Wiedeński balTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart

Wiedeński bal

Tłumaczenie: Ewelina Grychtoł

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: A Cinderella to Secure His Heir

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Michelle Smart

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5469-4

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Beth Hardingstone weszła do hali przylotów wiedeńskiego lotniska, jedną ręką popychając wózek Bena, a drugą ciągnąc walizkę pełną dziecięcych przyborów. Rozejrzała się za kierowcą, który miał po nią przyjechać, z nadzieją, że już wkrótce będzie mogła wlać w siebie kubek mocnej kawy. Bardzo potrzebowała kofeiny.

Ben właśnie ząbkował i jego nieustanny płacz sprawił, że Beth przez całą noc nie zmrużyła oka. Zasnęła dopiero o szóstej nad ranem, mniej niż godzinę przed tym, jak zadzwonił jej budzik. W samolocie też nie udało jej się zdrzemnąć. Benowi nie podobał się jego pierwszy lot samolotem i dopilnował, żeby wszyscy pasażerowie mieli tego świadomość. Teraz za to spał w wózku z kciukiem w buzi, uroczy jak mały cherubinek.

Wszyscy mówią, że pierwszy rok opieki nad dzieckiem jest najtrudniejszy, ale nie da się zrozumieć ogromu wysiłków i wyrzeczeń, dopóki nie przeżyło się tego samemu. Nie da się także ubrać w słowa bezgranicznej radości, jaką przynosiły bezzębne uśmiechy, wesołe gaworzenie i to, jak płaczące dziecko uspokajało się, gdy tylko znalazło się w jej ramionach.

Kątem oka Beth zauważyła wysokiego mężczyznę, opartego o ścianę i przeglądającego coś na telefonie. Jakby wiedziony szóstym zmysłem, podniósł wzrok i spojrzał prosto na nią. Kontakt wzrokowy sprawił, że zrobiło jej się gorąco.

Sześć tygodni wcześniej dostała zlecenie, o którym większość event menedżerów mogła tylko pomarzyć: bal maskowy w wiedeńskim pałacu. Właściciel pałacu, grecki miliarder, wysłał wtedy swojego przedstawiciela do firmy Beth. Był nim ten mężczyzna, Valente Cortada.

Pracując w ekskluzywnej agencji White’s Events, Beth na co dzień spotykała celebrytów z pierwszych stron gazet. Ale nikt dotąd nie zrobił na niej tak piorunującego wrażenia, jak Valente.

Mimo że była na urlopie, jej szefowa doszła do wniosku, że to właśnie ona będzie się najlepiej nadawać do tego zadania. Razem z Valentem ustalili, że całą organizację przeprowadzi zdalnie, a na czas balu zabierze Bena ze sobą. Beth prawie się rozpłakała z ulgi. Oszczędności, jakie zgromadziła na pierwszy rok bezpłatnego urlopu, wyczerpywały się dużo szybciej, niż przewidziała. Była w kropce. Nie chciała oddawać Bena pod opiekę niani i wracać do pracy, ale coraz bardziej spóźniała się z płaceniem rachunków. Pierwszy raz w życiu tak rozpaczliwie potrzebowała pieniędzy.

Trudno uwierzyć, że jeszcze rok wcześniej nie musiała myśleć o przyszłości. Zarabiała tyle, że bez problemu wynajmowała małe mieszkanie. Cieszyła się życiem singielki, nie odmawiała sobie jadania na mieście, koncertów i innych przyjemności, na jakie nachodziła ją ochota. Jej kariera także rozwijała się bez przeszkód, aż do czasu tragedii, przez którą to wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Ale nawet gdyby miała stracić mieszkanie, wiedziała, że sobie poradzi. Dobro Bena było na pierwszym miejscu. Biedne dziecko, osierocone w wieku trzech miesięcy, potrzebowało całej miłości i opieki, jakie mogła mu zapewnić. Miała nadzieję, że przyjmie je tak naturalnie, jakby była jego rodzoną matką.

Beth sama była sierotą, więc doskonale wiedziała, jak to jest być zdanym na pomoc obcych ludzi. Nie uważała za poświęcenie tego, co robiła dla Bena. Caroline poświęciła się nieskończenie bardziej, oddając za niego własne życie.

