.

– Dzień dobry, pani Coulter – zawołała wesoło. – Jak się pani czuje? Przepraszam, że nie wpadłam wcześniej, ale musiałam pomóc pokojówce na drugim piętrze.

Osiemdziesięciotrzyletnia pani Coulter od trzech miesięcy zamieszkiwała w wiedeńskim hotelu Basinas Palace. Rozchorowała się i przez dwa tygodnie nie była w stanie wstać z łóżka. Tabitha zaglądała do staruszki regularnie, by się upewnić, że niczego jej nie brakuje. Na szczęście od paru dni stan pani Coulter poprawiał się szybko i tego popołudnia Tabitha zastała ją elegancko ubraną przy stole, zajadającą z apetytem obiad i wyglądającą przez okno na rozległy teren otaczający hotel. Starsza pani uśmiechnęła się, a w jej oczach, ostatnio tak przygaszonych, pojawiły się na nowo wesołe iskierki.

– Czuję się o wiele lepiej, dziękuję. I nie przepraszaj, jestem ci wdzięczna, że poprosiłaś Melanię, żeby do mnie zajrzała w międzyczasie.

– Żaden problem. Mam te witaminy, o które pani prosiła. – Tabitha wyjęła z torebki foliowy woreczek z lekarstwem i położyła go na stole.

Wykręcona artretyzmem ręka poklepała ją po dłoni.

– Jesteś aniołem. Usiądziesz ze mną na chwilę i napijesz się herbatki?

Tabitha miała jeszcze dwadzieścia minut przerwy obiadowej, przyjęła więc zaproszenie. Po sześciu godzinach ciężkiej fizycznej pracy z ulgą opadła na krzesło i sięgnęła po filiżankę parującej, aromatycznej herbaty. W całym hotelu panowało niezwykłe poruszenie wywołane wieczornym balem maskowym wydawanym przez greckiego właściciela Basinas Palace. Tabicie udało się nawet zobaczyć go w przelocie na hotelowym korytarzu i choć jej serce zamarło na jego widok, on nawet jej nie zauważył. Pracowała w hotelu od pięciu miesięcy, ale widziała swego pracodawcę, miliardera, wdowca, pochodzącego rzekomo z greckiej rodziny arystokratycznej, zaledwie parę razy. Basinas Palace stanowił tylko malutką część jego wielkiego imperium. Kiedy już pojawiał się w Wiedniu, wywoływał wśród obsługi ogromne poruszenie. Hotel znajdował się w budynku dawnego pałacu królewskiego i cieszył się opinią najbardziej prestiżowego, i zapewne najdroższego, hotelu w Europie. Dlatego jakiekolwiek uchybienie ze strony pracowników mogło się skończyć tylko w jeden sposób – natychmiastowym zwolnieniem. Tabitha nie mogła sobie pozwolić na utratę pracy. Mieszkała w kwaterach dla obsługi hotelu, więc zwolnienie oznaczałoby dla niej bezdomność oraz utratę dobrych zarobków, z których nie zdążyła jeszcze niestety odłożyć tyle, by wystarczyło na wpłatę własną i otrzymanie kredytu hipotecznego. Własny kąt, bezpieczne miejsce, z którego nikt nie mógłby jej wygonić, był jej największym marzeniem.

– Gotowa na partyjkę kart? – uśmiechnęła się porozumiewawczo Tabitha.

– Nie tym razem, skarbie. Chciałam z tobą porozmawiać o dzisiejszym balu. Mam bilet! – oświadczyła z błyskiem w oku starsza pani.

– Niemożliwe!

Bilety na bal maskowy w Basinas Hotel kosztowały czterdzieści tysięcy euro, a zakupić je można było jedynie po otrzymaniu zaproszenia, którym zaszczycano tylko najbogatszych członków międzynarodowej elity. Plotkowano, że pierwszeństwo miały niezamężne kobiety poniżej trzydziestego roku życia, gdyż pod przykrywką balu, Giannis Basinas próbował znaleźć sobie żonę. Pani Coulter była wprawdzie od niedawna wdową, i to bogatą, ale na pewno nie zaliczała się do pożądanej grupy wiekowej.

– Skąd?

Starsza pani zmarszczyła zabawnie nos.

– Dama musi mieć swoje tajemnice, skarbie.

Tabitha nie kryła podniecenia. Sama chętnie poszłaby kiedyś na bal, zwłaszcza bal stulecia, jakim miał być dzisiejszy.

