Śniłam za mocnoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
Audiobook
Czyta Monika Węgiel-Jarocińska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

2019

– Mówię ci, spróbuj!

Flo pochłaniała poutine. Już dawno zapomniałam o tym okropnym specjale z Quebecu, którym wszyscy się tu żywią! To kleista mieszanka frytek, cheddaru i sosu pieczeniowego. Szłyśmy we dwie ulicą Saint-Paul w Starym Montrealu. Towarzystwo wesołej Florence odrywało mnie od myśli o tym niepojętym łańcuchu zbiegów okoliczności. Zmusiłam się, żeby nie doszukiwać się podobieństw między teraźniejszością a chwilami spędzonymi z Flo na tej samej ulicy dwadzieścia lat wcześniej.

Chwyciłam czubkami palców ociekającą frytkę. Flo roześmiała się i wzięła ich całą garść. Przez tych dwadzieścia lat Flo trochę przytyła, ale było jej z tym dobrze. Miała bardziej rozłożyste biodra, wydatniejsze pośladki, bujniejsze piersi… Moja jasnowłosa koleżanka stała się apetyczna jak ciastko, które ma odrobinę kremu w nadmiarze. Odnosiłam wrażenie, że większość mężczyzn spogląda na nią łakomie. Wiedząc, co potrafi zjeść i wypić Flo podczas każdej przerwy między lotami, trudno uwierzyć, że nie zamieniła się w grubaskę. Flo ma na to swoje wyjaśnienie: twierdzi, że w domu, kiedy ma wolne dni, żywi się wyłącznie sałatą i wodą. Znalazła nawet nazwę takiego systemu: dwubiegunowość żywieniowa. W pozostałych kwestiach Flo też była dwubiegunowa. Stała się rozważną, burżuazyjną żoną, która troskliwie dba o apartament przy alei d’Iéna… ale tuż po starcie nikt nie zdołałby utrzymać nad nią kontroli. Miałam wrażenie, że znalazła sobie idealnego męża do takiego życia: bogaty, wyluzowany, oczarowany dwoistą osobowością swej Wonder Women – cichej w prawdziwym życiu, ale ujawniającej swe magiczne moce, kiedy tylko on się odwróci. A zatem naprawdę istnieją mężowie, którzy kochają żony, ale nie trzymają ich na smyczy? Flo takiego znalazła! Bierz z niego przykład, Olivierze!

– Ooo! Chcę go!

Zatrzymała się przed restauracją Foiegwa, serwującą hamburgery wysokie jak drapacze chmur, potem przeszła dziesięć metrów i stanęła jak wryta przed cukiernią Moulins Lafayette. Uwielbiam przechadzać się po Starym Montrealu. Ta mała dzielnica wzniesiona nad rzeką, te brukowane uliczki, niskie sklepy z cegły i kamienia, okna wykuszowe, czerwone okiennice, błękitne flagi z kwiatami lilii – to wszystko wydawało mi się nierzeczywiste, jakby traperzy nadal płynęli w pirogach Rzeką Świętego Wawrzyńca i zatrzymywali się tu, żeby uzupełnić zapasy albo sprzedać futra. Pozostała część miasta wznosiła się wyżej albo pod ziemią, wybrała nowoczesność, stal, beton i szkło. Ale w Starym Montrealu nowy świat nie zdołał przytłoczyć tego dawnego. Zwłaszcza kiedy lato trwało, choć był już wrzesień, a turyści napływali z całej Ameryki Północnej, żeby odbyć podróż w przeszłość, nie przeprawiając się przez Atlantyk.

Flo patrzyła na swoje odbicie w witrynie ogromnego sklepu z tradycyjnym rzemiosłem inuickim.

– Nic tu się nie zmieniło od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego – powiedziała. – Nawet my!

Zmusiła mnie, żebym podeszła, i nasze odbicia nałożyły się na siebie.

– A właściwie ty się zmieniłaś, kotku! Ale nie przez tych dwadzieścia lat, tylko przez trzy ostatnie godziny.

Ponieważ nie zareagowałam, chwyciła mnie za rękę i wciągnęła do sklepu.

– Teraz, kiedy zdążyłam już przetrawić twoją wariacką historię, możemy się naradzić!

