Śniłam za mocnoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
Audiobook
Czyta Monika Węgiel-Jarocińska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

1999

Mój gitarzysta wpatrywał się w maski żywych trupów na ścianach, w ścięte głowy, w wiszące nad nami pajęczyny. Z żalem.

– To… najbliższy bar w okolicy Metropolis – powiedział przepraszającym tonem. – Jestem tu po raz pierwszy…

Oczarowała mnie ta mimika zawstydzonego chłopca, który zarezerwował dla narzeczonej pokój w nawiedzonym hotelu.

– To… dość oryginalne.

Jeszcze zanim dokończyłam zdanie, zrobiło mi się głupio, że nie wymyśliłam nic bardziej… oryginalnego.

Za to on miał już lepszą odpowiedź.

– Prawdę mówiąc – szepnął – zawsze umawiam się z dziewczynami w najstraszniejszych miejscach.

Przytaknęłam mu spojrzeniem, nie wiedząc, do czego zmierza.

– I staram się trochę spóźnić… Ta, która czeka, naprawdę tego chce.

Wyprostował się, zadziornie unosząc brodę i obserwując moją reakcję. Nie dałam się nabrać na tę pozę pyszałkowatego pawia. Miałam wrażenie, że jest równie zagubiony jak ja.

Pochyliłam się i też zniżyłam głos do szeptu.

– Kto jest groźniejszy: pan czy ta ogromna pajęczyca?

Nie odpowiedział, ale z jego jasnych oczu wyczytałam, że nie czuje się w tym miejscu i w tej sytuacji lepiej niż ja. Machnął czapką i natychmiast podbiegł do nas kelner. Zamówiłam złociste piwo boréale, a on rdzawe. Dopiero wtedy zauważył, że stolik się chwieje. Ręce drżały mu zbyt mocno, żeby pantomima, którą urządzał, mogła wyglądać naturalnie. Zbliżył twarz do mojej twarzy i szepnął:

– Proszę się mieć na baczności, to miejsce jest przeklęte. Potrafię panią obronić, jeśli jadowite węże z sufitu dopełzną do nas, jeśli obudzą się te wiszące żywe trupy, jeśli pojawią się ludzie z siekierami… Ale w obliczu chwiejącego się stolika zamieniam się w słup soli, przykro mi!

Nabijał się ze mnie czy może naprawdę oboje mieliśmy taką fobię?

– Nie zamierzam ryzykować! – powiedziałam, wstając.

Ze śmiechem przesiedliśmy się do innego stolika. Okazało się, że sąsiedni się nie chwieje. Kelner postawił przed nami piwa.

– Ocaleni! – szepnął mój rycerz w czapce. – Wydaje mi się, że nadszedł już czas, bym po naszej krótkiej znajomości zapytał panią o imię. Nie mogę przecież bez końca nazywać pani Miss Swallow. Zwłaszcza teraz, bez niebiesko-czerwonego upierzenia.

W hotelu przebrałam się w dżinsowe biodrówki i obszerną malinową bluzkę.

– Przyszłam incognito. Wie pan, że jaskółki przelatują dziennie setki kilometrów, ale nie robią tego dla przyjemności, tylko po to, żeby… wyżywić rodzinę.

– Nie zawsze. Jaskółki migrują. Daleko od swych gniazd. Potrafią przelecieć bez odpoczynku ponad dziesięć tysięcy kilometrów, jeśli wybrały wolność.

Bezwiednie odrzuciłam pasmo włosów, które opadły mi na oczy. Najbardziej zmysłowy gest świata, jak twierdzi Flo. Chcąc zrównoważyć efekt, energicznie wyciągnęłam rękę.

– Nathalie. Ale proszę do mnie mówić Nathy. A pan?

Ujął moją dłoń.

– Ylian. Może pani spróbować Yl… Będzie pani pierwsza.

Ylian.

Yl

Il

Jak il – on, jak Île-Lian – Wyspa Lian.

