Wiedeński bal

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Widok uczestników balu zrobił na Beth olbrzymie wrażenie. Dresscode był formalny, ale gości zachęcano, by puścili wodze fantazji. Kobiety miały na sobie suknie we wszystkich kolorach tęczy, mężczyźni skrojone na miarę smokingi. Każda maska była inna i wyjątkowa, od prostych, białych form zasłaniających same oczy, po wielkie, ozdobne dzieła sztuki.

Kiedy goście ustawili się pod ścianami, kwartet baletnic z Compania de Ballet de Casillas zatańczył dla nich krótki taniec powitalny. Następnie zastąpiło ich dwadzieścioro profesjonalnych tancerzy, którzy sami odtańczyli pierwszego walca. Potem mistrz ceremonii polecił dżentelmenom zaprosić damy do tańca i wkrótce czterystu tancerzy zapełniło parkiet, wirując niczym w ogromnym kalejdoskopie. Do następnego tańca to panie prosiły panów. Tylko jeden mężczyzna nie zgodził się zmienić partnerki, a że był nim sam Giannis Basinas, nikt nie miał ochoty wchodzić z nim w dyskusję.

Wieczór minął w okamgnieniu. Beth dyskretnie pilnowała, czy wszystko idzie zgodnie z planem, gotowa w każdej chwili naprawić najmniejszą niedoskonałość. Była tak pochłonięta pracą, że z transu wyrwał ją dopiero czyjś dotyk na ramieniu. Obróciła się na pięcie i ujrzała przed sobą Valentego z dwoma kieliszkami szampana. Podał jej jeden i ukłonił się.

– Dla ciebie, moja damo.

Beth zamrugała, pokonując hipnotyzującą moc jego szmaragdowych oczu.

– To miłe z twojej strony, ale nie piję w pracy.

– Skończyłaś już pracę.

Beth przewróciła oczami.

– Skończę o czwartej rano, kiedy bal dobiegnie końca.

– Rozmawiałem z Giannisem. Jest bardzo zadowolony z twojej pracy. Teraz czas, żebyś sama się trochę pobawiła.

– Ty robiłeś to samo? – zapytała. – Dobrze się bawiłeś? Bo nie zauważyłam, żebyś robił cokolwiek, co przypominałoby pracę.

– Zatańcz ze mną, a wszystko ci opowiem.

– Valente, nie mogę tańczyć. Jestem w pracy.

– Już ci mówiłem, że skończyłaś pracę. Twoja asystentka może przejąć twoje obowiązki. Teraz masz się dobrze bawić.

– Czy to oficjalne polecenie?

Absolumente. – Oczy Valentego błysnęły w sposób, od którego serce zabiło jej szybciej. – Pierwsze, co masz zrobić w ramach tego, to wypić ten kieliszek szampana. Drugie, to ze mną zatańczyć.

Valente był pośrednikiem między Beth a Giannisem. Jeśli powiedział, że skończyła pracę, to tak było.

Ten wieczór, bal, pałac, to wszystko było jak wyjęte z baśni. W takich warunkach perspektywa zatańczenia z najprzystojniejszym z tancerzy wydawała się dużo bardziej kusząca, niż wypadało.

Tym razem przyjęła od niego kieliszek.

– Jeśli kłamiesz i zmyją mi głowę za picie w pracy, płacisz za moją zaprzepaszczoną premię.

– Nie zaprzepaścisz premii.

Valente wydawał się tak pewny siebie, że Beth postanowiła się nie przejmować. Roześmiała się. Valente również się uśmiechnął, a w kącikach jego ust pojawiły się drobne zmarszczki, które tylko spotęgowały piękno jego rysów. Stuknęli się kieliszkami i razem wypili do dna. Valente odstawił puste kieliszki na tacę przechodzącego kelnera, a potem podał jej ramię.

– Czas na taniec.

Ale Beth nadal się wahała. Chciała z nim zatańczyć, chciała bardziej, niż powinna. I właśnie dlatego się wahała.

Co, jeśli on chciał czegoś więcej?

I dlaczego na samą myśl mrowiła ją skóra?

Mężczyźni często zapraszali ją do tańca, ale teraz po raz pierwszy w życiu miała ochotę się zgodzić. Przypomniała sobie koleżanki po fachu, które pozwalały się uwodzić klientom. Kiedy alkohol lał się strumieniami, hedonistyczne przyjemności często brały górę nad rozsądkiem. Nie będzie taka jak one, nie pozwoli oczarować się komuś, kto szuka tylko miłej przygody na jedną noc. Doświadczenie mówiło jej, że to właśnie bogaci i potężni ludzie najczęściej traktują kobiety jak przedmioty.

