Odrobina czarówTekst

Z serii: Szczypta magii #2
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Drogi Czytelniku

Prolog

Rozdział pierwszy. Kieszeń Kłusownika

Rozdział drugi. Znak wrony

Rozdział trzeci. Czarne pióro

Rozdział czwarty. Jak śliwka w kompot

Rozdział piąty. Szlaban!

Rozdział szósty. Rzut oka przez wiedźmi kamień

Rozdział siódmy. Dziób Szachraja

Rozdział ósmy. Rdzawy Macherko

Rozdział dziewiąty. Zaklinaczka ogników

Kroniki Wronoskału. Starucha, kruk i labirynt. Część 1

Rozdział dziesiąty. Srebrzysty welon

Rozdział jedenasty. Nie słuchajcie szeptów…

Rozdział dwunasty. Wodorosty

Rozdział trzynasty. Kompas Czarnoksiężnika

Rozdział czternasty. Słona woda? Pluj!

Rozdział piętnasty. Piraci!

Rozdział szesnasty. Żywi lub martwi

Rozdział siedemnasty. Przez lunetę

Kroniki Wronoskału. Starucha, kruk i labirynt. Część 2

Rozdział osiemnasty. Hokusy-pokusy

Rozdział dziewiętnasty. Garść pereł

Rozdział dwudziesty. Układ

Rozdział dwudziesty pierwszy. Mrugająca Wiedźma

Kroniki Wronoskału. Starucha, kruk i labirynt. Część 3

Rozdział dwudziesty drugi. Kruk

Rozdział dwudziesty trzeci. Kocioł wiedźmy

Rozdział dwudziesty czwarty. Czas na kąpiel

Rozdział dwudziesty piąty. Drewniana szpulka

Rozdział dwudziesty szósty. Jaskinia zaginionego szczęścia

Rozdział dwudziesty siódmy. Oczarowani

Rozdział dwudziesty ósmy. Skarb

Rozdział dwudziesty dziewiąty. Wiedźmi kamień

Rozdział trzydziesty. Jak ryba w sieci

Epilog

Podziękowania

Na skaczące kawki!

Przesądy Buni Wspacznej

Dziesięć wron

Tytuł oryginału: A Sprinkle of Sorcery

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: JULITA CISOWSKA

Korekta: ANNA DOBOSZ, EWA KOCHANOWICZ, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: RENATA BROŃKA

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

First published in Great Britain in 2020 by Simon & Schuster UK Ltd

A CBS COMPANY

Text, map and chapter illustrations copyright © 2020 Michelle Harrison

This book is copyright under the Berne Convention.

No reproduction without permission.

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07192-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.



Ku pamięci Freda Clifforda

1950–2017

urodzonego sportowca


Drogi Czytelniku,

kiedy miałam dziesięć lat, uciekłam po pewnej kłótni z domu. Spakowałam swoją maleńką walizkę, oznajmiłam, że nigdy nie wrócę, po czym wyruszyłam do domu wujostwa oddalonego o dwie ulice. Wysłuchawszy moich żalów, ciotka zaparzyła herbatę, po czym zwróciła się do mnie ze słowami: „Chyba już pora zadzwonić do twojej mamy i przekazać jej, gdzie jesteś, dobrze?”. Niedługo później mama przyjechała mnie odebrać.

Dzisiaj wspominam tamten bunt z uśmiechem na ustach, choć budzi się we mnie myśl: a co by było, gdyby uciekać musiał ktoś, kto nie wie, dokąd zmierza? Ktoś, kto nie może zawrócić, bo to zbyt niebezpieczne. Kiedy w drzwiach Kieszeni Kłusownika staje nieznajomy, trzy siostry Wspaczne – Betty, Fliss i Charlie – ponownie trafiają w wir szalonej, magicznej przygody. Tym razem będzie mieć ona związek z tajemniczą mapą, przeklętym wrakiem i starą legendą, która może w sobie kryć więcej niż tylko ziarno prawdy…

Czy jesteście gotowi towarzyszyć w podróży siostrom, które uzbrojone wyłącznie w odrobinę czarów wyruszają z Wronoskału w nieznane? Lojalnie ostrzegam – czeka was spotkanie z piratami!