– Chciałaby pani, żebym pomogła się pani przygotować? Pomalować paznokcie, ułożyć włosy? Kończę swoją zmianę o szesnastej, więc zdążyłybyśmy…

– Nie, skarbie, mam bilet dla ciebie.

– Słucham?

– Kupiłam go dla ciebie – powtórzyła cierpliwie pani Coulter.

Tabitha oniemiała. Nie spodziewała się, że starsza pani tak okrutnie sobie z niej zażartuje. Bo na pewno żartowała! Kto wydawałby tyle pieniędzy na prezent dla pokojówki?

Pani Coulter poklepała ją po dłoni.

– Tabitho, spadłaś mi z nieba – powiedziała, poważniejąc. – Dbasz o mnie w każdej wolnej chwili, podczas gdy moje własne dzieci nie wysiliły się nawet, by zadzwonić i zapytać, czy czegoś potrzebuję. Pracujesz ponad siły, a nigdy się nie skarżysz. Jesteś promykiem słońca rozświetlającym ten ponury świat. Chciałam ci jakoś podziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłaś.

Tym razem Tabitha oniemiała ze wzruszenia. Promykiem słońca? Ona? W życiu znała tylko dwie osoby, które traktowały ją tak miło, ale to była rodzina: ojciec i jego matka. Pani Coulter przypominała jej zresztą babcię, którą pamiętała wyraźnie, mimo że Tabitha miała zaledwie siedem lat, gdy jej ukochana babunia zmarła. Obie starsze panie miały zawadiacki uśmiech, błysk w oku i emanowały ciepłem.

– Na bilecie widnieje moje imię i nazwisko, więc dziś wieczorem wystąpisz jako Amelia Coulter. Będziesz tańczyć z przystojnymi kawalerami, pić szampana i bawić się tak, jak na to zasługujesz.

Słowa pani Coulter poruszyły Tabithę bardziej, niż starsza pani mogła się spodziewać. Tabitha z trudem powstrzymała łzy. Przez ostatnie cztery lata robiła wszystko, by zapomnieć o swoim pochodzeniu. Wspomnienia były zbyt bolesne. Czy pani Coulter znała jej prawdziwą tożsamość? Skąd? Serce Tabithy zaczęło bić szybciej. Wprawdzie nie ukrywała się specjalnie, bo nazwisko stanowiło jedyną rzecz, jakiej macocha nie zdołała jej odebrać.

– Zajrzyj do szafy – zachęciła Tabithę pani Coulter, która nie dała po sobie poznać, ile naprawdę wie o swej nowej przyjaciółce.

Na sztywnych nogach Tabitha przeszła do garderoby.

– Drzwi na prawo! – zawołała starsza pani.

– Czego mam szukać?

– Zobaczysz.

Faktycznie. Gdy Tabitha otworzyła drzwi szafy, na wieszaku ujrzała tylko jedną suknię. Ale jaką! Nieśmiało dotknęła delikatnej tkaniny, sycąc wzrok pastelowym różem przetykanym złotą nicią i zdobionym klejnotami. Nawet księżniczka z bajki nie pogardziłaby tak zachwycającą kreacją! Na półce stała para złotych czółenek, a obok nich leżała biała maska zdobiona złotem i różowymi piórami. Tabitha zauważyła, że buty miały odpowiedni dla niej rozmiar. Oszołomiona, z pantofelkiem w dłoni, wróciła do salonu.

– Skąd pani wiedziała…?

– Moja słodka tajemnica. – Pani Coulter uśmiechnęła się niewinnie.

– Nie mogę pójść. – Tabitha przycisnęła złoty pantofelek do piersi. – Strasznie bym chciała, ale nie mogę. Jeśli mnie przyłapią, stracę pracę. – Ostrzeżono ich wyraźnie, że każdy pracownik przyłapany na próbie wejścia na bal zostanie natychmiast zwolniony. Jednak pani Coulter nie dawała się łatwo zbyć.

– Nikt cię nie pozna, już ja się o to postaram. Poza tym nikt się ciebie tam nie spodziewa, więc nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że to ty. Przyjdź do mnie o siedemnastej, umówiłam już kosmetyczkę, która cię wyszykuje. A jutro podczas przerwy na lunch wszystko mi opowiesz. – Starsza pani mrugnęła wesoło. – Nie mam już siły na bale, ale dzięki tobie nie ominą mnie ploteczki.