Trzy godziny temu, wysiadając z samolotu i czekając w długiej kolejce do odprawy celnej, nie wytrzymałam i przedstawiłam Flo tę niesamowitą listę zbiegów okoliczności, które spadły na mnie od przyjazdu na Roissy. Słuchała w skupieniu. Potem, w drodze do hotelu, milczała. Umówiliśmy się, że wieczorem wyskoczymy do baru – Jean-Max, Charlotte, Georges-Paul, Emmanuelle, Flo i ja. Do tego czasu wszyscy mieli czas wolny. Zamierzałam przesiedzieć go w pokoju, ale Flo niemal siłą wyciągnęła mnie do Starego Montrealu na, jak się to tu mówi, sklepowanie. Zdążyłam tylko wziąć prysznic i odwiesić mundur do szafy.

I teraz Flo stała ze mną przed półką pełną rzeźbionych w drewnie zwierząt. Bizony, karibu, bobry, rysie. Spojrzała mi prosto w oczy, a potem zaczęła mówić:

– Próbowałam przemyśleć i jakoś poukładać sobie tę twoją historię o duchach z przeszłości, które wracają i łaskoczą cię w pięty… Widzę tylko cztery możliwe wyjaśnienia, złotko.

Cztery? Gratulacje, Flo! Ja nie znalazłam ani jednego.

– Pierwsza możliwość jest taka, że… i tu cię nie zaskoczę… wszystko, co ci się przytrafiło, to czysty przypadek.

Wzięłam do ręki małą rudą wiewiórkę. Nie kryłam rozczarowania.

– Skoro nazywasz to wyjaśnieniem…

– Zaczekaj, chwileczkę, już tłumaczę. Znasz teorię? Zbiegi okoliczności nie istnieją, są tworem naszego umysłu. W ciągu dnia widzimy, słyszymy, odbieramy miliony informacji. Nasz mózg wybiera tylko niektóre z nich i sam je łączy. Jeżeli zaczynamy szukać zbiegów okoliczności, znajdujemy je na każdym kroku. Podam ci przykład: zerwałaś z chłopakiem, który jest, powiedzmy, Brazylijczykiem i nagle zaczynasz zauważać, że przez cały dzień ktoś mówi coś o Brazylii. A tak naprawdę, zanim poznałaś tego chłopaka, też tak było, tylko ty nie zwracałaś na to uwagi. Dostrzegamy sygnały, które chcemy dostrzec, choćby podświadomie. Zwłaszcza ty!

– Zwłaszcza ja?

Uśmiechnęła się.

– Na pewno słyszałaś, że dziewczyny o imieniu Nathalie mają wyraźną skłonność do nostalgii. Czy w twoim życiu nie wydarzyło się ostatnio nic, co przypomniało ci tego gitarzystę?

Przed oczyma stanęła mi uchylona szuflada w sypialni i leżący na podłodze kamyk. A potem rozkład lotów, który dostałam w zeszłym tygodniu i te trzy miasta: Montreal, Los Angeles, Dżakarta. Odstawiłam drewnianą wiewiórkę. Byłam pewna, że wyjaśnienie Flo nie trzyma się kupy.

– Przykro mi, że cię rozczaruję, mój psychoanalityku, ale to, że myślę o gitarzyście, nie powoduje, że wszędzie widzę pamiątki z tamtych chwil. Jest odwrotnie. To te zbiegi okoliczności spowodowały, że zaczęłam o nim myśleć. Nie prowokowałam tych sygnałów, one przyszły same. Choćby ten nieszczęsny grafik lotów!

Przeszłyśmy kilka kroków, żeby zatrzymać się w dziale spożywczym, przed półkami uginającymi się pod syropem klonowym i kanadyjską whisky w najrozmaitszych butelkach.

– Dobrze, uparciuchu – zgodziła się Flo. – Skoro tak twierdzisz… W takim razie przejdźmy do drugiego wyjaśnienia. Padłaś ofiarą manipulacji.

Przewróciła oczyma, a potem zmrużyła je, udając spiskowca. Flo mówiła mi, że kiedy wraca do domu, do swojego apartamentu w szesnastej dzielnicy, całymi dniami czyta na balkonie kryminały. W hotelu ani w samolocie nigdy nie widziałam jej z książką w ręku. Tak czy inaczej, ta hipoteza mnie zaciekawiła.

– Mów!

– No widzisz, przeczytałam mnóstwo opowieści, których bohaterki wpadają w paranoję, bo ktoś nimi niepostrzeżenie manipuluje. Ten ktoś sprytnie wykrada im klucze, numer karty kredytowej, spotyka się z ich przyjaciółmi pod fałszywym nazwiskiem. Krótko mówiąc, ktoś stale robi z takiej dziewczyny wariatkę, a ona myśli, że oszalała, aż w końcu faktycznie wariuje.