Ale oprócz problemów finansowych czyhało na nią jeszcze inne niebezpieczeństwo. Alessio Palvetti.

Gdy tylko groźny i potężny wujek Bena dowiedział się o jego istnieniu, natychmiast zażądał praw do opieki nad dzieckiem. Beth odmówiła, pamiętając ostrzeżenie rodziców Bena, by za żadne skarby nie oddawała go rodzinie. Niezrażony Alessio zaproponował jej milion dolarów w zamian za zrzeczenie się praw do opieki. Beth odrzuciła propozycję i oświadczyła, że jeśli dalej będzie próbował się z nią kontaktować, oskarży go o nękanie. Od tego czasu Alessio Palvetti nie dawał znaku życia, ale Beth nie wierzyła, że to koniec. Tacy ludzie jak on nie poddają się tak łatwo.

Bezgranicznie kochała Bena. Była przy jego narodzinach i przy śmierci jego matki. Zrobiłaby wszystko, żeby go chronić, nawet jeśli oznaczało to prowadzenie otwartej wojny z jednym z najpotężniejszych rodów w Europie. Dzięki nowemu zleceniu przynajmniej nie będzie musiała przy tym martwić się pieniędzmi.

Od czasu pierwszego spotkania ani razu nie widziała Valentego na żywo, ale codziennie kontaktowali się przez mejle i wideorozmowy. To, co zaczęło się jako czysto profesjonalna relacja, wkrótce stało się dużo mniej formalne, wręcz przyjacielskie. Nie tylko był najbardziej seksownym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek spotkała, ale też po prostu dobrze jej się z nim pracowało. Rzadko kwestionował jej decyzje, a jeśli już to robił, jego uwagi były słuszne i merytoryczne.

Coraz częściej myślała o nim, kołysząc Bena do snu. A także w ciągu dnia, kiedy pracowała na laptopie i jednocześnie zajmowała się chłopcem. A w nocy…

Wspomnienie snu sprzed kilku tygodni sprawiło, że serce zabiło jej żywiej. Szczegóły zatarły jej się już w pamięci, ale mieszanka wstydu i podniecenia, jaką czuła po obudzeniu, została z nią na długo. Przez kilka następnych dni nie potrafiła spojrzeć Valentemu w oczy, kiedy rozmawiali przez Skype.

Podszedł do niej, wyższy o głowę od otaczającego go tłumu. Miał na sobie ciemne spodnie i granatową koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, która przylegała do jego muskularnej piersi. Po jego ustach błąkał się leniwy uśmiech.

Kiedy podawał jej rękę, rękaw jego koszuli podjechał do góry, odsłaniając delikatne czarne włoski. Nie umknęło to uwadze Beth.

– Jak miło cię znowu widzieć. – Jego silny włoski akcent przywodził na myśl likier kawowy. Zdążyła już zapomnieć, jak intensywnie zielone są jego oczy, jak kontrastują z jego oliwkową skórą i kręconymi czarnymi włosami. Wiele kobiet dałoby sobie rękę uciąć, żeby mieć tak długie i gęste rzęsy jak on. W połączeniu z wysokimi kośćmi policzkowymi i ostro zarysowaną szczęką dawało to nieziemski efekt.

Pilnując, by nie dać nic po sobie poznać, uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. Jego dotyk sprawił, że przeszedł ją dreszcz.

– Nie wspominałeś, że po nas przyjedziesz.

– Otrzymałem polecenie, by ci asystować.

Czy uwodzicielska nuta w jego głosie była wyłącznie dziełem jej wyobraźni?

– Czy pracownicy firmy cateringowej już dotarli? – zapytała, na wszelki wypadek sprowadzając rozmowę na bezpieczne tory.

– Tak, w chwili kiedy wyjeżdżałem. Wszystko idzie zgodnie z planem. Masz niesamowite zdolności organizacyjne.

Beth uśmiechnęła się, mile połechtana.

– Sam wiesz, że złożyła się na to praca wielu ludzi. Poza tym perspektywa zorganizowania balu maskowego stulecia naprawdę motywuje do pracy!

Valente zajrzał do wózka. Przez chwilę przyglądał się Benowi, a potem przeniósł wzrok z powrotem na Beth.

