Śniłam za mocnoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
Audiobook
Czyta Monika Węgiel-Jarocińska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy cisną naszej uczty resztki

Do śmietnika codzienności

Kiedy zmiotą moje życie

Z kurzem twoich ranków

Co po nas zostanie?

13

1999

Plac de la Paix znajduje się w odległości stu metrów od Metropolis, w sercu dzielnicy spektakli. Jakby Ylian wszystko zaplanował. Film właśnie się zaczynał, kiedy dobiegliśmy, tylko trochę zadyszani. Właśnie w tym momencie Dora spadła z wysoka, w stodole, na materac z siana, prosto w ramiona Guida. „Dzień dobry, księżniczko!”.

Uśmiech Guida Benigniego natychmiast mnie oczarował. Był tak podobny do tego, który malował się na twarzy trzymającego mnie za rękę zachwyconego klauna. Usiedliśmy w ostatnim rzędzie, na zimnym betonie, za pięćdziesiątką widzów zgromadzonych przed ogromnym ekranem przymocowanym do dwóch potężnych betonowych płyt na drugim końcu rozległego, kwadratowego placu. Część widzów siedziała na ziemi, na bruku otoczonym zielskiem, inni na składanych krzesłach.

Yl nie puszczał mojej ręki. Słyszałam o tym filmie – opowieści o obozach koncentracyjnych – i bałam się go obejrzeć: był zbyt straszny, ja zbyt wrażliwa. Takie filmy nie nadają się do przeżywania chwil bliskości. Dlaczego Ylian mnie tu przyprowadził?

Na ekranie Guido wytężał wyobraźnię, żeby zdobyć swą księżniczkę. Trzydzieści minut filmu i wciąż ani śladu nazisty. Tylko subtelna opowieść o miłości bardzo nieśmiałego człowieka, który ucieka się do najwymyślniejszych sztuczek, żeby podbić serce wybranki. Uśmiechnęłam się. On tworzył zbiegi okoliczności. Klucz, który spadł z nieba, lody czekoladowe, które pojawiły się w samą porę, mokry kapelusz, który cudem stał się suchy. „Nie do wiary”, wykrzyknęła bohaterka.

Po Chaplinie nie widziałam niczego bardziej poetyckiego i romantycznego. Guido całował swoją księżniczkę pod stołem, podczas bankietu: „Proszę – błagała – porwij mnie”. A ja szepnęłam do ucha Yliana:

– Myśli pan, że są jeszcze mężczyźni zdolni do tego?

Gitarzysta uniósł głowę.

– Ja! Zrobiłbym więcej niż ten strachliwy Włoch!

Yl udawał, że w skupieniu ogląda film. Przysunęłam się jeszcze bliżej, żeby szepnąć:

– Pyszałek!

Uwielbiałam ten jego uśmieszek, w kąciku ust. Yl nie odrywał oczu od ekranu.

– Może tak. Może nie. Żeby mężczyzna posunął się do takich szaleństw, jego księżniczka nie może mieć spętanego serca.

Spętane czy nie, moje serce podskoczyło ze zdumienia i z gniewu, tak że mogłoby rozerwać pęta.

– Co takiego? Ja? Ja mam spętane serce?

– Tak. Spętane przez innego. Ma pani męża…

– Dora też!

– Ona była zaręczona z podłym faszystą. Czekała, aż Guido przybędzie, żeby ją uprowadzić. Jeśli powie mi pani, że ma za męża okropnego faszystę, przybiegnę panią oswobodzić. Albo niech pani mi o nim nie opowiada, wystarczy, że usłyszę, że nie jest pani szczęśliwa u jego boku, a obiecuję, że obmyślę dla pani najpiękniejszą ucieczkę miłosną, jaką widział świat.

Yl mówił to wszystko, wciąż nie odrywając oczu od ekranu.

– To tak nie działa, Ylianie.

– Wiem.

Próbowałam skupić się na filmie. Czterdzieści pięć minut projekcji, a wciąż ani śladu obozu. Guido triumfował, uprowadził swoją księżniczkę podczas bankietu i wiózł ją na koniu. Jej narzeczony faszysta wywracał z gniewu oczami i dostał strusim jajkiem po głowie. Dobrze mu tak! Piękne jest takie kino, doskonałe… W kinie tak łatwo zostać uprowadzoną przez rycerza, i to nie dlatego, że dobrzy są tu naprawdę dobrzy, nie to odróżnia kino od prawdziwego życia, lecz to, że źli są w nim naprawdę źli. Można zadawać im ból bez nienawiści, można ich porzucić bez żalu.

Ylian pociągnął mnie za rękę.

– Idziemy. Szybko

– Nie obejrzymy zakończenia?

Kątem oka wciąż patrzyłam na film. Sceneria się zmieniła. Pięć lat później. Śliczne dziecko wyszło z szafy i przywitało mamę, „Dzień dobry, księżniczko”.

