Miłość czyni cuda

Tekst
Z serii: Rings of Vengeance #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michelle Smart
Miłość czyni cuda

Tłumaczenie:

Katarzyna Berger-Kuźniar

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Javier Casillas szedł po szerokim korytarzu w teatrze niczym automat, wpatrując się przed siebie nieruchomym wzrokiem, choć jak zwykle czuł na sobie zaciekawione spojrzenia. Przywykł już do tego, a nawet całkowicie się uodpornił. Nauczył się żyć w świetle reflektorów. Jednak ostatnie dwa miesiące okazały się prawdziwym wyzwaniem nawet dla niego, choć ostatecznie i tym razem media dowiedziały się tyle co zawsze, czyli nic. Nie pozwolił, by chociaż cień emocji zagościł na jego twarzy.

W środku natomiast narastała w nim wściekłość.

Kiedy widział, jak Freya, kobieta, którą do niedawna zamierzał poślubić, rozgrywa swoje życiowe w pięć minut, czuł, że ma ochotę iść na siłownię i odreagować wszystko na worku treningowym.

Dzisiejszy wieczór miał być uwieńczeniem odwiecznych marzeń Javiera i jego brata bliźniaka, Luisa. Dziesięć lat temu udało im się ostatecznie zebrać fundusze na zakupienie sypiącego się madryckiego teatru i szkoły baletowej, którą w dzieciństwie ukończyła ich matka, primabalerina. By uczcić jej pamięć, swój nabytek nazwali Compania de Ballet de Casillas i postawili sobie za cel przemienienie go w jeden z najlepszych europejskich ośrodków baletowych. Potem dokupili sąsiadującą z nim parcelę i wybudowali na niej supernowoczesny teatr i siedzibę dla towarzystwa baletowego.

Dzisiejszego wieczoru odbywało się uroczyste otwarcie całego kompleksu.

Tyle że światowe media zamiast się skupić na wydarzeniu teatralnym i celebrowaniu pamięci słynnej Klary Casillas, zajmowały się wyłącznie jej synem Javierem i jego byłą narzeczoną. Cały przeklęty świat zdawał się wiedzieć, że zostawiła go dla jego najbliższego przyjaciela.

Czego jednak świat nie poznał, to prawdziwych okoliczności tego „porzucenia”: Benjamin Guillem działał pod wpływem chorej chęci zemsty, Freya była zadowolona, że może w tym uczestniczyć, a tak naprawdę nigdy nic nie znaczyła dla Javiera.

Korytarz, którym po zakończonym przedstawieniu podążał na bankiet wraz z grupą Hiszpanów, składającą się między innymi z członków rodziny królewskiej, rozwidlał się gwałtownie. Javier miał właśnie skręcić wraz ze wszystkimi w lewo, gdy poczuł, że ktoś kładzie mu rękę na ramieniu, przytrzymuje go i odciąga w prawo.

Nikt, poza jego bratem bliźniakiem, nie odważyłby się nigdy zrobić czegoś podobnego.

– Co się stało?

– Chciałem porozmawiać w cztery oczy.

Napięcie między braćmi narastało od czasu wariackiej wyprawy Luisa na Karaiby. Chociaż minął już miesiąc, Javier nadal nie potrafił pojąć, jakim cudem jego bliźniak mógł pomyśleć, że poślubienie siostry Benjamina odbudowałoby ich reputację. Choć różnili się całkowicie wyglądem i osobowością, zawsze bardzo cenił Luisa za trafność oceny każdej sytuacji. Właściwie tylko jego osąd brał w życiu pod uwagę.

Szczęśliwie do brata coś jednak dotarło i wrócił do Madrytu nadal jako kawaler, lecz i tak ich relacje zaczęły się po raz pierwszy pogarszać.

Dotychczas Luis był jedynym, niezmiennym punktem odniesienia w życiu Javiera. I vice versa. We dwóch od dziecka stawiali czoło światu.

Kiedy nikt nie mógł ich już usłyszeć, Luis zapytał:

– Wiedziałeś wtedy, że zdzieramy z Benjamina kasę, prawda?

Furia, która narastała ostatnio w Javierze, zdawała się dosięgnąć szczytu!

Siedem lat wcześniej bracia namówili Benjamina do zainwestowania w swój paryski projekt, polegający na wybudowaniu drapacza chmur znanego pod nazwą Tour Mont Blanc. Zrobili to wyłącznie dlatego, że sprzedający im działkę, któremu wpłacili ogromną zaliczkę, poinformował ich nagle, że mają czas do północy, by zapłacić resztę należności, albo działka zostanie sprzedana komuś innemu. Bracia nie mieli więcej gotówki, a Benjamin miał.