Przez chwilę milczeliśmy, trochę za szybko pijąc piwo. Wiedziałam, że powinnam je dopić, podziękować mu i wyjść. Jak w pokerze – zostawić wszystko, odłożyć karty i odejść od stolika. Ylian zerknął na zegarek, a potem zwrócił na mnie pytające spojrzenie.

– Idziemy? Robert Smith na nas czeka… jeśli chcemy zająć najlepsze miejsca!

Usłyszałam własne pytanie:

– Jest pan pewien, że będę mogła wejść?

– Oczywiście. Gdyby któryś z członków The Cure się skaleczył, jestem pierwszym dublerem… więc niczego nie mogą mi odmówić.

– Myślałam, że zajmuje się pan tylko noszeniem gitar?

– Cóż… powiedziałem tak, żeby pani nie peszyć… Może nie robię takiego wrażenia, ale jestem genialnym muzykiem.

Pomyślałam, że trudno się oprzeć temu mojemu gitarzyście, kiedy przesadnie stara się, żeby traktować go serio. Postanowiłam wciągnąć go w jego własną pułapkę.

– Ależ tak, robi pan…

– Co robię?

– Robi pan wrażenie dobrego gitarzysty. Nie wiem, czy genialnego, nie znam się na muzyce, ale uważam, że całkiem nieźle pan gra.

Zatrzepotałam rzęsami, wdzięcząc się, a on uśmiechnął się, udając, że zdławił westchnienie.

– To nieładnie tak ze mnie kpić.

– Ale ja wcale nie kpię. Cudownie było słuchać pana gry na lotnisku.

Ylian poprawił czapkę, odsunął krzesło i wstał. Za szybko.

– No dobrze, czas na nas.

Ruszyłam za nim. Razem przeszliśmy pod pajęczycą. Ylian zerknął jeszcze na afisze znanych artystów, którzy występowali na scenie Foufounes Électriques – Sudden Impact, Skate Jam, Crew Battle, Smif-N-Wessun – potem na biało-czarny fresk za schodami i na dziesiątki twarzy z ogromnymi oczami: pół ludzi, pół potworów.

– Szczerze mówiąc – wyznał – przykro mi, że zaprosiłem panią właśnie tu. Nie jestem fanem punku ani metalu, ani elektro, ani techno. Komponuję tylko staromodne ballady.

Popatrzyłam na niego. Niesamowicie pociągało mnie w nim to, że nie potrafił powiedzieć niczego, co nie brzmiałoby jak żart albo przeprosiny. Przeszliśmy przez ulicę Sainte-Catherine. Do Metropolis mieliśmy kilka kroków. Zatrzymałam się na samym środku opustoszałej ulicy, przed szeregiem sklepów i restauracji, z których każda wyróżniała się wyglądem. To był nowoczesny i modny Montreal. Coraz mniej zależało mi na kontrolowaniu fal euforii, która mnie upajała. Pochyliłam się i szepnęłam do nieśmiałego gitarzysty:

– Bardzo lubię staromodne ballady.

* * *

– Gdzie identyfikator?

Ochroniarz miał silny quebecki akcent.

– Już, już.

Ylian długo szperał w kieszeniach, zanim udało mu się znaleźć pomięty kartonik. Mężczyzna podejrzliwie się nam przyglądał. Czterdziestolatek, gęsta broda, łysiejący, sylwetkę miał idealnie dostosowaną do tego, żeby nikogo nie przepuścić, nawet gdyby otwarto oba skrzydła drzwi. Długo ocierał czoło połą koszuli, która rozchylała się, jakby dla podkreślenia potężnych mięśni jego brzucha. Dobrze, że nie kazał nam macać swoich bicepsów: Możesz sprawdzić, kolego, są prawdziwe.

– Dobra, możesz przejść. A ona to kto?

– Koleżanka – oświadczył pewnym głosem Ylian. – Jest fanką The Cure. Zostanie za kulisami. Nie będzie hałasowała!