Jedynym znanym jej wyjątkiem od tej reguły był Domenico. Kochał Caroline i traktował ją z najwyższym szacunkiem. Ale Domenico stracił swoje bogactwa. Wolał być biedny i szczęśliwy niż bogaty i okrutny jak jego brat, Alessio. Jego opowieści o tym, co się działo za zamkniętymi drzwiami, tylko potwierdziły opinię Beth.

Ale Valente nie był bogaczem. Władza, jaką emanował, była wyłącznie dziełem jej wyobraźni.

Taniec dobiegł końca i goście zaczęli szukać partnerów do następnego.

– Wystarczy tego zastanawiania się – oświadczyl Valente. Wziął Beth za rękę i pociągnął ją na parkiet.

– Nie umiem tańczyć! – ostrzegła ze śmiechem.

Ostatecznie, co najgorszego mogło się stać? Miała tylko z nim zatańczyć, a nie brać z nim ślub!

– To proste – odparł Valente. – Nauczę cię.

– Umiesz tańczyć?

Si. Rób to, co ja, i wszystko będzie w porządku. – Skłonił się. – Teraz musisz dygnąć.

Beth dygnęła i pozwoliła, by ujął jej lewą rękę. Zerknęła, gdzie pozostałe kobiety kładą prawą rękę, i wciąż się śmiejąc, położyła ją na ramieniu Valentego. Kiedy położył drugą dłoń na jej talii i przyciągnął ją do siebie, śmiech ugrzązł jej w gardle. Znalazła się tak blisko, że czuła zapach jego wody kolońskiej. Przez jej głowę przemknęło wspomnienie tamtego snu…

Powoli podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. On również przestał się uśmiechać. Przez długą chwilę patrzyli na siebie, a potem rozbrzmiały pierwsze takty muzyki i Valente porwał ją do tańca. Jak na kogoś tak wysokiego i umięśnionego Valente tańczył z niesłychaną gracją. Beth pomyślała, że musiał często ćwiczyć. Płynąc przez tłum w jego ramionach, wyobraziła sobie, że jest księżniczką w ramionach księcia.

Kiedy taniec dobiegł końca, Valente nie wypuścił jej z objęć.

– Jeszcze jeden – wymruczał jej do ucha.

Jej promienny uśmiech sprawił, że zapragnął jej jeszcze bardziej. Obowiązkowe lekcje tańca, które musiał znosić w prywatnym angielskim college’u, nareszcie się opłaciły.

– Gdzie nauczyłeś się tańczyć? – zapytała, gdy tańczyli trzeciego walca.

– W szkole. – Niedługo już nie będzie musiał unikać odpowiedzi na pytania.

– Co robisz dla Giannisa Basinasa?

– Dlaczego pytasz?

– Nikt w hotelu o tobie nie słyszał.

Przyciągnął ją bliżej siebie. Pozwoliła mu na to.

– Powiedzmy, że znam Giannisa od wielu lat.

– Tylko tyle mi powiesz?

– Na razie tak.

Oczy Beth błysnęły.

– Intrygujące.

Alessio zaśmiał się, ale bardziej ze zdenerwowania niż z rozbawienia. Wiedział, że powinien zabrać ją w jakieś ustronne miejsce i powiedzieć jej prawdę. Ale pragnął trzymać ją w ramionach jeszcze przez kilka tańców, napawać się tą erotyczną euforią, zanim rozmarzenie w jej oczach zamieni się w nienawiść.

Oczywiście, ta nienawiść nie potrwa zbyt długo. Beth była zbyt praktyczną osobą, by pozwolić, aby emocje wzięły nad nią górę.

Dokończyli taniec, nie podejmując więcej rozmowy. Mistrz ceremonii wszedł na scenę i ogłosił krótką przerwę, podczas której goście będą mogli obejrzeć pokaz fajerwerków.

– Idziemy zobaczyć? – Valente podał jej ramię.

Beth zgodziła się z uśmiechem.

Wyszli do ogrodu i przystanęli, oddychając ciepłym wieczornym powietrzem. Nagle ktoś poklepał Alessia po ramieniu. Odwrócił się i z przerażeniem ujrzał Richarda, kolegę ze studiów.