– Miła perspektywa.

Flo wyglądała na zachwyconą rzędem butelek Maple Joe we wszystkich złocistych odcieniach jesiennych liści. Zastanawiałam się przez chwilę, zanim przystąpiłam do kontrataku.

– O ile dobrze zrozumiałam, Miss Marple, to znaczy, że jakiś perwersyjny typ, który chce wpędzić mnie w obłęd, serwując niesamowite serie zbiegów okoliczności, jest w stanie zmienić grafik moich lotów, decyduje o składzie załogi, z którą lecę… a przynajmniej wciska do niej ciebie i Jeana-Maxa… a co więcej, powoduje, że wśród pasażerów jest Robert Smith i cały jego zespół, więc pewnie to także ten typek zaplanował ich koncert w montrealskim Metropolis! Aaa, no i nakłonił indonezyjskiego pasażera, żeby szepnął do żony, kiedy będę obok nich przechodziła, pożegnalne słowa mojego gitarzysty, znane tylko jemu i mnie… – Zawiesiłam głos. – A wisienką na torcie jest fakt, że ten genialny manipulant umieścił na liście piosenek w Nostalgie Let It Be i to o takiej porze, kiedy słuchałam tej stacji w samochodzie!

Flo zmarszczyła brwi.

– Nie wspominałaś mi wcześniej o tej piosence…

– To było… takie mrugnięcie okiem między mną a moim gitarzystą… Bolesne mrugnięcie okiem.

Flo pchnęła mnie nieco dalej. Znalazłyśmy się wśród łapaczy snów rozwieszonych nad naszymi głowami. Pióra i perły wszelkiej wielkości i w najrozmaitszych kolorach. Woń kadzidełek przyprawiła mnie o zawrót głowy.

– No dobrze, moja śliczna – ciągnęła Flo. – Sama tego chciałaś… Trzecie wyjaśnienie. Spodoba ci się jeszcze mniej niż poprzednie. Jesteś gotowa?

– Mów.

– Zmyśliłaś to wszystko.

– Co?

Czy to kadzidełko, pióra z łapaczy snów nad moim nosem, czy może wyjaśnienia Flo wywołały ten atak kichania?

– Majaczysz, staruszko! – dodała Flo. – Śnisz, uroiło ci się, że słyszałaś tę piosenkę w radiu. I że ten Indonezyjczyk szeptał…

– A co z grafikiem? Z tym, że ty, ja i Jean-Max lecimy tym samym samolotem? A co z The Cure?

– To niczego nie dowodzi. Przecież przez tych dwadzieścia lat wiele razy lataliśmy razem. Wymyśliłaś sobie tę miłosną historię. A może ci się uroiła. I wszystko, co się z nią wiąże. Między wami nigdy do niczego nie doszło. Wszystko sobie wyśniłaś. Może nawet ten twój gitarzysta nigdy nie istniał.

– Flo, do cholery, przecież w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym pokazałam ci go podczas rejsu z Paryża do Montrealu. Pamiętasz chłopaka w czapce w szkocką kratę, siedział w osiemnastym rzędzie, na miejscu D. Godzinami rozmawiałyśmy o nim na ulicy Saint-Paul, a potem w tym sklepie. Ty też przeżyłaś już tę scenę, przypomnij sobie. Powiedziałaś mi wtedy, że…

 

Znów kichnęłam. Flo spojrzała mi prosto w oczy, nagle poważniejąc.

– OK, Nathy, dwadzieścia lat temu pokazałaś mi jakiegoś faceta w samolocie. A potem opowiadałaś mi o nim przez cały pobyt w Montrealu. Ale nigdy nie widziałam was razem.

– Skoro o tym mowa, to ja też nigdy nie widziałam twojego męża.

– A ja od wieków nie widziałam twojego stolarza. Nie gniewaj się, ja tylko próbuję znaleźć jakieś wytłumaczenie!

Jednak się obraziłam. Zrobiłam krok do przodu i uderzyłam głową w łapacz snów, który trącił inny, a ten następny… I teraz wszystkie one kołysały się nade mną z szumem piór.

– Zapomnijmy o tej wersji! A czwarte wyjaśnienie?

– Jesteś gotowa go wysłuchać?

– Czyżbyś mogła wymyśleć coś gorszego?

– Chodź!