Z serdecznymi życzeniami awanturniczej lektury,

Michelle Harrison


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog


Była sobie kiedyś potężna wiedźma, która mieszkała na skraju mokradeł, za jedynego towarzysza mając swojego chowańca, dużego czarnego kruka.

Każdego dnia przychodzili do niej ludzie szukający pomocy, a ona zawsze im jej udzielała w zamian za symboliczny podarunek albo przysługę. Jej magia wiele potrafiła wyleczyć, od brodawek po czarne myśli, od złamanych palców aż po pęknięte serca.

Któregoś razu przyszedł do niej nieoczekiwany gość w przebraniu, władca miejscowych ziem. Był to okrutny człowiek, którego doszły plotki o zdolnościach wiedźmy i który nie mógł znieść myśli, że może istnieć ktoś zasobniejszy lub potężniejszy od niego. Wystarczyło mu jedno spojrzenie, by się przekonać, że kobieta nie mogła z nim konkurować, jeśli chodzi o zgromadzone bogactwa. Jednakże zupełnie niespodziewanie poczuł do niej… coś – a tym czymś okazała się miłość. Sęk w tym, że wiedźma nie podzielała jego uczuć, nawet gdy zrzucił przebranie i wyjawił jej swą prawdziwą tożsamość.

Nie mogąc o niej zapomnieć, władca przyszedł ponownie. Jak to możliwe, że ta kobieta go nie kochała? W ataku złości zagroził, że ją oślepi.

– Skoro nie możesz patrzeć na mnie z miłością, nie spojrzysz już na nikogo! – oznajmił, po czym od gróźb przeszedł do czynów.

Wydał rozkaz, ale jego podwładni zlitowali się nad wiedźmą i wyłupili jej tylko jedno oko.

– Możesz pozbawić mnie wzroku – stwierdziła wiedźma – ale ja i tak zawsze będę cię widzieć takim, jaki jesteś naprawdę. – Po tych słowach zaklęła stary kamień z dziurką w środku, by działał niczym magiczne oko i zastąpił jej to utracone.

Gdy władca przyszedł po raz trzeci i przekonał się, że uczucia wiedźmy nie uległy zmianie, znów stracił nad sobą kontrolę. Tym razem postanowił pozbawić ją głosu.

– Skoro nie chcesz powiedzieć, że mnie kochasz, nie wypowiesz ani jednego słowa więcej! – wysyczał i nakazał, aby obcięto jej język i wrzucono go w mokradła.

Kiedy się jednak oddalał, kruk wiedźmy zakrakał:

– Może i zabrałeś mi język, ale nigdy nie zdołasz mnie uciszyć.

Podczas swojej ostatniej wizyty władca ujrzał, co uczynił kobiecie, i ogarnęło go obrzydzenie.

– Patrzcie, jakie z niej dziwadło, jakie szkaradztwo! – krzyczał. – I jeszcze przemawia do nas dziobem swojego kruka, posłańca śmierci? Pozbądźcie się jej!

 

Przywoławszy na mokradła gęste mgły, wiedźma porwała kruka, kociołek i magiczny kamień, po czym wymknęła się w drewnianej łódce – płynęła ile sił w ramionach, aż z mokradeł dotarła na otwarte morze. Tam znalazła skrawek lądu, otoczony po horyzont wodą, który uczyniła wraz z ptakiem swoim nowym domem.

Przez jakiś czas wiodła tam żywot prosty i szczęśliwy, nieniepokojona przez intruzów. Postarzała się i nie dbała już o małostkowe prośby innych.