– To twój syn?

Uwodzicielska iskra, która jeszcze chwilę wcześniej czaiła się w jego spojrzeniu, zniknęła. Na widok niemowlęcia musiał stracić zainteresowanie. A może od początku wszystko było dziełem jej wyobraźni? Od roku prawie nie miała kontaktu ze światem zewnętrznym, a i wcześniej nie znała się zbyt dobrze na sztuce uwodzenia.

– To jest Ben – potwierdziła wymijająco. Powiedzenie Valentemu, że nie jest jego biologiczną matką, spowodowałoby tylko dalsze pytania. Śmierć Caroline wciąż była zbyt świeża i bolesna, żeby chciała o niej rozmawiać, a czekające ją zadanie wymagało od niej absolutnej koncentracji. – Przedstawiłabym was sobie, ale właśnie zasnął.

Valente znów spojrzał na śpiące niemowlę.

– Wobec tego od razu zawiozę was do pałacu. Czeka tam na was niania, która będzie się nim opiekować, kiedy ty będziesz zajęta pracą.

To powiedziawszy, podniósł jej walizkę i poprowadził ich do wyjścia.

Starając się za nim nadążyć, Beth nie po raz pierwszy zastanowiła się, jak mężczyzna tak władczy jak Valente mógł pracować dla kogoś innego. Nawet sposób, w jaki pisał mejle, sugerował człowieka, który wydaje rozkazy, a nie słucha cudzych. Coś tu się nie zgadzało.

 

Kiedy Alessio wyszedł z hali lotniska, Wiedeń spowijała poranna mgła. Jej piękno nie zrobiło na nim wrażenia. Potrafił myśleć tylko o tym, że tuż obok śpi jego osierocony bratanek.

– Byłaś kiedyś w Wiedniu? – zapytał. Musiał za wszelką cenę podtrzymać konwersację.

Po raz pierwszy zobaczył na żywo Benjamina, którego Beth nazywała Benem. Jego plan działał bez zarzutu. Dali się złapać na haczyk i wpadli prosto w jego ręce.

I Beth wciąż nie miała pojęcia, kim on jest.

Istniała bardzo niewielka szansa, że go rozpozna. Jak wszyscy Palvetti, Alessio strzegł swojej prywatności i pilnował, by nigdzie nie ukazały się jego zdjęcia. Nie przypominał też swojego zmarłego brata ani z wyglądu, ani z charakteru.

Wstrząsnęła nim wiadomość, że jego brat zginął w wypadku samochodowym, nigdy nie pogodziwszy się z rodziną. A także to, że ożenił się w tajemnicy, i to, że nikt nie powiadomił rodziny o jego śmierci. Ale najtrudniej było mu pogodzić się z faktem, że Benjamin i jego żona postanowili oddać syna pod opiekę obcej kobiecie. Choć Domenico dawno nie żył, jego konflikt z rodziną wciąż zbierał swoje żniwo.

Alessio odepchnął od siebie żal i gniew. Teraz najważniejsze, by udało mu się odzyskać bratanka. Syn Domenica był Palvettim i zasługiwał, by żyć tak, jak przystało na Palvettiego. To niedopuszczalne, by jeden z nich dorastał pod opieką kobiety, która nawet nie była jego krewną.

Szybko udało mu się ustalić, że opiekunka Benjamina jest dwudziestoczteroletnią singielką. Założył, że z radością uwolni się od brzemienia opieki nad małym sierotą, ale tak się nie stało. Najpierw wysłał jej mejl, w którym zaprosił na spotkanie, ale odpowiedziała lakonicznym „nie”. Wobec tego zaangażował w sprawę swoich prawników, ale pozostała niewzruszona. Domyślił się, że chce na tym coś ugrać, więc zaproponował jej milion dolarów w zamian za prawa do opieki nad dzieckiem. Tę propozycję również odrzuciła z miejsca.

Jej opór bardziej go zaciekawił, niż rozgniewał. Polecił swojemu detektywowi zebrać jak najwięcej informacji na jej temat. Jak się okazało, przed pójściem na urlop Beth była znaną i polecaną event menedżerką.