– Nie zdarliśmy z niego żadnej kasy. To on był skończonym głupcem, bo podpisał kontrakt bez czytania.

– Ale przecież miałeś go uprzedzić o zmianie warunków kontraktu… i wcale nie zapomniałeś.

To Luis zaproponował Benjaminowi wejście do projektu. Jego wkład wart był dwadzieścia procent działki. W pośpiechu Luis przekazał mu, że będzie to dwadzieścia procent zysku. Dopiero ich prawnik, który w rekordowym tempie opracowywał umowę, zwrócił uwagę, że przy całkowitym wkładzie pracy ze strony braci i żadnym ze strony Benjamina, jeśli już ma on mieć udział w zysku, powinno to być pięć procent. Tak też zmieniono kontrakt. Javier wysłał go Benjaminowi mejlem, spodziewając się, że ten przeczyta cholerne papierzyska i będzie negocjował, jeśli nie spodobają mu się nowe warunki.

– Wiedziałem! – wysyczał teraz Luis. – Przez te wszystkie lata wmawiałem sobie, że to twoje przeoczenie, że musiałeś zapomnieć go uprzedzić… Ale przecież ty nigdy niczego nie zapominasz!

– Nigdy też niczego nie obiecuję, jeśli nie wiem, czy spełnię obietnicę.

Taka była prawda o Javierze. Ludzie mogli o nim gadać, co chcieli, ale zawsze dotrzymywał słowa.

– Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie zrobiłeś tego celowo.

Luis prosił Javiera, by przy wysyłaniu kontraktu uprzedził Benjamina, że zaszły zmiany w warunkach. Jednak w żadnym momencie Javier nie potwierdził, że tak zrobi. I w sumie Luis powinien być wdzięczny, że Benjamin nie przeczytał kontraktu, bo dzięki temu bracia Casillas stali się o wiele bogatsi. A ich inwestor i tak doskonale zarobił, bo chyba można w ten sposób nazwać zysk o wysokości siedemdziesięciu pięciu milionów euro, tylko dlatego, że zrobiło się w odpowiedniej chwili przelew własnych środków. To, że później pozwał ich za wszystko, nie mieściło się Javierowi w głowie. Zresztą Benjamin nie przyjął do wiadomości, że sąd oddalił pozew jako bezzasadny i w akcie zemsty „wykradł” mu narzeczoną, co było już podłością.

A świat uznał, że „tym złym” jest jednak Javier, nie Benjamin… Stado zaślepionych, uprzedzonych idiotów! I tak doskonale wiadomo, co myślą. Ludzie patrzą na Javiera i widzą w nim jego ojca… mordercę.

– A dlaczego miałbym zrobić to celowo?

– Na ten temat niech się wypowie twoje sumienie. Ja wiem tylko tyle, że Benjamin był kiedyś naszym przyjacielem. Dotąd broniłem ciebie i twojej sprawy…

– …naszej sprawy! – A zatem bliźniak kwestionuje jego motywy! Co się stało z lojalnością, która zawsze trzymała ich razem? – Zakładam, że wybuch twoich wyrzutów sumienia jest związany z tą przeklętą kobietą…

Gdy wieczorem na widowni zauważył Chloe Guillem, siostrę Benjamina, miał uczucie, jakby go ktoś znokautował. Chloe zdradziła ich, podobnie jak jej brat. Uczestniczyła w „wykradzeniu” Freyi i niewątpliwie stała za całym tym zamieszaniem i napięciem, które towarzyszyły braciom od powrotu Luisa z Karaibów…

Twarz Luisa pociemniała, co zdarzało się niezwykle rzadko, po czym bliźniak błyskawicznie złapał brata za kołnierz od koszuli.

– Jeśli jeszcze kiedykolwiek w ten sposób nazwiesz Chloe, z nami koniec! Słyszysz?! Koniec!

– Jeżeli próbujesz jej przede mną bronić, to z nami już koniec, bracie!

To ostatnie słowo niemalże wypluł Luisowi w twarz.

Co takiego zaszło między Luisem i Chloe? Bliźniak zawsze oglądał się za kobietami, ale dotąd nigdy nie miały one wpływu na więź między braćmi. Jeżeli teraz naprawdę chce być z tą suką, niech się wynosi z życia Javiera. Lojalność to najważniejsza sprawa; jeśli ona mu ją przesłoniła, nie są już braćmi.

Wydawało się, że między mężczyznami nastąpi jakaś eksplozja lub rozleje się trujący jad… jednak po chwili Luis puścił Javiera i cofnął się.