Tabitha czuła szczypiące łzy zbierające jej się pod powiekami. Nikt nigdy nie zrobił dla niej czegoś tak wspaniałego.

– Nie bój się, moja droga. Dzisiaj będziesz księżniczką i pójdziesz na bal, bez dyskusji.

 

Giannis Basinas wyszedł z apartamentu stanowiącego jego bazę podczas pobytu w Wiedniu i ruszył ścieżką obsadzaną krzewami róż w stronę hotelu. Wolał nie zatrzymywać się w swoim hotelu, by zachować choć iluzję prywatności. Dla wielkiej i głośnej rodziny Basinasów jego introwertyzm stanowił niezrozumiałe dziwactwo. To siostry zmusiły go, by zaczął się rozglądać za żoną, susząc mu głowę na temat uciekającego czasu – miał już przecież trzydzieści pięć lat! A ponieważ w tym samym czasie przyjaciel z czasów studenckich poprosił go o spłacenie dawnego długu wdzięczności i zatrudnienie konkretnej firmy do zorganizowania balu maskowego, Giannis uznał, że upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie łudził się, że znajdzie dzisiaj kobietę swoich marzeń, ale musiał chociaż spróbować. Pozwolił nawet swojej najmłodszej siostrze, najbardziej towarzyskiej osobie w rodzinie, zaprosić pięćdziesiąt z czterystu gości. Oczywiście oznaczało to, że na balu znajdzie się przynajmniej pięćdziesiąt młodych panien skłonnych zapłacić czterdzieści tysięcy euro, by się na nim pojawić. Jeśli już musiał się ponownie ożenić, Giannis nie zamierzał iść na kompromis w trzech kwestiach. Po pierwsze, i najważniejsze, jego żona musiała mieć własne źródło przyzwoitego dochodu, nie zamierzał popełniać po raz drugi tego samego błędu. Po drugie, co oczywiste, musiała być w wieku reprodukcyjnym. Po trzecie, powinna być przyjemna dla oka, niekoniecznie piękna, ale jeśli miał z nią spędzić resztę życia, wolał, by choć trochę mu się podobała. Wślizgnął się do hotelu bocznym wejściem i ruszył do sali balowej. Lubił ten hotel, swą pierwszą inwestycję w biznesie turystycznym poza Grecją. Wydał na jego renowację miliony, ale jeśli chodziło o zaznaczenie swego statusu, trafił w dziesiątkę.

Otwierając drzwi do sali balowej, zauważył na schodach kobietę. Schodziła powoli, ściskając w dłoni złote zaproszenie, i wyglądała, jakby się wahała. Coś w jej pełnej wdzięku sylwetce sprawiło, że przystanął. Jej twarz zakrywała biało-złota maska z różowym pióropuszem, ale i tak nie mógł od niej oderwać wzroku. Jasnoróżowa suknia odsłaniała delikatne ramiona i długą szyję, obejmowała ciasno szczupłą talię i opadała na ziemię kaskadą miękkiego tiulu. Nieznajoma wyglądała jak księżniczka. Podszedł do schodów. Kiedy tajemnicza piękność stanęła obok niego, zaskoczyło go, jak była drobna. Miała złociste włosy upięte w skomplikowany kok odsłaniający delikatną szyję ozdobioną złotym naszyjnikiem wysadzanym szlachetnymi kamieniami. Była prześliczna.

– Wygląda pani na zagubioną – zauważył po angielsku.

Zza maski spojrzały na niego ostrożnie bławatkowe oczy. Pełne różowe usta uśmiechnęły się niepewnie.

– Czeka pani na kogoś? Czy szuka pani drogi do sali balowej?

Zauważył, że na jej lewej dłoni brakowało obrączki. Nieśmiało potrząsnęła przecząco głową.

Czyżby go nie zrozumiała? W jego kręgach rzadko zdarzali się ludzie nieznający angielskiego. Ale kiedy w końcu się odezwała, jej nieskazitelny angielski akcent zaskoczył go.

– Nie czekam na nikogo.

Świetnie! Giannis poczuł, jak przeszywa go dreszczyk podniecenia. Wyciągnął w jej stronę dłoń.

– W takim razie proszę pozwolić, że zaprowadzę panią do sali balowej, panno…

– Tabitha.

Piękna nieznajoma zarumieniła się.

– Miło mi, Giannis. Giannis Basinas.