– Alessio Palvetti we własnej osobie! – krzyknął Richard, pijany jak bela. – Jak dobrze cię widzieć? Ile to lat minęło?

Alessio poczuł, jak Beth zesztywniała u jego boku.

– Cześć, Richard – odparł ostrożnie.

– Tak myślałem, że to ty! Muszę przedstawić cię mojej żonie. Nie wierzyła, że chodziliśmy razem do Oksfordu.

Alessio nie słyszał jego słów. Patrzył na Beth, która wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Zsunęła dłoń z jego ramienia i zrobiła kilka kroków do tyłu.

Na niebie wybuchły pierwsze fajerwerki. Beth zamrugała, odwróciła się i odbiegła.

Beth przepychała się przez tłum gości wylewających się do ogrodu, nie zwracając uwagi na oburzone krzyki. Gardło ściskało jej się ze strachu. Gdy znalazła się w prawie pustym pałacu, zaczęła biec tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to szpilki. Nagle znalazła się w nieznanym pomieszczeniu. Rozejrzała się w panice.

Zgubiła się.

Zakryła usta dłonią i zmusiła się, by myśleć logicznie. Studiowała plan pałacu godzinami, powinna się zaraz odnaleźć, jeśli tylko uda jej się pokonać szok. Instynkt kazał jej podbiec do drzwi po prawej stronie, ale trafiła tam do kolejnego nieznanego pomieszczenia. Jej instynkt zawodził. Gdyby tak nie było, domyśliłaby się, że Valente był…

O Boże, to wszystko było kłamstwem.

Musiała za wszelką cenę znaleźć Bena.

Obróciła się i podbiegła do drzwi na przeciwległej ścianie.

Rozmiary pałacu, które kiedyś robiły na niej takie wrażenie, teraz stały się przerażające. Maski mijanych gości wydawały się z niej naśmiewać. W końcu znalazła schody, ale potknęła się na nich i upadła, gubiąc but. Kopnięciem zrzuciła drugi i pobiegła w górę, w stronę swojego apartamentu.

Niania otworzyła przed nią drzwi. Czy to w ogóle była prawdziwa niania, czy też aktorka podstawiona przez Valentego… Alessia?

– Gdzie jest Ben? – wydyszała Beth.

– Śpi.

– Jest tutaj?

– Tak, jest w swoim łóżeczku.

Ale słowa niani nie wystarczyły. Beth musiała zobaczyć go na własne oczy.

W pokoju dziecinnym panował półmrok, rozpraszany tylko wpadającym przez okno światłem ulicznych latarni. Beth podeszła na palcach do łóżeczka, umierając ze strachu, że okaże się puste…

Ben leżał na plecach i spał grzecznie jak mały aniołek. Z ulgi pod Beth ugięły się kolana. Ale nie mogła stracić czujności; sądząc po furii na twarzy Alessia, gdy tamten człowiek zdradził jego tożsamość, musiał planować porwanie Bena. Jego słudzy w każdej chwili mogli tu wpaść. Musiała zabrać Bena i opuścić pałac, zanim…

 

W drzwiach apartamentu stanęła ciemna postać.

– Nie! – krzyknęła, własnym ciałem zasłaniając łóżeczko. Jeśli chciał dostać Bena w swoje ręce, najpierw będzie musiał rozprawić się z nią.

Ben zakwilił. Beth wstrzymała oddech. Nie odważyła się spuścić wzroku z Alessia, który wciąż stał w drzwiach apartamentu.

– Przykro mi, że dowiedziałaś się w ten sposób – zaczął.

– Przykro ci, że twój kumpel zepsuł ci plan porwania Bena, Alessio?

Starała się opanować panikę, w jaką wprawiał ją widok jego muskularnej sylwetki. Jeśli dojdzie do szarpaniny, nie miała z nim szans. Ale to nie znaczyło, że się podda. Zrobi wszystko, co w jej mocy, by utrzymać Bena z dala od mężczyzny, przed którym przysięgła go chronić. Oddałaby za niego życie.

Alessio pokręcił powoli głową.

– Gdybym chciał ci go odebrać, już bym to zrobił.

– Nie zbliżaj się! – Beth z przerażeniem patrzyła, jak Alessio wchodzi do pokoju. Trzymał w ręku but, który zgubiła na schodach. – Ani kroku dalej!

Alessio zrobił kolejny krok i odstawił but na toaletkę.