Javier wpatrywał się nieruchomo w człowieka, z którym kiedyś dzielił łono matki, a potem pokój, o którego walczył, z którym nawzajem starali się chronić i przeżyć jakoś swój trudny los. Byli jak dwie strony tej samej monety. Teraz widział, jak odwraca się doń plecami i odchodzi. W całej ich trzydziestopięcioletniej historii żaden nigdy jeszcze tego nie zrobił.

Javier bezwiednie zacisnął pięści.

Luis, odchodząc w pośpiechu, niechcący zderzył się z drobną, niepozorną blondynką, o wielkich, przestraszonych oczach, zmierzającą w stronę Javiera, który zauważył ją dopiero, gdy przystanęła tuż obok. Ostatnim razem widzieli się dwa miesiące temu i miał nadzieję, że nigdy więcej się nie zobaczą.

Niewyobrażalne, ale Javier zagotował się jeszcze bardziej!

– Co tu robisz? Powinnaś być na przyjęciu! – warknął.

Sophie Johnson należała do Compania de Ballet de Casillas i miała obowiązek, co przewidywał kontrakt, uczestniczyć w tego typu wydarzeniach.

Ładna twarz dziewczyny pokryła się rumieńcem.

– Przecież dwa miesiące temu odeszłam z pracy – powiedziała.

Zadrżał odrobinę, słysząc jej niespodziewanie głęboki, namiętny głos, niepasujący do niewinnego wyglądu.

– To co tu, u diabła, robisz?

Zapytał, lecz nie chciał wcale usłyszeć odpowiedzi, bo się jej domyślał.

– Przyszłam porozmawiać.

– Wybrałaś najgorszy moment – „Nie jeszcze ty, nie teraz… nie wtedy, kiedy wszystko wokół mi się rozpada…” – Przepraszam, muszę iść. – Starał się ją wyminąć.

– To ważne.

Wspomnienia z ich krótkiej znajomości stanęły mu przed oczami jak żywe. Wspomnienia, które wyparł.

– Nie. Teraz nie czas na tę rozmowę. Idź do domu.

– Ale…

– Powiedziałem „nie”.

Zacietrzewienie w głosie Javiera sprawiło, że Sophie się cofnęła i pozwoliła mu odejść.

Zacisnęła tylko usta tak mocno, żeby się nie rozpłakać. Już dość się napłakała przez ostatnie dwa miesiące. Kompletnie zrezygnowana, powlokła się do najbliższego wolnego krzesła. Po chwili minęła ją rozpromieniona, trzymająca się za ręce para. Dziewczyna nie potrafiła normalnie spojrzeć w ich stronę. Jeszcze tak niedawno sama myślała, że jest zakochana w Javierze. Idiotka!

 

Tymczasem potwierdziły się wszelkie opowieści o tym, że jest on człowiekiem bez serca, które tak usilnie starała się ignorować w przekonaniu, że ma do czynienia z „udręczoną duszą”.

Po raz pierwszy zobaczyła go rok temu, kiedy przyjechał odwiedzić towarzystwo baletowe, i zareagowała na niego tak, jak nigdy przedtem na nikogo. W przeciwieństwie do delikatnych baletmistrzów prezentował się jak siłacz, dodatkowo niebywale wysoki. Nie był przystojny w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, miał płaski, skrzywiony nos i opadające powieki. Jednak charyzma, którą emanował, sprawiała, że jego twarz pomimo wad zdawała się być niesamowicie interesująca i przykuwała uwagę.

Sophie oczarował od pierwszego wejrzenia. Zawsze wyczulona na emocje innych, wyczuła w nim jakieś skrywane cierpienie.

Parę następnych miesięcy tęskniła za okazją, by znów móc go zobaczyć. Gdy go widywała, co zdarzało się niezwykle rzadko, bo mało zajmował się działalnością baletu, pękało jej serce, choć zdawała sobie sprawę, że to zauroczenie zaprowadzi ją donikąd.

Javier Casillas był współwłaścicielem teatru, magnatem o zarobkach, których nie potrafiła sobie wyobrazić, trzymającą się na dystans postacią budzącą w równych proporcjach strach i podziw. Ktoś taki nigdy by na nią nie zwrócił uwagi.

A jednak zwrócił uwagę na Freyę.

Freya była najdawniejszą i najbliższą przyjaciółką Sophie. To dla niej Sophie znalazła się w Madrycie, tańcząc dla teatru, który uczynił z Freyi gwiazdę.

Ale Freya była piękna, miała cały taneczny świat u swych stóp i hipnotyzowała każdego, kto miał okazję widzieć ją w tańcu.

Sophie nigdy nie zwierzyła się przyjaciółce ze swych uczuć do Javiera. Zresztą były one zbyt osobiste, by wyjawić je komukolwiek.