Tabitha dopiero teraz ugryzła się w język. Jak mogła być tak głupia i podać mu swoje prawdziwe imię! Nie doszła nawet do sali balowej, a już się wsypała. I to przed samym Giannisem Basinasem! Ścisnęła mocniej zaproszenie wystawione na nazwisko Amelii Coulter. Powinna była odmówić przyjęcia prezentu, ale pani Coulter zaskoczyła ją w chwili słabości, gdy pokusa jednego wieczoru z dala od zmartwień i szorowania hotelowych łazienek okazała się silniejsza. Gdyby jej ojciec żył, spokojnie mogłaby sama kupić sobie zaproszenie na ten bal, nie musiałaby nikogo okłamywać. Na razie jednak Giannis niczego nie podejrzewał. Gdy mijała go w korytarzach hotelowych, nigdy nawet na nią nie spojrzał. Zatrudniał przecież tysiące ludzi na całym świecie. Z mocno bijącym sercem przyjęła jego ramię. Giannis, mimo że postawny i bardzo wysoki, nie był uznawany za przystojnego w tradycyjny sposób. Z długim nosem i mocną szczęką nie wyglądał jak hollywoodzki amant, ale jego wysokie kości policzkowe i zaskakująco błękitne oczy zwracały uwagę i intrygowały nieustępliwą męskością. Tabitha czuła, że miękną jej kolana.

– Pochodzisz z Anglii? – zapytał, prowadząc ją korytarzem.

– Tak, z Oxfordshire – odpowiedziała z wahaniem.

– Piękne hrabstwo.

To prawda, pomyślała, choć sama unikała wizyt w rodzinnych stronach, odkąd wyrzucono ją z własnego domu. Uśmiechnęła się uprzejmie i pokiwała głową, modląc się, by Giannis nie drążył tematu jej pochodzenia. Wolałaby także, by przyspieszył, ale on szedł tak wolno, że nawet żółw wyprzedziłby ich bez trudu. Tabitha gorączkowo opracowywała plan wymknięcia się gospodarzowi tuż przed koniecznością pokazania zaproszenia osobie weryfikującej gości przy wejściu do sali balowej.

– Studiowałem w Oxfordzie. Słyszałaś o Quilton House w Wiltshire?

To tłumaczyło jego nieskazitelny angielski, pomyślała.

– Tak. – Tylko obrzydliwie bogaci ludzie mogli sobie pozwolić, by wysłać swoje dzieci do tej jednej z najstarszych i najlepszych szkół w Europie.

– A ty? Do której szkoły chodziłaś?

– Beddingdales.

Giannis się roześmiał. Niski, chrapliwy dźwięk wprawił całe ciało Tabithy w przyjemną wibrację.

– Moja pierwsza dziewczyna chodziła do Beddingdales. Nie znasz jej pewnie, bo jesteś sporo młodsza ode mnie.

– Zapewne.

Roześmiał się ponownie, jeszcze głośniej.

– Nie jesteś gadułą – zauważył.

– Przepraszam, nie chciałam być nieuprzejma.

Giannis zatrzymał się i przyszpilił ją swym błękitnym wzrokiem.

– Nie przepraszaj. Szczerość to rzadka i cenna cecha w dzisiejszych czasach.

Doszli wreszcie do holu, w którym goście czekali na oficjalne otwarcie balu. Serce Tabithy waliło jak szalone – za chwilę będzie musiała wręczyć swoje zaproszenie, by sprawdzono, czy jej nazwisko figuruje na liście gości. Musiała się jakoś wymknąć. Ale Giannis przycisnął jej dłoń do swoich ust i uraczył ją ciepłym uśmiechem.

– Wybacz mi, muszę jeszcze dopilnować kilku rzeczy przed otwarciem balu. Ale znajdę cię. – Skłonił się nisko, odwrócił i odszedł, zostawiając za sobą jedynie smugę zmysłowego zapachu piżmowej wody kolońskiej. Tabitha powoli wypuściła powietrze z płuc i zamknęła oczy. Jej serce nadal waliło – nie wiedziała czy z ulgi, czy pod wpływem dotyku szorstkich męskich ust na jej dłoni…

– Wchodzi pani?

Odźwierny w liberii przytrzymywał dla niej drzwi.