Karierowiczka, która miała słabość do jego bratanka? Im dłużej o tym myślał, tym wyraźniej plan rysował się w jego głowie. Alessio planował jeszcze przez kilka lat skupić się na zarządzaniu rodzinną firmą, produkującą ekskluzywne perfumy i biżuterię. Wiedział, że pewnego dnia będzie musiał znaleźć sobie żonę i przedłużyć ród, ale zawsze odkładał w czasie tę decyzję. Był jednak zdania, że każde dziecko potrzebuje matki. Jego własna nie była może idealna, ale nie wyobrażał sobie dorastania bez niej. Benjamin zasługiwał na pełną rodzinę.

Oczywiście małżeństwo nie było czymś, o czym należy decydować pochopnie. Dlatego musiał się osobiście przekonać, czy Beth w rzeczywistości jest równie idealną kandydatką, jak na papierze. Dlatego skontaktował się ze starym przyjacielem z czasów szkolnych, Giannisem Basinasem. W zamian za alibi, które dawno temu uratowało Basinasa przed wyrzuceniem ze szkoły, poprosił go o możliwość urządzenia balu maskowego w jego wiedeńskim pałacu. Udział Alessia w całym przedsięwzięciu miał pozostać tajemnicą.

– Zawsze chciałam odwiedzić Wiedeń, ale nigdy dotąd nie miałam okazji – powiedziała wesoło Beth, całkowicie nieświadoma prawdziwego powodu, dla którego ją tu sprowadził.

Zatrzymali się przed jego samochodem, lśniącą czarną maszyną z napędem na cztery koła.

– To twój? – zapytała ze zdziwieniem.

– Służbowy. – Kolejne kłamstwo. Utrzymywanie swojej prawdziwej tożsamości w tajemnicy okazywało się trudniejsze, niż przewidział.

Beth otworzyła tylne drzwi.

– Pamiętałeś o foteliku dla dziecka! – ucieszyła się.

Alessio skinął głową. Miała śliczny uśmiech. Jego urok uderzył go już podczas ich pierwszego spotkania i choć odbyli dziesiątki wideokonferencji, wciąż nie przestał robić na nim wrażenia. Uśmiechała się tak łatwo i często, jakby uśmiech był stałą, naturalną częścią jej fizjonomii.

Dzisiaj miała na sobie przylegające kremowe spodnie i biało-szarą koszulę w paski. Lekki wietrzyk burzył jej rozpuszczone ciemne włosy, których pasma opadały na śliczną twarz o regularnych rysach. Nie miała makijażu, ale ze swoją ciepłą, zdrową cerą i wielkimi czekoladowymi oczami nie potrzebowała go.

Pochyliła się nad wózkiem i odpięła Bena. Widząc, jak bierze go na ręce, Alessio wstrzymał oddech. To niemowlę było Palvettim, krwią z jego krwi.

Odchrząknął.

– Pomóc ci?

– Dziękuję, dam sobie radę – odparła, całkowicie nieświadoma, jak potężne wrażenie zrobił na nim widok bratanka.

Z wprawą umieściła niemowlę w foteliku i pochyliła się, by zapiąć mu pasy. Alessio odkrył, że ma przed oczami jej zgrabne wypięte pośladki. Przez kilka sekund wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany, czując ściskanie w lędźwiach…

– No, w końcu! – zawołała triumfalnie.

Alessio odetchnął i zmusił się, by się opanować.

– Przepraszam?

– To było bardziej skomplikowane, niż myślałam, ale ostatecznie mi się udało. – To powiedziawszy, Beth pochyliła się nad Benem i cmoknęła go w czoło.

Alessio wrzucił jej bagaże do bagażnika, a potem usiadł za kierownicą. Kiedy tylko zamknął drzwi, owionął go zmysłowy zapach. Perfumy Beth.

Dio, jeszcze żadna kobieta, jaką spotkał, nie pachniała tak kusząco…

– Gotowa? – Włączył silnik.

– Jasne! – Roześmiała się wesoło. – Zawieź mnie do pałacu!