Aż któregoś dnia wypatrzyła ją grupka rybaków, którzy niesieni przez morskie prądy, zbłądzili w pobliże jej wysepki. Ulitowawszy się nad nimi, wiedźma dmuchnęła w dużą muszlę, budząc wiatr, który zabrał ich bezpiecznie do domu. Potem dzielili się oni historiami o tajemniczej kobiecie posiadającej niezwykłe moce. Nie trzeba było wiele czasu, żeby plotki te dotarły do uszu nikczemnego władcy. Miał on już żonę i dawno zapomniał o wiedźmie, ale opowieści obudziły jego ciekawość – tak dojmującą, że z każdą nocą sypiał coraz gorzej. Czy to możliwe, że starucha wciąż żyła?

Gdy rozterki wzięły nad nim górę, wsiadł do łodzi i powiosłował w morze, aż odnalazł wyszczerbioną skałę, na której wiedźma mieszkała ze swoim krukiem. W pierwszej chwili wcale jej nie rozpoznał, bo garbiła się pod ciężarem czasu, a jej skóra była szara i pomarszczona od tysiąca sztormów. Gdy jednak przemówił za nią ptak, władca zyskał pewność, że to ona – a i ona rozpoznała jego.

– Przybyłem błagać o przebaczenie – oznajmił. – Skrzywdziłem cię i źle mi z tym.

Wiedźma rozważyła jego słowa. Chociaż w środku żywiła do niego urazę, wciąż miała w sercu wiele dobra. Postanowiła więc, że da władcy szansę na odkupienie win.

Napełniła kociołek słoną wodą, a następnie wrzuciła do niego pióro kruka i kilka przedmiotów, które wyniosło na brzeg morze: stary but, porwaną sieć rybacką, guzik, nóż do masła i podkowę. Na koniec dodała do tej mikstury wiedźmi kamień, ten, który służył jej za magiczne oko.

Kiedy zawartość kociołka się wygotowała, każdy z przedmiotów uległ w jakiś sposób transformacji. Pióro kruka zamieniło się w złote jajo, but w piękną parę nowiutkich trzewików, uszytych z najlepszej skóry. Podkowa przybrała postać szczęśliwej króliczej łapki, guzik – opończy z delikatnego aksamitu, nóż do masła – zdobionego klejnotami sztyletu, porwana sieć rybacka – motka solidnej przędzy. Tylko magiczny kamień pozostał taki sam. Wiedźma wyciągnęła go z kociołka i cisnęła hen w morze.

– Masz wybór – zaskrzeczał kruk. – Od tego, co postanowisz, zależy twój los. Kamień stał się wyspą. Jeśli szczerze pragniesz przebaczenia, odszukaj ją i przynieś pierwsze żywe stworzenie, które tam znajdziesz. Jeżeli to zrobisz, twoje dawne występki pójdą w zapomnienie. Weź jeden przedmiot z kociołka, ale ostrożnie! Przyda ci się tylko jeden z nich, bo jest zaczarowany. Pozostałe sprowadzą na ciebie nieszczęście.

Oczy władcy zalśniły przebiegle.

– Co jeszcze jest na tej wyspie?

– W samym jej sercu kryją się bogactwa, które przetrwają wieczność – odparł kruk. – Nimi jednak nie musisz się kłopotać, bo jesteś już bogaty.

Władca sięgnął bez wahania do kociołka i przebierał w nim chwilę, by ostatecznie zdecydować się na zdobiony sztylet. Wyruszył w drogę, poprzysiągłszy sobie, że zrobi tak, jak kazała wiedźma, i powróci z pierwszym żywym stworzeniem, jakie znajdzie. Im bliżej był jednak swojego celu, tym więcej rozmyślał o skarbach ukrytych w sercu wyspy.

To prawda, dumał, jestem bogaty, ale są ludzie znacznie ode mnie bogatsi, a ja chciałbym dołączyć do ich grona. Oczy lśniły mu przy tym jak dwa diamenty.