Tabitha zawahała się. Jeszcze nie było za późno, żeby się wycofać. Kątem oka dostrzegła w głębi sali kelnera z tacą pełną kieliszków z perlistym szampanem i podjęła decyzję. Postanowiła zostać tylko chwilę, wypić jeden kieliszek i wyjść. Nikt jej nawet nie zdąży zauważyć, racjonalizowała. Tylko jeden kieliszek i chwila wśród rozbawionych, wolnych od zmartwień biesiadników. Najpierw jednak musiała przejść weryfikację. Z sercem w gardle podeszła do strażnika, który z tabletem w dłoni witał gości.

– Dobry wieczór, czy mogę zobaczyć pani zaproszenie?

Zauważyła, że strażnik przyglądał jej się bacznie. Ona rozpoznała go od razu, rozmawiali parę razy w kuchni. Na szczęście bez słowa odnalazł nazwisko Amelii Coulter w tablecie, oddał jej zaproszenie i życzył udanej zabawy, wskazując drzwi do sali balowej.

Tabitha miała wrażenie, że zemdleje z nerwów. Z trudem opanowała drżenie nóg i wyprostowała się, unosząc wysoko głowę. Pani Coulter miała rację, maska i sukienka zadziałały. Kiedy przeszła przez ostatnie drzwi, przywitał ją hałas – zebrani licznie goście śmiali się głośno, przekrzykując się nawzajem. Nad wszystkim unosiły się dźwięki pianina. Natychmiast też podszedł do niej kelner z upragnionym szampanem. Bąbelki eksplodowały w jej ustach, przywodząc smakiem wspomnienia jej poprzedniego życia. Piła szampana dwukrotnie: pierwszy raz na ślubie ojca, miała wtedy dziesięć lat, drugi raz, cztery lata później, na osiemnastych urodzinach swej przybranej siostry, Fiony. Macocha nie żałowała funduszy i na przyjęciu nie zabrakło niczego, w tym najlepszego francuskiego szampana. Osiemnastka Tabithy wyglądała zgoła odmiennie – macocha postanowiła właśnie tego dnia wyrzucić pasierbicę z jej własnego domu rodzinnego. W jednej chwili przyszłość, która jawiła się Tabicie jako obiecująca przygoda, stanęła pod znakiem zapytania. Zamiast rozpocząć studia, jak wszyscy jej znajomi, uczyć się i bawić, znalazła pracę w małym hoteliku, gdzie szorowała podłogi i toalety, w zamian za marną pensję i kąt do spania w kwaterze dla służby.

Uroczysty dźwięk gongu rozpoczynającego przyjęcie wyrwał Tabithę ze smutnych wspomnień. Mistrz ceremonii powitał gości i oficjalnie ogłosił początek zabawy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Rozbłysły światła i oczom zebranych ukazała się bogato udekorowana sala balowa z dziesiątkami złotych, białych i srebrnych balonów zwisających z sufitu, fontanną z szampanem i aksamitnymi draperiami stwarzającymi intymną atmosferę. Wszystko skrzyło się i błyszczało, zwłaszcza stroje gości. Serce Tabithy ścisnęła tęsknota za pięknym, magicznym światem, z którego ją bezlitośnie wykluczono.

Dopiła szampana, odstawiła kieliszek i ustawiła się, tak jak inne panie, wzdłuż bocznej linii parkietu. Panowie stanęli naprzeciwko i dopiero wtedy orkiestra zagrała pierwsze nuty otwierającego bal tańca. Najpierw na parkiecie pojawiło się czworo tancerzy baletowych, których krótki występ nagrodzono owacją. Oklaski jeszcze nie ucichły, a już na parkiet wbiegło ponad dwadzieścioro wykonawców tańca towarzyskiego, by zatańczyć pierwszego walca wieczoru. Tabitha przypomniała sobie lekcje tańca, ulubione zajęcie wszystkich dzieci w szkole. Nie potrafiła się jednak skupić na pokazie oszałamiających umiejętności tancerzy i co jakiś czas skanowała wzrokiem mężczyzn zgromadzonych po przeciwnej stronie sali.

Nie powinna się łudzić, że Giannis rzeczywiście ją odnajdzie. Zwłaszcza że ponowne spotkanie zwiększało jedynie ryzyko, że Tabitha w jakiś sposób zdradzi się ze swą prawdziwą tożsamością i straci pracę. Na pewno już o mnie zapomniał, pocieszała się, choć w głębi duszy miała nadzieję, że się myli. Gdy zawodowi tancerze skończyli występ, mistrz ceremonii wreszcie zaprosił wszystkich do tańca, wołając: Alles Walzer! Jak na komendę, panowie ruszyli przed siebie w stronę pań.