– Potrzeba nam było poezji, to nie jest wieczór na barbarzyństwo.

Było ciepło. Była noc.

– Chodźmy! – powtórzył Yl.

– Dokąd?

– Zobaczyć miasto z wysoka. Z samej góry.

* * *

– Proszę popatrzeć, panno Jaskółko, to Jezioro Bobrów!

Szliśmy przez park pod Górą Królewską. Ylian palcem wskazywał połyskliwą, czarną taflę dużego jeziora, nad którym rosły jodły i klony, jakby teleportowane tu z kanadyjskiej Dalekiej Północy, żeby wielkie miasto mogło odetchnąć wonią rozległych otwartych przestrzeni. Zbiornik przypominał ogromny basen oświetlony dziesiątkami latarni w kształcie gigantycznych zapałek.

Jezioro Bobrów, panna Jaskółka.

To zestawienie mną wstrząsnęło.

Mały Bóbr – to tak nazywał mnie Olivier.

Cienie drzew z Góry Królewskiej wznosiły się przed nami; ciemny szczyt, góra wysokości dwustu metrów, a nad nią oświetlony żelazny krzyż, las w sercu miasta, schronienie dla uprawiających jogging, dla rolkarzy, w śnieżne zimy dla narciarzy, a przez krótkie lato dla zakochanych.

* * *

Wchodziliśmy. Miasto z wolna się kurczyło. Drapacze chmur, które przytłaczały nas swoją masą, były już tylko bezładnie rozrzuconymi klockami pomiędzy górą a Rzeką Świętego Wawrzyńca. Dowiedziałam się, że żaden budynek nie miał prawa wznosić się ponad wierzchołek Góry Królewskiej. Dotarliśmy do pierwszego belwederu, zdominowanego przez budowlę w stylu chińskiego pawilonu, przed którym rozpościerała się esplanada o dziwnej nazwie – Kondiaronk.

Odstawiłam torebkę, wzięłam Yliana za rękę, jednym uchem słuchając opowieści o legendarnym wodzu Huronów. Wolałam skupić się na cudownej panoramie. Miasto, najeżone trzydziestką rozświetlonych wieżowców o zaskakujących kształtach, wyglądało jak armia olbrzymów w lśniących zbrojach, stojąca w gotowości na brzegu rzeki, lecz niezdolna się przez nią przeprawić – z wysoka Rzeka Świętego Wawrzyńca wydawała się szeroka jak morze.

Była prawie druga nad ranem, jednak nie byliśmy tu sami. Kilkoro zakochanych całowało się i fotografowało. Grupa młodzieży piła, siedząc na murku przy esplanadzie. Montrealczycy delektowali się każdą chwilą ciepłych nocy, jak zajada się ostatnie owoce lata. W dali, na Mirabel, wylądował samolot. Mocniej ścisnęłam rękę Yliana.

– Startujemy dziś rano. Za trzy godziny muszę być na lotnisku.

Nasze twarze zanurzyły się w mroku. Nie mówiliśmy głośno, lecz wydawało się, że wiatr niesie nasze słowa aż nad rzekę.

– A ja zostaję po tej stronie Atlantyku – powiedział Ylian. – Chcę spróbować szczęścia. Ulysse dał mi jakieś adresy. Poza tym mam trochę przyjaciół na południu Stanów.

Wszystko było jasne.

Ylian patrzył przez chwilę na podpitą młodzież, potem zwrócił oczy na oświetlony krzyż na najwyższym wierzchołku w lesie, aż wreszcie szepnął:

– Idziemy tam?

Bez słowa ruszyliśmy leśną ścieżką. Droga Olmsted – przeczytałam na tabliczce. Im wyżej byliśmy, tym głębsza otaczała nas ciemność. Panorama skryła się za drzewami. Nocą nikt się tu nie zapuszczał.

Nareszcie zostaliśmy sami.

Wejście zajęło nam ledwie dziesięć minut. Monumentalny krzyż, widoczny z całego Montrealu, wydawał się niemal śmieszny, kiedy stało się u jego stóp – to miniaturowa wieża Eiffla wysokości trzydziestu metrów, wznosząca się na maleńkiej polance, w otoczeniu drzew, które chyba chcą odzyskać swoje terytorium. Wystarczy zrobić krok, aby znaleźć się pod gałęziami, w ciemnościach.

Ylian zrobił ten krok. Razem ze mną.

– Mogę panią o coś poprosić, Nathy?

Jego twarz dzieliło od mojej kilka centymetrów. Domyślałam się, o co chciał poprosić, pragnęłam, by wziął to tak, jak zrywa się kwiaty – nie prosząc o pozwolenie.

– Nathy, zmarnuję sobie życie. Mam ponad trzydzieści lat i przynajmniej tyle zdołałem zrozumieć.