Niespodziewane oświadczyny Javiera i to, że Freya je przyjęła, poczyniły ogromne spustoszenie w sercu Sophie. Przez parę miesięcy czuła totalne przygnębienie, lecz wspierała niezmiennie wieloletnią przyjaciółkę, przeczuwając, że będzie to małżeństwo bez miłości. Zgodziła się nawet zostać druhną.

Potem, na tydzień przed datą ślubu, Freya uciekła z Benjaminem Guillemem, pozostawiając Javiera na pewną śmierć zadaną przez media, ze strony których rozpętał się istny szał.

Kiedy Sophie zdecydowała się udać do Javiera, chciała zrobić dobry uczynek. Przy pakowaniu rzeczy Freyi w mieszkaniu, które dzieliły, natknęła się na intercyzę i inne istotne dokumenty. Ponieważ przyjaciółka nie chciała ich zabrać, Sophie uznała, że Javier powinien zdecydować, co z nimi zrobić, bo z pewnością nie chciałby, żeby wpadły w ręce mediów. I tak, dzień po ślubie Freyi i Benjamina, zebrała się w sobie i wyruszyła do Javiera.

Jego dom znajdował się na odludziu i właściwie bardziej przypominał pałac. Zanim otwarła się przed nią elektryczna brama, rozmawiała przez kamerę z ochroną. Być może Javier nie kochał Freyi, ale na pewno musiał być zdruzgotany, że zostawiła go dla jego najdawniejszego przyjaciela i to w tak publiczny sposób.

Gdy niebywała historia się rozniosła, automatycznie zaczęto obwiniać o nią… Javiera! A prawdy nie znał nikt, nawet Sophie, bo Freya kontaktowała się z nią wyłącznie w sprawie spakowania rzeczy. Wyglądało, jakby cały świat napawał się przedstawianiem Javiera jako dobrze się kamuflującego potwora. Tymczasem Sophie drżała, słysząc nikczemne pogłoski.

Kiedy nareszcie zadzwoniła do drzwi domu, spodziewała się kogoś ze służby. Otworzył jej jednak sam Javier. Wszystko, co nastąpiło potem, zdawało się potwierdzać jego bardzo złą reputację.

Gdyby Javier poświęcił choć jedną myśl Sophie, wiedziałby, że odeszła z teatru, wyjechała z Madrytu i wróciła do Anglii, bo wyjeżdżając, w próżnej nadziei, że będzie jej szukał, zostawiła w kadrach swój angielski adres. Ale on… nie zauważył nawet, że nie występowała na galowym przedstawieniu.

Przez dwa miesiące ciszy powoli oswajała się ze swoją sytuacją i przygotowywała na kolejne spotkanie z Javierem. Jutro ponownie przyjdzie do teatru i będzie tu przychodzić aż do skutku. Bo któregoś dnia będą musieli w końcu porozmawiać.

Teatralne korytarze stopniowo pustoszały. Gdy poczuła się na siłach, wstała i ruszyła w stronę schodów wyłożonych luksusowym, czerwonym dywanem, które wiodły na dół, do foyer. Wtedy zauważyła, że zbliża się do niej Javier. Przytrzymała się poręczy i odważnie spojrzała w jego beznamiętną, groźną twarz. Ruchem głowy wskazał, dokąd mają iść. Gdy się po chwili zatrzymali za rogiem korytarza, spojrzał na nią z góry i powiedział zachrypłym głosem:

– Czemu akurat teraz? Dlaczego wybrałaś właśnie tę noc? I to w publicznym miejscu!

– Po tym jak mnie potraktowałeś w miejscu prywatnym, nie sądziłam, że zechcesz mnie wysłuchać gdziekolwiek.

Przecież wyrzucił ją od siebie z domu, po tym jak…

Skrzywił się.

– Chcesz mi powiedzieć, że jesteś w ciąży?

Jakim cudem udało jej się nie rozszlochać, już nigdy się nie dowie…

– Tak – wyszeptała. – Będziemy mieli dziecko.

ROZDZIAŁ DRUGI

Javierowi zrobiło się ciemno przed oczami.

A przecież gdy tylko zobaczył, że Sophie wróciła, natychmiast wiedział po co.

Czyli… zostanie ojcem.

Tylko że… ta kobieta nie jest idealną matką dla jego dzieci. Nie takiej kobiety szukał. Ta drobna istota budziła w nim… uczucie, rozpalała coś, co nie miało prawa nigdy zaistnieć. Owszem, chciał dzieci. On i jego zdradziecki brat przyjęli nazwisko matki, gdy tylko prawnie mogli zrezygnować z nazwiska ojca, i teraz pragnęli, by właśnie to przyjęte nazwisko poszło dalej w świat, noszone przez nowe pokolenie. Javier całe swe dorosłe życie czekał na odpowiednią kobietę, która będzie mogła dać mu dzieci.