Tabitha zadrżała z ekscytacji. Zawsze marzyła o tej chwili! Nie zrażał jej nawet fakt, że dżentelmen zmierzający w jej stronę miał co najmniej dwa razy tyle lat co ona i był od niej o głowę niższy. Gdy znajdował się zaledwie dwa metry od niej, ktoś o wiele wyższy i postawniejszy stanął mu na drodze. Pojawił się nagle, znikąd, i sprawił, że serce Tabithy prawie wyskoczyło z piersi. Giannis uśmiechał się kusząco, a jego oczy błyszczały jak gwiazdy.

Darf ich bitten? – zaprosił ją do tańca, tak jak nakazywała tradycja wiedeńskich balów.

Tabitha wpatrywała się w błękitne oczy i czuła, że dzieje się z nią coś dziwnego. Dygnęła, zanim jej mózg zdążył zainterweniować. Giannis skłonił się głęboko i podał jej dłoń. W sekundę znalazła się w jego ramionach. Miała wrażenie, że w jej żyłach zamiast krwi krąży perlisty szampan. Z pierwszą nutą walca porwał ich wir par, które ruszyły w tan. Płynęła w powietrzu prowadzona przez silne, umięśnione ramiona. Jej pierwszy taniec z mężczyzną. I to z jakim! Z Giannisem Basinasem! Jego błękitne oczy hipnotyzowały ją, a pikantny zapach wody kolońskiej otumaniał. Przez chwilę naprawdę uwierzyła, że jest księżniczką… Jednak ledwie słyszalny głos rozsądku ostrzegał ją, że nie może liczyć na nic więcej niż ten jeden taniec. Nie tylko ze względu na ryzyko zdemaskowania, ale także dlatego, że za chwilę jej partner ruszy na poszukiwanie żony i całkiem o niej zapomni. Taniec zakończył się szybciej, niżby chciała. Pary się rozpierzchły. Tabitha westchnęła ciężko i zdjęła dłoń z silnego ramienia podtrzymującego ją mocno. Jednak Giannis nie zwolnił uścisku ani odrobinę. Pochylił się i szepnął jej do ucha:

– Chyba nie sądzisz, że pozwolę ci się wymknąć?

Zadrżała, gdy jego ciepły oddech połaskotał ją w szyję. Próbowała wymyślić jakąś wiarygodną wymówkę, by uciec, ale jej mózg odmówił współpracy, podobnie jak jej zdradzieckie ciało – jej ręka sama wróciła na ciepłe miejsce na ramieniu Giannisa. Parkiet zapełnił się ponownie, orkiestra zaczęła grać, a oni ruszyli znów w tan. Wokół wirowały zamaskowane, roześmiane twarze, fruwały tiulowe suknie, śmiech mieszał się z muzyką. Tabitha miała wrażenie, że znalazła się w innym świecie – tak łatwo byłoby się zapomnieć, przemknęło jej przez myśl. Muzyka ucichła, a mistrz ceremonii ogłosił następny taniec: polonez. Giannis spojrzał na nią pytająco, a ona pospiesznie pokiwała głową. Na szczęście pamiętała kroki i figury.

 

Potem znowu tańczyli walca, następnie fokstrota, aż w końcu Giannis zarządził przerwę przy jednym ze stolików ustawionych pod ścianą sali.

– Czas na drinka – oznajmił i ruchem dłoni przywołał kelnera z szampanem.

Wolał nie zostawiać swej partnerki samej ani na chwilę. Miał dziwne przeczucie, że w każdej chwili ta zachwycająca istota może mu się wymknąć z rąk i zniknąć. W czasie tańca nie odezwała się w ogóle.

Teraz podał jej kieliszek szampana i zapytał:

– Masz ochotę coś zjeść?

Potrząsnęła przecząco głową.

– Nie odzywasz się za wiele – zauważył z rozbawieniem.

Kobiety zazwyczaj starały się wypełnić każdą chwilę ciszy, nawet jeśli nie miały nic do powiedzenia. Najgorsze były jego siostry. Matka zawsze powtarzała, że Niki urodziła się z niewyczerpywalną baterią w języku. Kątem oka dostrzegł siostrę – wirowała w ramionach jakiegoś młodzieńca, ale buzia jej się nie zamykała.