– Już wiem! – powiedział do siebie. – Kiedy dotrę na wyspę, wezmę pierwsze żywe stworzenie, jakie zobaczę, a później rozejrzę się za skarbami. Po powrocie dam moje znalezisko wiedźmie, a ona niczego się nie domyśli.

Gdy tylko zacumował łódź, zauważył powykręcany korzeń wyrastający spomiędzy popękanych kamieni. Wyrwał go i schował do kieszeni, a następnie wspiął się na skały. W tej samej chwili niebo przeciął piorun. Grzmot sprawił, że władca stracił równowagę i runął wprost w szczelinę, która otworzyła się pod nim nie wiedzieć kiedy. Próbował się wyswobodzić, lecz na marne szły wszelkie jego wysiłki – i nie pomógł sztylet, którego ostrze gięło się niczym trzcina na wietrze.

Po władcy wszelki słuch zaginął.

Jego smutny koniec dał początek historii, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, o jednookiej wiedźmie, która zwodziła chciwych i nagradzała wspaniałomyślnych. Opowieść ta zmieniała się z biegiem czasu, jak to opowieści mają w zwyczaju, niemniej wyspa przetrwała, a wraz z nią starucha, jej kruk i osobliwe przedmioty, takie lub owakie, w zależności od wersji. Mijały lata i legenda stopniowo popadała w zapomnienie, niemniej co jakiś czas pojawiała się na nowo, by rozbudzać wyobraźnię potrzebujących, ambitnych i chciwych. Cóż, opowieści, jak magia, niejednokrotnie przeżywają tych, którzy je tworzą.

A magia, podobnie jak opowieści, zawsze zostawia po sobie ślad. Zawsze.

Rozdział pierwszy

Kieszeń Kłusownika


Dzwon więzienny odezwał się dokładnie w porze podwieczorku.

Po mokradłach niósł się jego niski, monotonny głos: bum, bum, bum… Zupełnie jakby zaczerpywał tchu między kolejnymi porcjami plotek.

W Kieszeni Kłusownika od plotek huczało jak na bazarze w dzień targowy.

Betty Wspaczna przerwała zamiatanie i zaniepokojona uniosła głowę, kiedy przez salę przetoczyła się kolejna fala podniesionych głosów. Felicity, jej starsza siostra – znana wszystkim jako Fliss – spojrzała na nią znad zachlapanego piwem kontuaru, który właśnie wycierała. Dzwon stanowił dla mieszkańców ostrzeżenie: nie wychodźcie na ulice, pozostańcie w domach, zamknijcie drzwi na cztery spusty. Fliss odłożyła na bok szmatę, żeby obsłużyć stałych klientów, którzy tłoczyli się przy barze z pustymi kuflami. Od mielenia ozorami szybko zasychało im w gardłach.

– Znowu ktoś uciekł? – mruknęła Charlie, najmłodsza z sióstr Wspacznych, marszcząc ponuro brwi. Siedziała przy barze i skubała od niechcenia koronkową krezę swojej sukienki.

– Ano… – odparła Betty. Mimowolnie powracała myślami do innych przypadków, gdy w przeszłości na Wronoskale odzywał się dzwon. Była to bez wątpienia największa wada tego miejsca – mieszkanie w bezpośrednim sąsiedztwie więzienia, które znajdowało się po drugiej stronie bagien. Bo choć ucieczki zdarzały się rzadko, to gdy już do nich dochodziło, w całej okolicy wybuchał popłoch.

– Głowa może pęknąć od tego hałasu! – Charlie zatkała palcami uszy.

– Co racja, to racja. – Babka dziewczyn, Bunia Wspaczna, huknęła kuflem Nakrapianej Świni o blat, rozlewając piwo po owłosionej ręce klienta. – Ostatnie, czego nam tu dzisiaj trzeba! – Rzuciła stojącemu przy barze mężczyźnie ostre spojrzenie. – Palczasty, czy ja ci przypadkiem nie mówiłam, żebyś się doprowadził do ładu? Naprawdę nie starczy, że z każdej strony otaczają nas brud, smród i ubóstwo? Czy nasi klienci też muszą wyglądać jak zapchlone kundle?