Ben zapłakał głośno.

Nie spuszczając wzroku z Alessia, Beth włożyła rękę do łóżeczka i po omacku znalazła Bena. Pogłaskała go delikatnie po brzuchu, a on znów zakwilił.

Valente zatrzymał się i obrócił się za siebie.

– Pani Mirando! Zabieram panią Hardingstone do mojego apartamentu. Benjamin potrzebuje pani opieki.

– Nie! – Ale płacz Bena nasilał się i Beth nie mogła dłużej tego znieść. Obróciła się i wzięła go na ręce, a on natychmiast się uciszył.

Z powrotem odwróciła się do Alessia, nie potrafiąc powstrzymać łez.

– Proszę, nie rób tego. Nie zabieraj mi go. Proszę…

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Beth… – Alessio zrobił kilka kroków w jej stronę. – Posłuchaj, nikt nie zabierze ci Benjamina, ale musimy porozmawiać i lepiej, żebyśmy zrobili to w prywatnym miejscu. Mój apartament jest tuż obok. Pozwól, żeby Miranda się nim zaopiekowała, a kiedy skończymy rozmawiać, będziesz mogła do niego wrócić.

Alessio patrzył, jak twarz Beth wykrzywia się płaczliwie. Miał ochotę zakląć. Był przygotowany na krzyki i przekleństwa, ale nie na rozpacz.

– Oddaj Benjamina Mirandzie. Masz moje słowo, że kiedy skończymy rozmawiać, będziesz mogła do niego wrócić.

Beth przeniosła wzrok na Mirandę, która podeszła i delikatnie wyjęła dziecko z jej rąk.

– Nigdzie go nie zabiorę – powiedziała uspokajająco.

Beth dzielnie skinęła głową i cmoknęła niemowlę w czoło.

– Dostał już środki przeciwbólowe?

– Tak, będę mogła dać mu kolejną porcję za pół godziny. Proszę się nie bać, zaopiekuję się nim. Obiecuję.

Wiedząc, że Beth za nim pójdzie, Alessio przeszedł do swojego apartamentu. Gdy oboje znaleźli się w środku, nalał im po szklance whisky.

– Masz. Przeżyłaś szok, przyda ci się.

Beth patrzyła na niego przez chwilę zapuchniętymi od płaczu oczami, a potem wzięła od niego szklankę i usiadła na kanapie. Od razu wypiła duży łyk.

Alessio spoczął na fotelu naprzeciwko.

– Przykro mi, że dowiedziałaś się w ten sposób. Zamierzałem powiedzieć ci rano, po balu.

Beth popatrzyła na niego oczami pełnymi bezbrzeżnego smutku.

– Naprawdę jesteś Alessiem Palvettim?

– Tak.

– Ten bal… Jak to zrobiłeś?

– Giannis i ja byliśmy przyjaciółmi od czasów szkolnych. Poprosiłem go, żeby urządził bal i zatrudnił do tego twoją firmę. Był mi winny przysługę, więc bez problemu się zgodził.

Beth potarła kark. Po jej kunsztownej fryzurze nie było śladu.

– To musiała być niezła przysługa.

Pomyślała o astronomicznej sumie, jaką wydano na bal. Bilety nie pokryły ani grosza; cały dochód przeznaczono na cele charytatywne.

– To wszystko… tylko po to, żeby odebrać mi Bena?

A teraz, kiedy go miał, z pewnością nie pozwoli, by opuścili pałac bez niego. Umieścił ją nawet w sąsiednim apartamencie! Musiał być doskonałym taktykiem. Nie mając moralności ani skrupułów, bogaci ludzie świetnie radzili sobie w zdobywaniu tego, na czym im zależało.

– Nie zrozum mnie źle. Zdobycie prawa do opieki nad Benjaminem jest moim głównym celem. Jest Palvettim i powinien zająć swoje miejsce w naszej rodzinie. Pod moją opieką będzie miał wszystko, ale gdyby zależało mi tylko na tym, już dawno bym go miał.

Beth wypiła kolejny łyk whisky. Zwykle jej nie znosiła, ale teraz palący płyn pomagał jej pokonać niemoc.

– W takim razie czego chcesz? Zmarnowałeś tyle czasu, wydałeś tyle pieniędzy…

– Chciałem cię poznać.

Beth w końcu odważyła się podnieść na niego wzrok.

– Dlaczego?