– Kiedy mam coś do powiedzenia, to się odzywam.

– Wydawało mi się, że w Beddingdales uczą dziewczęta sztuki uprzejmej konwersacji.

Chabrowe oczy rozbłysły rozbawieniem.

– Z tego przedmiotu miałam tróję.

– Ale z tańca towarzyskiego na pewno miałaś szóstkę.

– Lubiłam tańczyć.

– Często chodzisz na bale?

Znów potrząsnęła przecząco głową.

– Muszę ci zacząć zadawać otwarte pytania. – Giannis się roześmiał.

Pulchne różowe usteczka drgnęły w delikatnym uśmiechu.

– Opowiedz mi o sobie.

Natychmiast spoważniała. Uciekła wzrokiem w bok i zacisnęła usta.

– Co chcesz wiedzieć? – zapytała w końcu.

Wszystko!

– Zacznijmy od tego, ile masz lat.

– Dwadzieścia dwa.

Zaskoczyła go. Dużą część jej twarzy zakrywała maska, ale po sposobie poruszania się ocenił ją na więcej.

– Skończyłaś już studia czy wzięłaś dziekankę?

– Nie poszłam na studia.

W jego środowisku takie rzeczy rzadko się zdarzały.

– To co robisz?

Spodziewał się standardowej odpowiedzi bogatych żon i córek: „prowadzę fundację charytatywną”.

– Pracuję w branży turystycznej – odpowiedziała z wahaniem i zarumieniła się.

No tak, nic dziwnego, że się zarumieniła, to było drugie ulubione zajęcie próżniaków z pieniędzmi. Oznaczało podróże z noclegami w najbardziej luksusowych hotelach świata i zamieszczanie fotek z pobytu na instagramie. Mimo to zdziwił się, bo nie wyglądała na trzpiotowatą celebrytkę, ale przecież mógł się mylić. Nie znał jej wcale. Może marnowała czas i potencjał, robiąc zakupy i popijając kolorowe drinki na plaży… Nigdy nie rozumiał takiego podejścia do życia.

Dorastał w jednej z najzamożniejszych rodzin w Europie i w wieku dwudziestu lat otrzymał trzydzieści milionów euro jako kapitał na rozpoczęcie dorosłego życia, nie wyobrażał sobie jednak, że mógłby nic nie robić. Jego zdaniem majątek należało pomnażać, nie tylko dla siebie, ale i dla dobra innych. Giannis wykorzystał swój kapitał, by zbudować prężną sieć przedsiębiorstw w różnych gałęziach rynku, w sumie zatrudniając ponad pięć tysięcy ludzi. Poprzeczkę zawsze stawiał wysoko, sobie, ale i swoim pracownikom, którym za wysiłek płacił hojnie i zapewniał wiele dodatkowych korzyści. Przykładowo, zatrudnieni w Basinas Palace zarabiali lepiej niż ich koledzy w całej Europie. Wierzył w ciężką pracę, a lenistwo potępiał.

Jego żona, przeciwnie, nie przepadała za wysiłkiem. Za to uwielbiała wydawać pieniądze, kłamać, zdradzać… Nawet pięć lat po tym, jak ona i jej nienarodzone dziecko zmarli, nadal czuł gorycz i złość. Jednak nauczył się kontrolować uczucia, by nigdy więcej nie popełnić tego samego błędu i nie narazić się na ból i rozczarowanie. Uroda żony zaślepiła go do tego stopnia, że nie zauważył w porę jej prawdziwej natury.

Spojrzał na swoją towarzyszkę. Ciekawe, co przed nim ukrywała? Miał ogromną ochotę zerwać jej z twarzy maskę, by się przekonać, czy jest tak piękna, jak podejrzewał. Nieświadoma jego myśli Tabitha uniosła kieliszek i upiła łyk szampana. Kropelka złotego wina zawisła jej w kąciku ust. Wysunęła koniuszek języka, by ją złapać. Krew w żyłach Giannisa zgęstniała. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak niewinny gest wydał mu się tak zmysłowy. Niezależnie od tego, co się kryło za tą kuszącą fasadą, miał zamiar dobrze się bawić i cieszyć się niespodziewanym ożywieniem, jakiego dawno nie doświadczył przy kobiecie.

– Gotowa na kolejny taniec? – zapytał, wyciągając do niej dłoń.