– Przecież się uczesałem! – zaprotestował urażony Palczasty, ale wyciągnął z kieszeni na piersi grzebyk i zaczął nim szarpać skołtunione kędziory.

Bunia Wspaczna obróciła się na pięcie i wyszła na zaplecze, pewnie po to, żeby popykać ze swojej nieodłącznej fajki.

Fliss podsunęła mężczyźnie ukradkiem kieliszek porto.

– Na koszt firmy – szepnęła. – Tylko ani słowa Buni.

Palczasty cmoknął, a jego naburmuszona twarz nieco się rozpogodziła.

Betty oparła miotłę o kominek i rozejrzała się dookoła, próbując zobaczyć gospodę oczami osoby postronnej. Nie lada wyzwanie, bo rodzina Wspacznych nie tylko tu pracowała, ale także mieszkała. Betty tak bardzo przywykła do tandety Kieszeni Kłusownika, że już raczej nie dostrzegała wytartych dywanów ani odłażących tapet. Dziś jednak zniszczone wnętrze z jakiegoś powodu kłuło ją w oczy, jak rudzik pośród wron.

Betty przetarła dłonią spocone czoło. Na zewnątrz było zdecydowanie zbyt ciepło, żeby rozpalać we wszystkich kominkach, ale babka się uparła, bo gospoda „powinna sprawiać wrażenie przytulnej”. Razem z siostrami od rana ciężko pracowała, zamiatając podłogi, polerując na błysk mosiądze i dokładając do ognia. Fliss upiekła nawet ciasto, żeby po sali rozniósł się miły domowy zapach. Aż dotąd wszystko szło doskonale – jeśli nie liczyć skwaszonej miny babki, która psuła nieco atmosferę.

Betty podeszła do Charlie, która po raz trzeci w ciągu ostatnich dziesięciu minut zawisła przy zaparowanym oknie.

– Babcia nie powinna zwracać się w ten sposób do klientów – wymamrotała najmłodsza z sióstr – bo inaczej żaden nam nie zostanie!

Betty parsknęła.

– Nie żartuj. Do Nadętego Lisa są stąd dwie mile, a piwo kosztuje u nich dwa razy tyle co u nas. – Nachyliła się do szyby, by ją przetrzeć i wyjrzeć na zewnątrz. – Gdzie oni się podziewają? Powinni już tu być…

– Niech się pośpieszą, bo chciałabym już zdjąć tę okropną kiecę! – Charlie wierciła się jak szalona. – Och, eleganckie ciuchy są strasznie swędzące.

– Lepsze to niż wszy – stwierdziła Betty.

Charlie wyszczerzyła zęby w uśmiechu, aż zmarszczył jej się nos. Choć raz prezentowała się porządnie, z brązowymi włosami uczesanymi schludnie i związanymi wstążkami w dwa lśniące kucyki. Betty wiedziała, że ten stan nie potrwa długo.

– Nie miałam wszy od wieków! – pochwaliła się dziewczynka i wystawiła język przez szczerbę po mlecznych jedynkach. – Od całych sześciu tygodni!

– Istny cud – mruknęła Betty w zamyśleniu, wciąż wyglądając przez okno.

Nad skwerem Gniazdokątka zapadał zmrok, choć wciąż dało się dostrzec kilka wiosennych kwiatów, chwiejących się na wietrze, który szemrał w trawach – a także skrzypiący znak przytwierdzony do ściany gospody. Betty nie mogła oderwać oczu od dwóch wyraźnych słów, huśtających się tam i z powrotem niczym ręka, która próbuje przyciągnąć uwagę: „NA SPRZEDAŻ”.

– Bez obaw, na pewno się zjawią – zapewniła młodszą siostrę, mimo że z każdą minutą nachodziły ją co do tego coraz większe wątpliwości.