Alessio uśmiechnął się w odpowiedzi. Ich współpraca w ciągu ostatnich tygodni dowiodła, że Beth będzie dla niego wartościową wspólniczką. A że miała przy tym mnóstwo uroku, stanowiła idealny materiał na żonę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zmęczenie Beth minęło bez śladu. Teraz aż gotowała się z adrenaliny, która zawsze towarzyszyła jej w dniu wydarzenia. Nigdy dotąd nie pracowała tak ciężko, jak w ciągu ostatnich sześciu tygodni. Lucinda, jej szefowa, zapewniła jej wszystkie niezbędne środki, by zorganizować bal z wojskową wręcz precyzją.

Nigdy też nie spała tak mało. Kiedy Ben zasypiał, ona upewniała się, że wszystkie wymagania Giannisa Basinasa zostaną spełnione.

Goście mieli się zjawić już za dziewięć godzin. Beth wielokrotnie organizowała przyjęcia dla znanych i bogatych, ale lista sław zaproszonych na ten bal przekraczała najśmielsze oczekiwania. Europejska arystokracja, gwiazdy Hollywood, milionerzy, artyści… Następnego dnia zdjęcia z balu będą na pierwszych stronach gazet. Gdyby cokolwiek poszło nie tak, jej kariera w branży będzie skończona. Ale jeśli bal się uda, jej konto zasili przelew na pokaźną kwotę. Zaliczka, jaką dostała, wystarczyła na spłatę zaległego czynszu i zakup ubranek dla Bena. Jeśli dostanie resztę, spokojnie wytrzyma do końca rocznego urlopu. Zostanie jej nawet zapas na wypadek, gdyby Alessio Palvetti pozwał ją do sądu.

– Jesteś jakaś milcząca – zauważył Valente, wyrywając ją z zamyślenia. – Coś cię martwi?

– Nie, po prostu myślę.

– O czym?

– Zgadnij – parsknęła Beth. – Goście będą tu za dziewięć godzin. Bardzo wiele rzeczy może pójść nie tak.

– Wszystko pójdzie zgodnie z planem.

– Mówisz z doświadczenia?

– Nie, mówię jak ktoś, kto jest pod wrażeniem twoich talentów organizacyjnych.

Słysząc komplement, Beth zarumieniła się jak nastolatka. Szybko odwróciła twarz do szyby. Widok za oknem był prawie równie zachwycający, co obok niej. Sama architektura wiedeńskich kamienic zapierała dech w piersiach.

Valente też zapierał dech w piersiach. Im dłużej siedziała koło niego, tym wyraźniej zauważała jego zapach, szczupłe palce zaciśnięte na kierownicy i mocne udo, które napinało się, gdy zmieniał biegi. Jego wyrazistą, niemożliwą do zignorowania obecność.

– Nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz – powiedziała.

– Co masz na myśli?

– Nie dowiemy się, jakie są moje talenty organizacyjne, dopóki bal się nie skończy.

– Dlaczego tak się przejmujesz?

– Nigdy dotąd nie organizowałam wydarzenia na taką skalę… Nie mów, że to tutaj?!

Wjechali na dziedziniec z szemrzącą pośrodku fontanną. Otaczał go najpiękniejszy budynek, jaki Beth widziała w życiu. Błyszczące białe ściany wznosiły się na wysokość trzech pięter, podtrzymywane przez dziesiątki rzeźbionych filarów. Nic dziwnego, że mieszczący się w nim hotel był uważany za jeden z najbardziej luksusowych w Europie. Wielokrotnie oglądała jego plany, zdjęcia i nagrania, ale nic nie mogło jej przygotować na ten iście królewski splendor. Poczuła się jak osiemnastowieczna księżniczka.

– Chodź, pokażę ci twój apartament – powiedział Valente. – Niania Bena już na was czeka.

Beth otrząsnęła się z szoku i podążyła za nim przez umeblowane z przepychem korytarze i schody przykryte dywanem w kolorze królewskiego błękitu. Na pierwszym piętrze skręcili w lewo i stanęli przed drzwiami jej pokoju.

Beth westchnęła z zachwytu.

– To dla mnie?

Valente nie żartował, nazywając to apartamentem. Był większy niż całe jej londyńskie mieszkanie.

– Przecież nie ugościlibyśmy cię w kwaterach dla służby – odparł z figlarnym błyskiem w oku. – Twoja sukienka na bal wisi w szafie.