Chabrowe oczy odpowiedziały mu nieśmiałym uśmiecham. Podała mu rękę, a on poczuł, jak jej niewinny dotyk go elektryzuje.

Tabitha straciła poczucie czasu. Wiedziała, że nie powinna zostawać na kolejny taniec. Nie potrafiła się jednak zmusić do wyjścia. Przecież taka noc nigdy więcej się jej nie przydarzy, racjonalizowała. Nigdy więcej nie zatańczy z Giannisem. Wydawało jej się, że śni, i nie chciała się obudzić. Tańczyli więc, pili szampana i znowu tańczyli. Giannis kładł dłoń na jej odsłoniętych plecach, a ona dziwiła się, że dotyk potrafi wywołać tak lawinową reakcję w całym ciele. Patrzyli sobie głęboko w oczy, zapomniawszy o otaczającym ich tłumie gości. Czas płynął coraz szybciej, mimo że Tabitha w myślach próbowała zaczarować zegar. Przed północą orkiestra zaczęła grać wolniejsze utwory, wirujące po parkiecie pary zwolniły. Giannis przytulił ją mocniej. Tabicie kręciło się w głowie, jakby właśnie obudziła się z długiego, ciężkiego snu i krew zaczynała krążyć szybciej w jej żyłach, rozgrzewając całe ciało. Tuż obok jej serca biło serce Giannisa, jego pierś unosiła się i opadała przy każdym oddechu, jego zmysłowe usta muskały jej ucho… Może wypiła za dużo szampana, ale po raz pierwszy nie dbała o konsekwencje. Liczyła się tylko ta cudowna chwila beztroski.

– Za chwilę zacznie się pokaz fajerwerków – mruknął jej do ucha. – Obejrzyj go ze mną.

Zadrżała. Odruchowo zacisnęła palce na jego dłoni i uśmiechnęła się.

Giannis musnął ustami jej ucho, wdychając głęboko delikatny, kwiatowy zapach. Marzył, by zabrać tę cudowną istotę w jakieś ustronne miejsce i posmakować jej różowych, pulchnych usteczek. Przed balem nastawiał się na nużące rozmowy o niczym z kolejnymi partnerkami do tańca, co nigdy nie stanowiło jego ulubionej formy spędzania czasu. Teraz jednak marzył, by ta noc nigdy się nie skończyła. Nie mógł się nadziwić, jak gładką miała skórę. Z trudem oderwał dłoń od jej pleców i poprowadził ją do bocznego wyjścia z sali balowej, ku miejscu z najlepszym widokiem na fajerwerki. Trzymając się mocno za ręce, minęli fontannę z szampanem, gdzie Giannis złapał w biegu dwa kieliszki szampana, po czym wyszli do ogrodu.

W powietrzu unosił się aromat róż. Giannis uwielbiał ten ogród nocą. Zaprowadził Tabithę do płóciennego pawilonu ogrodowego w zacisznym zakątku. Z kieliszkami szampana w dłoniach, przytuleni przyglądali się pozostałym gościom wylegającym szerokim strumieniem na trawnik.

– Na jak długo przyjechałaś do Wiednia? – zapytał od niechcenia Giannis.

Tabitha poczuła, że żołądek ściska jej się boleśnie. Odwróciła wzrok i wtedy ją zauważyła. Jej przybrana siostra Fiona zdjęła maskę i stała nieopodal na trawniku. Nie kontaktowały się ze sobą od ponad czterech lat, czyli od momentu, gdy Tabitha została wygnana z domu rodzinnego. Fiona miała na sobie piękną suknię, zakupioną zapewne za pieniądze, które ojciec zamierzał przeznaczyć na fundusz edukacyjny Tabithy. Widok Fiony wzbudził w Tabicie wiele emocji, ale najsilniejszą z nich był strach. Fiona zamieniła jej życie w piekło. Tabitha nie zdawała sobie nawet sprawy, że zacisnęła mocno dłoń na kieliszku. Podskoczyła, gdy szkło pękło, rozsypując się u jej stóp, a z dłoni polała się krew.

– Nic ci nie jest? – zapytał natychmiast Giannis, chwytając ją za rękę i przyglądając się z troską ranie.

Tabitha wzięła głęboki oddech, otrząsnęła się z szoku i dopiero wtedy poczuła ból. Potrząsnęła głową.

– Powinien to obejrzeć lekarz. Zorientuję się, czy na balu jest jakiś doktor.