Flo poprowadziła mnie do działu z biżuterią. Spoglądałam na srebrne naszyjniki, niedźwiedzie zęby, rogi karibu.

– Czwarta możliwość to magia!

Tym razem nie zareagowałam. Flo podjęła więc temat:

– Jak inaczej wyjaśnić coś irracjonalnego niż poprzez irracjonalne? Świat jest pełen przesądów i magii. – Flo wsunęła rękę do koszyczka z szarymi perłami. – Przypomnij sobie: moc kamienia czasu.

– Nie zapomniałaś?

– Ja nigdy o niczym nie zapominam, Nathy.

Odruchowo zwróciłam oczy w stronę kasy. Azjatyccy turyści przymierzali traperskie czapki i futra. Starsi państwo rozmawiali po angielsku z młodą sprzedawczynią. Stara kobieta przy kasie obserwowała sklep, siedząc nieruchomo. Z założonymi rękami. Z obojętną miną. Cerę miała czerwoną jak tubylcy z północy Kanady. Ubrana była w tradycyjną parkę zdobioną szklanymi paciorkami, a długie siwe warkocze nawinęła na cienkie kościane spinki. Wyglądała jak przebrana, jak element folkloru dla szukających autentyzmu turystów.

Ale ja wiedziałam, że to nieprawda, że nie jest przebrana.

Rozpoznałam ją.

I choć może się to wydawać nieprawdopodobne, miałam wrażenie, że ona też mnie rozpoznała.

Nogi ugięły się pode mną, chyba oblałam się rumieńcem. Żeby pokonać ten zawrót głowy, oparłam się i zacisnęłam palce na kamyku w kieszeni dżinsów. Tym samym, który wypadł na parkiet w sypialni z szuflady z sekretami.

Obok mnie Flo nagle zamilkła. Poczuła za nami czyjąś obecność. Kogoś, kto nas śledził.

Kogoś albo coś groźnego.

Ja też to poczułam.

Kamyk palił przez materiał moje udo. Jakby jego moc ożyła.

Wszystko było na swoim miejscu. Ta sama sceneria, ci sami aktorzy, ten sam scenariusz sprzed dwudziestu lat. Znów to wszystko widziałam.

Jakby te zadziwiające sploty okoliczności były tylko pierwszymi oznakami, sygnałami zapowiadającymi niewiarygodną prawdę: że otwarły się drzwi przeszłości.

9

1999

Opuściłam sklep z inuickimi pamiątkami niemal biegiem, wsunęłam kamyk do kieszeni dżinsów na oczach rozbawionej Florence, a potem wpadłam do sklepu naprzeciwko, także z pamiątkami, ale już bardziej klasycznymi – były tu flagi z liściem klonowym, bluzy hokejowe i pluszowe karibu. Po kilku minutach wyszłam z kulą, w której połyskliwe płatki śniegu sypały się na zamek Frontenac. Był bardziej realistyczny niż, na przykład, burza śnieżna nad egipskimi piramidami. Kula z Quebecu miała dołączyć do mojej światowej kolekcji w biblioteczce w salonie naszego domu w Porte-Joie, teraz zawłaszczonej przez Laurę. Wystarczy, że jej tata na chwilę się odwrócił, a moja maleńka łobuzica wspinała się po półkach, żeby ośnieżyć wszystkie zamknięte w kulach budowle świata przywożone przez mamę.

Zamierzałam pokazać tę zdobycz Florence, ale zamarłam, o mało nie pośliznąwszy się na bruku ulicy Saint-Paul. Na wprost stał kapitan Jean-Max Ballain, który właśnie wyszedł z inuickiego sklepu i z uśmiechem na ustach wziął za rękę bardzo ładną dziewczynę w krawacie licealistki, rozpiętej pod szyją jedwabnej bluzce, krótkiej spódniczce w stylu kiltu i długich kolorowych skarpetkach. Za nimi pojawił się znacznie mniej seksowny facet – brzuchaty olbrzym, który mógłby być ojcem dziewczyny. Trudno było powiedzieć, czy nas zauważyli. Wszyscy troje ruszyli w stronę ulicy Bonsecours.

– Myślisz, że nas słyszał? – spytała Flo.

A ja, nie odpowiedziawszy, dodałam:

– Myślisz, że nas śledził?

Zaczęłam się zastanawiać. Czy widziałam tego mężczyznę i tę dziewczynę w samolocie? Nie, na pewno nie. Dziewczyna w kilcie to zapewne nowa zdobycz kapitana, kim jednak mógł być towarzyszący im facet o aparycji ochroniarza ojca chrzestnego mafii?