Taką kobietą była Freya.

Przepiękna, lodowata, doskonała Freya dałaby mu piękne, doskonałe dzieci, nie budząc w nim ani cienia pożądania i takiegoż mu nie okazując. Kwintesencja doskonałości.

Javier dobrze znał zagrożenia namiętności. Ich żywym dowodem było to, że w wieku kilkunastu lat stracili z bratem matkę. Niebezpieczna krew, która płynęła w żyłach ich ojca, płynie także w ich żyłach.

Nie powinien był nigdy dopuścić do tego, żeby Sophie, temperamentna, wrażliwa Sophie, znalazła się w pobliżu niego…

Dziewczyna westchnęła i podała mu wizytówkę.

– To adres hotelu, w którym się zatrzymałam. Oswój się z sytuacją i przyjdź, kiedy będziesz gotowy porozmawiać.

– A o czym tu rozmawiać?

Bez rozmowy dobrze wiedział, co musi dalej zrobić. Na rozmowę nie był jeszcze gotów, obawiał się, że niepotrzebnie wybuchnie. Jednak nie mógł zostawić tutaj Sophie samej, tak bez słowa. Wyszedłby na jeszcze większego potwora, niż w istocie był.

– Będziemy mieli dziecko, Javier. Chyba jest o czym rozmawiać?

– Nie, dla mnie nie ma. Jeśli urodzisz moje dziecko, to trzeba wyłącznie zdecydować o dacie naszego ślubu.

Z wrażenia zamrugała.

– Jesteś skłonny mnie poślubić?

– Moje dziecko będzie nosiło moje nazwisko i jeśli chcesz ode mnie wsparcia finansowego, to się na to zgodzisz.

Sophie była taka naiwna! Zapomniała mu nawet wspomnieć, gdy zdzierali z siebie wtedy ubrania w przypływie kompletnego szaleństwa, że jest dziewicą… Jeśli nadal ma jakieś złudzenia co do niego i ich przyszłej relacji, niech rozwieją się od razu. Jeżeli jeszcze się nie zorientowała, z kim ma do czynienia po tym, jak nie próbował jej w żaden sposób odnaleźć przez ostatnie dwa miesiące, niech nareszcie uwierzy.

Ku jego zaskoczeniu uśmiechnęła się.

– Nie musisz mnie straszyć. Chcę, żebyśmy wzięli ślub.

– Chcesz?!

Zaśmiał się szyderczo. A zatem pomimo wrodzonej naiwności i anielskiego wyglądu zdołała sobie już przekalkulować, że bycie jego żoną będzie miało wyraźny wpływ na stan jej konta!

– Nasze dziecko jest niewinne. Nie prosiło się na świat. Zasługuje na to, by znać oboje rodziców i być chcianym przez oboje.

– Jeśli taka jest twoja prawda, to dlaczego tak długo zwlekałaś, zanim mi powiedziałaś? Przecież musisz wiedzieć o ciąży od ładnych paru tygodni.

Javier nie znał się za bardzo na ciążach, ale miał w szkole biologię, więc mniej więcej rozumiał funkcjonowanie kobiecego ciała.

– Wiedziałam po tygodniu. Czułam od razu zmiany w organizmie. Zrobiłam test. Technicznie jestem dziesięć tygodni w ciąży. Zwlekałam z powiedzeniem ci o tym, bo musiałam się zmobilizować, żeby ci ponownie spojrzeć w oczy.

– To znaczy, musiałaś się zorientować, jak najlepiej wykorzystać sytuację do wyciągnięcia ode mnie kasy? – zadrwił brutalnie.

Nigdy dotąd nie spotkał kobiety, której nie chodziłoby o pieniądze.

Posiadanie fortuny, której nie zdoła wydać, choćby żył tysiąc lat, było wspaniałą sprawą, ale najlepsze, że dzięki niej miał zdolność wywierania nacisku. Właśnie swoje bogactwo wykorzystał do kupienia Freyi, a ona, piękna, lodowata i doskonała primabalerina, z radością dała się kupić. I dlatego była dla niego idealna.

– Po to dążysz do małżeństwa? – drążył.

Spojrzenie bladoniebieskich oczu Sophie nie zmieniło się ani na jotę.

– Nie chcę niczego dla siebie. Chcę tylko tego, co będzie najlepsze dla naszego dziecka.

Kątem oka dostrzegł dwóch ochroniarzy, którzy zmierzali na obchód teatru przed ostatecznym zamknięciem wejść. Jednej rzeczy nienawidził najbardziej: ludzi z zewnątrz obserwujących jego prywatne poczynania. W dzieciństwie życie jego rodziny było nieustanną pożywką dla mediów. Musiał zatem działać. Westchnął głośno.