Alessio pochylił się ku niej, nie spuszczając z niej spojrzenia szmaragdowych oczu.

– Zdjęcia i informacje dostarczone przez moich detektywów mi nie wystarczyły, musiałem zobaczyć się z tobą osobiście.

Beth tak mocno kręciło się w głowie, że miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Szpiegował ją. Powinna była wiedzieć, że nie podda się tak łatwo. Wmówiła sobie fałszywe poczucie niebezpieczeństwa, nie doceniła jego przebiegłości. Nie domyślała się, jak daleko może się posunąć.

Wszystko, co Domenico mówił o swoim bracie, było prawdą.

Tymczasem Alessio mówił dalej.

– Nie bój się, zbadałem tylko ostatnie pięć lat twojego życia. To, czego się dowiedziałem, zaintrygowało mnie. Sądząc po raportach moich detektywów i po tym, jak z miejsca odrzuciłaś moją propozycję, masz słabość do mojego bratanka.

– Słabość? Kocham go jak własnego syna!

– Tak, zaczynam to rozumieć.

– To dobrze. W takim razie musisz też rozumieć, że nie oddam go bez walki!

– Rozumiem, ale na pewno zdajesz sobie sprawę, że nie miałabyś szans wygrać. Z moimi wpływami wygrałbym w każdym sądzie, ale Benjamin przyzwyczaił się do ciebie i będzie dla niego lepiej, jeśli pozostaniesz częścią jego życia.

Beth uniosła podbródek.

– Jestem jedyną matką, jaką zna.

Alessio wzruszył ramionami.

– Jest bardzo młody. Gdyby do tego doszło, szybko przyzwyczaiłby się do zmiany. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie chcę, żeby tak się skończyło.

– A czego chcesz?

– Małżeństwa.

– O czym ty mówisz?

Alessio wstał z fotela i podszedł do barku.

– Kiedy przywiozę Benjamina do Mediolanu, bez problemu zdobędę prawa do opieki. – Nalał sobie kolejną szklankę whisky. – Rozumiem, że jest między wami więź, i nie chcę jej przerywać. Dlatego jestem gotów się z tobą ożenić.

Beth pokręciła głową, usiłując uporządkować myśli.

– Oszalałeś. Nie wyszłabym za ciebie, nawet gdybyś mi za to zapłacił.

Alessio popatrzył na nią obojętnie.

– W takim razie zabiorę Benjamina do domu i znajdę inną kobietę, która zgodzi się zostać jego matką.

Beth westchnęła głęboko. Wolałaby umrzeć, niż pozwolić, by inna kobieta wychowała jej przybranego syna.

– Wolałbym tego nie robić. – Jego słowa z trudem przebijały się przez burzę myśli w jej głowie. – Ale skoro mam zabrać do siebie Bena, w moim życiu powinna się pojawić kobieta. Tak będzie dla niego najlepiej. Nasze małżeństwo byłoby idealnym rozwiązaniem i ma szansę się udać.

– Jeśli w to wierzysz, to musisz żyć na innej planecie.

– Wierzę w to. – Po jego ustach błąkał się uśmiech. – Palvetti jest rodzinną firmą i kobieta, którą poślubię, stanie się jej częścią. Zdecydowałem się na ten podstęp, ponieważ musiałem być pewien, że się do tego nadajesz. Twoja rzetelność i zdolności przywódcze zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Ostatnie sześć tygodni dowiodło, że dobrze nam się razem pracuje, co jest niezbędne w udanym małżeństwie.

Beth nie wierzyła własnym uszom.

– Spodziewasz się, że będę dla ciebie pracować?

– Żony Palvettich są jednocześnie ich wspólniczkami. Są wybierane właśnie ze względu na to.

– Musicie się świetnie bawić na rodzinnych spotkaniach – mruknęła ironicznie Beth.

– Potrafimy się dobrze bawić, ale firma zawsze jest na pierwszym miejscu.

Beth przypomniała sobie jak Domenico mówił, że dla jego rodziny firma była ważniejsza niż wszystko inne. Jego matka wróciła do pracy tydzień po porodzie. Tego właśnie nienawidził w Palvettich i przed tym chciał za wszelką cenę uchronić własne dzieci.

– Dbamy o nią, żeby przekazać ją następnemu pokoleniu – wyjaśnił Alessio. – Jeśli weźmiesz ze mną ślub, ten obowiązek spadnie też na ciebie. Dzięki temu pewnego dnia będziesz mogła oddać ją w ręce Benjamina, jego rodzeństwa i kuzynów.