– A może tylko się bał, że zobaczymy go z tą małą? – podsunęła Flo.

– Dlaczego? Przecież ma to w nosie! Ma czterdziestkę, jest wolny, a dziewczyna jest pełnoletnia. Hołduje marynarskiej tradycji w wersji z siódmym niebem. Kobieta w każdym porcie lotniczym. Niech korzysta, nie zawsze będzie takim przystojniakiem.

Miałam słabość do kapitana Ballaina nie dlatego, że mnie pociągał, bo starałam się zachowywać dystans po epizodzie w Tokio, ale dlatego, że podziwiałam jego styl korzystania z wolności.

– Nie usprawiedliwiaj go tak – odparła Flo. – Miej się przed nim na baczności. Zawsze uważałam tego bawidamka za łajdaka. Zresztą, jak wszystkich mężczyzn, nawet twojego podejrzanie doskonałego stolarza. Uciekaj, jaskółeczko, lepiej biegnij na spotkanie z chłopakiem z bandżo!

* * *

Na ulicę de Bleury dotarłam zadyszana. Prawie biegłam wzdłuż Sainte-Catherine, rozglądając się w poszukiwaniu baru. Najpierw zobaczyłam wielki napis „Metropolis” kilka metrów przede mną. Myślałam, że się spóźnię, ale przyszłam parę minut przed czasem. Kiedy stanęłam przed barem, oniemiałam na widok jego niesamowitego wystroju. To nie była kawiarnia, ale nawiedzone zamczysko!

Fouf to skrót od Foufounes Électriques, „Elektryczne Cipki”. Pajęczyca olbrzymka pilnowała bramy wejściowej, straszyły z niej też dwie wielkie trupie główki. Wystrój wnętrza przystawał do oczekiwań: ściany z cegły, białe i czarne rysunki, ścięte głowy, kolorystyka to krwistoczerwona, to trupiozielona, a w ciemnościach, w świetle dyskotekowym, prawdopodobnie odblaskowa. Zrozumiałam, że to lokal dla montrealskich nocnych marków.

W barze było zresztą jeszcze prawie pusto. I ani śladu mojego gitarzysty. Kelner, którego normalny wygląd kontrastował z ponurym wnętrzem, szeroko się do mnie uśmiechnął, dając do zrozumienia, że mogę usiąść przy dowolnym stoliku. Te zresztą także były zaskakująco banalne, bo metalowe, z poustawianymi z rzadka plastikowymi krzesłami. Usiadłam blisko drzwi, żeby gitarzysta mógł mnie bez trudu zauważyć. I niemal od razu się uśmiechnęłam.

Stolik się chwiał.

Nie cierpię tego. A jednak, kiedy tylko usiądę w restauracji czy kawiarni, okazuje się, że trafiłam akurat na stolik, który się chwieje. Jakby ciążyła na mnie jakaś głupia klątwa.

Wahałam się, czy usiąść gdzie indziej. Na pewno wśród trzydziestu stolików znalazłby się choć jeden, który mocno stoi na czterech nogach. Zajęłoby mnie to, pozwoliłoby nie myśleć. O tym, co robię. O Olivierze. O Laurze. A gdybym nie znalazła solidnego stolika, uciekłabym… Właściwie, dlaczego nie zacząć od tego? Dlaczego nie uciec? Co ja tu robię, po co czekam na obcego faceta pod gigantycznymi maskami wykrzywionych potworów, które wisiały na ścianach, w tym wnętrzu, gdzie pewnie straszy, urządzonym z myślą o nastoletnich punkach? Stało się dla mnie oczywiste, że popełniam największe głupstwo życia. I nagle ucieczka wydała mi się bezwzględną koniecznością. Wstałam.

– Już pani jest?

Gitarzysta stał przede mną, także zadyszany, w przekrzywionej czapce i wychodzącym spod kurtki szaliku. Patrzył na mnie przepraszająco, ale z uśmiechem szerszym niż grymasy głów zombie, dziesięć razy większych niż on.

10

2019

Przeszywający ból prawego ramienia wyrwał mnie z marzycielskiej zadumy. Flo mnie uszczypnęła! Okropność. A przecież było mi tak dobrze, zagubiłam się we wspomnieniach o najbardziej nieoczekiwanym spotkaniu mego życia. O pierwszym akcie długiego wieczoru, który…

– Nie odwracaj się! – powiedziała zduszonym głosem Flo.