– Umów się z twoją blondynką po koncercie – odparł ochroniarz. – Gdybyśmy zaczęli wpuszczać tu wszystkie laleczki…

Wywróciłam oczyma, potem spojrzałam na Yliana. Był tak zasmucony, że miałam ochotę go przytulić. Podeszłam bliżej, a wtedy dłuższe pasmo włosów niczym samochodowa wycieraczka omiotło moje rozpalone oczy.

– To nie tak jak pan sądzi, ja tylko mu towarzyszę. Właściwie The Cure mało mnie obchodzą i jeżeli nie wejdę, nic się nie stanie. Ale zanim się stąd wyniosę, chcę panu powiedzieć coś ważnego: ten gitarzysta obok mnie to geniusz. Nie rozumiem, dlaczego jest tylko na zastępstwie. Gdyby pan mógł szepnąć słówko Robertowi, żeby znalazł dla niego stałe miejsce na scenie…

Czerwony ze wstydu Ylian obserwował kasy za plecami ochroniarza, szukając tej, w której mógłby się schować.

– Coś mi się wydaje, że koleś nieźle cię zbajerował – rzucił ochroniarz. – Nosi tu tylko gitary. Jeżeli będzie grzeczny, to może pozwolą mu je nastroić.

Patrzyłam błagalnie na ochroniarza, aż w końcu zmusiłam go do uśmiechu. Uległ.

– Katorga! Wy dwoje gracie mi na nerwach. Jestem zbyt sentymentalny… Nie mogę patrzeć na zakochanych nieszczęśników.

Wyciągnął spoconą rękę.

– Lavallée. Ulysse Lavallée. Organizator tego koncertu. I nie wyśmiewajcie się z mojego imienia. Nie tak mnie ochrzcili, ale prawdziwe jest jeszcze gorsze. Czyli chcielibyście wejść, tak?

Spojrzenia moje i Yliana spotkały się, gdy Ulysse wzdychał, jakby chciał spuścić odrobinę powietrza, ale jego brzuch ani trochę nie zmalał. Patrzył na czapkę Yliana.

– Chodźcie tu, The Rubettes. Weź za rękę swoją blondynkę i schowajcie się w jakimś kącie. Powiedzmy, że przymykam na was oko, ponieważ od lat nie widziałem pary zakochanych tak na sobie skupionych. Tylko mnie nie rozczarujcie, igrajcie sobie, ile chcecie, i zmajstrujcie gromadę dzieciaków.

Podskoczyłam z radości i cmoknęłam Ulysse’a w policzek.

– Będzie pan chrzestnym pierwszego – obiecałam.

Weszliśmy.

* * *

Koncert zaczynał się dopiero za godzinę. Wokół uwijała się obsługa techniczna. Trochę później Ulysse przyszedł wypić z nami piwo. Był impresariem, zaczynał zdobywać renomę. Otworzył biuro w Los Angeles, wkrótce zamierzał otworzyć drugie – w Brukseli. Ylian ośmielił się na tyle, by powiedzieć mu, że szuka pracy w branży muzycznej, że sam trochę gra, ale przyjąłby każdą pracę, w każdym zakątku świata, byle tylko narzędziem tej pracy był instrument.

* * *

Potem zgasły światła. Potem na scenie, kilka metrów ode mnie, pojawił się biały cień, zjawa podobna do Edwarda Nożycorękiego. Potem dołączyły do niego jeszcze trzy zjawy i zajęły miejsca obok siebie – dwie gitary i pianino.

I nagle wszystko oszalało.

Sala, niczym jedno multiplikowane w nieskończoność ciało, poderwała się.

In Between Days

Piosenka płynęła za piosenką. Wokalista, basista, perkusista, pianista i jeszcze jeden gitarzysta prawie się nie ruszali, a jednak cała sala się rozkołysała.

Nigdy nie żyłam tak intensywnie.

Czy to koncert?

Czy to przeżywanie go na odwrót, jakby ktoś zburzył całą logikę?

Czy to ta bliskość muzyków, których białych, przepoconych koszul mogłam prawie dotknąć?

 

Czy to oczy Yliana, które w zachwyceniu śledziły taniec palców na niezwykłej sześciostrunowej gitarze basowej?