W jego spojrzeniu było coś więcej niż rozbawienie. Beth znów zrobiło się gorąco…

Jedne z wielu drzwi apartamentu otworzyły się. Do salonu weszła starsza kobieta w granatowej sukience, z białym fartuszkiem zawiązanym wokół talii. Przedstawiła się jako Miranda. Beth odetchnęła z ulgą i podeszła, żeby się przywitać. Od Mirandy biły spokój i życzliwość. Obawa, jaką budziła w Beth perspektywa pozostawienia Bena pod opieką kogoś obcego, zniknęła bez śladu.

– Najpierw muszę porozmawiać z Giselle – powiedziała do Valentego, kiedy kwestie opieki nad Benem zostały omówione i schodzili z powrotem na parter. Giselle była menedżerką pałacowego hotelu. Sama nie brała udziału w organizacji balu, ale wielu gości miało się zatrzymać w hotelu na noc.

Valente wyjął kluczyki z kieszeni.

– Z tym będziesz musiała dać sobie radę sama.

– Idziesz gdzieś? – zdziwiła się Beth.

– Mam ważne spotkanie, ale wrócę koło południa. Zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

To powiedziawszy, wyszedł z pałacu. Beth ogarnęło niemiłe uczucie rozczarowania, które pospiesznie od siebie odepchnęła. Nie mieszała pracy ze sprawami prywatnymi, nawet dla kogoś takiego jak Valente. Pamiętała rozkład pałacu, więc z łatwością odnalazła gabinet menedżerki. Za biurkiem siedziała elegancko ubrana blondynka.

– Giselle?

Kobieta z uśmiechem wstała z fotela.

– Beth?

Beth odwzajemniła uśmiech.

– Cieszę się, że wreszcie mogę cię poznać. Wszystko idzie zgodnie z planem?

– Tak. A u ciebie nie pojawiły się żadne problemy?

– Nic, o czym bym wiedziała. Valente powiedział, że pracownicy firmy cateringowej są już na miejscu…

– Kto?

– Valente Cortada. Informowałam go o postępach w organizacji balu.

– Nigdy nie słyszałam tego nazwiska.

– Och. – Beth spróbowała sobie przypomnieć, czy Valente kiedykolwiek wspominał, że pracuje w hotelu. – Pewnie pracuje bezpośrednio dla pana Basinasa.

– Musi tak być, bo wśród naszego personelu nie ma nikogo takiego. I tak, ekipa cateringowa jest na miejscu, zaraz pójdziemy zobaczyć, jak im idzie. Masz ochotę się czegoś napić?

Wkrótce obie pogrążyły się w pracy. Ale mimo natłoku spraw, które wymagały jej uwagi, Beth nie mogła przestać myśleć o tym, dlaczego Giselle nie zna nazwiska Valentego…

Alessio zamknął w sejfie dokumenty, które dał mu jego adwokat, i zadzwonił do swojej asystentki w Mediolanie. Nie lubił na długo opuszczać biura. Przez całe życie wiedział, że Palvetti znajdzie się pod jego rządami tylko, jeśli będzie pracował dostatecznie ciężko. Nie dostał tej posady z automatu; musiał dowieść, że jest godzien zająć najwyższe stanowisko. Gdyby tak się nie stało, przekazano by je temu członkowi rodziny, który udowodniłby, że jest najlepszym kandydatem.

Alessio pragnął zostać prezesem, odkąd pamiętał. Już jako nastolatek spędzał wakacje w biurze, ucząc się wykonywać rozmaite zadania. Gdy tylko ukończył studia z zarządzania i ekonomii na jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie, od razu zatrudnił się w Palvetti.

 

W tamtym czasie firma notowała straty. Alessio zaproponował, by wprowadzić kilka zmian organizacyjnych, i w ciągu trzech lat od wcielenia jego sugestii w życie zyski wzrosły o dziewięć procent. Kiedy na krótko przed trzydziestymi urodzinami Alessia jego ojciec przeszedł na emeryturę, zarząd nie miał wątpliwości co do tego, kogo wyznaczyć na jego następcę. Pod jego nadzorem Palvetti przeżyło prawdziwy rozkwit. Ich biżuteria ozdabiała szyje, nadgarstki, uszy i palce najbogatszych ludzi na świecie. Palvetti odnosiło większe sukcesy niż kiedykolwiek w historii i Alessio nie zamierzał pozwolić, by te sukcesy zamieniły się w klapę.