Oderwana od chwili obecnej, gdzieś między teraźniejszością a przeszłością, nie rozumiałam, czego chce. Instynktownie dotknęłam kamienia w kieszeni dżinsów. Kamienia czasu. To tak, jakby jego magiczna moc się uaktywniła i jakby przeniósł mnie do tego sklepu, ale sprzed dwudziestu lat. Musiałam się wysilić, żeby pozbierać myśli.

Był rok 2019!

Ten sklep z rękodziełem był dziś hipermarketem z pamiątkami, chronionym przez kamery, a tajemnicza Inuitka przy kasie przeistoczyła się w starą przygarbioną kobietę o siwych włosach, zaś moja koleżanka, drobna blondynka, zrobiła się dość okrągła i żarłoczna. Tymczasem ja nie umówiłam się na spotkanie, które przyprawiłoby mnie o szybsze bicie serca, tylko na wspólny wypad do baru z kolegami z pracy, już za kilka minut.

– Idź i uważaj, żeby nas nie zobaczył – ciągnęła szeptem Flo.

Pchnęła mnie, idąc do wyjścia.

– Ale kto?

W końcu go zobaczyłam. O mało nie przewróciłam półki z wyplatanymi koszami. Ręką mimowolnie dotknęłam kamienia w kieszeni. Kapitan Jean-Max Ballain stał trzy rzędy dalej, w tym samym sklepie! Przyszedł za nami? Śledził nas? Miałam jednak wrażenie, że nawet nas nie zauważył. Snuł się między półkami z alkoholem i rozmawiał z dwoma wyraźnie zdenerwowanymi mężczyznami. Skórzane kurtki, sprane dżinsy, gęste brody. Wyglądali jak dealerzy z dzielnicy Hochelaga-Maisonneuve i zupełnie nie pasowali do elegancko ubranego kapitana, w spodniach i koszulce polo od Ralpha Laurena. Pikanterii tej scenie dodawał zaobserwowany przeze mnie gest jednego z brodaczy, który odepchnął rękę Ballaina, gdy ten chciał mu wręczyć plik dolarów kanadyjskich.

– Znikamy stąd – mruknęła Flo.

Zatrzymałyśmy się na Saint-Paul, w tłumie przechodniów. Spojrzałam na Flo.

– Sądzisz, że szedł za nami?

Flo nie była w stanie się odprężyć. Próbowała się do mnie uśmiechnąć, ale widziałam, że jest zdenerwowana. Miałam dziwne wrażenie, że coś przede mną ukrywa. Że coś runęło w starannie przygotowanym planie i teraz musi improwizować.

– Dziwne, prawda? – powiedziałam, żeby uwolnić się od głupich myśli. – Ballain znalazł się tu gdzie my, w tym samym sklepie, dokładnie tak jak przed dwudziestu laty!

Flo chwyciła się deski ratunkowej, którą jej podsunęłam. Niezdarnie. Znów pomyślałam, że jej słowom brak spontaniczności.

– No widzisz, złotko, dokładnie to próbowałam ci wytłumaczyć. Znaleźliśmy się w tym samym sklepie… oczywiście, że przez przypadek… tak jak dwadzieścia lat temu, a ty próbujesz się w tym dopatrzyć czegoś więcej niż tylko zbieg okoliczności. – Zastanawiała się, chyba zbierała myśli. – Może kapitan włóczy się za nami, bo uważa nas za ekstralaski!

Spojrzałam na Flo z politowaniem.

– W minionym stuleciu mogło tak być. Ale dziś… Przykro mi, że muszę cię rozczarować, kochana… raczej nic nam już nie grozi z jego strony. Jean-Max szuka świeższego ciała.

Mimowolnie pomyślałam o małej Charlotte. Była rówieśnicą dziewczyny w kilcie i wełnianych skarpetach, z którą Ballain pokazał się w 1999. Lecz dziś kapitanowi bliżej było do sześćdziesiątki niż do czterdziestki, więc jego zdobycze mogłyby być już nie jego córkami, ale wnuczkami… Flo znów zerknęła do sklepu i najwyraźniej uznała, że musimy się stąd natychmiast oddalić.

– Chodźmy już. Wypijemy za naszą dekadencję z Georges’em-Paulem, Emmanuelle i resztą.

– Gdzie mamy się spotkać?

Zgadłam, zanim zdążyła odpowiedzieć.

W Fouf!

Jasne.