– Co pan opowiada?

Pasmo włosów opadło mi na oczy, ale twarz Yliana była za blisko, żebym mogła je odrzucić.

– Ależ nie, proszę się o mnie nie martwić, Nathy. To nic wielkiego. To po prostu przerażająco banalne. Przyszedłem na świat z chęcią, ale nie z geniuszem. Zawsze będę tylko muzykiem, który umie dobrze grać i lubi dobrze grać. Jak miliony innych muzyków na świecie. W najlepszym razie, jeśli bardzo się postaram, muzyka zapewni mi byt. – Przysunął się jeszcze bliżej i teraz jego oddech kołysał moimi włosami. – Przychodzimy na świat z tyloma nadziejami, Nathy. Stać się Hemingwayem, McCartneyem, Pelém, a nawet Billem Clintonem czy Michaelem Jacksonem. Tak wielu marzycieli rodzi się w każdym zakątku świata, miliardy marzycieli, a tak mało wybrańców…

Barwa krzyża zmieniała się nad nami. Znów czary? Przechodziła od bieli do purpury.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Że moje marzenia są malutkie?

– Nathy, chciałbym raz, tylko raz, poczuć to, co czują istoty wyjątkowe.

Yl drżał.

– Jak?

– Całując panią.

Zadrżałam i ja. Czy naprawdę myślał to, co mówił? Zdobyłam się tylko na żart.

– Już myślałam, że nigdy pan tego nie powie.

Ylian nie miał siły na żarty.

– Potem nigdy więcej się nie spotkamy. Obiecamy sobie, że o sobie zapomnimy. Zagubimy się gdzieś na świecie, każde w swoim zakątku. Świat jest wystarczająco duży, żeby zgubić tych, których kochamy.

Położyłam mu palec na ustach.

– Cicho bądź, Ylie. Dobrze wiesz, że odległość nic nie znaczy. Pocałuj mnie. Pocałuj, a potem zapomnij!

* * *

Yl mnie całował. A ja całowałam jego. I trwało to całą noc. A przynajmniej to, co nam z niej zostało. Być może nawet słońce odwlekało tę chwilę, kiedy wynurzy się z Atlantyku i zaleje złotem korony sykomorów, rozbudzi diamentowy blask szklanych drapaczy chmur i położy pierwsze srebrzące się skry na brzegach Rzeki Świętego Wawrzyńca. A jednak, nie zrezygnowało z tego przebudzenia!

 

– Muszę już iść.

Wracaliśmy, trzymając się za ręce, drogą Olmsted, którą odsłoniło przed nami światło wczesnego ranka. Wolną ręką gładziłam w kieszeni kamień czasu. Chciałam wierzyć w to, co kilka godzin temu usłyszałam od inuickiej sprzedawczyni w sklepie przy Saint-Paul – nie można zatrzymać rzeki, ale można zatrzymać niektóre krople wody. Chciałam wierzyć, że ta chwila, ten wieczór, ta noc na zawsze pozostaną nietkniętym wspomnieniem. Oprawione w ramki, za szybką, zawisną nad łóżkiem w sypialni moich tajemnic. Nawet jeśli krzyż nade mną stał się zwykłą kupą żelastwa, nawet jeśli belweder Kondiaronk, do którego dotarliśmy, był zaśmiecony. Marzyłam o romantycznym pożegnaniu. O ostatnim pocałunku, zanim wsiądę do taksówki. Żeby zamknąć ten magiczny nawias. Tylko się całowaliśmy. Było też trochę pieszczot, a ja wciąż drżałam od nich, zapinając guziki.

Nie posunęliśmy się dalej.

Olivier nigdy się o tym nie dowie.

Po powrocie będę go lepiej kochała. Będę zdolna lepiej go kochać. I pomogę mu lepiej kochać mnie, bo dziś zakosztowałam tej mocy. Chciałam przekonać samą siebie, że tak się stanie.

Doszliśmy do parku, minęliśmy Jezioro Bobrów, w dali widzieliśmy już samochody na Hill Park Circle i drodze Côte-des-Neiges. Minęło nas kilku biegaczy, którzy unikali autobusów, samochodów, taksówek. A ja za kilka minut chciałam zatrzymać jedną z tych taksówek. Odruchowo powiodłam dłonią po żakiecie. I nagle moje myśli zamarły.

– Moja torebka! Zostawiłam torebkę!

Ylian spojrzał na mnie.

– Jesteś pewna? Gdzie?

– Na Górze Królewskiej. Chyba… Myślę, że przy Kondiaronk. Albo… albo między chińskim pawilonem a krzyżem. Gdzieś w lesie…

Zawróciliśmy bez namysłu, wymieniając wypłoszone słowa. Za ile odlatuje samolot? Za dwie godziny, ale muszę tam być godzinę wcześniej. I muszę jeszcze wpaść do hotelu. Co miałaś w torebce? Dokumenty, pieniądze, wszystko, wszystko, Boże, wszystko! Nie panikuj, znajdziemy ją.