Jego brat nie posiadał tego samego poczucia obowiązku, co Alessio. Mimo wysiłku rodziców Domenico wykazywał pogardę dla biznesu i zamiast tego oddawał się spełnianiu własnych, egoistycznych pragnień. Sposób, w jaki zginął, tylko potwierdził jego moralny upadek. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby jechać na rowerze przez Londyn pijanym jak bela, kiedy w domu czeka żona w szóstym miesiącu ciąży?

Przemierzając pałac w poszukiwaniu Beth, Alessio zastanawiał się, jaki charakter będzie miał jego bratanek. Czy wda się w ojca, czy też wyrośnie na porządnego człowieka, jak Alessio?

Na sali balowej panował ogromny rozgardiasz. Dziesiątki ludzi pracowały nad zmianą pustego pomieszczenia w krainę czarów, a między nimi chodziła Beth z notesem i tabletem w dłoni. Jej spokój zaskoczył Alessia. Podenerwowanie, jakie okazywała w samochodzie, albo minęło, albo dobrze je skrywała. Profesjonalizm i pewność siebie czyniły z niej doskonałą liderkę.

Właśnie miał podejść, kiedy w jego kieszeni zadzwonił telefon. Ich oczy się spotkały i mimo dzielącej ich odległości Alessia przeszedł dreszcz ekscytacji. Uśmiechnęli się do siebie, a potem Alessio pokazał jej na migi, że musi odebrać połączenie. Beth wróciła do rozmowy z pracownikami, a Alessio wyszedł z sali. Serce waliło mu w piersi.

– Coś się stało?

Słysząc przez telefon głos Alessia, Beth na moment straciła koncentrację. Głęboki i aksamitny, zdawał się przenikać prosto do jej wnętrza.

– Nastąpiła pomyłka. W mojej szafie jest suknia balowa. Rozmawiałam z Giselle, ale nic o tym nie wie.

Zamiast standardowego czarnego uniformu, jaki miał dostać cały personel na czas balu, Beth znalazła w swojej garderobie elegancką złotą suknię.

– Nie ma żadnej pomyłki. To twój strój na dzisiejszy wieczór.

– Suknia balowa? Potrzebuję uniformu, żeby goście i pracownicy mogli mnie łatwo rozpoznać…

Valente parsknął śmiechem.

– Obawiam się, że na to już za późno, bella. Uznaj to za premię. Wkrótce się zobaczymy.

I zanim Beth zdążyła zaprotestować, rozłączył się.

Beth westchnęła i powiodła palcami po lśniącej sukni. Przypominała w dotyku jedwab. Była przepiękna, ale zdecydowanie nie nadawała się na bal. Jako menedżerka powinna się wyróżniać spośród gości, a nie uchodzić za jednego z nich. Ale, jak słusznie zauważył Valente, było za późno, by to zmienić. Pierwsi goście mieli się pojawić już za dwie godziny.

Zamiast przygotować się do balu, wzięła Bena od Mirandy, nakarmiła go i bawiła się z nim przez chwilę. Był pod dobrą opieką, ale i tak strasznie za nim tęskniła. Na koniec cmoknęła go w nosek.

– Mama musi już iść – powiedziała, podając go niani.

Zawsze, kiedy nazywała siebie jego mamą, coś ściskało ją w gardle. To Caroline była jego matką, ale Beth złożyła obietnicę, że zajmie jej miejsce. I zamierzała jej dotrzymać.

Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i nałożyła delikatny makijaż. Jak się okazało, sukienka pasowała na nią idealnie. W pudełku na dnie szafy znalazła parę pasujących złotych szpilek.

Ciekawe, kto wybrał dla niej taką sukienkę? Giannis Basinas? A jeśli on, to dlaczego? Ani razu się z nim nie widziała, całą komunikację prowadzili przez Valentego.

Czy to Valente wybrał tę sukienkę? Kim on właściwie był dla Giannisa? Zakładała, że pracuje w hotelu, ale jej założenie okazało się błędne.