Tylko nie próbuj mnie przekonać, Flo, że to kolejny zbieg okoliczności!

* * *

W Fouf nic się nie zmieniło. Poznałam moją kumpelkę pajęczycę, gigantyczne i wciąż tak samo białe czaszki, wciąż równie paskudne grymasy masek. Cała grupka czekała już na nas przy stoliku. Siostra Emmanuelle z herbatą, Georges-Paul z kuflem piwa, a Charlotte z sokiem grejpfrutowym, który sączyła przez słomkę. Miejsce obok niej było wolne.

Flo i ja przesunęłyśmy sobie krzesła z sąsiedniego stolika i dołączyłyśmy do towarzystwa. Moja stażystka wyraźnie chroniła miejsce po swojej prawej, postawiwszy tam torebkę Desiguala. Uśmiechnęła się do nas czarująco.

– Jean-Max został w hotelu, żeby się przespać, ale dołączy do nas.

Biedna mała, zakochana w niewidzialnym facecie!

 

Flo i ja zamówiłyśmy złociste boréale, idąc w ślady Georges’a-Paula. Oczywiście, miałyśmy już dwa piwa opóźnienia. Georges-Paul cieszył się opinią równie poważnego podczas rejsów, co nieznośnego w przerwach między lotami. Obawiałam się, że wkrótce legendarny GPS nie będzie w stanie wskazać nawet drogi do toalety (skądinąd bardzo nietypowej) w Foufounes Électriques.

– Przespać się? W hotelu? – zakpił Georges-Paul, udając zdziwienie. – Kapitan nie marnuje czasu.

Uświadomiłam sobie, że przy stoliku tylko ja znam sekret Charlotte, a moja protegowana pewnie nie słyszała jeszcze, jaką reputacją cieszy się jej ukochany. Błagałam w duchu, żeby moi koledzy zachowali dyskrecję. Oparłam się łokciami o stolik. Serce skoczyło mi do gardła właśnie wtedy, kiedy ręce osunęły się w dół.

Stolik był koślawy! Chwiał się!

– O czym mówisz, GP? – spytała Charlotte, niewinnie ssąc słomkę. – Dlaczego kapitan nie marnuje czasu?

Siostra Emmanuelle spuściła oczy, a Flo wzniosła je do nieba. Georges-Paul łakomie zlizywał pianę boréale z brody.

– Otóż nasz kapitan jest tak pracowity, że zdarza mu się nie wstawać z hotelowego łóżka przez całą przerwę między lotami… To wielki, naprawdę wielki profesjonalista, ten nasz kapitan Bzykacz.

Ajaj…

To był ulubiony żart personelu latającego. Georges-Paul nie zamierzał odmawiać sobie przetestowania go na nowej. Charlotte zmarszczyła śliczne brwi, przez chwilę gryzła słomkę, sącząc sok, a potem skoczyła na głęboką wodę:

– Dlaczego nazwałeś go Bzykaczem? Ma nazwisko, Ballain!

GPS promieniał. Siostra Emmanuelle westchnęła… Dobrze znała ciąg dalszy. Flo wyglądała na jeszcze bardziej znudzoną.

– Co za różnica: Ballain czy Bzykacz, wiadomo, o kogo chodzi. Możesz go nazwać Szperaczem, jeśli wolisz…

Z pięknych oczu Charlotte wyzierał niepokój – wciąż nie rozumiała. Stolik kiwał się pod moimi łokciami. Kufel boréale zachwiał się. Georges-Paul dopił swoje piwo, a potem rzucił triumfalnie:

– Jean-Jebaka-Max! – I parsknął śmiechem, po czym dodał: – Steward, który wymyślił ten przydomek, jest genialny. Czy tata i mama Ballainowie domyślali się, że ich synek wyrośnie na największego jebakę świata, kiedy nadawali mu imiona Jean i Max?

Zaśmiał się jeszcze głośniej. Siostra Emmanuelle mimowolnie też się uśmiechnęła. Flo, która przecież lubiła takie tanie żarciki, raczej nie była zachwycona. Trzeba przyznać, że ten obie słyszałyśmy już ze sto razy. Podobnie jak cały szereg wymownych przeinaczeń nazwiska, które pasowałyby do Jeana-Maxa: Patafian, Dupczin, Amantin…

Ale Charlotte słyszała to wszystko po raz pierwszy. Oparła rękę na wolnym krześle po prawej, gładząc pustkę, nieobecność, nieprzyzwoitość. Uderzyła kolanem o chwiejny stolik i piwo, które ledwie zaczęłam pić, wylało się na metalowy blat, a teraz spływało na podłogę.