Czy to fakt, że byłam tak blisko niego?

Close to Me

Jak walczyć z magią? Jak poskromić tę chęć, żeby wyluzować, tańczyć, śpiewać między skrzyniami, pośród zblazowanej obsługi?

Czasami chodzę na koncerty z Olivierem i wtedy też tańczę, śpiewam.

Ale nigdy z taką intensywnością.

Nigdy z takim pragnieniem, żeby na mnie patrzono, żeby mnie rozumiano, zdobywano.

Zaskakiwano. I brano.

Just Like Heaven

Ylian przeżywał każdą nutę, każdy akord, każdy dźwięk. Powtarzał je bezgłośnie, akompaniował czubkami palców. Ylian był daleko, snuł się alejkami swojego tajemniczego ogrodu.

Jego furtka stała przede mną otworem, mogłam zrywać kwitnące w nim kwiaty…

Wiedziałam, że to pułapka, emocje, które się rozproszą, kiedy w sali rozbłyśnie światło, a mimo to nie potrafiłam wyzbyć się tej głupiej iluzji. Głupiej, a zarazem cudownej.

Yl pozwoliłby mi wejść.

Żeby go słuchać, zachęcać, żeby wywrócić jego świat do góry nogami, uspokajać. Yl obdarzyłby mnie, gdybym tego chciała, przywilejem, którego nigdy nie dał mi Olivier. Olivier potrzebował tylko, żeby go doceniać, no i może trochę podziwiać. Żeby oceniać jego pracę, w jego warsztacie, kiedy jest już ukończona, żeby organizować. Potrzebował sekretarki, księgowej, małżonki. Ale nie muzy.

The Hanging Garden

Sala się topiła, było gorąco. Mury ociekały potem. Spoty się paliły, płonęli w nich artyści – zostawały z nich tylko zjawy z popiołów, a jednak poruszali się jak istoty z dymu. Ylian śpiewał, a żar ogarniał jego płuca. Ja śpiewałam wraz z nim.

Tak, powiem to jeszcze raz – nigdy nie żyłam tak intensywnie.

I to wzbudziło we mnie poczucie winy. W tym samym momencie uświadomiłam sobie, że najbardziej na świecie pragnę żyć z taką intensywnością z Olivierem. I zrozumiałam, że to niemożliwe. Już wtedy, choć Yl nawet mnie nie dotknął, wiedziałam, że przeżywając z nim taką wspólnotę, zdradziłam Oliviera.

A potem po policzkach Yliana spłynęło kilka łez.

Boys Don’t Cry

Chłopaki nie płaczą.

Z wyjątkiem tych, którzy zasługują na miłość.

Potem zgasły wszystkie światła.

Muzycy usiedli. Zapaliły się zapalniczki.

Robert postawił gitarę obok siebie i zaśpiewał:

Sometimes I’m dreaming

Where all the other people dance

Come to me

Scared princess

Czy śniłam?

Wszyscy inni, w przeciwieństwie do nas, od pierwszego do ostatniego rzędu, tańczyli.

Po raz pierwszy wzięłam go za rękę.

Mała wylękniona księżniczka.

Ale mój rycerz także miał zawstydzoną minę.

* * *

Muzyka ucichła. Światła stały się białe i oślepiające, a publiczność zrozumiała, że czas wrócić do rzeczywistości. Sala pustoszała jak dziurawa klepsydra. Ylian nie czekał, aż wszyscy wyjdą – od razu zaczął zwijać kable nagłośnienia i odkładać gitary do futerałów. Pomagałam mu. Zajęło nam to kilka minut. Yl odpowiadał tylko za instrumenty strunowe, a to był luksus dla członka obsługi technicznej. Powiedziałam mu zresztą: „Wyobraź sobie tego, który zajmuje się perkusją”.

Yl się zaśmiał.