– Rodzeństwa…? – powtórzyła słabo Beth.

– Tak, kiedyś tak. – Alessio patrzył jej prosto w oczy. – Jeśli weźmiemy ślub, to będziemy małżeństwem w pełnym tego słowa znaczeniu.

Beth nie miała wątpliwości, o czym mówi. Poczuła, że się rumieni. Jeśli wezmą ślub, będą dzielić łóżko… spać ze sobą…

Z trudem wzięła oddech.

Małżeństwo? Z Alessiem Palvettim, jej największym wrogiem? Mężczyzną patrzącym na nią tak intensywnie, że czuła na skórze jego palący wzrok?

Zmusiła się, by przerwać kontakt wzrokowy.

– Mam sporo do przemyślenia – szepnęła.

– Rozumiem, ale myślę, że lepiej byłoby wyłożyć karty na stół. Nie chcę między nami niedomówień.

– Jak miło z twojej strony po czterech tygodniach kłamania mi w żywe oczy!

– Tylko moja tożsamość była kłamstwem. To, że polubiliśmy się od pierwszej chwili, było prawdziwe. Chemia między nami była prawdziwa…

Beth pokręciła głową. Nie chciała sobie o tym przypominać, nie teraz.

– Beth, spójrz na mnie. – Ton Alessia był tak władczy, że Beth automatycznie posłuchała rozkazu. Podniosła wzrok i napotkała intensywne, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie, od którego jej serce szybciej zabiło. Patrzył tak na nią przez chwilę, a potem jego rysy złagodniały.

– Chemia była między nami od początku, nie możesz temu zaprzeczyć. Oboje to czuliśmy. Jest między nami pożądanie i wszystko inne, czego potrzebuje udane małżeństwo.

Jak to możliwe, że ledwie godzinę temu wirowali na parkiecie? Beth czuła się w jego ramionach jak księżniczka. Lgnęła do niego, pragnęła bliskości jego ciała. Usta wciąż mrowiły ją na myśl o pocałunku, który nigdy nie nastąpił… Mężczyzna, który nawiedzał jej sny, był tym samym, przed którym obiecała chronić swojego przybranego syna. Nigdy sobie tego nie wybaczy.

– Pozwoliłem ci dowieść swojej wartości, a ty przewyższyłaś moje oczekiwania – odezwał się Alessio. – Mogłem odebrać ci Benjamina w dowolnym momencie. Zamiast tego daję ci szansę, żebyś pozostała częścią jego życia.

Beth miała ochotę się rozpłakać.

– Jak możesz nazywać to szansą, skoro to ja jestem jego prawną opiekunką? – Ale w głębi duszy wiedziała, że Alessio z łatwością by sobie z tym poradził. – Czy uczucia i decyzje twojego brata i bratowej w ogóle się dla ciebie nie liczą?

– Respektuję ich decyzję poprzez złożenie ci tej propozycji. Gdyby mój brat żył, z pewnością powróciłby na łono rodziny. Zginął jako biedak. Ani on, ani jego żona nie zdołali finansowo zabezpieczyć przyszłości syna. Benjamin jest Palvettim i zasługuje na wiążące się z tym przywileje.

– Twój brat nigdy nie wróciłby na łono rodziny – szepnęła Beth. – Gardził wami.

– Chciałbym powiedzieć, że nie podzielałem tego uczucia. – Alessio dopił swoją whisky. – Mój brat był pijawką, ale nie pozwolę, żeby jego syn cierpiał za błędy ojca. Benjamin jest Palvettim. Jeżeli okaże się godny, pewnego dnia zajmie moje stanowisko. Nie będzie żył w biedzie i jeśli zgodzisz się na moją propozycję, ty też uchronisz się przed tym losem.

– Nie potrzebuję twojego ratunku – oburzyła się Beth. – Zawsze dawałam sobie radę sama.

Alessio z niedowierzaniem uniósł brwi, co rozwścieczyło Beth. Szpiegował ją przez kilka tygodni i już się uważał za eksperta na jej temat? Gdyby przyłożył się trochę bardziej, wiedziałby, że nie miała innego wyjścia, niż radzić sobie sama. Nie miała rodziny, do której mogłaby się zwrócić po pomoc w podbramkowej sytuacji. Jej rodzice zastępczy byli dobrymi ludźmi, ale nie zamierzali utrzymywać jej dłużej, niż do osiągnięcia dorosłości.