– Przepraszam – jęknęła zgnębiona.

Siostra Emmanuelle chwyciła papierowe serwetki, żeby wytrzeć stolik. Szefowa pokładu jak zwykle dbała o porządek! Wypiła łyk herbaty, a potem kaszlnęła, prosząc o chwilę uwagi. Zaskoczyła nas, bo rzadko włączała się do rozmowy.

– Ballain, Bzykacz, Jebaka czy inny Motyl, już długo sobie nie polata i to nie tylko dlatego, że zbliża się pora, by przejść na emeryturę.

To było tak jakby Emmanuelle walnęła pięścią w stół. Wszyscy osłupieli. Nagle odniosłam wrażenie, że grymasy zombi, które patrzyły na nas ze ścian, są niczym w porównaniu z minami moich kolegów z załogi. Wszyscy zamilkli, czekając na wyjaśnienia. Na próżno.

– No mów wreszcie! – zdenerwowała się Flo. – Podziel się z nami sensacją.

Emmanuelle wypiła łyk herbaty.

– Wisi nad nim nagana. Jeszcze jeden lot, może dwa i po wszystkim… Koniec.

Rozdziawiłam usta, podobnie jak Flo i Georges-Paul. Siostra Emmanuelle była ostatnią stewardesą, którą podejrzewałabym o obgadywanie kolegów. Chociaż upierdliwa, powolna i irytująca, zawsze była w porządku.

– Co takiego zrobił? – zaniepokoił się Georges-Paul.

Siostra Emmanuelle przybrała minę spiskowca. Palce Charlotte zacisnęły się na krześle tak mocno, że aż zostawiły ślady paznokci w plastiku. Zastanawiałam się. Jean-Max Ballain był pilotem bez zarzutu. Z trzydziestopięcioletnim doświadczeniem wydawał się nie do ruszenia, więc musiałby popełnić jakieś piramidalne głupstwo, żeby go zwolniono.

– Przemycał brown sugar? – podsunął Georges-Paul. – Crack? A może maroilles prosto od wytwórców dla wszystkich swoich narzeczonych?

Nikt się nie roześmiał.

– Dopuścił się malwersacji? – nie poddawał się Georges-Paul.

Siostra Emmanuelle milczała. Flo oparła się o krawędź stolika i resztki piwa znów zaczęły ściekać; zapora z mokrych serwetek nie była w stanie wchłonąć spienionego napoju.

– Skoro nikt o niczym nie wie – powiedziała rozdrażniona – to jakim cudem ty wiesz, że grozi mu nagana?

Emmanuelle zniosła spojrzenie Florence i odpowiedziała tonem szefowej pokładu, która wymaga od załogi perfekcyjnej pracy.

– Bo to ja na niego doniosłam!

Wszyscy zamarli. Tylko stolik wciąż się chwiał. Zbieg okoliczności, Florence, wiem, to tylko zbieg okoliczności. Pozostawiłam reszcie załogi zasypywanie Siostry Emmanuelle przykrymi pytaniami: „Co widziałaś?”, „Co Ballain zmajstrował?”, a sama skupiłam się na swojej obsesji. Tym, razem był to kiwający się stolik, który kroplówką brudnego piwa zalewał podłogę wokół moich nóg. Ile koślawych stolików jest wśród tych trzydziestu w Foufounes Électriques? Wszystkie? Czy może tylko ten jeden? Wydają majątek na dekoracje rockowo-punkowe, a od roku 1999 nie przyszło im do głowy, żeby naprawić stolik?

Trudno mi było nie zacisnąć jeszcze mocniej dłoni na kamieniu czasu, który miałam w kieszeni. O dziwo, nikt nie uchylił ust, żeby zadać pytanie Emmanuelle. Atmosfera stała się krępująca, ciężka. Jakby zombi, wilkołaki i zmutowane gady w końcu zwyciężyły. Popatrzyłam na dekoracje. Aż dziw, że te potwory były świadkami najpiękniejszej znajomości w moim życiu! Tu. Prawie dwadzieścia lat temu.

Znów pogrążona we wspomnieniach zauważyłam – w tej mojej półrealności – że wszyscy moi koledzy patrzyli w stronę wejścia. Zażenowani. I tylko Charlotte nareszcie szeroko się uśmiechała.

Przyszedł Jean-Max Ballain.