To nie był dobry moment, żeby się nad tym zastanawiać. Goście zaraz mieli zacząć się schodzić. Może i miała na sobie sukienkę godną księżniczki, ale wciąż była w pracy.

Alessio wszedł do zatłoczonej recepcji i wziął sobie kieliszek szampana. O głowę wyższy od większości ludzi, z łatwością nawigował między elegancko ubranymi i podekscytowanymi gośćmi. Nigdzie jednak nie widział Beth.

W końcu odnalazł ją na sali balowej, z notesem i tabletem w dłoni. Szła właśnie wzdłuż ustawionego pod ścianą stołu, sprawdzając, czy wszystko jest jak należy.

Jeśli jego plan się powiedzie, już wkrótce będzie mógł pieścić tę piękną szyję, jak i resztę jej wspaniałego ciała. Jej uroda nie ustępowała bystrości umysłu. Ród Palvettich wiele zyska, gdy Beth zasili jego szeregi. Będzie idealną żoną. Musiał tylko utrzymać swój podstęp w tajemnicy do końca balu. Nie wiedział, jak zareaguje, gdy wyjawi jej swoją tożsamość, i na wszelki wypadek wolał zrobić to na osobności.

Dopił szampana i zbliżył się do niej.

– Dobry wieczór, bella – przywitał się.

Beth uśmiechnęła się.

– Cześć, Valente… – Zmrużyla oczy. – Widzę, że oboje nie mamy uniformu.

– Uniform nie oddawałby twojej urody – odparł wymijająco. – Wyglądasz przepięknie.

Beth zarumieniła się lekko.

– Miło mi to słyszeć. Czy wygląd sali balowej spełnia oczekiwania pana Basinasa?

Valente rozejrzał się, pilnując, by nie ominąć żadnego szczegółu. Na wysokim suficie wisiały złote, srebrne i białe balony, pasujące do haftowanych zasłon. Dekoracje stołów były utrzymane w tej samej tonacji. Orkiestra stała na scenie, muzycy stroili instrumenty, a na środku pomieszczenia szemrała fontanna z szampanem.

– O tak, jak najbardziej.

– Widziałeś pozostałe pomieszczenia? – zapytała Beth.

– Nie widziałem. Oprowadź mnie.

Beth poprowadziła go przez niezliczone sale, udekorowane z równym przepychem. W pierwszej urządzono jadalnię, w następnej bar, gdzie pianista przygrywał gościom odpoczywającym na wygodnych kanapach i fotelach. Dalej goście mogli spróbować czekoladowych rzeźb, a na końcu znaleźli parkiet, gdzie po północy miała się rozpocząć dyskoteka. Trudno było uwierzyć, że Beth przygotowała to wszystko w ciągu zaledwie sześciu tygodni.

– Wykonałaś kawał dobrej roboty – pochwalił, kiedy wrócili na salę balową.

– Jak już mówiłam, to nie tylko moja zasługa. – Beth nie zamierzała pozwolić, by umniejszał rolę jej współpracowników. Ośmioro z nich od trzech tygodni praktycznie nie wychodziło z pałacu.

– Ty wszystkim kierowałaś. To twoja wizja. Przyjmij pochwałę i bądź dumna z tego, co osiągnęłaś.

– Jeszcze niczego nie osiągnęłam – przypomniała. – Jak powiedziałam rano, nie mów hop, póki nie przeskoczysz. Poczekamy, co powiedzą goście i pan Basinas.

Valente otworzył usta, ale w tym momencie przerwało im nadejście mistrza ceremonii.

– Pięć minut – poinformował.

Beth ścisnęło w żołądku. Przez chwilę myślała, że zwymiotuje.

– Przepraszam – powiedziała do Valentego. – Muszę iść na stanowisko.

Valente rzucił jej spojrzenie, od którego zmiękły jej kolana. Nie sądziła, że może być bardziej przystojny, ale w ciemnobrązowym smokingu, czarnej koszuli i muszce wyglądał zniewalająco.

Pospiesznie zajęła swoje miejsce przy fontannie z szampanem. Chwilę później orkiestra zagrała pierwsze nuty, drzwi sali balowej otworzyły się i mistrz ceremonii ogłosił rozpoczęcie balu.