Jej jedynym wsparciem była Caroline, a teraz straciła nawet ją.

– Teraz trochę brakuje mi pieniędzy, bo spędziłam jedenaście miesięcy na bezpłatnym urlopie. Doskonale dam sobie radę, utrzymując Bena i siebie.

 

– Pod moją opieką Ben będzie miał dużo więcej niż podstawowe utrzymanie. Ty też możesz to mieć. Wystarczy, że się zgodzisz.

Beth czuła narastającą desperację.

– Chyba się nie spodziewasz, że dam ci odpowiedź w tym momencie? Potrzebuję czasu…

– Jeśli kochasz Benjamina tak mocno, jak twierdzisz, to nad czym tu się zastanawiać? Rano zabieram go do Mediolanu. To, czy do nas dołączysz, zależy wyłącznie od ciebie.

Beth umieściła Bena w nosidełku i z ciężkim sercem wyjęła telefon, by napisać wiadomość do swojej szefowej. Była zbyt zrozpaczona, żeby z kimkolwiek rozmawiać. Największy wysiłek, do jakiego zmusiła się od rana, to wykąpanie Bena. Desperacko potrzebowała zajęcia, czegokolwiek, co odciągnęłoby ją od ponurych myśli.

Wyjdzie za Alessia Palvetti.

Jaki ma wybór? Albo to zrobi, albo straci Bena na zawsze.

Odszukała w telefonie zdjęcie Domenica i Caroline, zrobione na festiwalu muzycznym, kiedy Caroline była w trzecim miesiącu ciąży. Byli tacy szczęśliwi, podekscytowani perspektywą narodzin dziecka. Błogo nieświadomi, że dwa miesiące później ich szczęście zostanie brutalnie przerwane diagnozą Caroline, która skłoniła ich do mianowania Beth prawną opiekunką ich nienarodzonego dziecka.

Caroline nie miała żadnych biologicznych krewnych. Domenico miał mnóstwo krewnych, ale szczerze ich nienawidził. Całe dzieciństwo spędził w złotej klatce i poprzysiągł, że jego dzieci nie spotka ten sam los. Nie będą niewolnikami własnej fortuny, jak inne dzieci Palvettich. Nikt im nie wmówi, że rodzinna firma i reputacja są ważniejsze, niż ich własne szczęście. Nikt nie wyrzecze się ich tylko dlatego, że są inne.

Według Domenica Alessio był gorszy niż cała reszta Palvettich razem wzięta. A Beth będzie musiała go poślubić.

Beth kochała swoją pracę, ale ten świat szybko pozbawił ją złudzeń co do związków i miłości. Zrozumiała, że dla większości mężczyzn liczą się tylko seksualne podboje. Dopiero związek Caroline i Domenica dał jej nadzieję, że kiedyś uda jej się odnaleźć to samo szczęście, którym cieszyli się oni. Jej druga połówka gdzieś tam była; dobry, przyzwoity mężczyzna, któremu będzie mogła zaufać.

Teraz mogła o nim zapomnieć. Zwiąże się z potworem, z człowiekiem, który ucieleśniał wszystko, czego starała się unikać. Zostanie uwięziona w małżeństwie pozbawionym miłości, z mężczyzną, który widział w niej wspólniczkę i matkę swoich przyszłych dzieci.

Kusiło ją, by wyobrazić sobie moment, w którym dzieci te zostaną poczęte. Przypomniała sobie, jak trzymał ją w ramionach… Nienawidziła go za to. Jego podstęp pozwolił jej poczuć pociąg, który nigdy by się nie pojawił, gdyby wiedziała, kim naprawdę jest. Znów popatrzyła na zdjęcie Caroline.

– Przepraszam. Nie doceniłam go.

Może naprawdę tak będzie najlepiej, pomyślała, bezskutecznie usiłując odnaleźć dobre strony sytuacji. Ben będzie dorastał w dostatku; będzie miał to wszystko, czego ona nie mogłaby mu dać jako samotna matka. Jeśli pozostanie częścią jego życia, będzie mogła zaszczepić mu te same wartości, które wyznawali jego rodzice.

Caroline poświęciła wszystko, żeby Ben był szczęśliwy. Oddała za niego własne życie. W porównaniu z tym poświęcenie swojej przyszłości przez Beth było niczym.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?