Nie znaleźliśmy.

Szukaliśmy, denerwowaliśmy się, a raczej ja się denerwowałam, byłam bliska histerii. Ylian próbował mnie uspokoić, jakby to wszystko była jego wina. Przyjazna obecność Yla trochę mnie uspokajała, owszem, ale minuty mijały, a ja co chwila patrzyłam na zegarek. Nie mogłam dłużej czekać. Przypomniałam sobie tych młodych ludzi, którzy byli nocą na esplanadzie, a rankiem zniknęli, pozostawiając tylko trupy kanadyjskiej whisky. A jeśli znaleźli torebkę? Im dłużej myślałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że zostawiłam ją gdzieś przy Kondiaronk. A jeśli ją ukradli? Może tylko pieniądze, nie dokumenty… Mogli rzucić torebkę w jakiś kąt… małą fioletową torebkę… byle gdzie w tym lesie…

Ylian i ja rozdzieliliśmy się, szliśmy kilka metrów od siebie, wpatrzeni w ziemię, w asfalt, w korzenie, w zarośla. To dobrze – Ylian nie widział moich oczu, które nie były już niebieskie, bo od narastającego gniewu przybrały zieloną barwę. Powiedział w końcu:

– Jedź. Będę dalej szukał. Będę to robił przez resztę życia. Jeżeli ją znajdę, odeślę, daję słowo.

Byłam już spóźniona. Panikowałam.

Zanim uciekłam, biegiem, rzuciłam tylko:

– Przykro mi.

* * *

Dotarłam na lotnisko Montreal–Mirabel trzy kwadranse przed startem airbusa. Udało mi się dodzwonić do Flo, żeby uprzedzić o spóźnieniu i o braku jakichkolwiek dokumentów. Zajęła się wszystkim. Przeszłam kontrolę bezpieczeństwa bez kolejki. Kiedy zobaczyłam ją na płycie, tuż przed airbusem A340, rozszlochałam się i padłam jej w ramiona.

– To nic, kotku – powtarzała, klepiąc mnie po plecach. – To nic. To tylko dokumenty. Chcieli cię zatrzymać w Kanadzie, ale po świadectwie moralności, jakie ci wystawiłam, wolą się ciebie pozbyć.

Uśmiechnęłam się, szepnęłam: „Dziękuję”, a potem znów zalałam się łzami.

– Co się stało, kochanie? Co ci się stało?

– Zakochałam się! Zakochałam się w mężczyźnie, którego już nigdy nie zobaczę.

14

2019

– Zamęczysz mnie, Nathy! Skoro chciałaś uprawiać jogging na Górze Królewskiej, trzeba było mnie uprzedzić, nie przyszłabym w balerinkach.

Zignorowałam jej utyskiwania. Wspinałam się. W milczeniu, z nią, aż do belwederu Kondiaronk. Krok za krokiem Flo uspokajała się, bo jej uwagę pochłaniała już rozpościerająca się przed nami panorama: szklane wieżowce i brzegi Rzeki Świętego Wawrzyńca.

– No dobrze, stara, dobrze. Fantastyczny widok. Możemy zrobić sobie selfie!

Beze mnie. Czekałam, aż dojdziemy przed chiński pawilon, żeby wybuchnąć, wyrzucić z siebie wszystko, czym się gryzłam przez całą drogę:

– Flo, trochę tego za dużo, nie sądzisz? Emmanuelle mówi o Jaskółeczce, Jean-Max o Życie jest piękne, spotykamy się wszyscy w Foufounes Électrique, przy koślawym stoliku, o całej reszcie już nie wspominając…

– Spokojnie, Nathy, spokojnie. Nie rozumiem połowy z tego, o czym mówisz.

Miała rację. Uświadomiłam sobie, że nikt poza mną nie potrafi skojarzyć tych wszystkich elementów. Florence znała tylko kilka szczegółów mojej przygody z Ylianem, historii, która wydarzyła się dwadzieścia lat temu. Przypomniałam sobie, jak padłam w jej ramiona na płycie lotniska Mirabel. I teraz musiałam poświęciłam dłuższą chwilę, żeby jej wszystko wytłumaczyć. Cierpliwie słuchała, jak wyliczam zbiegi okoliczności, wpatrując się w Rzekę Świętego Wawrzyńca i potężną estakadę mostu Champlaina.

Otaczała nas co najmniej setka turystów wszelkich narodowości, jednak na ogromnej esplanadzie łatwo było znaleźć spokojne miejsce.

Skończyłam. Flo patrzyła na mnie z powagą.

– To wszystko, Nathy? Skończyłaś?

– Tak.

– Zdajesz sobie sprawę, co to oznacza?