Ulysse przyszedł się z nami pożegnać i przypomniał Ylianowi, że nie powinien kłaść się zbyt późno, bo prawdziwa przeprowadzka zaczyna się jutro, przed wyjazdem The Cure i całej obsługi do Vancouveru. Ylian z nimi nie jechał, ale zgodnie z kontraktem miał pracować przy załadunku.

– Proszę raczej nie odsyłać mi go tu jutro rano. Zaczynamy o świcie!

Uśmiechnęłam się – mój samolot do Paryża startował o szóstej rano!

Ylian pogwizdywał, wtórując innym chłopakom.

Let’s Go to Bed

A jeszcze nawet nie wybiła północ! Nagle złapałam mojego tragarza gitar i pociągnęłam go do wyjścia. Czułam się niesamowicie pewna siebie. Nie poznawałam się.

– Nie chcę spać!

Yl uniósł czapkę nad kręcone włosy, żeby podrapać się po głowie. Zachwycał mnie ten jego wygląd słodkiego próżniaka.

– Panno Jaskółko, jest pani nierozważna.

– Zazwyczaj jestem bardzo rozsądna.

I zasłoniłam się rozbrajającym uśmiechem niczym tarczą. A pasmo włosów kołysało się jak wahadło przed moimi jasnoszarymi oczyma. Yl zgrywał się na szemranego typka.

– I w dodatku sugeruje pani, że to z mojej winy?

Rozejrzałam się wokół.

– Oprócz pana nikogo tu nie widzę. Co robimy?

– Nic! – Yl wcisnął czapkę na oczy, ale to wcielenie surowego nauczyciela mniej mi się podobało. – Przypominam, że odlatuje pani jutro, bardzo wcześnie rano.

Poruszyłam rękami, naśladując łopot skrzydeł.

– Nie mogę się powstrzymać, jestem jaskółką… Albo wróżką, niech pan wybiera!

Wciąż machałam rękami, lekka jak piórko. A Ylian patrzył na mnie tak, jakby moje stopy już odrywały się od ziemi. Delikatnie chwycił mnie za nadgarstek, zanim wzbiłam się pod sufit Metropolis.

– Jest pani niepoprawna! Dobrze więc, chodźmy. Do kina!

Do kina?

Zdenerwował mnie tym – właśnie zyskał przewagę jednym zdaniem.

– Wie pan, która godzina?

– Co z tego? Pani jest wróżką, a ja czarodziejem… Mam tylko jeden warunek, moja panno: będziemy grzeczni! Żadnych buziaków w ostatnim rzędzie, obiecuje pani?

Jego spojrzenie błądziło, teraz to ja próbowałam je uchwycić.

– Ma pan zasady?

– Nie, pietra! Idę o zakład, że ma pani piekielnie zazdrosnego męża i bardzo miłe dzieci, które nigdy nie darowałyby mi, że sprowadziłem na manowce ich mamusię.

– Tylko córeczkę i bardzo łagodnego męża. – W końcu schwytałam jego niebieskie spojrzenie i zaczarowałam je skinieniem palca, by już nie mogło oderwać się od zalotnego pasemka włosów. – Uspokoiłam pana? Ale zgadzam się: tylko wspólne kino, nic więcej. Obiecajmy to sobie!

Wiem, że moje oczy mówiły innym językiem, mową, której się nie uczyłam, improwizowały. Yl się gubił, nie potrafił odróżnić tego, co było we mnie grą, od tego, co było prawdą.

To tylko zabawa, starałam się przekonać samą siebie, zanim zniknęło wszelkie poczucie winy.

To tylko zabawa. Panuję nad sytuacją, do niczego nie dojdzie. Co obejrzymy?

Nie mogłam uwierzyć, że o tej porze jest jeszcze jakieś otwarte kino. Jaki kolejny pokaz magii zaprezentuje mi Yl? Wyciągnął z kieszeni program i położył go przede mną.

Kino pod Gwiazdami.