Znak znów zaskrzypiał, jakby się z niej naigrawał. Przysiadła na nim wrona czarna jak sadza. Gdy obserwowała Betty paciorkowatymi oczami, dołączyła do niej druga, a po chwili trzecia. W głowie dziewczyny rozbrzmiały słowa starego przesądu Buni Wspacznej:

Jedna na bagienne mgły,

Dwie – na splot wydarzeń zły,

Trzeciej widok zawsze wróży:

Bądź gotowy do podróży.

Betty patrzyła, jak trzecia wrona zrywa się w powietrze – na znaku zostały tylko dwie. Nie wierzyła w te bzdurne zabobony, skąd więc jej nietypowa nerwowość?

„Nim nadejdzie wiosna, ta stara gospoda będzie wyłącznie wspomnieniem”, oznajmił ojciec, kiedy w pierwszym tygodniu roku postawił znak. Cóż, najwyraźniej się pomylił. Mijały kolejne dni, tygodnie przechodziły w miesiące… a teraz był prawie maj. Z początku babka nie chciała przystać na pomysł sprzedaży – który narodził się w głowie Betty, skoro już o tym mowa. Długo musieli ją przekonywać, by zrozumiała, że pora rozwinąć skrzydła i opuścić Wronoskał.

– Moglibyśmy udać się dosłownie wszędzie – rozmarzyła się Betty. – Otworzylibyśmy w jakimś ładnym miejscu herbaciarnię albo lodziarnię… Uważam, że należy się nam wszystkim odrobina szczęścia!

Wizja lodów wystarczyła, żeby rozbudzić wyobraźnię Charlie – i tym sposobem szalona z pozoru idea zaczęła zapuszczać korzenie.

Jednakże ucieczka w nieznane nie była tak łatwa, jak wydawało się Betty. Bo choć Kieszeń Kłusownika prezentowała się obecnie całkiem znośnie – a już z pewnością lepiej niż jeszcze do niedawna – czasy świetności miała dawno za sobą. Nie było tygodnia, żeby nie odpadła jakaś dachówka czy nie oberwała się okiennica. Nawet teraz ojciec dziewczyn naprawiał coś na piętrze.

– Nie da się ukryć, że to rudera – opowiadała radośnie Bunia dwóm jedynym interesantom, którzy przyszli obejrzeć gospodę. – Ale przynajmniej n a s z a rudera! Należy do Wspacznych od… cóż, od całych wieków.

W rzeczywistości wszyscy zdawali sobie sprawę, że problem stanowi nie sama gospoda, lecz jej lokalizacja. Stała bowiem na ponurych, dżdżystych mokradłach, prawie w cieniu ogromnego więzienia. Na Wronoskał, największą z czterech wysp tworzących archipelag znany jako Wyspy Żałosne, przybywali wyłącznie ci, którzy nie mieli innego wyjścia – na przykład rodziny skazańców, które chciały pozostać blisko swoich krewnych. W samym więzieniu tkwiło zaś wielu miejscowych przestępców.

Groźnych ludzi, pomyślała Betty, aż przeszedł ją dreszcz. Oszustów, złodziei, a nawet morderców. Zamkniętych w odległości jednego kursu promem w ponurym gmaszysku wzniesionym na Skrusze. Za nią znajdował się Lament, gdzie grzebano mieszkańców Wronoskału, a jeszcze dalej Udręka, ostatnia wyspa i zarazem jedyna, której Betty i jej siostry nigdy nie odwiedziły. Była ona bowiem przeznaczona dla wygnańców – nikt inny nie miał tam wstępu.

 

Betty zerknęła na Palczastego, który siedział ze zwieszonymi ramionami przy barze. Nerw na jego czole drgał do rytmu uderzeń dzwonu.