Nie, właściwie nie. Pogubiłam się, Flo, i liczę na ciebie.

Florence przez chwilę napawała się pejzażami. To była doskonała pocztówka. Las na Górze Królewskiej w dogasającym słońcu babiego lata mienił się tysiącem barw, od rdzawej zieleni po jaskrawą czerwień. Dżungla w ogniu, wulkan podczas erupcji, wyrzucający dwumetrowe słupy bazaltu: wieżowce de la Gauchetière’a, Giełdy, René Lévesque’a, CIBC… Flo ciężko westchnęła, a potem powiedziała:

– Jean-Max wymienił tytuł filmu Życie jest piękne, Emmanuelle zakład fryzjerski Jaskółeczka, ktoś z nas wybrał tamten bar, Fouf, ktoś inny przypadkowy, chwiejący się stolik w barze, znaleźliśmy się wszyscy w tym samym samolocie na trasie z Paryża do Montrealu. To może oznaczać tylko dwie rzeczy: albo zwariowałaś, albo wszyscy zmówiliśmy się, żeby doprowadzić cię do obłędu.

Nieśmiało próbowałam się wycofać.

– To nie tak, Flo, ale…

– Ależ tak, kochanie! Właśnie tak. Skoro nie godzisz się uwierzyć w przypadek i uważasz się nadal za osobę przy zdrowych zmysłach, to my wszyscy musimy być przewrotnymi bestiami, które bawią się twoim kosztem. Tylko powiedz mi, Nathy, po co mielibyśmy tobą manipulować?

Wiedziałam, że ma rację, ale nie odpowiedziałam. Szłam w górę drogą Olmsted, w stronę żelaznego krzyża. Flo z przerażeniem spoglądała na szczyt.

– Jesteś pewna, że nie chciałabyś zakończyć tej pielgrzymki sama?

– To było tu! Rozdzieliliśmy się na dole, na końcu drogi… Zgubiłam torebkę… Szukaliśmy jej w lesie. Fioletowa torebka ze wszystkimi moimi dokumentami… Pamiętasz?

– Tak, pamiętam – przyznała Flo.

Dopiero teraz zauważyłam, że Flo się spociła. Że na pewno od lat nie uprawiała sportu. Że poza hotelowym basenem, kiedy ląduje gdzieś w tropikach, nie przywykła do wysiłku fizycznego. Zobaczyłam, że pochyla się przy drzewie, kilka metrów powyżej belwederu.

– To była taka fioletowa torebka?

I podniosła coś dwoma palcami…

Serce zaczęło mi nagle bić mocniej, niż kiedy wspinałam się po zboczu, tak mocno, jakbym wbiegła na tę górę. Podeszłam, drżąc. Flo pozbyła się kawałka fioletowej skóry, wciskając mi go do rąk.

Poznałam ją.

Torebka była poplamiona, skóra spłowiała, z fioletowej zrobiła się bladomalinowa, nawet marka była już nieczytelna, ale poznałam ten niemal kolisty kształt, sznurek, który służył do jej zamykania, pasek z frędzlami… Otworzyłam ją nerwowo. Była pusta.

Flo patrzyła na mnie z niepokojem.

– Jeżeli mi powiesz, że to paskudztwo to torebka, którą zgubiłaś tu dwadzieścia lat temu, wpakuję cię do domu wariatów!

– Jest… podobna!

– Do diabła, Nathy, jak możesz pamiętać torebkę, którą zgubiłaś prawie dwadzieścia lat temu?

– Nie powiedziałam przecież, że to moja torebka – rzuciłam, podnosząc głos – tylko że jest do niej podobna!

Uderzająco podobna, ale tego nie odważyłam się dodać.

– W zasadzie – ustąpiła Flo – skoro znaleziono tu twoje dokumenty…

No właśnie, pomyślałam, właśnie.

A telepatka Flo chyba czytała w moich myślach.

– Dziewczyno, zdajesz sobie sprawę, że jest rok dwa tysiące dziewiętnasty, a ty zgubiłaś tu torebkę w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym? Od tamtego czasu na górze padał śnieg, każdej zimy był go przynajmniej metr, a jesienią lały tu deszcze. W dodatku codziennie zielone brygady zbierają śmieci… Ekologów jest więcej niż mieszkańców całego Quebecu, a Góra Królewska to ich sanktuarium, więc zapewniam cię, że twoja cholerna torebka, o ile w dziewięćdziesiątym dziewiątym została pod tym drzewem, dawno by stąd zniknęła. To nie jest ta torebka, Nathy! Nie ta!

Wiem. Wiem, że to niemożliwe, Flo.

A jednak każdy szczegół przypominał mi moją torebkę. Miała wewnętrzną kieszeń, w której trzymałam portfel. W torebce, którą wzięłam do ręki, była taka sama kieszeń…

Flo uchwyciła moje spojrzenie. Pomachała mi ręką przed oczyma, jakby chciała mnie obudzić.