– Nieważne, jakie są twoje motywy. Jedyną sprawą, która się liczy, jest nasze nienarodzone dziecko.

– Zgadza się.

– Zrobiło się późno. Kwestię dziecka należy omówić, gdy oboje będziemy mieli świeży umysł. Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo trudny. Mój kierowca zabierze cię do hotelu. Wyśpij się. Ty też wyglądasz na zmęczoną. Rano przywiozą cię do mnie – powiedział i bez dalszych wyjaśnień zawrócił na schody.

Nie chciał dłużej patrzeć na kobietę, która właśnie zdetonowała bombę w jego już i tak burzliwym, niepoukładanym życiu. Co prawda, musiał przyznać, że bomba była jego własnej roboty: po raz pierwszy w swojej historii zapomniał o prezerwatywie! Dziecko pojawiło się w konsekwencji tego wariackiego wyskoku, zupełnie nie prosząc się na świat, jak zdążyła już zauważyć Sophie.

W milczeniu ruszyła za nim. Nie odezwali się do siebie ani na schodach, ani we foyer. Dopiero przy wyjściu zapytała:

– O której rano przyjedzie twój szofer?

– Umów się z nim sama – rzucił i wyszedł na dwór w ciepłą, przepiękną noc.

Kierowca stał nieopodal.

– Zabierzesz panią do hotelu – powiedział do niego i ruszył przed siebie, bez pożegnania, bez oglądania się, choć czuł na plecach spojrzenie dziewczyny.

Kiedy trzy mile szedł energicznym krokiem do domu, opadły go wspomnienia, które skutecznie tłumił przez dwa miesiące.

Gdy usłyszał wieści o ślubie Freyi i Benjamina, spadła na niego lawina obraźliwych mejli. Widać jakimś cudem musiał wyciec do sieci jego prywatny adres. Z wściekłości zwolnił służbę. Wolał nie mieć świadków, kiedy był w takim stanie. Tak wydawało się bezpieczniej dla wszystkich. Po jakimś czasie odezwał się domofon. Na monitorze ukazała się Sophie z pękatym segregatorem w ręku. Powiedziała, że chce oddać jego prywatne dokumenty.

Rozpoznał ją natychmiast. Tancerka, koleżanka i współlokatorka Freyi. Zawsze w tle, jak cień, nigdy nie zamienili ze sobą słowa ani spojrzenia. Jeśli ktoś miałby mieć jakiekolwiek poufne informacje o Freyi i Benjaminie, które mógłby wykorzystać, to właśnie ona.

Był skwarny, letni dzień. Miała na sobie cienką, płócienną, jasnoszarą sukienkę, a długie, bardzo jasne włosy uplotła w luźny warkocz. Gdy zdjęła okulary słoneczne, by z nim porozmawiać, dostrzegł w jej ogromnych, bladoniebieskich oczach współczucie.

Ani razu, w całym dorosłym życiu, nie zdarzyło mu się, żeby ktoś patrzył mu w oczy bez strachu. Starzy wyjadacze, potężni przemysłowcy, wszechmocni brokerzy, wszyscy ściskali jego dłoń z nerwowym uśmiechem, a pewne siebie kobiety z elit posyłały mu jednoznaczne, namiętne spojrzenia, podszyte obawą.

Ta młoda Angielka, filigranowa balerina o aparycji sierotki, zjawiła się u niego w domu, nie okazując cienia strachu. Furia, która narastała w nim przez cały dzień, nagle opadła.

 

Dziewczyna posłała mu najsłodszy i pełen najszczerszego współczucia uśmiech, jakiego kiedykolwiek był odbiorcą, a potem zapytała cicho:

– Jak sobie radzisz?

Od chwili, gdy Benjamin zabrał mu narzeczoną, nikt nie zadał mu tego prostego pytania. Na największy gest zdobył się jego brat: ze stoickim spokojem poklepał go po ramieniu.

Javier zaprosił więc Sophie do środka, zrobił kawę, podał ją w jadalni i usiadł przy stole nad dokumentami. Po chwili zaczął przepytywać Sophie na temat Freyi i Benjamina. Gdy stwierdziła, że nic nie wie, bez wahania uwierzył. Co bardzo go zaniepokoiło. Złapał się na tym, że stara się ją sprowokować, pytając oskarżycielskim tonem, czy czytała dokumenty.

Sophie pozostała niewzruszona. Nie speszyła się nawet.

– Tak, czytałam, jeszcze z Freyą – odparła bez wahania – ale nie martw się, nie powtórzę tego nikomu.

– I nie zamierzasz ujawnić szczegółów mediom?

– Gdybym chciała, dawno bym to zrobiła. Paparazzi koczują pod naszym blokiem.