Wszyscy miejscowi znali jego przeszłość – najpierw jako strażnika więziennego, a potem oszusta. On jeden wiedział o Udręce więcej niż wszyscy inni bywalcy Kieszeni Kłusownika razem wzięci, a to dlatego, że w przeszłości przemycał ludzi, którzy rozpaczliwie pragnęli uciec z wyspy.

– Och, że też musieli akurat teraz – rzuciła niezadowolona Fliss. – Tak się natrudziłyśmy, żeby tu było radośnie i przytulnie, a ten okropny hałas wszystko psuje.

– E tam, niczego nie psuje. – Bunia wyłoniła się zza drzwi prowadzących na piętro. – Bo co tu jest jeszcze do zepsucia? – Machnęła bezsilnie ręką, gromiąc rozpalone kominki wzrokiem nie mniej płomiennym niż sam ogień. – Kogo my chcemy oszukać? Toż to przecież zwykła speluna dla… dla najgorszych mętów społecznych!

– Babciu! – ofuknęła ją Fliss. – Jak możesz mówić takie rzeczy?

– Kiedy to szczera prawda – burknęła staruszka, po czym chwyciła szklankę, by napić się whisky. – Choćbyśmy szorowały to miejsce do upadłego, nic się nie zmieni. Ech, ile razy wam powtarzałam? Z piasku bicza nie ukręcisz.

Charlie zrobiła zdziwioną minę.

– Dlaczego ktokolwiek miałby choćby próbować?

– To tylko powiedzenie – wyjaśniła Fliss. – Babci chodzi o to, że nie ma sensu udawać, że to miejsce jest czymś, czym nigdy nie było.

– Czy to znaczy, że mogę już zdjąć tę kieckę? – zapytała dziewczynka.

– Jeszcze nie – odparła Betty. – Kto wie, może jednak przyjdą.

– Tak sądzisz? Spóźniają się już dobry kwadrans – zauważyła staruszka ponuro.

– A może… – Fliss się zawahała. – Czy właściwie stałoby się coś złego, gdybyśmy tu zostali? – dokończyła bez przekonania.

– Co?! – Charlie zmarszczyła oburzona brwi. – Zostać tutaj, zamiast otworzyć lodziarnię? – Jej wielkie zielone oczy rozbłysły zachłannie. – Tylko pomyśl o wszystkich smakach! I o polewie z owoców leśnych.

– Nie wspominając o tym, że dzielenie z wami pokoju prędzej czy później doprowadzi mnie do obłędu – poskarżyła się Betty.

– Ja lubię dzielić z wami pokój! – zaprotestowała jej młodsza siostra.

– Ja też, ale powoli zaczyna brakować nam miejsca – odparła Betty. – Przez te wszystkie twoje zwierzaki i góry listów miłosnych Fliss…

– Oj tam, od razu góry! – rzuciła Fliss, chociaż jej policzki oblał szkarłatny rumieniec. – Chodzi mi tylko o to, że to przecież nasz dom.

Betty czuła, jak narasta w niej frustracja. Fliss i jej niezawodny sentymentalizm! Zawsze mogła na niego liczyć.

– Wiem. – Bunia westchnęła, a jej głos złagodniał. – Prawdę mówiąc, gdy tylko pomyślę, że n i e m o ż e m y się stąd wydostać… Wtedy to miejsce bardziej wydaje mi się więzieniem niż domem.

Trzy dziewczęta wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. One lepiej niż ktokolwiek wiedziały, jak to jest czuć się uwięzionym. Aż do trzynastych urodzin Betty nad rodziną Wspacznych ciążyła klątwa, która nie pozwalała jej członkom opuszczać Wronoskału. Dopiero Betty i jej siostrom udało się zdjąć czar – w czym pomogła im odrobina rodzinnej magii. Był to sekret znany wyłącznie im trzem, a siostry Wspaczne potrafiły dochować tajemnicy.

– Fliss – odezwała się nagle Charlie, wąchając powietrze – co to za zapach?