– Posłuchaj, Nathy. Posłuchaj uważnie, zanim całkiem ci odbije. Za tobą stoi śmietnik, widzisz? Z tego śmietnika wystaje pudełko po pizzy. Ale gdybyś kupiła wtedy z ukochanym pizzę, żeby zjeść ją przed belwederem, to bardzo byś się zdziwiła, znajdując po dwudziestu latach w śmietniku karton, w którym była, prawda? A ta paczka po marlboro, która poniewiera się po ziemi? Czy gdybyście palili tu marlboro, to pomyślałabyś, że rzucił ją tu twój Romeo? A ten sprzedawca balonów? Nie zrobiliście tego, nie kupiliście balonika i nie wypuściliście go, żeby poleciał do nieba? Szkoda, miałabyś jeszcze jeden zbieg okoliczności do kolekcji!

Torebka cuchnęła moczem. Ręce śmierdziały mi moczem. Poczułam się żałosna, rzuciłam torebkę w błoto. Rozejrzałam się wokół, ogarniając oczyma szeroką panoramę i próbując wychwycić tysiące szczegółów tego, co się przede mną roztaczało: ulicznych handlarzy, turystów i ich dzieci, niebo, rzekę, port, miasto aż po horyzont, kolory, zapachy, odgłosy. Flo miała rację. Moje wspomnienia stawały się obsesją.

– Wracamy do hotelu, Nathy. Weźmiemy prysznic, porządnie się wyśpimy, a jutro rano wskoczymy do taksówki i zapomnimy o tym wszystkim.

* * *

Siedziałam w taksówce. Nie wyspałam się porządnie. I o niczym nie zapomniałam. Odtwarzałam w kółko każde słowo, które padło z ust Jeana-Maxa, Flo, Charlotte, Emmanuelle, Georges’a-Paula, tego indonezyjskiego pasażera w samolocie. Myślałam o fioletowej torebce i żałowałam, że zostawiłam ją przy belwederze Kondiaronk. Zastanawiałam się nawet, czy nie wstać w środku nocy, żeby po nią wrócić. Im dłużej ją wizualizowałam, tym bardziej byłam przekonana, że to ta, którą zgubiłam. Obliczyłam jeszcze raz prawdopodobieństwo, że troje członków załogi spotyka się znowu na tej samej trasie, pomijając już obecność The Cure; analizowałam cztery wyjaśnienia Flo; i przez cały ten czas, leżąc w łóżku, bawiłam się kamieniem czasu.

Ostatecznie odrzuciłam hipotezę przypadku.

Pozostały trzy inne.

Oszalałam.

Ktoś rzucił na mnie czar.

Ktoś mną manipuluje.

Taksówka mknęła bulwarem La Fayette w kierunku Trudeau, lotniska, które przed piętnastu laty zastąpiło Mirabel. Ruch był płynny. Zbliżaliśmy się do mostu Jacques’a Cartiera na Rzece Świętego Wawrzyńca, a ja spoglądałam na Wyspę Świętej Heleny, w stronę wielkiej karuzeli i innych urządzeń w parku atrakcji La Ronde. Flo drzemała obok mnie, ubrana w mundur, ze słuchawkami w uszach.

Oszalałam.

Ktoś rzucił na mnie czar.

Ktoś mną manipuluje.

Ale kto? Wszyscy? Zmówiła się cała załoga? Jean-Max, Emmanuelle, Charlotte, Georges-Paul, Flo? Nawet gdyby tak było, to niczego nie tłumaczy. Skąd mogliby znać każdy szczegół wieczoru z Ylianem? Każdy sekret potajemnej nocy. Znały je tylko dwie osoby.

 

Ylian i ja.

Jeżeli ktoś próbuje mną manipulować, to wyłącznie on!

* * *

Na moście Jacques’a Cartiera ruch się nasilił. Taksówka zwolniła. Nagle pochyliłam się do przodu, zacisnęłam rękę na ramieniu kierowcy i krzyknęłam:

– Proszę się zatrzymać.

Taksówkarz wcisnął hamulec. Flo wyprostowała się, zaskoczona.

Patrzyła na mnie, nie rozumiejąc – byłam szalona, wyczytałam to z jej oczu, pierwsza hipoteza okazała się najlogiczniejsza, więc dlaczego raz na zawsze nie odrzucić tej drugiej, o uroku?

Taksówka błyskawicznie zatrzymała się na pasie awaryjnym. Otworzyłam drzwi, owiał mnie wiatr, wcisnął się pod mundurową spódnicę, targał żakietem, a ja zmagałam się z nim, jakbym płynęła pod prąd, zbliżając się do balustrady. Rzeka Świętego Wawrzyńca leniwie toczyła swe wody pięćdziesiąt metrów niżej.