– Przez całe lato – wyjaśniał mi, uwalniając swoje oczy, które zwróciły się teraz na program – w różnych punktach Montrealu organizowane są plenerowe seanse filmowe. Mam przeczytać? Promenada Bellerive, od dwudziestej drugiej do północy American Beauty; dzielnica nad kanałem, również w tych godzinach, Wszystko o mojej matce; na Marché des Possibles, od dwudziestej trzeciej do pierwszej w nocy Matrix; na placu de la Paix, niespełna dwieście metrów stąd, od północy do drugiej nad ranem Życie jest piękne Benigniego. Widziała pani już Życie jest piękne?

– To chyba smutny film, prawda?

Wziął mnie za rękę i zaczął biec. Była już prawie północ.

– Obejrzymy tylko czterdzieści pięć pierwszych minut, najpiękniejszych w całej historii kina!

12

2019

– Dzień dobry.

Wesoły głos kapitana Ballaina, gdy wchodził do Foufounes Électriques, gwałtownie przywołał mnie do rzeczywistości, rozpraszając wspomnienia, które uleciały jak sen.

Charlotte zabrała torebkę z wolnego krzesła i odsunęła je, zachęcając Jean-Maxa, żeby usiadł. Pilot skorzystał, ale ledwie raczył rzucić okiem na stewardesę. To przelotne spojrzenie zasmuciło mnie. Jak należało je interpretować? Czy Ballain chciał zachować dyskrecję, aby nikt nie podejrzewał, że tych dwoje coś łączy? A może obojętnością zamierzał dać smarkuli do zrozumienia, że to jej ma zależeć? Być może kapitan Jean-Max Ballain miał poważniejsze troski? Miałam taką nadzieję. Oby tylko jej nie skrzywdził. Zwierzęcy gniew skłaniał mnie do obrony młodej podopiecznej.

Kapitan Ballain uniósł rękę i zamówił Canadian Club Single Malt, a potem obserwował nas, nie rozumiejąc pełnej zażenowania ciszy przy stoliku.

– Céline Dion umarła czy co?

Tylko Georges-Paul zmusił się do śmiechu. Ballain oparł się łokciami o stolik, zerkając na punkowy wystrój wnętrza, na wiszące na czerwonych jak krew murach potwory.

– Trzeba przyznać, że nawet w Braszowie, samym sercu Transylwanii, trudno znaleźć równie potworny bar. Kto wpadł na pomysł, żeby właśnie tu przyjść? I w dodatku usiąść przy jedynym koślawym stoliku?

Nikt nie odpowiedział. Życzliwy uśmiech Charlotte zastygł jak woskowa maska. Dziewczyna nerwowo przeczesywała palcami włosy. Czy tej nocy odważy się na rozmowę z kochankiem? Zapyta, czy naprawdę ją kocha? Czy jest dla niego tylko kolejną laleczką, czy jednak coś dla niego znaczy?

* * *

Flo sprawdzała coś w telefonie, Georges-Paul próbował żartować, że on to nawet woli Seks na Baterie od Elektrycznych Cipek, i to nie tylko jeśli chodzi o tutejsze knajpy… Ballain odpowiedział bez przekonania: „Oh my gode”, a ja wysiliłam się na coś jakby wybuch śmiechu, żeby nagrodzić te wysiłki. Przerwy pomiędzy lotami potrafią się dłużyć. Chłopcy robili, co mogli, żeby rozerwać załogę. Siostra Emmanuelle nie miała – może już nie miała – w sobie tej beztroski. Odsunęła filiżankę herbaty i wstała.

– Idę pochodzić po sklepach. Ktoś idzie ze mną?

Charlotte obserwowała profil ukochanego – siwą skroń, szpakowate włosy, zarys ust, opaloną, starannie ogoloną twarz. Ona także wstała, naturalnym gestem wygładziła spódnicę, obciągnęła różowy top, żeby zakryć pępek, a zarazem podkreślić biust, odwróciła się plecami, a właściwie zadkiem do kapitana, którego twarz znalazła się dokładnie na wysokości jej pośladków, i spytała Emmanuelle:

– Znasz tu dobrego fryzjera?

– No nie wiesz, że w Qubecu mają najlepszych golibrodów świata? – rzucił Georges-Paul, przedrzeźniając quebecki akcent z o wiele gorszym efektem niż Jean-Max, który teraz milczał.