– Na skaczące kawki! – Najstarsza z sióstr zerwała się w kierunku drzwi prowadzących na piętro.

Kilka minut później wróciła z blachą poczerniałych pierniczków i zaczęła częstować nimi klientów.

– Ja tego nie tknę – oznajmił Palczasty, przyglądając się wypiekom. – Przecie połamię sobie ostatnie zęby, które mi zostały!

– Och, są tylko lekko przypieczone na brzegach – stwierdziła z oburzeniem Fliss. Odgarnęła z oczu ciemną grzywkę i zamrugała energicznie.

Betty sięgnęła po najmniej przypalone ciastko, powstrzymując odruch kaszlu, gdy do jej gardła dotarła świeża jeszcze woń dymu.

– Mniam – wymamrotała mało przekonująco.

Zanim Fliss zdążyła cokolwiek powiedzieć, Charlie podwędziła dwa największe pierniczki.

– Jeden dla mnie, drugi dla Hopsasy.

– A ty znowu o tym szczurze? – Babka zdecydowanym ruchem zasłoniła usta. – Och, słońce! Skoro już musisz mieć zmyślone zwierzątko, niech to będzie coś miłego.

– Kiedy szczury są bardzo miłe – przekonywała dziewczynka. – Zresztą nie masz się czego bać, babciu, bo trzymam go bezpiecznie w kieszeni.

– Tylko go stamtąd nie wypuszczaj, dobrze?

Betty znużyły rozmowy o wyimaginowanych gryzoniach. Upewniwszy się, że Fliss nie patrzy, cisnęła przypalonego pierniczka do kominka. Jeszcze raz podeszła do okna, by wyjrzeć na zmierzchający skwer zza wiązki zasuszonych gałązek jarzębiny i innych amuletów babci. Z mokradeł nadciągały wieczorne mgły i niepokój Betty znów się nasilał. Zawsze drwiła z przesądów babki, choć nie dało się zaprzeczyć, że rodzinę Wspacznych prześladował wyjątkowy pech. Nic nie wskazywało na to, żeby miała prędko się od niego uwolnić – tak samo zresztą jak od tego przeklętego miejsca…

Z szarych oparów wyłoniła się postać. Strażnik więzienny – szedł przez skwer, pukając od drzwi do drzwi. Betty wiedziała, że już niebawem zjawią się kolejni. Będą szukać, będą węszyć i nie spoczną, póki nie wytropią uciekiniera. Oczywiście nie ominą Kieszeni Kłusownika; jak zawsze przyjdą tutaj, by zadawać pytania i rzucać podejrzenia.

Kątem oka dostrzegła inny ruch. W cieniu rozłożystego dębu stały dwie postacie, przyglądające się z daleka gospodzie. Betty mogłaby przysiąc, że to mężczyźni, mimo iż nie widziała wyraźnie ich twarzy. Och, czyżby to właśnie na nich czekali? Dwaj bracia i potencjalni kupcy, jak utrzymywała babka. Gestykulowali energicznie, jakby się sprzeczali.

Jeden z nich machnął niecierpliwie ręką i ruszył do gospody. Wtedy ten drugi pokręcił głową i wskazał na budynek, a potem na strażnika chodzącego po domach. Serce zamarło Betty w piersi, gdy dostrzegła, że odwracają się w stronę przystani, po czym ruszają, stawiając kroki do rytmu uderzeń więziennego dzwonu. Wyobraziła sobie, jak mogłaby brzmieć ich wymiana zdań: „Nie warto, strata czasu… Co za paskudna rudera! Na pewno znajdziemy coś lepszego”.

Gdy oczy zapiekły ją od dymu i rozczarowania, odsunęła się od okna. Babka ma rację, pomyślała. Pora przestać się łudzić, że prędko sprzedadzą gospodę.

Swoją drogą babka nie była wcale nieomylna. Bo goście nadchodzili – tylko nie tacy, jakich oczekiwali.

Inne książki tego autora