Flo nie miała czasu na reakcję, była pewna, że rzucę się w otchłań i tylko usłyszałam jej krzyk: „Nieeee”! Na moście samochody zwalniały, trąbiły, kierowcy się dziwili – ta kobieta w mundurze, nad przepaścią… Otworzyłam torebkę i szperałam w niej na oślep. W końcu zacisnęłam palce na kamieniu czasu. Przez krótką chwilę trzymałam go w ręce, a potem wzięłam głęboki wdech i cisnęłam, najdalej jak mogłam, do wody. Zobaczyłam przepływający pod mostem powolny statek, załadowany kontenerami i bezduszny. Statki spacerowe spały u stóp białej wieży na Nabrzeżu pod Zegarem. Przez moment obserwowałam rozchodzące się kręgi wokół efemerycznej studni, do której wpadł kamyk, a potem wsiadłam do taksówki. Spokojna.

Flo uśmiechnęła się do mnie – zrozumiała.

Zostały już tylko dwa wyjaśnienia.

W końcu to historia dwojga zakochanych.

I jedno z nich było szalone.

Ylian… albo ja.

* * *

Czekałam. Praca stewardesy polega na czekaniu przez trzy czwarte czasu. Z uśmiechem na ustach.

Briefing przed lotem miał się zacząć za dwadzieścia minut. Startowaliśmy za godzinę. W sali dla personelu skorzystałam z wi-fi, żeby pogrzebać w Internecie. Trzema kliknięciami znalazłam to, czego szukałam. Flo zagadała się na drugim końcu sali z seksownym stewardem z American Airlines.

– Zadzwonię jeszcze do domu – powiedziałam do Emmanuelle.

Szefowa pokładu była tak skupiona na liście pasażerów, jakby uczyła się jej na pamięć. Oddaliłam się, próbując ukryć zdenerwowanie przed kolegami, których mijałam w korytarzu, i znalazłam spokojny kąt. Przystanęłam pod zamkniętymi drzwiami składziku urządzeń sprzątających i oparłam się plecami o ścianę. Mimo to miałam wrażenie, że się osuwam. Z ogromnym wysiłkiem zapanowałam nad uginającymi się pode mną nogami. I nad ręką, żeby nie drżała. Wystarczyło dotknąć ekranu palcem wskazującym, żeby wybrać numer, który już się wyświetlił, i żeby wrócić do przeszłości, choć powinnam na zawsze wykreślić ją z życia.

@-TAC Prod

Los Angeles

Sekretarka, która odebrała, mówiła po angielsku. Spieszyłam się, nie dałam jej nabrać tchu.

– Chciałabym mówić z Ulysse’em Lavallée. Mówi Nathalie, jego stara przyjaciółka. Proszę podać mu tylko imię, jestem pewna, że zgodzi się mnie wysłuchać.

Dziewczyna nie dyskutowała, choć może wolałabym, żeby zostawiła mi tę chwilę na uspokojenie się. Wzięłam głęboki wdech. Głos Ulysse’a rozbrzmiał, zanim wypuściłam powietrze z płuc.

– Nathalie? Nathalie, co się stało?

– Jestem w Montrealu. Za chwilę startujemy do Paryża. Nie mogę długo rozmawiać.

Rozbawiony głos producenta znów płynął ze słuchawki.

– Jesteś w Montrealu i myślisz o mnie? To miłe, moja droga. Wiesz, że nie zaglądałem do tego miasta prawie od trzech lat? Kiedy zasmakujesz słońca Kalifornii…

Zauważyłam, że Ulysse wyzbył się quebeckiego akcentu. Pozostała po nim tylko ledwie wyczuwalna nutka w wachlarzu innych brzmień – belgijskiego, paryskiego, amerykańskiego, francuskiego.

– Mam mało czasu. Muszę… muszę porozmawiać z Ylianem.

Osunęłam się dziesięć centymetrów w dół, trąc plecami o ścianę. Tym razem Ulysse pozwolił sobie na długie milczenie. Do cholery, niechże odpowie, niech odpowie, bo już ledwie trzymam się na nogach!

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.

Trudno. Osunęłam się na ziemię. Moje ciało skuliło się jak rozgnieciony pająk. Zwinęłam się w kulkę jak kot, moje piersi dotykały kolan, a telefon tuliłam niczym pluszaka.

– Ulysse, podaj mi jego numer. O nic więcej nie proszę.

Wolno i dobitnie, oddzielając każde słowo od następnego, jak notariusz odczytujący akt sprzedaży, producent powiedział:

– Znasz wasz kontrakt, Nathalie. Podpisałaś go, zawarłaś go z nim. Żadnych kontaktów. Żadnych nowin. Nigdy.

– To było dwadzieścia lat temu, Ulysse.

– Kontrakt był dożywotni. Ylian potrzebował dużo czasu, żeby się pozbierać. Wiele przez ciebie wycierpiał.