Rozzłościł się na myśl, że ta bezbronna istota może być niezasłużenie narażona na nękanie przez paparazzich. Wiedział oczywiście, że w tym niepozornym ciele musi drzemać niezwykła fizyczna siła, charakteryzująca wszystkie baleriny, ale nie miało to wpływu na jej wygląd. Boże… przecież on nie mógł oderwać od niej wzroku. Nigdy nie widział u żadnej kobiety tak naturalnie różowych ust… jej spojrzenie raz się od niego oddalało, raz nieświadomie go hipnotyzowało, na twarzy pojawiły się rumieńce. Ta dziewczyna była doprawdy prześliczna! Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć? Odruchowo przysunął się do niej ze swym krzesłem i natychmiast omamił go zapach jej lekkich, kwiatowych perfum.

– Kontakt z mediami sprawiłby, że zaczęłabyś być rozpoznawalna.

Przez moment popatrzyła na niego wrogo.

– Nie obchodzi mnie to. Nie zamierzam się dokładać do tego szaleństwa i twojego nieszczęścia.

I znów od razu uwierzył w jej proste słowa. A przecież… nawet się nie znali.

Zawodowi, rasowi tancerze byli bezwzględni, gdy chodziło o ich karierę. Całe życie walczyli, by dostać się na szczyt, a potem gotowi byli zrobić wszystko, by na nim pozostać. Jego własna matka nie cofnęła się przed niczym w pogoni za rozgłosem.

Sophie postanowiła milczeć, nawet gdyby w zamian mogła zobaczyć swoją twarz we wszystkich tabloidach. Jaki zatem miała plan? Ukryty cel? Każdy człowiek działał wedle jakichś założeń, więc ona też.

Pochylił się nad nią jeszcze bardziej i zapytał szeptem:

– Dlaczego tak naprawdę tutaj przyszłaś?

Zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Nawet oczy jakby jej pociemniały. Ten widok był dla niego urzekający. I wtedy, pod wpływem jakiegoś dziwnego impulsu, pocałował ją w te niespotykanie różowe usta. To, co wydarzyło się później, przypominało czyste szaleństwo.

Javier, rozbudzony zakazanymi wspomnieniami, przyśpieszył kroku i wciągnął głęboko pachnące, madryckie, jesienne powietrze.

Przede wszystkim… Sophie nie uciekła. Odwdzięczyła mu się namiętnym pocałunkiem. Wtedy chwycił ją w ramiona. Poczuł się nagle wolny od swego wiecznego gniewu i pełen pożądania, jak nigdy przedtem. I… poszedł na całość. Jedyne, co go usprawiedliwiało, to nieoczekiwana gotowość i chęć Sophie. W jego szalonym działaniu nie było niczego jednostronnego, najwyraźniej chwilowy obłęd zagościł w nich obojgu naraz. Położył ją na stole w jadalni i zaczęli się tam kochać bez żadnych zahamowań. Dopiero gdy poczuł opór ze strony jej ciała, zorientował się, co to może oznaczać. Gdyby wtedy zaprotestowała… ale ona z uśmiechem wzięła jego twarz w dłonie i obsypała go pocałunkami. Zatracił się w niej kompletnie.

Kiedy było po wszystkim, poczuł niesmak wobec siebie i wobec niej, że oddała się tak łatwo obcemu człowiekowi, i to pierwszy raz w życiu. Bardziej jednak nie mógł zaakceptować swego zachowania i tego, że się nie zabezpieczył. Zapragnął, by zniknęła mu z oczu, zanim zrobi lub powie coś, czego już zawsze będzie żałował. Nie czuł się szczególnie dumny z tego, w jaki sposób zaprowadził ją do wyjścia i otworzył przed nią jednoznacznie drzwi. Chciał uratować Sophie przed sobą i przed nią samą… A teraz wróciła w ciąży. Mała, słodka Sophie w ciąży z jego dzieckiem!

Niech to wszystko szlag trafi!

Javier przeżył tylko jeden dzień w życiu gorszy od dzisiejszego: dzień, w którym ich ojciec zamordował ich matkę.

Następnego ranka Sophie wysiadła pod imponującą willą w stylu toskańskim, którą Javier nazywał swoim domem. Kiedy znalazła się tu poprzednim razem, tak bardzo przepełniały ją przedziwne emocje, że nie zwróciła uwagi na nic innego poza niesłychanym rozmiarem budowli. Teraz zauważyła szczegóły wyglądu i poczuła przeróżne zapachy. Ta ostatnia, nietypowa reakcja, wiązała się z ciążą. Od samego początku dziewczyna dostrzegła u siebie wzmożoną percepcję zapachu. Jakby odkrywała na nowo znany już sobie świat.