– Mam odpowiedniego – odparła Siostra Emmanuelle, nie dając się wciągnąć w grę GPS-a. – To modny zakład prowadzony przez homoseksualistów. Na ulicy Bonsecours. Tego szyldu nie da się przeoczyć.

Zdziwiło mnie, że Emmanuelle, która ubierała się wyłącznie w ciuszki krajowej produkcji, piła herbatę leciutko zaciągniętą mlekiem i chodziła spać punktualnie kwadrans po dziesiątej, tuż po telefonie do rodziny i bez względu na strefę czasową, znała modne miejsca w Montrealu.

– Nie trzeba się umawiać – dodała Emmanuelle. – Mają co najmniej dwudziestu pracowników… Zakład nazywa się Jaskółeczka.

Serce mi zamarło, a zaraz potem zaczęło bić jak szalone, topiąc mózg we krwi.

Jaskółeczka.

Zerknęłam na Flo, wciąż pochyloną nad telefonem. Nawet nie mrugnęła okiem.

Zbieg okoliczności? Tak mi to wyjaśnisz? Zwyczajny zbieg okoliczności? Wszędzie wokół nas są jaskółki, na niebie, w menu, na plakatach, na ulicach – jak wiele innych zwierząt. Tylko tu wystarczy odwrócić głowę, żeby zobaczyć pająki, nietoperze, węże, smoki, wilki, szczury. Nie zwracałam na nie uwagi jedynie dlatego, że Ylian wykazał się dobrym gustem i nie nadał mi takich przydomków.

Emmanuelle i Charlotte wzięły torebki, a Georges-Paul próbował rozładować atmosferę.

– Wiecie, że naukowcy odkryli w moim DNA dziewięćdziesiąt dziewięć procent wspólnych genów z jaskółkami? I z łabędziami. I z gołębiami pocztowymi. Lekarze nazywają to genem migracji. Ma go trzydzieści jeden procent marynarzy, dwadzieścia trzy procent londyńskich taksówkarzy… I tylko trzy dziesiąte procenta dziewczyn!

Po czym wybuchnął śmiechem. Jedynie on. Siostra Emmanuelle wzruszyła ramionami i dała Charlotte znak, że czas na nie. Jean-Max patrzył, jak odchodzą, i nie próbował ich zatrzymać. Flo skupiła się na telefonie, a ja pogrążyłam się w myślach. Przez chwilę siedzieliśmy we czworo w milczeniu. Georges-Paul wahał się, czy rzucić kolejny dowcip, ale Jean-Max pierwszy przerwał ciszę.

– Czy ktoś ma ochotę iść do kina? Skoro już jesteśmy w kraju, gdzie wyświetlają filmy w wersji francuskiej…

Zamknęłam oczy. Chwyciłam się brzegów krzesła.

Wspomnienie wydało się tak świeże.

Plac de la Paix.

Film Benigniego.

Bieg z Ylianem, za ręce, o północy.

Jeżeli Jean-Max powie cokolwiek, co kojarzy się z tym filmem, poprzewracam stoliki, piwa, krzesła, wyrwę jednookiemu drwalowi siekierę i porąbię Foufounes Électriques na drzazgi, rozniosę na strzępy kartonowe potwory, klientów, miłych kelnerów… a potem zaatakuję całe miasto.

 

– W Beaubien wyświetlają starego czarno-białego Caprę.

Odetchnęłam. Na chwilę.

– Życie jest piękne – dodał kapitan.

Aż podskoczyłam. Oderwałam Flo od komórki, o mało nie wykręcając jej ręki, krzesło za mną upadło na posadzkę, a ja krzyknęłam – głośno, bardzo głośno, żeby zagłuszyć duchy, które wyły jeszcze głośniej w mojej głowie. Przed oczyma miałam ulice Montrealu, plac de la Paix, park u podnóża Góry Królewskiej, belweder Kondiaronk.

– Flo, chodź! Chodź ze mną!