– Ja też zaznałam cierpienia.

– Zapewniam cię, że to nic w porównaniu z nim.

Sprzątacze przeszli korytarzem. Dwaj mężczyźni z workami śmieci i dziewczyna z wózkiem. Popatrzyli na mnie jak na jakiś zagubiony drobiazg. Czekałam, aż znikną. Na usta cisnęło mi się pytanie.

– Widziałeś się z Ylianem? Co u niego? Możesz mi przynajmniej powiedzieć, co się z nim dzieje!?

– Wszystko w porządku. Nie martw się, teraz miewa się dobrze. Prowadzi spokojne życie. Skoro chcesz wiedzieć, to jest sprzedawcą. To najlepsza praca, jaką mógł znaleźć. W dziale płytowym we Fnacu.

– W którym Fnacu?

Producent pozwolił sobie na cichutki śmiech.

– O nie, Nathalie, nie ma mowy. I tak za dużo ci powiedziałem.

– Widujecie się czasami?

– Dzwonimy do siebie, pisujemy. I spotykamy się, kiedy jestem w Paryżu.

– Gdzie w Paryżu?

W głosie Ulysse’a przez moment znów zabrzmiał quebecki akcent.

– Do diabła, Nathalie! Zostaw Yliana w spokoju. Zapomnij o nim, jak on zapomniał o tobie. Nie zawracaj mu głowy!

– Muszę z nim pomówić. To ważne. Podaj mi tylko jego numer. Niech sam zdecyduje, czy chce ze mną rozmawiać, czy nie.

– Po co, Nathalie? Po co to robisz?

– To skomplikowane… Sama nic już nie rozumiem…

Ulysse ciężko westchnął.

– Nie powinienem wtedy wpuszczać cię do Metropolis. To podstawowa zasada: żadnych kobiet za kulisami.

Czułam, że prawie udało mi się go udobruchać. Nie zapomniałam, jak funkcjonuje Ulysse – skoro burczał na mnie, to był już bliski złamania się.

– Obiecuję, że pogadamy o twoich starych żalach, ale nie teraz. Powiedziałeś przecież, że Ylian miewa się lepiej. Zrozum, jesteśmy już dorośli. Daj mi jego numer, tylko numer. Nie pytam o adres. Ylian ma prawo zdecydować, czy chce odebrać, czy nie.

Wiedziałam, że użyłam trafnego argumentu. To była furtka – Ulysse mógł się ode mnie uwolnić, a jednocześnie zachować czyste sumienie, bo to Ylian zdecyduje…

– Krzyż Pański! Masz coś do pisania?

0 616 892 514.

– Dziękuję.

– Nie skrzywdź go, Nathalie, nie skrzywdź go, błagam.

– A on? Czy chociaż raz pomyślałeś o krzywdzie, jaką on mi wyrządził?

* * *

Ulysse odłożył słuchawkę.

I natychmiast pożałował tego, co zrobił. Czuł, że dał się zmanipulować jak smarkacz.

„Daj mi jego numer, tylko numer. Nie pytam o adres. Ylian ma prawo zdecydować, czy chce odebrać, czy nie”.

Ale Ulysse dopiero teraz uświadomił sobie, że Ylian nie zna numeru Nathalie. Kiedy zadzwoni, on, oczywiście, odbierze. A potem nie będzie już miał wyboru, może się tylko rozłączyć. Ulysse zerknął na telefon, zastanawiając się, czy zadzwonić do Nathalie. Dał się podejść jak smarkacz. A przecież Ylian kazał mu obiecać, że nigdy nie ulegnie, choćby Nathalie go błagała. Żadnych wiadomości od niej. Rozmyślał przez chwilę i w końcu podjął decyzję.

Ylian ma prawo zdecydować, czy chce odebrać, czy nie.

To, co nasunęło mu się na myśl, było proste.

Dobrze, Nathy, skoro chcesz tak grać, nie ma sprawy… Masz rację, Ylian sam zdecyduje.

Zapisał w pamięci telefonu numer Nathalie, wszedł na listę kontaktów, zatrzymał się na Ylianie, a potem błyskawicznie napisał wiadomość.

Przed chwilą dzwoniła do mnie Nathalie. Tak, twoja śliczna Jaskółeczka, po tylu latach. Błagała, żebym podał jej twój numer. Przepraszam, nie zdołałem odmówić. Znasz mnie, nigdy nie potrafiłem się jej oprzeć. Chce z tobą porozmawiać. Powiedziała, że tylko ty możesz zdecydować, czy chcesz zerwać wasz kontrakt. W gruncie rzeczy, to prawda… To jej numer: 0 625 966 540. Teraz przywróciłem równowagę sił, jesteście tak samo uzbrojeni. Jeśli zadzwoni, będziesz wiedział, że to ona.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?