Wieczorem leżała w łóżku hotelowym i powtarzała sobie po wielokroć, że postępuje właściwie. Zatajenie ciąży przed Javierem od początku nie wchodziło w grę. Był ojcem nienarodzonego dziecka. Zasługiwał na to, by o tym wiedzieć i włączyć się, jeśli będzie chciał. Ze względu na dobro ich dziecka cieszyła się, że tak szybko podjął decyzję o ślubie. Chociaż raz myślała o sobie i o dziecku, a nie o tym, by nie zawieść przybranych rodziców… dobrych, kochających, przyzwoitych ludzi, którzy święcie wierzyli w instytucję małżeństwa.

Sophie często rozmyślała o swoim biologicznym ojcu. Czy wiedział o jej istnieniu? Czy uczestniczył w decyzji o porzuceniu dziecka? A może przeżył minione dwadzieścia cztery lata w całkowitej nieświadomości posiadania córki, którą wychowali kompletnie obcy ludzie?

Takie i wiele innych pytań prześladowało ją przez całe jej krótkie życie. Nie chciała tego samego dla swego dziecka. Dawno już przestała szukać odpowiedzi, ale nigdy nie potrafiła przestać o tym myśleć. Rozmyślała bez końca o nieznanych ludziach, którzy ją poczęli. Jej dziecko będzie wiedziało, kim są jego rodzice. Niezależnie od tego, co się między nimi wydarzy.

W świetle dnia każdy szczegół posiadłości Javiera wyglądał na bogatszy i bardziej ekskluzywny niż podczas jej pierwszej, wieczornej i jedynej wizyty dwa miesiące temu. Żaden miliarder nie powstydziłby się nazwać „domem” olbrzymiej rezydencji, starannie odgrodzonej od zgiełku madryckich ulic i opływającej dosłownie we wszystko.

Wielkie, szerokie drzwi dębowe, znajdujące się na dziedzińcu pośród marmurowych kolumn, otworzyły się, zanim szofer zdążył zapukać. Na progu stał Javier ubrany w oliwkową koszulę i czarne dżinsy, podkreślające niesamowite umięśnienie jego ud. Na twarzy miał jednodniowy zarost. Przelotnie zerknął na Sophie, potem podziękował kierowcy i odesłał go do domu.

– Zaraz podadzą nam przekąski i napoje – powiedział, gdy przechodzili przez olbrzymi salon, dwukrotnie wyższy od normalnego pokoju, ozdobiony pamiątkami ze starożytnego Egiptu, w tym popiersiem sfinksa o wysokości dorosłej osoby.

Kiedy Sophie zjawiła się tutaj poprzednim razem, czuła się zbyt onieśmielona tym, że przyjmuje ją mężczyzna, do którego wzdychała miesiącami, by zwracać uwagę na cokolwiek innego. Teraz była zdeterminowana kierować się rozsądkiem.

– Czy mogę tu zostawić walizkę? – zapytała.

Zmarszczył się.

– Dlaczego zabrałaś ze sobą walizkę?

– Bo wymeldowałam się z hotelu.

– Mam nadzieję, że nie zamierzasz się wprowadzić już dziś.

– Wymeldowałam się z hotelu, bo załatwiłam sprawę, z którą tu przyjechałam: poinformowałam cię o dziecku. Polecę do Anglii, kiedy tylko ustalimy dalszy plan.

Javier wyczuwał w słowach Sophie absolutną szczerość i to go coraz bardziej niepokoiło. Nadzieja na spokojny sen okazała się płonna. Wątpił, czy przespał bez przerwy dłużej niż jedną godzinę. Sądząc po jej podpuchniętych oczach, miała podobny problem. Tyle że w niej rozwijało się właśnie nowe życie, o którym wiedziała od wielu tygodni i powoli przestawiała się na inne tory, na bycie matką. Boże, dlaczego nie powiedziała mu od razu? Te wszystkie… zdrady… Czy to jakaś epidemia? Benjamin niechcący przyjąć do wiadomości własnego zaniedbania i odbijający mu narzeczoną, Freya bez najmniejszego problemu zmieniająca narzeczonego niemalże w przeddzień ślubu. I wczorajsza kulminacja: noc, kiedy bliźniacy celebrują pamięć swej matki artystki, o której świat woli pamiętać jako o brutalnie zamordowanej niż jako o wielkiej gwieździe, pozostanie na zawsze zbrukana rozstaniem z Luisem. Biznes, który zbudowali wspólnie od zera, będzie musiał zostać podzielony. No i jeszcze… ciąża. Wkrótce zostanie ojcem. Poślubi kobietę, która tak dalece odbiega od jego wyobrażenia idealnej żony, że równie dobrze mogłaby być Marsjanką.